fbpx

Profesor Zbigniew Mikołejko o tym, że Europa się boi

Profesor Zbigniew Mikołejko o tym, że Europa się boi
fot.123rf

Pięć lat po tym, jak w Norwegii Anders Breivik zabił 77 osób, w Monachium 18-latek irańskiego pochodzenia strzelał do ludzi przed centrum handlowym. Skąd płynie fala terroryzmu nie tylko islamskiego? – Nie zasymilowaliśmy islamistów, bo nie wymagaliśmy, by przestrzegali naszych praw. I wznieśliśmy mentalne getta, udając, że ich nie ma – mówi prof. Zbigniew Mikołejko.

Co się stało z Europą? Liczba zamachowców samobójców, nie tylko terrorystów, rośnie? A tymczasem Breivik dostał w więzieniu zimną kawę i sąd się nad jego skargą pochylił…

Mówiąc nieładnie, Breivik stał się figurą „zadaną” europejskiej kulturze, wzorcem rozmaitych jej szaleństw. Jego przypadek pokazuje, że wszystko jest, a przynajmniej było, dozwolone. Wszelkie zbrodnie, mimo – a może właśnie z powodu? – otwartości europejskiej kultury nie są surowo karane. Znaleźliśmy się bowiem w objęciach strasznego paradoksu: jeśli chcemy być otwarci, to musimy być otwarci do końca. Demokratyczni, działający zgodnie z poczuciem człowieczeństwa, także wobec tych, którzy są wrogami otwartości… To jedno. A drugie: sprawa Breivika pokazuje, że to wszystko jest maską. Że ta liberalna, wielokulturowa twarz Europy to maska, która przysłania niczym figowy listek tradycję ludobójstwa: eugeniki, hitleryzmu, o których nie chcemy słuchać, a które nas podtruwają.

Polityczna poprawność to maska, skoro sprzątaczami są zawsze multi-kulti?

Jesteśmy multi-kulti i otwarci, ale w taki oto sposób, że tym, którzy przyjeżdżają, oferujemy to, czego sami nie chcemy robić. A przecież na czarno w naszych praworządnych społeczeństwach od dziesięcioleci pracują emigranci i uchodźcy. A my? Udajemy jak rząd pani Merkel, że wyzysku nie ma. A prostytucja kobiet, które są porywane albo wabione podstępnie na Wschodzie i wykorzystywane na Zachodzie? Jeśli dziewczyna zbiegnie i zgłosi się na policję, oczekując pomocy, nie tylko jej nie uzyska, ale narazi się na karę: bo zarobkowała w tej demokracji i nie płaciła podatków. A samoloty, które latają do Tajlandii z Niemiec, Francji czy krajów skandynawskich? Pełne starzejących się facetów – ale także pań – chętnych do korzystania z usług tamtejszych prostytutek, często nieletnich?

Seksualność pomoże zrozumieć, co dzieje się ze światem?

Tak zwane wyzwolenie seksualne oprócz dobrej ma kaleką stronę. Zachodnie społeczeństwa, w których rozpadły się więzi emocjonalne, mają problemy. A jeśli małżeństwo w Szwecji ma podzieloną lodówkę i osobne życia, to doświadcza wystygnięcia uczuć. Budową więzi zajmują się więc instytucje. A jak emocje stygną i zostają przejęte przez instytucje, to się rozpada życie uczuciowe. No i także więzi seksualne zamieniają się w coś mechanicznego, oddzielnego od reszty ludzkich idei. A człowiek jest istotą integralną. To zatem, co możemy dziś zaobserwować, to dezintegracja kulturowa osobowości, która prowadzi do dezintegracji psychicznej…

18-latek z Monachium miał stany lękowe i depresyjne… Jednak dziś leki antydepresyjne i antylękowe bierze wielu zwyczajnych ludzi.

Skoro ustanawia się takie reguły, że żyje się niby razem, ale osobno. Skoro tępi się jako nienormatywne takie uczucia jak miłość, w czym udział mają różne quasi-religie Zachodu. Choćby zwulgaryzowana psychoanaliza z jej twierdzeniem, że miłość jest tylko projekcją, a tak naprawdę to pociąg seksualny. Otóż nieprawda. Nie wszystko daje się wyjaśnić, sprowadzić do biologicznych podstaw. A my stworzyliśmy model człowieka, który żyje w świecie „wyjaśnialnym”, w którym wszystko ma być urządzone i poddane nader wyrazistym i racjonalnym regułom społecznej gry. Skoro jednak świat jest taki „wyjaśnialny” i tak urządzony porządnie, to: po co nam pigułki szczęścia? Ja też mam różne lęki i wątpliwości, ale nie biorę „pigułek szczęścia”, bo uznaję, że to element człowieczeństwa. Także wątpliwości i niepokojąca wolna wola. No ale zaprzeczyliśmy człowieczeństwu w jego naturalności.

Zaprzeczyliśmy człowieczeństwu my, jego obrońcy?

Przywołam tu dwie grafiki XVIII-wiecznego geniusza Williama Hogartha „Ulica Piwna” i „Aleja Dżinowa”. Otóż Hogarth pokazał na nich to społeczeństwo, które dotąd było, i to, które nadchodziło. W „Ulicy Piwnej” zobaczymy ludzi, którzy są otwarci i wspólnotowi: kobiety obejmują swoich facetów, wszyscy żyją „na kupie”, są przyjaźni. W rycinie „Aleja Dżinowa” artysta pokazuje już inny świat, ten, który ma nadejść, nasz. Ludzie snują się jak cienie, każdy zamknięty w pałubie ciała. Osobny i niewrażliwy na innych. A w oknie strychu widać wisielca. Samotnego jak oni wszyscy.

Samobójca jako zapowiedź nowych czasów? To też znak, że chrześcijaństwo nie da rady, skoro życie nie będzie święte?

Hogarth jako geniusz wiedział, co będzie. A chrześcijaństwo przechodziło te same procesy jak kultura Zachodu. Chrześcijaństwo się zatraciło, i to dawno, kiedy stało się instytucją władzy. Zatraciło dynamikę opartą na stawaniu się chrześcijaninem z wewnętrznej duchowej potrzeby, jak było wcześniej. Oczywiście, były też i odstępstwa od tej zasady, choćby wspaniała wizja wiary, jaką zaproponował św. Franciszek z Asyżu – ubogiej, lecz radosnej i aprobującej piękno stworzenia. Kiedy więc w wyniku nowożytnego procesu wyzwalania się człowieka upadła świecka władza Kościołów, a razem z nią kontrola – chrześcijaństwo przestało mieć takie znaczenie. Bo projekt bycia chrześcijaninem z duchowego wyboru, od wewnątrz, nie miał już odpowiedniej siły, a nie było chrześcijaństwa w ludziach, w ich wnętrzu…

Piszą, że w ciągu pięciu lat podwoiła się liczba ludzi osobistej wiary („Tygodnik Powszechny” nr 30).

Franciszek mówi: „Taka jest nasza wiara, takie jej prawdy niezmienne. Ale możecie do niej przystąpić z całym życiowym bagażem, który jest arcyludzki, a bywa dramatyczny. Z kłopotami, z wątpliwościami, z dystansem…” On to wszystko akceptuje, bo takie jest człowieczeństwo – osadzone w niedoskonałości. Franciszek zderza swoje chrześcijaństwo z bezwzględnym chrześcijaństwem instytucjonalnym i autorytatywnym, żywiącym się nakazami i zakazami, jakiego chcieliby wszyscy Terlikowscy. Ale instytucjonalna władza Kościoła mimo lokalnych wysiłków upadła. Pojawia się za to chrześcijaństwo niewidzialne, bo też w człowieku Zachodu nie wygasł religijny głód serca…

Jakie znaczenie ma otwartość papieża na uchodźców?

Nic nie zrozumiemy, jeśli będziemy próbowali wpisywać nowe zjawiska w starą formułę konfliktu pomiędzy islamem a chrześcijaństwem. Dziś trzeba widzieć, że islam ma znacznie poważniejszy kłopot w zderzeniu z otwartym na islam Kościołem Franciszka, niż miałby z Kościołem instytucjonalnym. Można wysadzić świątynie, ale duszy nie. Franciszek przypomina nam o wielu sprawach, myjąc uchodźcom stopy, też o tym, że Europa narodów wyłoniła się z wędrówki ludów całkiem niedawnej, w tym samym okresie, kiedy kształtował się Kościół jako instytucja władzy. Siedzimy tu, nad Wisłą, od niedawna. Wszyscy więc jesteśmy przybyszami.

Czy zamachy to nie nasz wspólny chrześcijańsko-islamski problem, skoro na liście ofiar z Monachium są muzułmanie?

Z całym szacunkiem, ale wrzeszczymy, kiedy ginie kilkadziesiąt osób w Europie, a nie podnosimy głosu, gdy w Bagdadzie, Ankarze i innych nieeuropejskich miastach muzułmańskich ginie kilka setek. Papież jednak stwierdza: „Modlę się zarówno za ofiary z Monachium, jak i z Kabulu”. I tutaj dotykamy czegoś istotnego: Europa patrzy sobie z lubością w pępek. Nie dostrzega zła i nie rozumie zróżnicowania islamu, w którym jedni wyznawcy zabijają drugich znacznie intensywniej niż chrześcijan. A kiedy Jan Paweł II zwalczał fundamentalizm, nie mówił, że zwalcza fundamentalizm islamski. Zwalczał wszelkie fundamentalizmy, chrześcijański też. Bo to zagrożenie dla świata. Fundamentaliści, uznając się za jedynych strażników „prawdziwej wiary”, wciągają innych w „czarne jądro” każdej religii, którym jest wojna z „niewiernymi”.

Skąd się biorą fundamentaliści? Z rozpadu osobowości?

Tak. Dlatego ci, którzy mają kłopoty z psychiką, przeszli przez doświadczenie więzienia czy – inaczej – wypadli z kolein życia, łatwo mogą skorzystać z podpowiedzi jakiegoś fundamentalisty, by scalić swoją osobowość – poprzez prostacką islamską czy jakąkolwiek inną, byle fundamentalistyczną, indoktrynację. Islamiści nie są jedynym religijnym środowiskiem terrorystycznej zbrodni. Każda religia ma swych fundamentalistów.

Czy zło jest zaraźliwe dzisiaj w Tokio?

Nie jest, choć jego przejawy mogą stać się wzorcowe. Japońska zbrodnia pokazuje kolejny raz, że to głównie problem wynikający z chorób osobowości. U zamachowca z Monachium znaleziono książkę „Dlaczego uczniowie zabijają”. Ale przecież mógł sięgnąć po taką, która pomogłaby mu się scalić, a nie zabić, wciągając w to innych i czyniąc spektakl? A pamiętajmy, że żyjemy w kulturze spektaklu i niektórym wydaje się, że musimy uczynić coś spektakularnego, by zaistnieć. To straszliwy sposób walki z brakiem znaczenia, z odczuwalnym bezsensem życia.

W Szwecji uniewinniono islamistów, którzy brutalnie zgwałcili 15-latkę: bo nie znając szwedzkiego, nie zrozumieli, że się sprzeciwia?!

Rzymska zasada „Daję, żebyś dał” (Do, ut des) bywała zarzucana w wypadku imigrantów z kręgu islamu. Ta prościutka zasada: „Tyle masz praw, ile obowiązków”. Także moralnych i kulturowych. Francuzi próbowali, zakazując noszenia chust. Ale niekonsekwentnie, bo przymykali oczy na to, że się przywozi z Azji czy Afryki 12-, 14-latki jako żony. Że to niby takie inne prawo, inny obyczaj. „Nie wsadzajmy tych obrzydliwych facetów do więzienia za pedofilię, nie zapewniajmy zniewolonym dziewczynkom opieki i szkoły. To wnosiłoby dodatkowe napięcia w to i tak rozognione środowisko. Przymknijmy oczy na ich życie rodzinne i seksualne, na niejawną kulturę gwałtu, obrzezywanie i upokorzenie kobiet. To sfera ich intymności, ich prywatnej kultury”. Tak tworzy się getta – nie w przestrzeni, ale w umysłach. To straszne zaniechanie. Nasz wielki grzech. System europejski nie zasymilował imigrantów na określonych warunkach, tylko bezwarunkowo – nie wymagając, by przestrzegali prawa i norm kulturowych. To syndrom postkolonialny – akceptacja bez zastrzeżeń, płynąca z poczucia winy.

Chodziło o to, by nie naznaczać islamu.

Ale kiedy tożsamość religijna ma wpływ na to, co nam wolno, to jest naznaczanie, tyle że zamaskowane. Traktując kogoś w szczególny sposób, przemilczając jego tożsamość kulturową i społeczną, paradoksalnie go naznaczamy. A oto nagle okazuje się, że tak już nie można, bo przybyszów jest zbyt dużo. Jasne, doznali głodu, wojny, prześladowania. I zasługują na akceptację. Ale one muszą mieć granice – nie mogą być absolutne i bezkrytyczne. A zatem: „Tak, przyjmiemy cię, możesz praktykować swą wiarę, korzystać z wszelkich dóbr edukacji i kultury, swojej i tej nowej. Musisz jednak wiedzieć, że będziemy z całą bezwzględnością przestrzegać swoich norm prawnych, strzec bezwzględnie swojego stylu życia oraz wolności. Jeśli je naruszysz, poniesiesz karę. Nie będziemy się już liczyć z twoim dawnym nieszczęściem. Twoja inność, twoja wiara czy też tradycja nie będą usprawiedliwieniem”. Takich jednak głosów w Europie na ogół nie słychać – słychać tylko wyrozumiałe „tak” albo zapiekłe „nie”.

Czyli nie poradziliśmy sobie z obcym…

My nie mamy sobie z nim poradzić. On nam pomaga poradzić sobie ze sobą. Obcy jest nam potrzebny, abyśmy mogli odzyskać tożsamość – rozpoznając w drugim obcego. Ale zdarza się w tym powszechnie najbardziej tandetna i złowroga próba budowania tożsamości. Komu jest potrzebny klient wyborczy, sięga po prostacki obraz „obcego”. I mamy o to w roli patrioty Edka z Mrożka, który jest człowiekiem bez tożsamości. Chamski i roszczeniowy, jednak też potrzebuje integracji i sensu. Oto orzeł w koronie, krzyż, zbicie „muslima” nawet jeżeli to syryjski chrześcijanin.

Dlaczego borykamy się z kulturową dezintegracją?

Paradoksalnie spowodowała to kultura przyzwolenia. Mówię to z goryczą: bo jestem jej dzieckiem – nosicielem tych wolności, które wynikły z rewolty 1968 roku, z czynienia miłości zamiast wojny, z obalenia autorytaryzmu i patriarchalizmu. Ona przemieniła nas w wielu sprawach na dobre. Ale wyrodziła się i zaczęła dawać za dużo. I za nic. Zniknął cały system wymagań i obowiązków. Choćby system edukacji, który wyłonił się z tych zmian i przez który przechodzą wszyscy. Znieśliśmy progi inicjacyjne, znieważyliśmy hierarchie – żeby było demokratycznie. Jeśli jesteś nauczycielem, nie postawisz nieukowi i łobuzowi złego stopnia, bo się biedak sfrustruje… No i dziś człowiek chce awansu, ale nie przyjmuje do wiadomości, że awans kosztuje. Zanik zasad to też sprawa rozwoju technologii. To młodzi wyjaśniają starym technologie, a więc i świat. Zasady stają się mniej ostre, bo młodzi zawsze są liberalni. I żyjemy w kulturze przyzwolenia na wszystko i wizji świata bezbolesnego. Nawet bajki mają być słodkie. I mamy iluzję świata, w którym nie ma trudu i cierpienia. A wzięło się to stąd, że chcemy stworzyć sobie raj na ziemi…

Czy Jezus powiedziałby Breivikowi: „Idź i nie grzesz więcej”?

Myślę, że nie. Jezus nie dopuścił do ukamienowania jawnogrzesznicy, bo to prawo było niesprawiedliwe, czyniło kobietę własnością mężczyzny, który mógł ją zabić za własne grzechy. Ale to nie znaczy, że odrzucał wszelkie kary i normy prawne płynące ze sprawiedliwości. Jest słynna scena z płaceniem podatków, kiedy powiedział: „Oddajcie więc Cezarowi, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22, 21). Jezus przystałby więc na karę, jaką wymierzono Breivikowi: bo prawo, kiedy trzyma się zasad moralnych i podstaw sprawiedliwości, jest prawem. Ale też nazwałby zło jego czynów i walczyłby o jego przemianę wewnętrzną. Kiedy umęczony Jezus wisi na drzewie krzyża, obok niego znajdują się dwaj złoczyńcy. Temu, który w ostatnim momencie doświadcza przemiany, mówi, że już dziś będzie w raju. Wobec drugiego, który mu złorzeczy, milczy. Ale o żadnym nie mówi, że został niesprawiedliwie ukarany. Nie odrzuca też okrutnie niesprawiedliwego wyroku, który zapadł na niego samego.

 

Artykuł pochodzi z magazynu Zwierciadło 09/2016