1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Jak odkryć talenty u dziecka?

Jak odkryć talenty u dziecka?

123rf.com
123rf.com
W każdym dziecku drzemie gen geniusza, który trzeba rozwinąć. Zaangażowanie rodziców w rozwój dziecka jest bezcenne.

Rozmawiaj z dzieckiem jak z równym partnerem

Dorośli często nie traktują swojego dziecka jako równego partnera do rozmowy. Powiedzenie „Dzieci i ryby głosu nie mają”  powinno wreszcie wyjść z użycia! Częsta rozmowa z dzieckiem i włączanie go do dyskusji dorosłych, odpowiadanie na jego pytania, nawet te banalne, to najlepszy sposób, by rozwinąć w dziecku umiejętność wyrażania własnych opinii.

Zainwestuj w nowoczesne pomoce naukowe

Współczesne dzieci od urodzenia otoczone są nowymi technologiami i traktują je jako codzienne narzędzie. Nauka online wydaje im się bardziej atrakcyjna, dlatego należy poszukiwać takich rozwiązań, które gwarantują dziecku naukę w bezpiecznej przestrzeni, a oferowany materiał będzie wartościowy.

Zadawaj dziecku pytania

Utrwalanie wiedzy przyswajanej w szkole nie musi kojarzyć się z wielogodzinnym przesiadywaniem nad książkami. Ważne informacje i wiedzę można przemycać nawet w sytuacjach życia codziennego – w zwyczajnej rozmowie, przy wspólnym oglądaniu telewizji lub podczas posiłku. Zadawaj więc swojemu dziecku proste pytania. Najlepiej takie, które zmuszą go do przypomnienia sobie informacji nauczonych w szkole, np. zapytaj o rodzaj drzewa podczas spaceru w parku albo poproś o policzenie reszty w sklepie.

Czytaj razem z dzieckiem

Oswajanie dziecka ze słowem pisanym to najlepszy sposób na pobudzenie pracy mózgu i rozwijanie wiedzy o świecie. Ważne jest, żeby czytanie książek było dla dziecka przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem, więc dobieraj lekturę stosownie do jego zainteresowań i rozmawiaj z nim o lekturach. Książki w domu kładź nie tylko na półkach, ale też w miejscach, do których dziecko ma łatwy dostęp, np. na jego nocnej szafce.

Umiejętnie motywuj dziecko

Dziecko wychowywane w poczuciu niekwestionowanego geniuszu, trudniej zniesie porażki w szkole i jeszcze trudniej zmotywuje się do dalszej walki o lepsze stopnie. Zamiast wyrażać ogólne pochwały, w stylu „Jesteś najlepszy!”, chwal konkretne osiągnięcia. Z takiego założenia wychodzą twórcy platformy edukacyjnej Squla.pl, w której za zdobywanie kolejnych poziomów w edukacyjnych quizach i grach, mały użytkownik otrzymuje punkty, które następnie może wymienić na atrakcyjne nagrody.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Szczęśliwe nie znaczy beztroskie

Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Karać czy nie karać? Wymagać czy puścić na żywioł? Powiedzieć, że świat bywa zły czy lukrować rzeczywistość? Jak przygotować dzieci do dorosłości – radzi pedagog Natasza Zyznowska. 

Kilka lat temu w Ameryce trwała burzliwa dyskusja na temat kształtowania dzieci, zapoczątkowana przez książkę krytykującą amerykański bezstresowy model wychowania (Amy Chua, „Bojowa pieśń tygrysicy” – przyp. red.).
Wcale się tej krytyce nie dziwię. Nie ma wprawdzie złotej recepty na szczęśliwe dzieciństwo, bo każde dziecko jest inne, ale jedno jest pewne: żadna skrajność nie jest dobra. Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. Bez takich reguł dziecko czuje się trochę jak ktoś otoczony znakami, których nie rozumie, i zasadami, których nie zna.

Dlaczego model bezstresowego wychowania jest tak popularny, skoro nie służy dziecku?
Bo jest wygodny dla rodziców. Dyscyplinowanie dziecka, mądrze, cierpliwie i z miłością, nie jest łatwe. Wielu rodzicom dyscyplina kojarzy się z wymaganiami, pruskim drylem i karami... Krótko mówiąc – z odbieraniem dziecku radości życia. Dyscyplina i reguły nie są złe! Jeżeli dziecko wie, że po śniadaniu idzie do przedszkola, a o 19 do łóżka, to dla niego jasny komunikat, co robić – i tyle. Rodzicielskie reguły są dla dziecka cechami otaczającej go rzeczywistości – jak noc i dzień, nie są ani dobre, ani złe, po prostu ją porządkują. Jeśli się buntuje, to nie dlatego, że coś mu w regułach przeszkadza, tylko żeby sprawdzić, na ile są rzeczywiście obowiązujące. Gdy się przekona, że nie ma od nich ustępstw, nie poczuje rozczarowania czy porażki, ale raczej ulgę: „o, jak dobrze to działa!”.

Słyszałam teorię, że dzieci należy traktować z miłością i wyrozumiałością i na wszystko im pozwalać, bo świat i tak nauczy je ograniczeń.
Rodzic wychowuje lub nie, a konsekwencje ponosi dziecko, i to przez całe życie. Prędzej czy później zderzy się z ograniczeniami. Sęk w tym, że gdy pozna je najpierw za pośrednictwem rodziców, którzy będą je wprowadzać z miłością, nauka będzie mniej bolesna. Świat natomiast zrobi to brutalnie i z całą bezwzględnością.

A co ze złymi wiadomościami? Kiedy zdycha ulubiony chomik, rodzic pędzi kupić podobnego. Oszczędzać maluchom bolesnej prawdy?
Dziecko dorasta i za chwilę dowie się, że na świecie istnieje przemoc, zło i śmierć. O wiele lepiej, żeby usłyszało o tym od kogoś bliskiego. Niech mama czy tata opowie o chomiczym niebie, przytuli i ukoi smutek. I od razu odpowie na najgorsze pytanie „czy ty także umrzesz?” – że owszem, kiedyś, ale dopiero za wiele, wiele lat. Dbanie o to, by dziecko miało szczęśliwe dzieciństwo, nie polega na ukrywaniu bolesnej prawdy o rzeczywistości i utrzymywaniu w przekonaniu, że świat jest bajkowy. W ten sposób skazujemy je raczej na odkrycie gorzkiej prawdy o życiu na własną rękę i – być może – w samotności.

Stawianie granic wymaga ich egzekwowania, a to często wiąże się z wymierzaniem kary. Jak karać, by nie ranić?
Najważniejsze: kara nie jest jednoznaczna z biciem. Czasem wystarczy powiedzieć: „źle zrobiłeś”, czasem posadzić dziecko za karę w kąciku na „karnym jeżyku”, a czasem zabronić przez kilka minut zabawy konkretną zabawką. Możemy skupić się także na drugiej stronie dyscypliny – nagradzaniu dziecka za to, że dobrze coś zrobiło. Pozytywne wzmocnienia to wychowawcza potęga.

A wyzwania? Stawiać je przed dziećmi czy unikać – bo to stres?
Wyzwania są potrzebne. Znam chłopca, który w wieku 5 lat nie umiał zawiązać sobie bucików, bo zawsze robiła to za niego mama. W przedszkolu było mu bardzo ciężko – siedział i płakał, bo inni potrafią, a on nie. Było to dla niego wielkim upokorzeniem. Dziecko, przed którym nie stawiano wyzwań, wkrótce i tak trafi do grupy, w której inni potrafią więcej – i to dopiero będzie nieszczęście. Jeśli stale, ale rozsądnie i odpowiednio do wieku, podnosimy dziecku poprzeczkę, nie tylko się rozwija, lecz ma także satysfakcję z tego, że samo coś zrobiło, z czymś sobie poradziło. A jeśli jeszcze podkreślimy, że to było naprawdę trudne, będzie z siebie bardzo dumne. Takie momenty małych dziecięcych triumfów doskonale budują poczucie własnej wartości i sprawstwa. Ksiądz Jan Twardowski pisał, że do szczęścia potrzebne są też małe nieszczęścia. Bo jak cały czas jest bajkowo, nie doceniamy, kiedy nam się coś uda.

Gorzej, jak się nie uda…
Wtedy trzeba powiedzieć: „Tak się czasami zdarza, ale uważam, że i tak świetnie sobie poradziłeś. Jak jeszcze tylko trochę potrenujesz, będzie super”. Najważniejsze to traktować poważnie dziecięce uczucia. Jeśli maluchowi jest smutno, nie mówmy: „Jakie ty możesz mieć problemy?!”. Jak się boi, nie uspokajajmy: „nie bój się, nie ma czego”. Nie bagatelizujmy też dziecięcych  problemów i obaw – nawet gdy nam się wydaje, że są niczym w porównaniu do naszych.

  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Psychologia

Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pomiędzy jakością związków miłosnych, które tworzę, a niespełnionymi oczekiwaniami wobec rodziców zachodzi bezpośrednia korelacja. To, czego od nich nie otrzymałem, albo bardziej to, co wymyśliłem sobie, że powinni mi zapewnić, chcę teraz dostać w miłości. I w pewnym momencie wypełnia mnie nie tyle uczucie, co roszczenie, żal, pretensja wobec drugiej osoby. Zupełnie niedawno dotarło do mnie, że w swoich związkach wcale nie chciałem kochać, chciałem brać, być kochanym, ratowanym. Bo przecież moi rodzice mogli być lepsi, mogli silniej kochać, mocniej przytulać, nie wyjeżdżać, nie przegapić mojego smutku!

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że nie ma nikogo do ratowania, że mały chłopczyk szlochający we mnie tak długo sięgał po chusteczki, że w pewnym momencie stało się to jego nawykiem. A ukojenie, o które prosi, jest urojone, podobnie jak idealni rodzice.

Łatwo rozsmakować się w byciu słabym, w byciu ofiarą, bo nagle wszystko staje się jasne. Mama i tata nie kochali mnie stale i bezwarunkowo, więc moje związki się rozpadają, to moja krzywda, mój ból. Ja, ja i ja. Czy ten egocentryzm jest słuszny? Odpowiedzi szukałem w terapii.

Przez minione dziewięć lat korzystałem z warsztatów, w różnych szkołach i nurtach, indywidualnie i grupowo, stacjonarnie i podczas wyjazdów. Skutkiem ubocznym wybranej przeze mnie drogi okazało się… dalsze podsycanie mrzonki o rodzicach idealnych.

Chłopczyk się wkurzył

Jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznych: trening „Świadomość i zmiana” prowadzony przez Andrzeja Szulca w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie. Po kilku godzinach integracji prowadzący zaprasza uczestników na środek sali, prowadzi rozmowę, która prawie zawsze kończy się tak samo: „Wybierz, kto z grupy przypomina twoją mamę, tatę. Powiedz tej osobie wszystko, co chciałbyś powiedzieć rodzicom. Popatrz na nią. Co czujesz? Co on, ona ci zrobili? Wyraź to”.

Trzech mężczyzn trzyma materac, przed nim młoda dziewczyna, za materacem reprezentant jej ojca. Dziewczyna rzuca się na materac, krzyczy, płacze, upada na podłogę, kopie, bije pięściami. Ktoś inny walczy ze swoją matką: wyszarpuje jej koc, reprezentujący szacunek albo niezależność. „Jeśli czujesz nienawiść, poczuj nienawiść” – słyszymy. Po każdej pracy prawie wszyscy w grupie udzielają informacji zwrotnych: „wspieram cię”, „współczuję”, „jesteś dzielna”, „kochany, złoszczę się na twoich rodziców, jak oni mogli…”. Zbrodnie rodziców są różne, od opuszczenia, tak fizycznego, jak i emocjonalnego, po bolesne słowa, kary, przemoc. Pamiętam swoją furię, wściekłość, krew na nodze po skopaniu materaca, później zadziwiające poczucie ulgi, głębszego oddechu. Mały chłopczyk we mnie się wkurzył i wylał całą żółć.

Terapeuta pyta, co uczestnicy chcieliby teraz usłyszeć, co dostać, reprezentant wciela się w rolę idealnego rodzica i pociesza, przytula, wyznaje miłość. I podsyca iluzję.

Mały książę

Były kolejne terapie: nurtu behawioralnego, poznawczego, proponujące w miejsce pracy z ciałem rozmowę…Wreszcie dotarło do mnie, że trzeba zejść z drogi pretensji i poczucia krzywdy. Mały chłopiec potrafi odebrać głos dorosłemu mężczyźnie na całe życie. Spotykam bardzo wielu podobnych ludzi. Tupią, krzyczą, smucą się głośno, by wymusić uwagę. Rodziców jako obiekt oczekiwań zamienili na partnerów i partnerki, mężów i żony, czasami przyjaciół. Jesteśmy już dorośli, ale zasady gry są takie same.

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. A jeśli dodatkowo rodzice bili, porzucili, nadużyli w jakikolwiek sposób, terapia może być pomocna. Ale w pewnym momencie musi dojść do wewnętrznej rozmowy z samym sobą: „Zamieszkujące mnie, drogie i kochane dziecko, masz tutaj miejsce i możesz być jak długo chcesz, ale musisz przyjąć do wiadomości, że nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz dostać. Jeśli masz ochotę, to płacz, krzycz, obrażaj się, milknij i miej pretensje, ale ja jako dorosły mogę zdecydować: czy siebie ci oddam, czy udam się w kolejną pogoń za idealnym związkiem i obiektem, bo przecież nie człowiekiem, którego głównym zdaniem będzie wypełnić pustkę – studnię bez dna”.

Terapia wydaje się niezwykle potrzebna, by owo Wewnętrzne Dziecko zobaczyć, zrozumieć, w końcu nazwać wszystko, czego pragnie. Dalej można podjąć wysiłek, by nakarmić je tym, czym może się najeść, ale następnie ono musi zaakceptować to wszystko, czego nie dostało i już nigdy nie dostanie. Moment, w którym stwierdzę, poczuję, że moja mama i tata nie dadzą mi tyle uwagi, ile chciałem, jest chwilą, w której mogę przestać budować roszczenia wobec innych, wobec miłości. Myśl, że wszystkie te rzeczy mogę zapewnić sobie sam, wydaje się oczywista, ale niezwykle trudna. Czasami łatwiej czekać na lepszą przyszłość, rozpamiętując bolesne fragmenty przeszłości, zapominając, że chwila obecna jest kompletna, prawie zawsze idealna i niczego jej nie brakuje.

Bezpieczny port

Cztery lata temu (tekst archiwalny - przyp. red.) odbyłem poważną rozmową ze swoim tatą, powiedziałem mu o swoich pretensjach, krzywdach, żalach. Podobną rozmowę przeprowadziłem dwa lata temu z mamą. W psychoterapii nazywa się to konfrontacją. Później zrozumiałem, że nie chodziło mi tylko o to, by coś wyrazić, ale przede wszystkim o to, by ponownie coś dostać. W chwili, gdy moje oczekiwania umarły, poczułem się bezpieczny z samym sobą. Zacząłem widzieć moich rodziców, nie tylko ich słowa i gesty, ale przede wszystkim intencje, zamiary, ich potrzeby, styl życia, ich jako ludzi. Mam tak dużo cierpliwości i akceptacji dla swoich przyjaciół, często bezgraniczną wyrozumiałość. A moi rodzice zawsze mieli być jacyś, wiedziałem za nich, co mają dawać, kiedy i w jakiej ilości. Wszystkiego może być za mało, gdy czeka się na konkretny, wymyślony prezent, nie będąc gotowym na niespodzianki. I nie mam zamiaru udawać, że było idealnie, że miałem piękne, wymarzone dzieciństwo. Było różnie, dobrze jednak mieć poczucie, że nie żałuję, również lat pretensji. Bo może dzięki nim jestem w miejscu, w którym uczę się przyglądać moim rodzicom po prostu jako ludziom, którzy zdarzyli mi się w najbardziej nieporadnym okresie mojego życia. I niezwykle dużo mi dali. Byli cennymi nauczycielami, również wtedy, gdy nie robili nic. I byli idealnie niedoskonali.

Robert Rient (Łukasz Zamilski): polski dziennikarz, reportażysta i pisarz; autor głośnej książki „Świadek”, w której opisuje prznależność do Świadków Jehowy i ucieczkę od zniewolenia.

 

  1. Psychologia

Dobre dzieciństwo to szczęśliwi rodzice

Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Dziecku należą się tylko trzy rzeczy: dach nad głową, trzy ciepłe posiłki dziennie i szczęśliwi rodzice – mówi stare chińskie powiedzenie. Jesteś rodzicem? Zadbaj o siebie!

Myśl pedagogiczna – podobnie jak wszystkie inne dziedziny życia – przechodzi rozmaite ewolucje. Do tej pory dzieci były traktowane jak mali dorośli, jak niewolnicy czy jak istoty gorszego gatunku. Obecnie nadeszły złote czasy dla naszych milusińskich. Świat kręci się wokół nich. Do tego stopnia, że to raczej rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi.

Nie rób tego dziecku

Nieszczęśliwy rodzic jest rodzicem sfrustrowanym, skupionym na własnych smutkach i nieszczęściach, rozpamiętującym swoje porażki i zły los. Do takiego rodzica trudno podejść, dzieci się mu nie zwierzają i omijają z daleka.

Rodzic nieszczęśliwy generuje u dziecka stały strach. Skoro mama jest taka smutna, to znaczy, że dzieje się coś bardzo złego – tak to widzą dzieci. Jeśli trudno ci przyznać sobie prawo do czasu wolnego, inwestowania w siebie i dbania o swoje rozrywki – zrób to nie dla siebie, ale dla dziecka. Buduj swoje zadowolenie z życia dla niego, jako kapitał na jego przyszłe życie.

Po pierwsze – nie bój się wymagać. Jeśli wszystkie obowiązki domowe i wychowawcze wzięłaś na siebie, w początkowym okresie wychowawczym (około dwóch lat) będziesz czerpać ogromną satysfakcję z tego, że dajesz radę, że jesteś samodzielna i niezależna, ale w perspektywie długoterminowej… zgorzkniejesz. Staniesz się niecierpliwa, przemęczona i pozbawiona radości życia. Nie pracuj ponad siły.

Po drugie – nie staraj się udowodnić wszystkim, że sobie poradzisz, że robisz wszystko najlepiej, że jesteś dziecku cały czas potrzebna. Żadna z tych opinii nie jest prawdziwa! Bycie nieszczęśliwą lub szczęśliwą to wybór. To ty w znacznym stopniu decydujesz o tym, jak postrzegasz swoje życie. Jeśli jawi ci się ono jako pasmo udręki i poświęcenia – nie trwaj w tym. Szukaj profesjonalnej pomocy.

O ile nie ma gwarancji, że szczęśliwy, spełniony rodzic na pewno wychowa szczęśliwe dziecko, o tyle można mieć stuprocentową pewność, że nieszczęśliwy rodzic wychowa nieszczęśliwe dziecko.

Wspomnienia z dzieciństwa

To, czy mieszkanie jest odkurzone, lodówka pełna, pranie wykrochmalone, a okna czyste – jest ważne, ale dla dorosłych. Wiele matek tak właśnie postrzega dobry dom. We wspomnieniach dzieci pozostaje jednak coś znacznie istotniejszego – atmosfera, a tę tworzy codzienny nastrój rodzica.

Piotr, redaktor, ojciec dwóch córek: – Nasza matka zawsze gderała, że życie jest ciężkie, że daje po tyłku, że jeszcze się przekonamy, jak jest naprawdę. Wyrastałem w przekonaniu, że świat jest podłym, przerażającym miejscem. Mama odmawiała sobie prawa do jakiejkolwiek rozrywki, radości, czasu dla siebie. To nie budowało fajnego klimatu, ja i brat szybko zaczęliśmy uciekać z domu.

Irena, studentka trzeciego roku europeistyki: – Pamiętam mamę, jak latami snuła się po kątach i płakała, czasem nie odzywała się do nas przez wiele dni. Ciotka namawiała ją, żeby poszła do lekarza i zaczęła leczyć depresję, ale ona wciąż powtarzała, że nie ma pieniędzy na fanaberie. Sto razy wolałabym, żeby wydała wszystko na leki niż na nowe spodnie dla mnie. Nienawidziłam nowych ubrań! Szkoda, że matki nie wiedzą, co czuje dziecko, gdy widzi je wiecznie zapłakane.

Bartek, nauczyciel angielskiego: – Chyba najgorsze, co w życiu usłyszałem, to zdanie mojej matki, które kiedyś powiedziała do sąsiadki: „Jak mogę być szczęśliwa z dwójką dzieci na karku?!”. Czułem się paskudnie. Wiele lat winiłem siebie i siostrę za złe zdrowie mamy, za jej smutek.

Takie wspomnienia to cenny materiał do przemyśleń. Jeśli więc kusi cię, żeby się bez reszty poświęcić dzieciom, skupić się na pracy, nie leczyć depresji, nie mieć żadnych przyjemności, a do tego złe relacje z partnerem – zastanów się, jak one to zapamiętają. Bo rodzic, poprzez swój przykład, uczy dziecko, jak żyć. Za każdym razem, gdy sprawiasz sobie przyjemność, generujesz czas tylko dla swoich potrzeb, robisz coś, co cię podnosi na duchu, rozwija – dajesz swojemu dziecku lekcję życia. Jeśli zapominasz o sobie, uczysz dziecko, że ono także powinno tak robić. Czy tego właśnie chcesz?

Prawo do szczęścia

Mama, która w imię swojego szczęścia zaniedbuje własne dziecko, ma równie złe podejście jak ta, która zapomniała o sobie i skupiła się wyłącznie na obowiązkach. Przesada w realizacji prawa do szczęścia jest równie zła jak przesada w odbieraniu sobie tego prawa. Nie ma dziecka, które by tego nie potwierdziło.

Piotr, inżynier-elektronik: – Moja matka była wiecznie uśmiechniętym, roześmianym człowiekiem. Kochała tańczyć, bawić się. Gdy miałem cztery lata, uznała, że męczy ją macierzyństwo, że się nie rozwija, i wyjechała do Kanady. Napisała mi w liście, że chce być szczęśliwa. Wychowywali mnie dziadkowie. Kiedy słyszę o prawie matki do szczęścia, myślę jedno: nie zawsze szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Niestety, czasem tych dwóch „szczęść” nijak nie da się pogodzić. Mnie trwale unieszczęśliwiła. Źle się żyje dziecku, które dowiedziało się, że nie uszczęśliwia swojej matki.

Gdy jesteś rodzicem – tak jak każdy człowiek – masz prawo do szczęścia, ale trochę inne niż bezdzietni. Rodzicielstwo to absolutnie najważniejszy projekt w życiu każdej mamy i każdego taty. Wszystko, co robią, musi zawsze uwzględniać istnienie i dobro tej najdroższej istoty.

Porzucenie własnego dziecka, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne, dla tak czy inaczej pojmowanego „spełnienia siebie” w żadnym razie nie jest realizacją hasła o prawie do własnego szczęścia, ale jawnym wykroczeniem przeciwko szczęściu dziecka.

Droga mamo i drogi tato, dążcie do osobistego szczęścia, ale nigdy kosztem dzieci.

  1. Psychologia

Między poczuciem krzywdy a poczuciem winy. Jak na starość zorganizować opiekę rodzicom?

Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
„Czcij ojca swego i matkę swoją”. Wychowanym na tym przykazaniu nie trzeba tłumaczyć, że rodzice na starość wymagają troski, opieki, cierpliwości... Ale dobrze pomóc rodzicom mogą tylko dorośli, nie dzieci.

Ewa ma 37 lat i narzeczonego, z którym od kilku lat nie może wziąć ślubu. Najpierw zachorowała mama. Ewa mieszkała już z narzeczonym, ale wtedy wróciła do domu, by się nią opiekować. Szpital, dom, szpital… rak posuwał się szybko mimo leczenia. Narzeczony rozumiał sytuację, próbował pomagać, ale Ewa nie oczekiwała pomocy, sama sobie ze wszystkim radziła, nawet płakać wolała sama niż na jego ramieniu. Mama umarła i znów mogliby zamieszkać razem, ale Ewa nie chciała zostawić ojca. Po śmierci mamy czuł się samotny i zagubiony, postanowiła z nim trochę pomieszkać, póki nie dojdzie do siebie. Nie doszedł, bo miał wylew. Znów szpital, rehabilitacja. Teraz jest już lepiej, ale ojciec z trudem się porusza, nic sam nie zrobi, zresztą nigdy nie umiał, więc Ewa cały czas się nim zajmuje. Już jako kilkulatka doprowadzała go do domu, gdy był pijany, kładła do łóżka, teraz znów może się nim opiekować.

Z pracy pędzi prosto do domu, robi obiad, gra z ojcem w różne gry, bo trzeba pobudzać jego umysł. Z narzeczonym widuje się rzadko, bo ojciec nie lubi jego wizyt. Za to lubi być razem z Ewą. „Moja córeczka” – mówi do niej, gdy jest zadowolony. Gdy ma gorszy nastrój, złości się, że zostawia go na tyle godzin, więc Ewa pędzi jeszcze szybciej z pracy do domu i stara się jak najmniej wychodzić. W ciągu dnia ojciec często do niej dzwoni, Ewa się denerwuje, bo w pracy powinna pracować, ale zawsze odbiera telefon i cierpliwie rozmawia z ojcem. Chce, żeby czuł się zaopiekowany, przecież to jego ostatnie lata. Czy w opiece nad ojcem nie mogłaby jej pomóc trzydziestoletnia siostra, która blisko mieszka? Niestety. Siostra co prawda nie pracuje zawodowo, ale ma dwoje małych dzieci, nie ma czasu zajmować się ojcem. Może chociaż mógłby do niej dzwonić, gdy Ewa jest w pracy? Tak byłoby lepiej, ale jak o tym powiedzieć, żeby nie było mu przykro?

Grzeczna córeczka

A jak Ewa czuje się w tej sytuacji? Jest ciągle zmęczona, rano nie ma siły wstać z łóżka, często płacze, boi się, że po mamie odziedziczyła depresję. Ma poczucie krzywdy, zadaje sobie pytanie: „czemu ją to spotyka?”. Niedawno śmierć mamy, teraz choroba ojca, która może potrwać wiele lat, własne życie musi odkładać na później, a czy później nie będzie za późno?

Jak długo w tej sytuacji wytrzyma jej narzeczony? Ostatnio sam wyjechał na wakacje, bo Ewa jak zwykle nie mogła. A gdyby przestała tak intensywnie zajmować się ojcem, który pławi się w jej opiece jak pączek w maśle? Na samą myśl ma poczucie winy. Ojciec jest taki szczęśliwy, gdy ona jest w domu. Z zapałem opowiada jej o swoich dolegliwościach, które daje się znieść tylko w jej obecności.

Najlepiej oczywiście by było, gdyby opieką nad ojcem udało jej się podzielić z siostrą lub innymi członkami rodziny. W niektórych rodzinach to się zdarza, ale rzadko. Częściej jedno z dzieci przejmuje odpowiedzialność za sytuację i ugina się pod jej ciężarem. Z góry można przewidzieć, kto to będzie.

Ewa zawsze starała się spełniać oczekiwania innych ludzi. Rodziców, nauczycieli, koleżanek, szefa. Wszyscy doceniali jej poczucie odpowiedzialności, chyba nigdy nikogo nie zawiodła, choć często czuła się wykorzystywana. Dziś zamknięta w pułapce między poczuciem krzywdy a poczuciem winy jak zwykle wybiera to pierwsze, choć tak naprawdę ma już dość tego swojego-nie-swojego życia. Nikomu o tym nie mówi, żeby nie robić przykrości. Siostra i tak nie jest szczęśliwa ze swoim mężem, tata może niedługo umrze, więc Ewa nie ma wyjścia. Musi dalej ciągnąć ten wózek, który ciągnie od dzieciństwa.

To cudowne, że kocha swojego ojca, że wybaczyła mu jego winy, chce mu pomóc na starość. Ojciec z pewnością potrzebuje pomocy. Kłopot w tym, że Ewa nie robi tego z wyboru, tylko z konieczności, bo nie potrafi inaczej. Poczucie obowiązku kieruje całym jej życiem. O tym, co jest tym obowiązkiem, decydują potrzeby i pragnienia innych, ona sama nie ma tu nic do powiedzenia. Nie potrafi stawiać żadnych granic. Jej uczucia nie mają znaczenia. Wciąż jest grzeczną córeczką, działa tak samo jak w dzieciństwie, by rodzice byli z niej zadowoleni. Ale to droga, która prowadzi na manowce.

 

Dziecko, lat 52

Starzenie się rodziców to znak, że pora dorosnąć. Dzieci nie powinny się opiekować swoimi rodzicami. I nie chodzi tu wcale o wiek ani nawet o to, czy razem się mieszka, ale o rozstanie się z rolą dziecka. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów, za które nikt nie zapłaci zbyt wysokiej ceny. Ci, którzy jeszcze nie wyszli z roli dziecka i nie stali się niezależni od swoich rodziców, na oślep rzucają się na pomoc, tratując po drodze samych siebie, czasem też męża i dzieci, nie szukają innych rozwiązań ani wsparcia. A opieka nad drugim człowiekiem wcale nie jest łatwa i wymaga, byśmy byli w dobrej formie.

Czasem dzieci, które teoretycznie dawno temu przeszły wiek dojrzewania, nadal się buntują. Nie „przepracowały” swojej relacji z rodzicami, nie potrafią docenić, ile od nich dostały, zrozumieć, czemu nie dostały więcej, wciąż czują się pokrzywdzone, uwięzione w uczuciach z dzieciństwa, choć od lat to one same odpowiadają za swoje życie. Tak jest w przypadku Barbary, która ma 52 lata i dwoje dorosłych dzieci. Wciąż czuje żal do matki, obwinia ją o swoje porażki, choć matka mieszka w innym mieście i w żaden sposób nie próbuje wpływać na jej życie.

Ale Barbara nadal jest pokrzywdzoną córeczką. Kiedy jej matka zaczęła mieć zaburzenia pamięci, które mogły skończyć się tragicznie, Barbara właśnie zmieniała swoje życie. Rozwiodła się z mężem, sprzedała firmę i zamierzała dalej żyć ze zgromadzonego kapitału. Mogłoby się zdawać, że nic nie stało na przeszkodzie, żeby na jakiś czas zamieszkała z matką, w jej dużym domu, w innym mieście. Ale Barbara nie widziała powodu, żeby to zrobić.

– Oddaj ją do domu opieki – radzi młodszej siostrze, która opiekuje się matką, dojeżdżając co tydzień dwieście kilometrów. – Prosiłam ją kiedyś, żeby mnie zabrała z kolonii, a ona nie chciała – Barbara ma łzy w oczach na wspomnienie kolonijnego dramatu. – To niech teraz ona poczuje, jak to jest! Niech będzie tam, gdzie nie chce. Ja na pewno się nią nie zajmę. Wspomnienie własnych krzywd nie pozwala Barbarze racjonalnie ocenić sytuacji.

Ci, którzy naprawdę dorośli, wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek, dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie.

Dorosłe, niekochane

Inna Basia, 45 lat, po rozwodzie nie miała się gdzie podziać, a mama potrzebowała opieki, miała problemy z nogami, nie mogła chodzić, więc zamieszkały razem. Basia nigdy nie czuła się przez nią kochana, w jej oczach była nieudolna, niezaradna, głupia. I tak jest nadal. Ostatnio było im ciężko finansowo, więc oprócz pracy nauczycielki, Basia podjęła się sprzątania u znajomej. „Ty to potrafisz się poniżać” – skomentowała matka. Basia potrafi, ale dużo lepiej poniża ją mama, traktując jak służbę, z której nigdy nie jest zadowolona. Córka znosi wszystko z pokorą, choć wie, że to przez mamę nie czuje się dobrze na świecie. Robi, co może, żeby nie mogła jej nic zarzucić. Ciągle jest tym niekochanym dzieckiem, które stara się i stara, choć już nie wierzy, że mama je kiedyś pokocha. Mama przecież ma ukochanego syna, który spełnia pokładane w nim nadzieje. Czasem wpada z wielkiego świata z kwiatami i prezentem, wypije kawę i leci, bo ma naprawdę ważne sprawy. Mama to rozumie, jest z niego bardzo dumna, bo syn jest biznesmenem i zarabia pieniądze. A Basia na przyjście brata nie zdążyła upiec ciasta! Dziewczyna płacze po kątach, wciąż czuje się nieudaną córką własnej matki, choć sama jest matką szesnastoletniej córki, która na to wszystko patrzy. Właściwie stara się patrzeć jak najmniej. Często znika z domu, bierze narkotyki... „Nawet jej nie potrafiłaś wychować” – mówi matka.

Tak jest dobrze

Kasia, 48 lat, ma wolny zawód, mieszka blisko mamy, a to bardzo ułatwia sytuację. Może do niej zaglądać kilka razy dziennie, kiedy ta potrzebuje pomocy. I dotąd tak było: zaglądała. Przynosiła zakupy, gotowała obiady, wspólnie rozwiązywały krzyżówki. Ale mamie ciągle było mało, jest przecież taka samotna, a córka zawsze wpada jak po ogień. Gdy mama zachorowała, Kasia zatrudniła opiekunkę, która zamieszkała z nią na stałe. Mama oczywiście wolałaby, żeby to córka z nią mieszkała. Miała pretensje, dwa tygodnie chodziła obrażona, ale w końcu zaakceptowała sytuację. Dzięki temu Kasia jest o nią spokojna, gdy pracuje, a gdy wpada do niej, nie musi brać się za sprzątanie i gotowanie, może po prostu z nią posiedzieć. I tak jest dobrze, nie tylko Kasi, ale także mamie.

Zwycięsko przez starość rodziców mają szansę przejść tylko ci, którzy naprawdę dorośli. Oni wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek. Dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie. Rodzice zwykle to doceniają. Przecież wychowywali nas po to, byśmy mieli własne życie i umieli podejmować dobre decyzje. Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych?