1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Piękne włosy każdego dnia. Jak je pielęgnować?

Piękne włosy każdego dnia. Jak je pielęgnować?

fot. iStock
fot. iStock
Kobiety i włosy łączy trudna relacja. Dobrze wiedzą o tym fryzjerzy, zdani na lamenty klientek. Ale oni też wiedzą najlepiej, jak łatwo dobrą fryzurą i pielęgnacją włosów wzmocnić samoocenę

Dawniej fryzura ściśle odzwierciedlała czyjś wiek, stan i pozycję. Dziś tyko od naszej fantazji, osobowości i nastroju zależy, co zrobimy z własnymi włosami.

DOBRANE DO TWARZY I OSOBOWOŚCI

Z obserwacji poczynionych w gabinetach fryzjerskich wynika, że nieśmiali introwertycy częściej kryją się za długą grzywką albo opadającymi na policzki pasmami, a osoby gotowe zdobywać świat – odsłaniają twarz. Z kolei kok, z którego wypadają kosmyki, noszą zazwyczaj kobiety szczere i spontaniczne, mocno związany wybiorą raczej osoby pewne siebie, ambitne i zdeterminowane. Także uczesanie w koński ogon to oznaka dobrej samooceny. Luźno puszczone włosy kojarzą się z dużą swobodą i umiejętnościami przystosowania się do różnych okoliczności. Odgarnianie długich, rozpuszczonych włosów z ramion to klasyczny już gest, wykorzystywany podczas flirtu. Podobno także to, na którą stronę automatycznie przekładamy włosy, coś o nas mówi. Przedziałek z lewej strony charakteryzuje otwarty umysł, zamiłowanie do działania i łatwość w nawiązywaniu kontaktów, z prawej – wiąże się z osobowością wrażliwą i raczej zamkniętą w sobie. Jeśli w miarę równo przedzielamy włosy na obie strony, to znaczy, że odczuwamy większą równowagę wewnętrzną.

Zachowania związane z włosami to też komunikat: częste poprawianie czy przeczesywanie włosów oznacza skłonność do niecierpliwości i podejrzliwości; osoba, która w czasie rozmowy bawi się kosmykiem, stara się zachować dystans, a gest podnoszenia włosów u kobiety służy w rzeczywistości wyprostowaniu postawy i wyeksponowaniu piersi, i wyraża zainteresowanie mężczyzną.

CODZIENNA PIELĘGNACJA

Długie – krótkie, związane – swobodnie spływające na ramiona… Najważniejsze, żeby były mocne i lśniące – wtedy będą atutem. Jakie zabiegi im to zapewnią?
  • Po pierwsze, prawidłowe mycie, które rozpoczyna się od delikatnego masażu głowy: najlepiej nałożyć niewielką ilość szamponu na dłonie, rozcieńczyć go i nanieść na zmoczone włosy. Potem punktowo uciskać nieusztywnionymi palcami skórę głowy – w ten sposób uwolnimy zabrudzenia i nadmiar wydzielanego przez gruczoły łojowe sebum. Dopiero potem myjemy całość włosów, w kierunku z góry na dół. Po myciu i spłukaniu letnią wodą warto użyć odżywki. Nakładamy ją na mokre, ale wyciśnięte z wody włosy i najczęściej zostawiamy na kilka minut. Przed spłukaniem dobrze jest przeczesać włosy.
  • Po drugie, rozczesywanie – najlepiej  grzebieniem z szerokimi zębami. Po rozczesaniu, jako ochronę przed kolejnymi zabiegami, jak prostowanie, warto zastosować bazę ochronną, np. olejek.
  • Po trzecie, suszenie w odpowiedniej temperaturze. Gorący nawiew sprawia, że włosy stają się przesuszone i łamliwe, a poza tym prowadzi do otwierania się łuski włosa. Najlepiej pozwolić włosom wyschnąć swobodnie, a w razie konieczności – używać  suszarek z chłodnym nawiewem.
  • Po czwarte, wieczorne szczotkowanie, które dotlenia włosy, usuwa gromadzący się w nich kurz i resztki kosmetyków do stylizacji. Pozwala też zwiększyć objętość włosów. Warto zainwestować w szczotkę z naturalnego włosia i wieczorem szczotkować włosy co najmniej 20 razy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Syndrom oszusta - częsty problem osób z niską samooceną

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
Boisz się, że świat za chwilę się dowie, ile tak naprawdę jesteś warta, a raczej jak niewiele wiesz, umiesz, potrafisz? Zapewne cierpisz na syndrom oszusta, który często dopada osoby, które mają problem z samooceną. Co zrobić, by ten strach nie zatruwał nam życia, radzi psychoterapeutka, Adriana Klos. 

Royal Festival Hall w Londynie. Sala wypełniona po brzegi. To spotkanie z żoną byłego prezydenta USA Michelle Obamą. Bilety wyprzedały się błyskawicznie. Kobiety jak zawsze chcą usłyszeć, co powie Obama, bo – jak mówią – motywuje je do działania. Silna, pewna siebie kobieta sukcesu, tak sądzą… Tymczasem Michelle wychodzi na scenę i po raz pierwszy zwierza się publicznie, że od wielu lat cierpi na syndrom oszusta.

Wszyscy wątpimy w siebie

Syndrom oszusta to zjawisko psychologiczne polegające na ciągłym wątpieniu w swoje możliwości, na umniejszaniu swoich sukcesów, niedocenianiu własnego potencjału. Aż w końcu na przeświadczeniu graniczącym z pewnością, że już za moment świat dowie się, ile tak naprawdę jesteśmy warci, a konkretnie – jak niewiele jesteśmy warci. Ludzie cierpiący na syndrom oszusta często uważają się za mniej utalentowanych i mniej inteligentnych, niż są w rzeczywistości. Nie wierzą, że mogą osiągnąć sukces, a gdy się im to udaje, mają poczucie, że to jedynie przypadek, łut szczęścia i że na to nie zasłużyli. 

To przekonanie, że nikt nie powinien brać mnie na poważnie. Bo co ja mogę wiedzieć? – mówiła Obama podczas londyńskiego spotkania. – Dzielę się z wami moją historią, bo wszyscy wątpimy w siebie i nasze możliwości, naszą siłę – dodała. 

Jak opowiadała, przez to, że jej mąż był prezydentem, miała wrażenie, że jej sytuacja zawodowa wynika wyłącznie z wysokiej pozycji partnera. Wspominała, że przed wejściem do gabinetu królowej Elżbiety II kompletnie spanikowała. Utknęła przed drzwiami, w nieskończoność przypominając sobie kolejne punkty protokołu dyplomatycznego. Aż rozległ się zniecierpliwiony głos królowej: „Po prostu wejdź!”. A ona – doświadczona już wtedy pierwsza dama – sparaliżowana strachem, że na pewno popełni niewybaczalną gafę, nie była w stanie zrobić ani kroku.

Syndrom oszusta objawia się ciągłym lękiem, który demoluje życie. Jak wynika z badań ta przypadłość jest bardzo powszechna, przynajmniej raz w życiu dotyka nawet 70 proc. ludzi. Ale nie u każdego przybiera tak ostrą postać.
– Tym, co z psychologicznego punktu widzenia wysuwa się na pierwszy plan w przypadku osób, które doświadczają tego syndromu, jest coś, co określiłabym niebraniem siebie na poważnie – mówi psychoterapeutka Adriana Klos ze Strefy Zmiany. – Nam bardzo zależy, by ludzie traktowali nas poważnie, liczyli się z nami. Tymczasem dość często to my sami nie traktujemy w ten sposób siebie. Nie traktujemy poważnie swoich wysiłków, swoich kompetencji. Nie wierząc w swój potencjał, pozwalamy czasem, by inni nas wykorzystywali – tłumaczy terapeutka.

– Przez kilka lat pracowałam w agencji PR – opowiada Dominika. – Szło mi całkiem nieźle, miałam wielu klientów, przynosiłam firmie całkiem spore zyski. Działałam jak robot, a szef dokładał mi wciąż nowe obowiązki. Nie zauważyłam nawet, że spędzam w pracy wieczory, że siedzę przy komputerze w weekendy. Wciąż uważałam, że muszę dawać z siebie więcej i więcej. Aż w końcu przyjaciółka zapytała mnie pewnego dnia, czy nie widzę, jak bardzo jestem zmęczona, sfrustrowana, czy nie dostrzegam, że mną „orają”? Nie dostrzegałam, sądziłam, że muszę się starać, bo przecież tak ciężko o pracę, i – kto jak kto – ale ja na pewno innej nie znajdę. Zupełnie nie zdawałam sobie wtedy sprawy, co stoi za moim przekonaniem, że wciąż muszę dawać z siebie więcej i więcej. Kiedy ta sama przyjaciółka powiedziała: „Zwolnij się i załóż swoją własną agencję”, pomyślałam: „Oszalała! Ja? Skąd, przecież nie będę miała ani jednego klienta, oni pracują nie ze mną, tylko z wypracowanym szyldem mojego szefa, jeśli odejdę – przepadnę, zginę na tym rynku”. Jeszcze półtora roku pracowałam ponad możliwości, aż w końcu zwyczajnie fizycznie nie miałam sił. Zwolnienie się było jedynym ratunkiem. Zrobiłam to, ale byłam przerażona, że właśnie kończy się moja droga zawodowa i wkrótce trafię na bezrobocie. Byłam zszokowana, kiedy kolejni klienci dzwonili do mnie i pytali, czy zakładam własną firmę, jeśli tak, to odchodzą z tamtej agencji, bo chcą pracować ze mną. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało – prawie wszyscy klienci przeszli do mnie. To było 12 lat temu. Z większością pracuję nadal – opowiada Dominika. I dodaje, że dziś już wie, że rzeczywiście ma… „pewien problem z wiarą we własne możliwości”.

W oczekiwaniu na katastrofę 

Dr Valerie Young, autorka książki „The Secret Thoughts of Successful Women...” [Sekretne myśli kobiety sukcesu], podzieliła kobiecy syndrom oszusta na pięć typów.
  1. perfekcjonistka – kobieta, która stawia sobie poprzeczkę tak wysoko, by niemal nie dało się do niej doskoczyć, wtedy ma „dowód”, że nie stać jej na osiągnięcie celu.
  2. superwoman – przeciąża się pracą, by zatuszować swoją niepewność.
  3. naturalny geniusz z kolei to typ kobiety, która ocenia swoje umiejętności jedynie w oparciu o łatwość i szybkość osiąganych celów, jeśli potrzebuje czasu, żeby opanować jakąś umiejętność, czuje wstyd.
  4. solistka – jest chora, kiedy musi poprosić kogoś o pomoc.
  5. ekspertka – kobieta, która obsesyjnie sprawdza swoją wiedzę, czuje się podle, kiedy nie potrafi odpowiedzieć na choćby jedno ze stu zadanych jej pytań. 
– Nie wiem, którym typem jestem – mówi Dominika. – Mam wrażenie, że każdym po trochu. Nie umiem prosić o pomoc, ciągle siebie sprawdzam, tak jakbym chciała przyłapać siebie na niewiedzy, pracuję po godzinach i wciąż uważam, że wiem za mało, że jeszcze rok, może dwa i będę bezużyteczna. Przyjdą „młodzi”, a ja ze swoimi ledwo przeciętnymi umiejętnościami wypadnę z obiegu. I wciąż się dziwię. Dziwię się ludziom, że chcą ze mną pracować. A najbardziej dziwię się, kiedy ktoś mnie komuś poleca – nie umiem uwierzyć, przyjąć, że to mogłoby oznaczać, że jestem dobra w tym, co robię. Czekam, aż mnie zdemaskują. Czekam na… katastrofę – opowiada Dominika. 

– Taki chroniczny brak oparcia w sobie jest bardzo obciążającym doświadczeniem – mówi Adriana Klos. – To wegetacja w ciągłym napięciu, w oczekiwaniu na to, że za chwilę wszystko się zawali. Dostrzegam to u swoich pacjentów i widzę, jak to demoluje ich życie. Bo nawet kiedy w zasadzie wszystko jest dobrze, im dobrze nie jest. Nigdy. To są ludzie, którzy nie umieją cieszyć się tym, co wychodzi, co się udaje, tym, co mają. To są osoby, które nie potrafią doświadczać radości. Bo wciąż towarzyszy im lęk: że to zaraz się skończy, że się nie należy, że są nie fair, że oszukują bliskich, współpracowników, że są kimś zupełnie innym, niż światu się wydaje. Wciąż czują, że już za chwilę opadnie ich maska – tłumaczy psychoterapeutka.

Demony przeszłości 

Podobnie jak zdecydowana większość naszych trudności ta także ma swoje źródło w dość odległej przeszłości, w naszym dorastaniu. – By w sposób naturalny, czyli bez żadnej pracy nad sobą w dorosłym życiu, mieć pełne oparcie w sobie, być siebie pewnym, trzeba by „dostać” dzieciństwo prawie idealne. A takich, jak wiadomo, nie ma – mówi Adriana Klos. – Syndrom oszusta często towarzyszy na przykład osobom DDA (dorosłym dzieciom alkoholików). To ludzie, którzy na starcie nie dostali bazy, poczucia bezpieczeństwa. Nie zaznali smaku dobrej, wspierającej relacji. Wychowywali się bez uwagi i czułości. System wartości był niejasny, ciągle działo się coś nieprzewidywalnego, dostawali sprzeczne komunikaty. Jednym słowem, syndrom oszusta towarzyszy często osobom, które dorastały w emocjonalnym chaosie. Nawet jeśli przez chwilę było dobrze, taki człowiek wiedział, że zaraz wszystko może się zmienić. Naturalny stan dla kogoś takiego to lęk i ciągła czujność, by przygotować się na kolejny cios. I poczucie, że cokolwiek zrobię – stanę na rzęsach – i tak nic tu nie zależy ode mnie. Taka baza to doskonały grunt, by wyrósł człowiek cierpiący na syndrom oszusta. Ale wcale nie trzeba tak mocnych doświadczeń w przeszłości, by ten syndrom nas dopadł. Mają go także osoby, które pozornie miały całkiem poprawne dzieciństwo – mówi terapeutka. – Bo czasem wystarczy – i to zdarza się bardzo często, słyszę to od moich pacjentek – by w dzieciństwie być poddawanym ciągłej, w podtekście krytycznej, ocenie. Gdy wciąż słyszymy: „Fajnie, ale można zrobić to inaczej”; „Ja ci pokażę, jak będzie lepiej” itd. To dość często robią matki: „Źle się ubrałaś, trzeba było założyć tamte spodnie”; „Co znowu zjadłaś, zostawiłam dla ciebie sałatkę”; „Po co tam jedziesz, tam nie ma nic ciekawego, szkoda pieniędzy”. Wyrastamy w poczuciu, że to ktoś inny wie, co jest dla nas najlepsze, że my zawsze dokonujemy nietrafnych wyborów, że nasze zdanie nie ma znaczenia. To wszystko powoduje, że w dorosłym życiu nie mamy w sobie żadnego oparcia, wciąż towarzyszy nam ta oceniająca mama, która wie lepiej, która musi nas „poprawiać”. Nie potrafimy więc uwierzyć, że ktoś nas – takimi, jakimi jesteśmy – akceptuje, docenia, traktuje poważnie. No i to na zewnątrz leży nasze poczucie sprawstwa, czyli: „To nie ja zasłużyłem/zasłużyłam swoją pracą, wiedzą, kompetencjami, ale to los, przypadek zdecydowały, że mi fuksem coś wyszło”. – Mam ponad 40 lat i wciąż uczę się, by komentarze mojej mamy dotyczące moich wyborów nie zmieniały moich decyzji, by jej „delikatne podpowiedzi dla mojego dobra” nie psuły mi humoru na dwa dni – mówi Dominika. – To trudne, ale nie jest niemożliwe. Dziś to już wiem. Uczę się ufać sobie. Mogę się pomylić, ale to jest błąd, który idzie na moje własne konto. Wolę swoją pomyłkę niż jej dobrą podpowiedź. Bo ta pomyłka jest moja! I jest częścią mojej autoterapii – dodaje Dominika.

Nikt nie jest doskonały 

Michelle Obama na spotkaniach organizowanych w żeńskich szkołach walkę z syndromem oszusta poleca zacząć od wyrzucenia z głowy demonów przeszłości.

„Pytanie, czy jestem wystarczająco dobra, nas prześladuje, ponieważ często towarzyszy nam od dzieciństwa” – tłumaczy Obama przede wszystkim młodym kobietom. Bo mówi się, że ten syndrom zdecydowanie częściej dotyczy właśnie kobiet.

– Nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że to kobiety częściej dopada ten syndrom – mówi Adriana Klos. – Powiedziałabym raczej, że kobiecie łatwiej się do tego przyznać. To wszystko, co składa się na tę przypadłość, tak dalece odbiega od wciąż jednak dominującego stereotypu męskości, że mężczyźnie strasznie trudno jest o tym nie tylko opowiedzieć, ale nawet przyznać się przed samym sobą. Jednak podczas pracy terapeutycznej dostrzegam, że mężczyźni równie często jak kobiety borykają się z takim brakiem pewności siebie, lękiem, że ktoś ich zdemaskuje. Ale przekonanie, że to  „niemęskie”, każe im nakładać kolejne maski – opowiada terapeutka. 

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. Świadomość tego, że nie jest się dziwadłem, może stać się pomocna. Ale psychoterapeutka przestrzega przed przywiązywaniem zbyt dużej wagi do swojej przypadłości. – Określenie siebie jako osoby cierpiącej na syndrom oszusta, czyli powiedzenie sobie: „Jestem chora/chory”, automatycznie zdejmuje z nas odpowiedzialność za pracę nad sobą, za próbę zmierzenia się ze słabością. I tylko pogłębia nasze przeświadczenie o tym, że to nie w naszych rękach jest klucz do naszego życia, jego jakości – zwraca uwagę Adriana Klos.

Michelle Obama, by dodać otuchy wszystkim podobnym do siebie, dzieli się jeszcze jednym przemyśleniem: „Siedziałam prawdopodobnie przy każdym najpotężniejszym stole, jaki tylko możecie sobie wyobrazić, działałam w segmencie non profit, w fundacjach, pracowałam w korporacjach, zasiadałam w ich zarządach, uczestniczyłam w szczytach przywódców państw: oni wcale nie są tacy mądrzy” – zapewnia.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

U boku uwodziciela - jak bronić się przed odurzającą iluzją?

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
Dlaczego tracimy rozsądek dla szarmanckiego rycerza, a z jakiego powodu dla szorstkiego inteligenta? Dlaczego nie możemy się oprzeć królowi salonów? Czy w takich relacjach zaznamy bliskości? Nie!

Dlaczego? Bo mamy do czynienia z uwodzicielem, czyli kimś, kto niezależnie od tego, czy jest mężczyzną czy kobietą, składa niebezpośrednią, niezdefiniowaną, a jednak wyczuwalną obietnicę, że coś się wydarzy. Bardziej niż konkretnym słowem, kusi nastrojem. Jest jak reklama – sprzedaje więcej niż towar – wykreowaną ułudę. Jego działanie jest tak niesamowicie wabiące, że pragniemy być blisko niego. Bo tylko przy nim świat wygląda inaczej, jest jak we śnie. I za każdym razem się nabieramy.

W czym tkwi sekret?

Nie ma znaczenia, czy aura, jaką roztacza wokół siebie, jest rodem z książek Jane Austen lub filmów z Indianą Jonesem. Równie dobrze może być rycerzem na białym koniu, który zaprasza na wystawne kolacje i wręcza bukiety pąsowych róż, jak i szorstkim w obyciu inteligentem, który nigdy nie poda płaszcza, ale z którym prowadzi się porywające dyskusje. Zdarzają się też uwodzicielki w stylu femme fatale, rozkapryszonej panienki albo dziewczyny z sąsiedztwa. To, co łączy te wszystkie typy, to niezwykła pewność siebie. Ich siłą jest to, że potrafią sprawić, że „ofiara” czuje się absolutnie wyjątkowa.

Ulegamy, bo relacja z uwodzicielem daje nam dostęp do własnej, ukrytej, nieużywanej części osobowości. Nie potrafimy na przykład być w życiu przebojowi, choć bardzo tego potrzebujemy, bo nie umiemy przekroczyć granicy nieśmiałości. Przy uwodzicielu ją pokonujemy, ale tylko pozornie. On niczym magiczny wehikuł przenosi nas do rzeczywistości, za którą tak bardzo tęsknimy, czasem nawet o tym nie wiedząc. Do rzeczywistości także tej psychicznej. Doświadczamy czegoś nowego, fascynującego, na innym poziomie i w innym wymiarze. Uwodziciel jak demiurg uruchamia w nas ukryty potencjał.

To coś w nas

Kobieta nieśmiała, która rzadko chodzi na duże imprezy, poznaje mężczyznę – króla salonów. Co się dzieje? U jego boku zyskuje pewność siebie w towarzystwie, nagle staje się swobodna i rozmowna. Czuje się tak, jakby wypiła lampkę szampana. Jest cudownie! Zaczyna wychodzić do ludzi. Co jeszcze? Uwielbia oglądać sceny balów w filmach, śni, że tańczy na scenie, a publiczność bije brawo. Towarzyszy jej uwodziciel, a obok pojawiają się nagle nowe uśmiechnięte i chętne do rozmowy koleżanki.

Mężczyźni, którzy lgną do kobiet w typie femme fatale, choć mają przeczucie, że ten płomień może ich spalić, nie potrafią opanować do nich pociągu. Rządzi nimi jakaś tęsknota. Za czym? Być może za tym, by „spłonąć”? Jeśli kieruje nimi naprawdę silne pragnienie, motyw ognia będzie pojawiać się w ich marzeniach i snach.

Przy uwodzicielu w typie twardziela kobieta może poczuć się słaba, delikatna, może odkryć, jak to jest schować się za szerokimi, męskimi ramionami. Nagle zapragnie podkreślać w sobie eteryczność i subtelność, nosić białe, zwiewne sukienki, otaczać się delikatnymi kwiatami. Z kolei typ szarmancki wydobędzie esencję jej kobiecości, poczuje się przy nim jak królowa.

To jednak działa przez chwilę. Budzimy się po upojnej nocy i myślimy: „Wczoraj byłam królową, ale czy to naprawdę byłam ja?”. Czar prysnął niczym bąbelki szampana. Prawdziwa przemiana nie nastąpiła. Bo nie braliśmy w niej udziału świadomie, zdarzyła się niejako bez nas. Nie wykonaliśmy żadnej pracy nad sobą, skorzystaliśmy jedynie z dostępności i uroku uwodziciela, daliśmy się temu ponieść. Mimo to, albo właśnie dlatego, od takich cudownych chwil i powierzchownych metamorfoz potrafimy się uzależnić.

Partnerstwo wykluczone

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. Co jednak, gdy zabraknie takiego eliksiru? Wracamy do szarej rzeczywistości na jeszcze większym głodzie i ciężko się wyrwać z tego zaklętego kręgu.

Władza i kontrola, jaką ma nad nami nasz uwodziciel, jest mu potrzebna niczym powietrze. Ma wpływ na „ofiarę” i nie odda tego tak łatwo. Nie łudźmy się, że to się zmieni. W romantycznych filmach prędzej czy później uwodziciel przechodzi transformację i zakochuje się naprawdę, w życiu bywa z tym różnie.

Zasada jest prosta: z uwodzicielem nie stworzy się związku. Z nim cały czas jesteśmy jakby w przedsionku. On woli sytuacje między ustami a brzegiem pucharu. Z powodzeniem może tak spędzić całe życie. Omija trudności związane z bliskością, zobowiązaniami. Nie musi się dopasowywać do drugiej osoby. Ma tajną przepustkę, która czyni go nietykalnym. Bo on nie chce ani dawać, ani się zmieniać, woli brać i nie mierzyć się ze swoimi ograniczeniami. Jego wabik – intelekt, seks, twórczość, duchowość – przyciąga, ale jednocześnie jest uprzężą, która zachowuje dystans. To tak, jakby byty „on” i „ja” zakuć w dyby – nigdy się nie dotkną. Choć uwodziciel wydaje nam się być wymarzonym partnerem, to nigdy nim nie zostanie, bo nasza relacja nie ewoluuje.

Wieczne constans

W normalnych, bliskich relacjach ludzie się od siebie uczą, zmieniają, wspólnie przekraczają ograniczenia, dopełniają albo czerpią ze swoich podobieństw. Są ze sobą w prawdziwym kontakcie. Dzięki temu rozwijają się, każde z osobna i jako para.

Jakiegoś mężczyznę może w kobiecie pociągać na przykład to, że jest konsekwentna, poukładana, zorganizowana, miła, ciepła. I chociaż on jest bałaganiarzem, ona kocha w nim fantazję i spontaniczność. Jeśli są ze sobą blisko, on sięgnie do swojej bardziej uporządkowanej części, a jego partnerka zdobędzie się na odrobinę luzu. Potem on stanie się bardziej emocjonalny, a ona odważna.

Natomiast relacja z uwodzicielem jest ciągle taka sama. Po pewnym czasie niewiele nowego się w niej dzieje. Nie rozwija się. Dlaczego? Bo uwodziciel nie potrafi przekroczyć pewnej bariery. To, co zazwyczaj zdarza się w jednym związku, on przeżywa w kilku, z kilkoma partnerami – po to, żeby tylko do nikogo się zbytnio nie zbliżyć. To jego stała strategia.

Uwodziciele tworzą czasem strukturalnie silne więzi, tyle że nie dotykają one pewnego poziomu. Nie ma pełni. W ich relacji nie spotykają się dwa potencjały, bardziej ich obietnice. Wszystko jest zanurzone w jakiejś aurze, ale tak naprawdę nie dotyka doświadczenia. I nie dotyczy to tylko związków miłosnych, także przyjaźni czy innych znajomości. W nich nigdy nie osiągniemy pewnego pułapu.

Jak się bronić?

Kobieta, która naprawdę czuje się królową, nie potrzebuje uwodziciela, który jej to powie. Komplementy przyjmuje z dużą asertywnością – dziękuje z uśmiechem, bo wewnętrznie zgadza się z nimi. Natomiast jeśli nie ma wysokiej samooceny, łatwiej ulegnie uwodzicielowi. I nie zauważy oczywistości, że to, co jej oferuje, nie do końca jest szczere i prawdziwe, że coś tu po prostu trzeszczy.

Podstawą do ochrony przed uwodzicielem jest świadomość samego siebie. A także tego, co dzieje się ze mną, gdy słyszę jego słodkie jak miód obietnice. Jeśli ktoś mi mówi, że jestem dla niego jak Westalka, a moje oczy płoną niczym ognie odwiecznym płomieniem i robi to na mnie wrażenie – oznacza, że rzeczywiście potrzebuję tak się poczuć. Warto sobie wokół tego trochę pofantazjować, zastanowić się, jakie uczucia wzbudzają we mnie jego komplementy. Czy słysząc takie słowa, czuję się bardziej kobieca, seksowna, tajemnicza? Czy jeśli sama „stanę się” Westalką, uniezależnię się od jego słów? Przestanie mi być niezbędny? – to najlepszy klucz do budowania prawdziwych relacji.

Lampka alarmowa powinna się nam włączyć właśnie wtedy, gdy zauważamy, że potrzebujemy uwodziciela jak powietrza, że bez niego nie potrafimy funkcjonować. Zastanówmy się, co w nim takiego jest, co najbardziej podziwiamy. Jeśli cenimy go na przykład za ambicję czy odwagę, to może być to dla nas wskazówką, co powinniśmy zmienić w samych sobie. Bo uwodzi nas zwykle to, czego nam w życiu brakuje, a utwierdzają w tym – nasze kompleksy. Skoro nie wierzymy, że potrafimy być lepsi, bardziej przebojowi, wyluzowani, odważniejsi – to chcemy chociaż grzać się w cieple kogoś, kto naszym zdaniem posiada te wszystkie cechy. Jednak w ten sposób pozbawiamy się prawa do decydowania o własnym życiu, o tym, kim jesteśmy, do czego zmierzamy, co chcemy osiągnąć. Bo wszystko, czego pragniemy od świata, musimy znaleźć najpierw w sobie.

Nie taki straszny

Nie warto być ofiarą uwodziciela, ale dać się uwieść na chwilę, czemu nie? Mowa tu o flirtowaniu, czyli uwodzeniu na małą skalę. Można to robić na różne sposoby – z mężem, przyjacielem, nieznajomym, kolegą z pracy. Po co? Bo zabawa w rozsiewanie czaru jest ćwiczeniem w czerpaniu przyjemności z życia.

Gdy poobserwujemy siebie podczas flirtowania, zauważymy, że jesteśmy zupełnie inni niż na co dzień. Tak jakoś słodko się uśmiechamy, swobodnie rozmawiamy, z gracją poruszamy… Mamy ochotę inaczej się ubrać, a może nawet wyjąć farby i coś namalować… Czujemy się tak, jakbyśmy chcieli na chwilę zajrzeć do zaczarowanej komnaty. Jeśli pod wpływem tego, co zobaczymy, zmienimy siebie samych, być może ten czar zacznie działać w naszym życiu. I żaden uwodziciel nie będzie nam już do tego potrzebny.

Znajdujesz się w sidłach uwodziciela, jeśli:

  • w waszej relacji nie ma równowagi w braniu i dawaniu,
  • masz poczucie wykorzystania,
  • nie możesz liczyć na pomoc i swobodny kontakt,
  • długo trwa bolesny taniec zbliżeń i oddaleń,
  • dowiadujesz się, że podobną relację ma nie tylko z tobą,
  • zachowujesz się autodestruktywnie,
  • masz wrażenie, że dzieje się ciągle to samo, znajomość się nie rozwija,
  • doświadczasz powierzchownych, choć czasem gwałtownych emocji, nie prawdziwych uczuć,
  • czasem wydaje ci się, że ta historia nie wydarza się naprawdę,
  • brak ci bliskości drugiego człowieka.

  1. Moda i uroda

Włosy w spa

Włosy są najczulszym barometrem zdrowia odzwierciedlającym stan naszego organizmu. (Fot. iStock)
Włosy są najczulszym barometrem zdrowia odzwierciedlającym stan naszego organizmu. (Fot. iStock)
„Don’t despair, repair!” (nie rozpaczaj, naprawiaj) to nazwa linii kosmetyków do włosów, która może być mottem tego tekstu. Długa zima i sama wiesz co (czytam z synem „Harry’ego Pottera”, w którym nazwy złego nie można wymawiać) odbiły się na moich włosach – są cienkie, przetykane srebrem i jest ich o połowę mniej. Pora zabrać je do spa.

Włosy są najczulszym barometrem zdrowia odzwierciedlającym stan naszego organizmu. Sygnalizują niedobory witamin i minerałów, efekty zbyt restrykcyjnych diet widać po nich szybciej niż po rozmiarze spodni. Są czułe na wahania hormonalne. Nie lubią napięcia psychicznego. Do tej pory uważano to za bajkę, ale w ubiegłym roku naukowcy z Uniwersytetu Harvarda potwierdzili tezę, że stres może powodować siwienie włosów. „W większości przypadków siwienie wynika ze starzenia się organizmu i genów, jednak zgodnie z ostatnimi badaniami okazuje się, że ostry stres upośledza funkcjonowanie komórek macierzystych odpowiedzialnych za produkcję pigmentu w mieszkach włosowych. To powoduje, że zapas pigmentu wyczerpuje się na zawsze, w efekcie włosy stają się siwe”, mówi Anna Mackojć, trycholog z Instytutu Trychologii. O osłabieniu włosów i łysieniu spowodowanym stresem nawet nie wspomnę.

Morsowanie na poprawę nastroju? Tylko w czapce. Cebulki włosów nie lubią zimna. „Osłabione w wyniku braku ochrony przed zimnem mieszki włosowe nie są dostatecznie zaopatrzone w odpowiednie składniki, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, co może skutkować również mniejszym dotlenieniem. W wyniku tego większa liczba włosów może przechodzić w fazę telogenu, czyli fazę wypadania”, mówi Mackojć.

Co nam pozostaje? Relaks i czuła pielęgnacja! Do salonu fryzjerskiego możemy się wybrać specjalnie na rytuał pielęgnacyjny. Pilingu skóry, który jest ważnym elementem salonowych i domowych zabiegów, lepiej nie łączyć z farbowaniem, trwałą czy zabiegami keratynowego prostowania.

Gdy zobaczyłam, w jak marnej kondycji są moje włosy, zaczęłam testować różne kosmetyki i zabiegi. Szczęśliwie w końcu trafiłam w ręce Renaty Gawor, fryzjerki i szkoleniowca marki La Biosthetique z Salonu Piękności „Michell” w Mińsku Mazowieckim. La Biosthetique to francuska marka profesjonalna, która nie jest jeszcze u nas dobrze znana, a szkoda. Jej początki sięgają 1940 roku. Założyciel La Biosthetique na długo przed tym, nim stało się to modne, wiedział, że piękne włosy zależą przede wszystkim od zdrowej skóry głowy i że należy o nią dbać tak samo jak o skórę twarzy. Wybór odpowiednich kosmetyków do zabiegu i pielęgnacji domowej poprzedzony jest badaniem skóry głowy. Po pilingu, nałożeniu ampułki, maski i wymodelowaniu miałam na głowie więcej włosów niż kiedykolwiek, przynajmniej optycznie. Renata Gawor poleciła mi też sprej ułatwiający rozczesywanie La Biosthetique, z którym nie rozstaję się od tamtej pory. Nawilża włosy jak dobra maska, bez obciążania.

Drugie moje odkrycie to zabieg WellOxy w gabinecie trychologicznym „Dla włosa” na warszawskich Kabatach. Po wodno-wodorowym oczyszczeniu skóry głowy (strumieniem wody i powietrza) w skórę wtłaczane są substancje odżywcze i tlen. Po zabiegu zniknęło niemiłe uczucie ściągnięcia i wysuszenia skóry. Terapia tlenowa WellOxy jest wskazana przy nadmiernej utracie włosów i łysieniu (szczególnie gdy podłożem jest stres). W takim przypadku w wyniku osłabienia krążenia ograniczony zostaje transport składników odżywczych oraz tlenu do cebulek.

Mój trzeci punkt programu to naświetlanie skóry głowy LED-owymi lampami TriWings. One także służą poprawie mikrokrążenia i lepszemu odżywieniu mieszków włosowych. Zaczęłam od przyjemności, ale to nie jest koniec mojej relacji z akcji ratunkowej włosów. Kolejny etap to badania i diagnostyka u dermatologa. Stay tuned.

1. Healing Oil, ultralekkie serum, które przywraca włosom zdrowie i blask, virtue 50 ml/190 zł (galilu.pl). 2. Power drops, serum odbudowujące zniszczone włosy z kwasem linolowym 2%, ORIBE 30 ml/239 zł (hair2go.pl). 3. Szampon micelarny Kirstin ess 296 zł/75 zł (Sephora). 4. Scrub Scalp Spa, oczyszczający piling do skóry głowy, Kevin murphy 180 ml/167 zł (hair2go.pl). 5. Lotion przyspieszający wzrost włosów Growth Booster La Biosthetique 95 ml/155 zł (labiosthetique.pl). 6. Don’t Despair, Repair!, odżywka bez spłukiwania, Briogeo 113 ml/119 zł (Sephora). 7. Szampon do włosów suchych i zniszczonych Re:scue HAlier 250 ml/79 zł (Nutridome). 8. Lotion Concentrate, tonik wzmacniający włosy, Medavita 100 ml/169 zł. 9. Odżywka anti-age do wszystkich rodzajów włosów i skóry głowy Davines 250 ml/154 zł. 1. Healing Oil, ultralekkie serum, które przywraca włosom zdrowie i blask, virtue 50 ml/190 zł (galilu.pl). 2. Power drops, serum odbudowujące zniszczone włosy z kwasem linolowym 2%, ORIBE 30 ml/239 zł (hair2go.pl). 3. Szampon micelarny Kirstin ess 296 zł/75 zł (Sephora). 4. Scrub Scalp Spa, oczyszczający piling do skóry głowy, Kevin murphy 180 ml/167 zł (hair2go.pl). 5. Lotion przyspieszający wzrost włosów Growth Booster La Biosthetique 95 ml/155 zł (labiosthetique.pl). 6. Don’t Despair, Repair!, odżywka bez spłukiwania, Briogeo 113 ml/119 zł (Sephora). 7. Szampon do włosów suchych i zniszczonych Re:scue HAlier 250 ml/79 zł (Nutridome). 8. Lotion Concentrate, tonik wzmacniający włosy, Medavita 100 ml/169 zł. 9. Odżywka anti-age do wszystkich rodzajów włosów i skóry głowy Davines 250 ml/154 zł.

Pokochaj swoje włosy

„Love Your Hair” to zabiegi pielęgnacyjne w pracowni Jagi Hupało. Fryzjerzy korzystają w nich z autorskiego programu Kevin Murphy Experience wzorowanego na pielęgnacji skóry twarzy. Zaczyna się od dwukrotnego mycia włosów: najpierw szamponem delikatnie, ale gruntownie oczyszczającym, a potem dobranym do potrzeb skóry głowy. Teraz na włosy nakładana jest odżywcza maska. Dopełnienie zabiegu to relaksujący masaż i sauna ultradźwiękowa. Po takiej dawce pielęgnacji włosy są miękkie i lśniące. Gdy siedziałam z maseczką na włosach, podsłuchałam, że włosy najlepiej farbować, gdy księżyc jest w nowiu, a w pełnię – obcinać. Następnym razem wezmę to pod uwagę.

  1. Materiał partnera

Jak słońcem rozświetlone

Jak słońcem rozświetlone
Jak słońcem rozświetlone
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Balayage działa podobnie jak konturowanie twarzy – fryzura nabiera życia, wibruje kolorem. Kochamy ten efekt rozjaśnionych pasm we włosach, które wyglądają tak naturalnie, jakbyśmy właśnie wróciły ze słonecznych wakacji. 

Balayage narodził się we Francji. Wszystko zaczęło się w latach 60. od zawijania pasemek w folię. Potem, w 1974 roku, siostry Carita zastąpiły ją dla ochrony włosów delikatną bawełną. Krótko po powstaniu tej techniki narodził się balayage z wolnej ręki. Od 2018 roku w salonach dostępna jest koloryzacja French Balayage od L’Oréal Professionnel. Pozwala ona na stworzenie niepowtarzalnego, naturalnego efektu.

Usługa French Balayage składa się z dwóch etapów. Krok pierwszy to rozjaśnienie włosów. Może to być jedynie subtelny kontrast lub odważna transformacja, w zależności od tego, na czym nam zależy. Krok drugi to nadanie połysku, świetlistego wykończenia dzięki koloryzacji L’Oréal Professionnel, która wygładza powierzchnię włosów, sprawiając, że wyglądają jak po intensywnej pielęgnacji. Po French Balayage włosy są perfekcyjnie rozjaśnione. Nigdy żółte. Zawsze z połyskiem.

Żeby jeszcze podbić ten efekt, po samej usłudze koloryzacji warto skorzystać z zabiegu pielęgnacyjnego Blondifier, który ma właściwości odbudowujące i regenerujące. Kompleks glukopolifenoli naprawia końcówki. Włosy stają się cudownie miękkie w dotyku, elastyczne i pełne blasku. Takiego efektu rozświetlenia jak po profesjonalnej koloryzacji i pielęgnacji nie da się uzyskać w domu. Osiągnięcie pięknego rezultatu French Balayage wymaga czasu – szczególnie po wcześniejszych samodzielnych eksperymentach na włosach – i doświadczenia dobrego fryzjera.

FRENCH BALAYAGE

Zawsze naturalny wygląd, niezależnie od rodzaju balejażu.

1. Szampon Blondifier Cool, neutralizujący ciepłe refleksy, 300 ml/45 zł. 1. Szampon Blondifier Cool, neutralizujący ciepłe refleksy, 300 ml/45 zł.

2. Maska rozświetlająca Blondifier L’OrÉal Professionnel 250 ml/70 zł 2. Maska rozświetlająca Blondifier L’OrÉal Professionnel 250 ml/70 zł

3. Prostownica parowa STEAMPOD 3.0 ok. 1200 zł. 3. Prostownica parowa STEAMPOD 3.0 ok. 1200 zł.

Zobacz, który rodzaj #FrenchBalayage pasuje do Ciebie:

Odwiedź stronę salonexpert.pl i dowiedz się więcej.