Sri Lanka – wyspa w kształcie łzy

Sri Lanka fot. iStock

Śladami kobiety, która 25 lat temu znikła bez wieści, Joanna Bator dotarła na Sri Lankę. Odbyła podróż twórczą, choć nie zawsze łatwą. Wróciła z książką. Opowiada nam, jakie emocje uwalnia miejsce, którego piękno skażone jest cieniem wojny.

Przygotowując się do rozmowy, przypomniałam sobie nasze ostatnie spotkanie. Wtedy, w 2012 roku, przyznałaś, że chodzą za tobą historie osób zaginionych.
Naprawdę? Zawsze fascynowały mnie takie historie. Najwyraźniej już wtedy coś mi się lęgło w głowie. Motyw znikania ma dwa ciekawe dla mnie aspekty. Pierwszy jest pozytywny i wiąże się z moim głodem życia, wiecznym nienasyceniem. Zniknąć bez śladu może znaczyć, że gdzieś tam przepływasz rzekę, przechodzisz przez las i masz zupełnie inne życie, z nowym imieniem, z nowymi włosami. To fantazja, że można być kimś innym, że to życie nie jest jedyne. Gdy kończysz 35 lat, w życiu następuje turboprzyspieszenie. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że są drogi, które porzuciłaś na zawsze. Że te wybory, których dokonałaś, są już ostateczne. Nagle zdajesz sobie sprawę, że były inne ścieżki, niekoniecznie lepsze, ale inne. Ja mam takie dwie. Co najmniej. Dwa inne życia, jakie były pod ręką, ale ich nie wybrałam. Pierwsze zaraz po doktoracie w Nowym Jorku, kiedy zaczęłam pracować dla polonijnej gazety. Nieźle to szło, był jakiś mężczyzna, jakieś pomysły… Mogłam tam zostać, być dziennikarką w Nowym Jorku, zrobić karierę albo się stoczyć. Drugie w Japonii, kiedy po pierwszym stypendium zaproponowano mi stałą pracę na uczelni. Wykładałabym filozofię na uniwersytecie w Tokio. Zupełnie inny świat. Inne zapachy i smaki codzienności, inni ludzie.

A drugi aspekt znikania?
Drugi aspekt jest czarny. Zniknąć bez śladu znaczy też umrzeć. Ciekawe, ilu z nas by zostało, gdyby podczas najstraszniejszej z nocy mieli pod ręką mały guzik pozwalający na bezbolesną i natychmiastową anihilację? Są też inne bolesne znikania, na które nie mamy wpływu. W pewnym momencie życia znika się jako kobieta. Kobieta po pięćdziesiątce staje się przezroczysta, przestaje być obiektem pragnienia. I kultura, i natura są tu przyjaźniejsze dla mężczyzn. Dużo jest historii zniknięć w moich opowieściach. W „Ciemno, prawie noc” zniknięcie dzieci otwiera cały kosmos utraty. Impulsem do napisania „Wyspy Łzy” była prawdziwa historia zniknięcia bez śladu.

To Sandra Valentine doprowadziła cię na Sri Lankę. Jak wpadłaś na jej trop?
Po „Ciemno, prawie noc” nie pisała mi się następna powieść. Byłam zmęczona, trzy powieści w cztery lata! To były puste miesiące. Okropna, długa zima. W głowie tłukły mi się słowa „znikła bez śladu”. Czytałam w necie historie kobiet, które znikły bez śladu, żeby się czymś zająć. Jest ich mnóstwo. I tak wiosną 2013 roku trafiłam na Sandrę.Przykuła moją uwagę na tyle, że nie mogłam się uwolnić. Jej nazwisko otwiera w mojej głowie mnóstwo skojarzeń, jak stopklatki z filmów drogi i czarnych kryminałów. Z bardzo fragmentarycznych informacji stworzyłam kobietę podobną do mnie, zamieszkującą nawet te same miejsca.

Jak Nowy Jork.
Właśnie, Nowy Jork, moja dawna miłość, i świadomość, że gdzieś tam przecięły się nasze ścieżki. Sandry i moje. Nie mogłam przestać o niej myśleć.

Jak to jest – tropić cudze ślady zostawione 25 lat temu? Wędrować jego szlakiem?
Nikt nie pamięta Sandry Valentine na Sri Lance. Kiedy znikła w 1989 roku, trwała tam wojna. Same zatarte ślady, fałszywe tropy. Odwiedzając miejsca, w których była Sandra, zaczęłam zastanawiać się, co mnie tam naprawdę rzuciło. Niby wiedziałam od początku, że nie chodzi o historię detektywistyczną, ale rzeczywistość była tam dla mnie o wiele mniej hojna niż zwykle. Szamotałam się w tropikalnej pustce. I okazało się, że moja tajemnicza przewodniczka ciągnie mnie w głąb mojej własnej biografii. Kusi wyzwaniem, by opowiedzieć własną historię. Historię pisarki zafascynowanej obcą kobietą, która znikła bez śladu. „Wyspa Łza” jest przede wszystkim opowieścią o pisaniu. Skąd to się wszystko bierze? Skąd się biorą opowieści?

Po twojej książce raczej nie wybiorę się na Sri Lankę. Dla mnie to trochę taki antyprzewodnik, gdzie to, co widzisz, przepuszczasz przez filtr emocji i melancholii.
Głosy są podzielone, niektórych to zaintrygowało! Są dni, kiedy chciałabym tam wrócić. Jakoś inaczej, może w innym tekście. Nie wiedziałam, że aż tak dojmująco będę odczuwać cień wojny, która tam się przetoczyła. Wojna jest obecna wyraźnie na Sri Lance, w rozmowach z ludźmi, niedopowiedzeniach, otwartych deklaracjach wrogości. Tam sąsiad zabijał sąsiada, zginęło około
100 tysięcy ludzi. Działania wojenne zakończono dopiero w 2009 roku. Jest olśniewająco pięknie, jeśli chodzi o krajobraz, przyrodę. I to piękno skażone jest cieniem. Niezłe miejsce do pisania książki o melancholii i przekraczaniu symbolicznej granicy połowy życia przez kobietę wychodzącą z depresji. Zrobiłam sobie samej psikusa.

Z twojej książki bije ogromna samotność.
Nie mam problemu z byciem samą na swoich zasadach. Wiele razy mieszkałam przez kilka miesięcy sama w jakimś mieście, bo mój K. ma swoją pracę, swoje życie i nie chciałabym za nic na świecie, żeby mąż stał się moim asystentem. Gdy mieszkam sama, umiem skupić się na pracy i nowych przyjemnościach w rozsądnych proporcjach. Ale w miarę upływu lat coraz bardziej potrzebuję dobrego towarzystwa w podróży. Chcę dzielić się spostrzeżeniami, by testować różne skojarzenia, słowa, frazy. Takie rzeczy robi się tylko w dialogu z kimś, kto jest, że tak powiem, na wspólnej orbicie artystycznej, intelektualnej, politycznej. Inaczej męczę się i jestem męcząca. Wiem, że jestem trudna i wymagająca, ale i tak najwięcej wymagam od siebie. Na Sri Lance czułam się samotna, fakt.

Co wyniosłaś z wyspy, oprócz obrazów i smaków?
Poczucie, że jestem gotowa rzucić się na wszystko bez kalkulowania. Że jestem odważna. I że dobrze jest od czasu do czasu zrobić coś dzikiego, bezinteresownego i szalonego. Kiedy kolejna Sandra Valentine poda mi rękę w ciemności, pójdę za nią jak w dym.

Podróż na Sri Lankę nie okazała się ani miła, ani jasna. Ale potrzebna. Udowodniła mi, że jestem silniejsza, niż się przez chwilę obawiałam. Potrzebowałam spojrzeć w swoją historię. Właśnie tam, bo gdzieś indziej pewnie bym się nie odważyła. Zobaczyć mnie – narcystyczną nastolatkę, rozedrganą jak stara gitara. Mnie – smutną dziewczynkę. Jedną z rzeczy, które mnie ukształtowały jako kobietę i pisarkę, jest to, że jako sześciotygodniowe niemowlę zostałam oddana na wychowanie do domu babci i byłam tam, w miejscu samotnym i ciemnym, sześć lat. Tego nic nie zmieni, nic nie zatrze.

Piszesz, że podróż jest ucieczką przed śmiercią, przemijaniem, ale w jednym z wywiadów przyznałaś, że chcesz już przestać uciekać i budujesz dom.
Po powrocie z ostatniej wyprawy do Japonii to stało się jasne. Jestem stąd i tu jest moja baza. Do tej pory nie obchodziło mnie, gdzie mieszkam – byle było czysto, przestronnie i dużo światła. Jestem dziewczyną z bloku, potrzebowałam tych wszystkich podróży, by sobie uświadomić, jak powinna ta moja baza wyglądać. I teraz już wiem. Gromadzę piękne, wyjątkowe przedmioty, mam sporo japoników i bardzo precyzyjną wizję domu. Połowę ubiegłego roku spędziłam w drodze, ale potrzebuję stałej bazy w Polsce.

A jednak nadal ciągle podróżujesz, teraz, gdy rozmawiamy, jesteś w przededniu wyjazdu na rok do Berlina (rozmowa odbyła się w marcu 2015 — przyp. red.).
Berlin to jedno z miast, w których zawsze chciałam pomieszkać i właśnie się zdarzyła okazja. Nie znam losu imigrantki, wszystkie moje wyjazdy były stypendiami naukowymi, a potem literackimi. Nie planowałam zostać w żadnym z tych miejsc, choć mogłam, tak jak w Nowym Jorku i Tokio. Zawsze tam, gdzie jestem, wyobrażam sobie alternatywne życie. Ostatnio tej jesieni w Szwajcarii. Byłam w Bernie na trzymiesięcznej gościnnej profesurze. Zapraszają na nią wybranych pisarzy. Było cudownie i pouczająco. Miasto pachnące wykwintną czekoladą. Strefa absolutnego komfortu. Asystentka na uniwersytecie, gosposia w domu. Pewnego razu maszyna zjadła moją kartę kredytową. Co robi Polka, choć spędziła lata za granicą? Panikuje: „O matko, moja karta kredytowa!”. I grzebie w maszynie spinką do włosów. W końcu dzwoni na podany na maszynie numer i pani mówi, że w ciągu pięciu minut ktoś się pojawi. Myślę: „Pięciu, akurat!”. Po czterech minutach przyjeżdża pan z walizeczką, wydłubuje moją kartę, przeprasza i odjeżdża. Opowiedziałam to moim szwajcarskim studentom, a oni, że im by do głowy nie przyszło, żeby grzebać spinką. No i jednak wracam z takich miejsc do Polski.

Być pisarką w podróży – niełatwo z tobą żyć.
Liczę, że to, czego dostarczam w zamian, równoważy te niedogodności (śmiech). Poza tym nie każdy mężczyzna potrzebuje gosposi, która siedzi w domu, gotuje pomidorówkę i pierze mu majtki, czekając aż słońce jej życia wróci z chłopięcej wycieczki. Mój partner nie musi szukać atrakcji poza domem. Życie w podróży jest prostsze niż życie z pisania. Jest satysfakcja. Ale też straszna niepewność, bo nikt nie obiecał, że przyjdą kolejne książki, kolejne przekłady. Chciałabym po powieści, nad którą będę pracować w Berlinie, wrócić do Japonii. To coś między planem i marzeniem – powieść z akcją w Japonii. Czasem tęsknię za tamtejszymi drobiazgami, zmysłowym mikroświatem. Wieczorem w porze kąpieli na przykład lubiliśmy z K. włóczyć się po naszym osiedlu w Tokio – specyficzny zapach japońskich kosmetyków i chlupot wody dobiegały z każdego domu. Z takich „zahaczek” robi się opowieści.

Joanna Bator ur. 2 lutego 1968 roku w Wałbrzychu, pisarka, podróżniczka, publicystka, eseistka, specjalistka od antropologii kultury i gender studies, nauczycielka akademicka. Laureatka Nagrody Literackiej Nike w 2013 roku za książkę „Ciemno, prawie noc.” W styczniu 2015 roku ukazała się jej książka „Wyspa Łza”.