1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. "Baby boom" we Francji trwa w najlepsze

"Baby boom" we Francji trwa w najlepsze

Mimo szalejącego w Europie kryzysu finansowego, Francja nadal pozostaje - obok Irlandii - krajem o najwyższej dzietności w Unii Europejskiej

Choć kryzys gospodarczy nie oszczędza żadnego z członków Unii Europejskiej, to we Francji przyszłe mamy zdają się tym nie przejmować. Liczba Francuzów stale rośnie i obecnie zbliża się do 65,5 mln, a Francja należy do europejskich liderów w kategorii przyrost naturalny.

Mimo trudnej sytuacji gospodarczej, na statystyczną Francuzkę od czterech lat przypada 2,1 dziecka. Tym samym Francja plasuje się na drugim miejscu za Irlandią, której wskaźnik liczby dzieci na statystyczną Irlandkę wynosi 2,7 dziecka.

Ekonomiści tłumaczą francuski "baby boom" opiekuńczą polityką prorodzinną państwa, która skutkuje rozbudowanym systemem opieki socjalnej i ulgami podatkowymi dla rodzin z dziećmi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Inès de la Fressange: "Nie jestem buntowniczką, jestem Francuzką"

Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znaki rozpoznawcze? Połączenie luzu i elegancji, szeroki uśmiech, własna opinia. Nie chowa urazy i nigdy się nie poddaje. Modelka i projektantka Inès de la Fressange to ucieleśnienie paryskiego stylu i hartu ducha.

Zaczęła pani karierę modelki w wieku 17 lat, zaraz po maturze. Traktowała to pani jak przygodę czy zawód?
Na pewno nie jak misję, jaką jest choćby zawód lekarza. Nigdy nie planowałam, że będę modelką, po prostu mi to zaproponowano. Nie spodziewałam się też, że będę nią tak długo. Modeling pozwolił mi ostatecznie stać się tym, kim jestem dzisiaj – stylistką i projektantką.

Bliscy nie byli przeciwni pani karierze? Pani rodzina wywodzi się z bardzo starej arystokracji. Takie rody często cechują sztywne kody zachowań.
Moja rodzina zawsze wyłamywała się ze stereotypu sztywnych arystokratów! Wszyscy moi bliscy byli pełni fantazji, nietuzinkowi i kreatywni, całym sercem oddani kulturze i sztuce. Nie mieli żadnych uprzedzeń w stosunku do innych i zawsze dawali mi odczuć, że ufają moim wyborom. Jestem im za to bardzo wdzięczna, bo często obserwuję, jak z lęku o przyszłość swoich dzieci rodzice wprowadzają pełen nakazów i zakazów rygor, co nigdy daje dobrych rezultatów.

W latach 90. była pani najbardziej znaną francuską modelką na świecie, muzą głównego projektanta Chanel – Karla Lagerfelda. Kontrakt na wyłączność (pierwszy taki w historii) skończył się jednak w chwili, gdy zgodziła się pani pozować do nowego popiersia Marianny, symbolu francuskiej Republiki.
Praca dla Chanel była dla mnie wielkim szczęściem i radością, ale kiedy merowie całej Francji wybrali mnie jako tę, która ma odzwierciedlać współczesną wizję Marianny, symbolu wszystkich francuskich wartości, nie mogłam i nie chciałam odmówić. Bardzo zdziwiło mnie, że ten pomysł spotkał się z tak zdecydowaną dezaprobatą Karla, ale ponieważ nasze stosunki były od jakiegoś czasu napięte, wybrałam wolność. W końcu hasło „Wolność, równość, braterstwo” nadal jest dewizą naszego kraju.

Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images) Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images)

Nie opuściła pani jednak świata mody – obecnie znów stoi pani na czele własnej marki – Inès de la Fressange Paris. Jej butik przez wiele lat znajdował się na Avenue Montaigne, najelegantszej ulicy w Paryżu. Dokładnie tam, gdzie mieszkał pani dziadek.
Mój butik mieści się obecnie w Dzielnicy Łacińskiej. I ogromną przyjemność sprawia mi, kiedy widzę w nim babcię w towarzystwie wnuczki, wspólnie robiące zakupy. Stawiam raczej na sportowy szyk. Jestem przeciwna przeładowanym szafom, pełnym różnych ubrań, wzorów i dodatków. Lepiej posiadać ich niewiele, ale za to takich, które można ze sobą łączyć i zestawiać w wielu wariantach. Przesadny konsumpcjonizm nie jest dzisiaj na czasie, podobnie jak ostentacyjna elegancja. Staram się projektować ubrania, których zawsze sama poszukiwałam w sklepach i które mogłabym codziennie nosić.

Świat biznesu nie okazał się dla pani zbyt łaskawy: w wyniku konfliktu ze współudziałowcami została pani zwolniona i dopiero po 14 latach procesów odzyskała prawo do własnej marki. W tym czasie była pani dyrektorką artystyczną marki Roger Vivier, projektowała, pisała książki. Nie poddała się pani. Dzisiaj nazywa się to rezyliencją...
Ludzie biznesu potrafią być pełni agresji, nieżyczliwi i pozbawieni zdrowego rozsądku, ale uważam, że istnieje coś w rodzaju sprawiedliwości, która sprawia, że zostają za to ostatecznie ukarani. Od kilku lat pracuję z Diegiem Della Valle z Roger Vivier. To ktoś wyjątkowy – bardzo dba o swoich pracowników, nie traci kontaktu z rzeczywistością i rozumie, że najważniejszy jest dobry produkt. Dzięki temu moja marka rozwija się wręcz wspaniale. Wracając do moich dawnych problemów – już o nich nie myślę. Nie chcę żyć z urazą ani życzyć komuś źle. To klucz do szczęścia!

W życiu prywatnym też przeżyła pani trudne chwile, mam na myśli nagłą śmierć pani męża, włoskiego historyka sztuki Luigiego d’Urso, ojca pani córek Nine i Violette. Jak po tym wszystkim udało się pani odnaleźć radość życia?
Każdy z nas miewa w życiu problemy, a czasami nawet dramaty i tragedie. Moje córki i ja musiałyśmy znaleźć w sobie wiele odwagi, aby zmierzyć się ze stratą Luigiego, ale sądzę, że ostatecznie to doświadczenie wykształciło w nich wielkie pokłady współczucia i wielkoduszności. Myślę, że należy trzymać się listy tego, co w naszym życiu pozytywne, zamiast w kółko odtwarzać sobie w głowie, co się nie udało, albo bać się tego, co nastąpi.

Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images) Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images)

Jakie wartości stara się pani przekazać córkom?
To moje córki przekazują mi swoje wartości! Ich pokolenie jest zdumiewające – bardzo feministyczne, otwarte na świat, zainteresowane ekologią, wielkoduszne i życzliwe w stosunku do starszych. Kiedy dziewczynki były małe, często powtarzałam im, żeby nie czyniły drugim tego, czego same nie chciałyby doświadczyć. Mówiłam, że większość ludzi na Ziemi nie żyje w takim komforcie jak one i że nie pomoże bycie piękną i elegancką, jeśli nie posiada się szerokiego uśmiechu. Myślę, że doskonale to zrozumiały.

Pani wielkoduszność przejawia się na przykład w tym, że działa pani w wielu stowarzyszeniach...
Bardzo bliskie są mi problemy dotykające dzieci – czy to we Francji, czy w Afryce. Staram się też wspierać walkę z rakiem, chorobą Alzheimera i pomagać stowarzyszeniom stojącym na straży praw człowieka, jak Amnesty International. Nie wolno być obojętnym na świat.

Ma pani w sobie chyba coś z kameleona – szybko odnajduje się w nowych sytuacjach i dziedzinach.
Kameleon zmienia kolor w zależności od miejsca i sytuacji, w jakiej się znajduje, ja wolę zachować określone poglądy. Ale to prawda, lubię interesować się różnymi dziedzinami i pracować z nowymi ludźmi. Myślę, że zdolność adaptacji nie wyklucza tego, że pozostaje się sobą.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że najlepszym sposobem, żeby osiągnąć sukces, jest „nie bać się nie podobać innym”. Miała pani na myśli siebie samą? Był czas, kiedy określano panią słowami „modelka, która mówi”. Czuje się pani buntowniczką?
Nie, absolutnie nie jestem buntowniczką, jestem po prostu Francuzką! Zawsze robię, co mogę i jak mogę. Jako modelka chodziłam zygzakiem, szeroko się uśmiechałam i zawsze mówiłam to, co myślę. Nie świadczyło to o mojej rewolucyjności, ale dzięki temu wydawałam się bardziej autentyczna i szczera. Udało mi się, ale wszystko równie dobrze mogło się skończyć katastrofą!

Ale się nie skończyło! W wieku 63 lat jest pani kobietą biznesu i ikoną mody. Jaką radę dałaby pani dojrzałym kobietom?
Nie poddawajcie się nostalgii, nie myślcie, że przedtem było lepiej, interesujcie się młodymi ludźmi i nowymi rzeczami. Oddajcie połowę swojej garderoby, wyrzućcie stare dokumenty i gazety, wysprzątajcie dom i patrząc na wasze aktualne zdjęcia, pomyślcie, że za dziesięć lat wydacie się sobie na nich po prostu fantastyczne! Oczywiście, nie jest przyjemnością kontemplować swoje zmarszczki czy siwe włosy, ale na szczęście mam moje dwie absolutnie cudowne córki, przy których bardzo często się uśmiecham. Moje zmarszczki wtedy trochę znikają...

Za granicą, a także w kraju jest pani ambasadorką paryskiej elegancji, napisała pani bestsellerowy poradnik „Paryski szyk”. Skąd u pani ta pasja do Paryża i paryżanek?
Książka była rzeczywiście wielkim sukcesem, również w Polsce. Wciąż otrzymuję znad Wisły lajki na Instagramie, to bardzo miłe. A Paryż? Cóż, to bardzo zróżnicowane miasto, każda dzielnica żyje swoim własnym życiem. Mieszkali tu chociażby Francis Scott Fitzgerald, Maria Curie czy Ernest Hemingway, wszyscy oni wzbogacili to miasto, czyniąc je jeszcze bogatszym i ciekawszym. Jako dziecko mieszkałam na wsi i zawsze, kiedy przyjeżdżałam do Paryża, moją wielką radością była podróż metrem. A zresztą, kto nie lubi Paryża?

Latami paryski szyk był kwintesencją najlepszego stylu. Pojawiają się głosy, że to już minęło, a serce mody bije dziś raczej w Nowym Jorku, Londynie czy Mediolanie.
Jeśli zapytam panią, jakie są najsłynniejsze marki mody na świecie, myślę, że nasuną się pani na myśl firmy francuskie... Paryski styl od zawsze wzbudza zachwyt, podobnie jak paryska kreatywność. Sztuka i moda mają jednak kosmopolityczny charakter – wielu stylistów we Francji jest obcokrajowcami. Podobnie elegancja istnieje wszędzie – najpiękniejsze kobiety, ubrane w sari, widziałam w indyjskim Radżastanie. Muszę też przyznać, że bardzo lubię pewną japońską markę...

Prawdziwa paryżanka pochodzi z prowincji – to też pani słowa…
To często prawda, ale bycie paryżanką to tak naprawdę kwestia mentalności i estetycznych wyborów – prawdziwe paryżanki mogą mieszkać równie dobrze w Krakowie!

Z jednej strony żyje pani w paryskim szalonym tempie, z drugiej kocha południe Europy i dolce far niente. Czy to nie paradoks?
Moje tempo nie jest wcale szalone, powiedzmy raczej, że dużo pracuję. Z wiekiem nauczyłam się już nie stresować. Aby móc efektywnie działać, należy stworzyć sobie niszę spokoju. Ja sama od czasu do czasu potrzebuję się rozluźnić i poleniuchować bez poczucia winy – to zapewne pozostałość dzieciństwa spędzonego poza miastem. Ale można też żyć w Paryżu czy innym wielkim mieście i nie miotać się bez przerwy. Trzeba tylko określić swoje priorytety, nauczyć się mówić „nie” i czasami po prostu zostać w domu.

Paryskie życie jest często krytykowane za snobizm, sztuczność, hipokryzję i obojętność. Pani sama jest krańcowo inna – spontaniczna i żywiołowa. Paryż pani nie zmienił?
Głupcy, imbecyle, okrutnicy i ludzie nieżyczliwi istnieją na całym świecie, we wszystkich środowiskach zawodowych. Często mówię sobie, że muszą być naprawdę nieszczęśliwi, żeby przejawiać tyle agresji i małostkowości. Mnie zdrowe podejście do życia zaszczepiła niania, która była dla mnie jak druga matka. Była Polką i nazywała się Wiktoria Hacieja, ja mówiłam na nią Toja, inni – Wisia. Pochodziła z bardzo biednej rodziny, w dzieciństwie musiała chodzić boso do szkoły i często nie miała prawie nic do jedzenia. Powtarzała mi, że wiele ludzi ma dużo mniej szczęścia od nas, że należy im pomagać oraz cieszyć się z małych rzeczy. Piekłyśmy więc ziemniaki w ognisku, robiłyśmy girlandy z papieru albo laleczki z płatków maków i masowo produkowałyśmy strucle. Zawsze przy tym dużo się śmiałyśmy. Wiktoria nauczyła mnie kochać kwiaty i naturę. Mimo że przeczytała w życiu niewiele książek, wiedziała o nim więcej niż większość ludzi, których znam. Przez całe moje dzieciństwo opowiadała mi o swojej siostrzenicy, która została w Polsce i którą w końcu poznałam, kiedy miałam 20 lat. Część mojego serca jest polska – być może to właśnie pomaga mi cieszyć się każdym dniem.

Rozmawiamy w czasie pandemii koronawirusa. Jak znaleźć w tej sytuacji przestrzeń na szczęście?
Rzeczywiście, nie jest to proste – i nie myślę jedynie o chorych. Wielu ludzi znajduje się czy za chwilę znajdzie w ciężkiej sytuacji ekonomicznej, inni czują się samotni, odizolowani od innych i pełni obaw o przyszłość. Dlatego tym bardziej nie należy sobie zatruwać życia niepotrzebnymi kłótniami, egoizmem czy rasistowskimi postawami. Życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na głupoty! 

Inès de la Fressange urodziła się w 1957 roku w Gassin jako córka Andrégo de Seignard, markiza de La Fressange, maklera giełdowego, oraz Cecilii Sánchez Cirez, argentyńskiej modelki. Razem z dwójką braci wychowywała się w XVIII-wiecznym młynie pod Paryżem. Obecnie mieszka w Paryżu z drugim mężem Denisem Oliviennesem. Ma na swoim koncie kilka poradników stylu. Najnowszy to – napisany wspólnie z Sophie Gachet – „Paryski szyk jeszcze raz. Podręcznik stylu”, Dom Wydawniczy Rebis.

  1. Kultura

"Lupin" wciąż na szczycie. Francuski serial Netflixa bije rekordy popularności

Nowy francuski serial Netflixa inspirowany przygodami Arsene'a Lupina bije rekordy popularności na całym świecie. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Nowy francuski serial Netflixa inspirowany przygodami Arsene'a Lupina bije rekordy popularności na całym świecie. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Inspirowany przygodami legendarnego dżentelmena-włamywacza serial "Lupin" bije rekordy popularności na całym świecie. Francuską produkcję Netflixa obejrzało już kilkadziesiąt milionów osób, co jest najlepszym wynikiem platformy od początku 2021 roku. 

Na początku "Lupin" miał być jedynie współczesną wersją klasycznej opowieści o znanym dżentelmenie-włamywaczu. Tymczasem w mgnieniu oka stał się przebojem i trafił na szczyt listy najchętniej oglądanych produkcji na Netflixie, pozostawiając daleko w tyle megapopularnych "Bridgertonów" oraz niekwestionowany hit ostatnich miesięcy, czyli "Gambit królowej". Tym samym przeszedł do historii jako pierwszy francuski serial, któremu udało się dotrzeć do zestawienia TOP 10. Oprócz tego, w niecały miesiąc od premiery obejrzało go przeszło 70 milionów subskrybentów na całym świecie, co jest najlepszym wynikiem platformy od początku roku.

Wyreżyserowany przez Louisa Leterriera ("Iluzja") i Marceli Said ("Narcos: Meksyk") "Lupin" to składająca się z pięciu odcinków historia zainspirowana powieściami Maurice’a Leblanca o przygodach Arsene'a Lupina, złodzieja ukrywającego swoje prawdziwe "ja" pod maską dżentelmena. Główny bohater serialu, posiadający podwójną tożsamość Assane Diop, w akcie zemsty na zamożnej rodzinie, która skrzywdziła bliską mu osobę, postanawia przeprowadzić serię spektakularnych skoków inspirowanych dokonaniami swojego ulubionego bohatera literackiego. Mężczyzna chce pomścić bowiem swojego ojca, który 25 lat wcześniej popełnił samobójstwo, będąc niesłusznie skazanym za kradzież naszyjnika swoich bogatych szefów. Tym samym Diop chce dać nauczkę francuskim burżujom i przekonać wszystkich do niewinności swojego rodzica.

W tytułową postać w serialu wciela się Omar Sy, którego większość widzów pamięta zapewne z roli w znakomitym komediodramacie "Nietykalni" z 2011 roku. Aktor brawurowo zagrał w nim młodego chłopaka z przedmieścia, który zatrudnia się do pracy jako opiekun przykutego do wózka milionera. Występ otworzył mu drzwi do międzynarodowej kariery oraz zapewnił sympatię widzów na całym świecie. Rok później kreację nagrodzono Cezarem, a sam Sy zaczął dostawać coraz poważniejsze propozycje filmowe. Zagrał m.in. w takich produkcjach, jak: "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie" (2014), "Jurassic World" (2015), "Jutro będziemy szczęśliwi" (2016) czy "Inferno" (2016). Jednak jak sam powiedział w rozmowie z "New York Times", "Lupin" to jego wymarzona rola.

Fot. materiały prasowe Netflixa Fot. materiały prasowe Netflixa

Serial z pewnością spodoba się widzom, którzy podczas seansu lubią wyłapywać różnego rodzaju smaczki. W "Lupinie" nie brakuje bowiem licznych odniesień do innych klasyków popkultury, w tym lubianych przez widzów heist movies, czyli kryminałów z motywem napadu. Wśród nich można wyróżnić chociażby całą serię filmów "Ocean's" oraz hiszpański serial "Dom z papieru". Twórcy garściami czerpali również ze wszystkich produkcji z Sherlockiem Holmesem, który (podobnie jak Assane Diop) w niebywały sposób łączy maniery dżentelmena z bezwzględnymi metodami pracy. Francuska produkcja nawiązuje także do kultowych komiksów, w których występuje motyw podwójnej tożsamości ("Batman", "Superman').

Fot. materiały prasowe Netflix Fot. materiały prasowe Netflix

"Lupin" daje nam również niepowtarzalną możliwość, aby dokładnie przyjrzeć się urokom francuskiej stolicy. Serial dostarcza pozytywnych wrażeń estetycznych, ale też świetnie ilustruje obecną tam sytuację społeczną, która niestety nie napawa optymizmem. Gdy w latach 80. główny bohater opuścił Senegal i przybył z ojcem do Paryża, jego pozycja w społecznej hierarchii nie była zbyt wysoka. Kilkadziesiąt lat później, realia wyglądają niewiele lepiej, i choć Francja jest dziś miejscem wielu kultur, wciąż brakuje tu równości i jedności. Uchodźcy nadal spychani są na margines, a różnice między bogatymi kamienicami w centrum miasta, a mrocznymi blokowiskami dzielnic imigranckich pozostawiają wiele miejsca do refleksji. Być może "Lupin" odmieni tę smutną rzeczywistość?

Dla wszystkich widzów czekających na nowe odcinki, mamy dobre wieści. Według nieoficjalnych doniesień serwisu Bustle, drugi sezon przygód Assane'a Diopa może pojawić się już w kwietniu 2021 roku. Z niecierpliwością czekamy na potwierdzenie tej informacji przez platformę Netflix.

  1. Styl Życia

Champs-Élysées jako miejski ogród? Oto jak zmieni się najpopularniejsza ulica Paryża

fot. PCA Stream
fot. PCA Stream
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jedna z najbardziej rozpoznawalnych ulic Paryża, Champs-Élysées zostanie niebawem zamieniona... w miejski ogród. Burmistrz Paryża zapowiedziała, że gruntowna metamorfoza Pól Elizejskich zostanie przeprowadzona i zakończy się wraz z rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich mających odbyć się w 2024 roku.

Champs-Élysées od zawsze budzi podziw nie tylko odwiedzających Francję turystów, ale również malarzy czy piosenkarzy (przypomnieć warto chociażby kultową piosenkę Joe Dassin). Do 2024 roku zmieni się w jeszcze piękniejsze miejsce, bowiem rządząca od kilku lat burmistrz Paryża, Anne Hidalgo zapowiedziała, że słynne Pola Elizejskie staną się piękną, zieloną strefą.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

W planach miasta na zagospodarowanie słynną paryską ulicą znalazły się m.in. postanowienia o ograniczeniu miejsca na ruch drogowy, przekształceniu drogi w chodnik oraz znacznym zazielenieniu. Na Champs-Élysées pojawi się nowa roślinność, w tym wiele drzew, które stworzą tunel wpływający na poprawę jakości powietrza w mieście.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

"Zmodyfikowany żywy ekosystem Champs-Élysées zadziała jako oczyszczacz powietrza, pochłaniając CO2, minimalizując pylenie, zwiększając ilość wody deszczowej. Chłodzenie powietrza, zwiększenie ilości cienia i przywrócenie przyrody jako siedliska różnych gatunków w celu zwiększenia różnorodności biologicznej w miastach to nasze podstawowe założenia" - mówią projektodawcy.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

Symbol Paryża jakim są Pola Elizejskie ma stać się miejscem jeszcze bardziej zachęcającym do odwiedzenia i spacerów. Za zalesienie i zazielenienie paryskiej ulicy odpowiedzialny będzie architekt Philippe Chiambaretta i jego studio PCA-STREAM, który podkreślił, że Champs-Élysées tracą swój dotychczasowy blask i potrzebują nowego, świeżego spojrzenia.

Burmistrz Paryża przyznała również, że w planach jest zazielenienie nie tylko okolic Pól Elizejskich, ale również rewitalizacja okolic Wieży Eiffla, które w przyszłości także mają zmienić się w zielony, miejski ogród.

[embed]https://vimeo.com/497935184[/embed]

 

 

  1. Psychologia

Rodzimy - dziecko to wspólna sprawa

Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości.  (Fot.iStock)
Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości. (Fot.iStock)
Poród, tak jak ciąża, to nie choroba. A co obserwujemy? Z jednej strony medykalizację narodzin, a z drugiej – powrót do myślenia, że wszelkie ułatwienia dla rodzących to niewłaściwy kierunek. Obydwie tendencje są niebywale groźne. Bo kobieta powinna mieć całkowite prawo wyboru co do tego, czy, gdzie, jak i z kim chce rodzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi są świadomi tego, co to znaczy narodziny dziecka, bo się do tego przygotowują: uczestniczą w szkołach rodzenia, robią badania, czytają. To wszystko sprawia, że ten akt jest mniej niż kiedyś obarczony niepewnością, bardziej radosny. Niesamowita zmiana!
Ale mamy nową okoliczność historyczną, czyli opresyjne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. I jeśli ono zostanie zachowane, to kobiety będą bały się rodzić. Bo w takiej sytuacji zagrożone stają się też badania prenatalne. Po co je robić, skoro nie będzie można podejmować wyboru, co dalej z ciążą? To jest powrót do średniowiecza. A fakty są takie, że diagnozuje się dzisiaj coraz więcej uszkodzonych płodów, co najprawdopodobniej wiąże się z zatruciem środowiska…

Pewnie też z późnym rodzicielstwem.
Moją hipotezą jest uszkadzający wpływ zatrucia środowiska na rozwój płodu i kondycję komórek rozrodczych. Lekarze alarmują, że kłopot z płodnością już w ponad 50 proc. leży po stronie mężczyzn, a niedawno w 80 proc. diagnozowano go po stronie kobiet. Nasila się fala różnego rodzaju uczuleń wśród noworodków, co prawdopodobnie jest skutkiem nadmiernego obciążenia toksynami organizmów matek. Tak więc jeśli zabronione zostaną badania prenatalne, to tysiące kobiet będzie narażonych na ponurą grę z losem: czy urodzi mi się zdrowe dziecko, czy poważnie lub nawet letalnie uszkodzone, które umrze jeszcze przed porodem albo tuż po nim? W takiej rzeczywistości perspektywa rodzicielstwa przestaje być źródłem radosnej nadziei.

A ciąża przeżyta w lęku to dodatkowe obciążenie dla płodu?
Zdecydowanie tak. Epigenetyka wyraźnie mówi o prenatalnych zmianach DNA płodu, jeśli matka żyje w długotrwałym stresie. Okazuje się, że stres matki wpływa na rozwój tyłomózgowia kosztem płatów czołowych i skroniowych płodu, co oznacza, że w jej łonie rośnie człowiek z silną skłonnością do agresji, bezwzględny wojownik, może nawet ktoś ze skłonnością do psychopatii. Wiele wskazuje na to, że liczba niemowląt wymagających stałego podtrzymywania ich zdolności do życia będzie wzrastać w miarę postępującej katastrofy ekologicznej, a także pod wpływem stresu kobiet pozbawionych w ciąży dostępu do badań prenatalnych.

Badania prenatalne przyczyniają się do uratowania wielu dzieci, które można leczyć już w łonie matki. Ta szansa zostanie wraz z nowym prawem odebrana?
Można się tego obawiać. Współczesna medycyna rozwinęła trafną diagnostykę genetyczną oraz technikę operacji endoskopowych usuwających często bardzo niebezpieczne wady płodu jeszcze w łonie matki. Jeśli ustawodawstwo dotyczące prokreacyjnych praw kobiet będzie nadal te prawa ograniczać, to korzystanie z tych zdobyczy i dalszy rozwój tej dziedziny wiedzy i praktyki zostanie zahamowany. Lekarze, straszeni karami więzienia, mogą odmawiać badań albo ukrywać prawdziwą diagnozę, by spełnić marzenia religijnych fundamentalistów i zmusić kobiety do rodzenia, niezależnie od kondycji płodu. Nie zapominajmy o jeszcze jednej – potwierdzonej przez statystyki – konsekwencji, czyli o tym, że niewielu ojców jest w stanie sprostać tak wymagającemu rodzicielstwu i odchodzi, zostawiając matki same z ciężko uszkodzonymi dziećmi. Nie trzeba być prorokiem, by spodziewać się w przyszłości znacznie większej liczby rozwodów, rozkwitu podziemia aborcyjnego i diagnostycznego, wielu samobójstw przerażonych i przeciążonych matek, a także wielu rozpaczliwych prób pozbycia się najciężej uszkodzonych, żyjących wyłącznie dzięki uporczywej terapii dzieci. Ta ustawa to zaiste pomysł z piekła rodem, podjęty w dogmatycznym zapale, a w praktyce obracający wniwecz być może nawet szlachetne intencje pomysłodawców i ustawodawców.

Dlaczego nie zmusza się mężczyzn do heroizmu, tylko kobiety?
No właśnie. Dlatego aby naprawić tę jawną dyskryminację mężczyzn, chcę zaproponować naszym prawodawcom ustawę zobowiązującą ojców dzieci urodzonych z ciężkimi niepełnosprawnościami do czynnej, osobistej opieki nad swoim potomstwem aż do ich naturalnej śmierci. Pod sankcją kary w postaci wieloletniej, przymusowej pracy w zakładzie opiekuńczym dla takich dzieci. Myślę, że to uzmysłowiłoby zdominowanym przez mężczyzn instytucjom stanowiącym antykobiece prawo – przebrane za troskę o zbawienie narodu – rozmiary ich hipokryzji i okrucieństwa wobec kobiet.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jednak bądźmy sprawiedliwi – młodzi ojcowie coraz częściej wspierają matki swoich dzieci. Wspólne porody to nowe pokoleniowe zjawisko, według mnie absolutnie pozytywne dla wszystkich stron. A według ciebie?
Za towarzyszenie przy porodzie i opiekę nad zdrowym dzieckiem mężczyzn nie wypada chwalić. Schody zaczynają się, gdy dziecko urodzi się z poważną wadą. Co do asystowania przy porodach, to oczywiście płynie z tego wiele korzyści. Nie znam jednak badań, które odpowiedziałyby na pytanie, czy wszystkie rodzące naprawdę cieszy to, że ich partnerzy patrzą na ich porodową mękę i fizjologię z tym związaną. Poza tym nie wiemy, jakie pożytki ze swojego uczestnictwa w porodzie widzą mężczyźni.

Badania z 2007 roku przeprowadzone na Wydziale Nauk o Zdrowiu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach pokazują, że ponad 91 proc. mężczyzn uczestniczących w porodzie zdecydowałoby się na to ponownie. Kobiety potrzebują ich wsparcia: trzymania za rękę, rozmów. Moje pokolenie nie mogło na to liczyć.
To naprawdę dobra wiadomość. Ale docierają do mnie także głosy, choćby z grona moich pacjentek, które urodziły w obecności partnerów, że to nie do końca było dla nich komfortowe. Głównie z powodów estetycznych. Bo „jak ja wtedy wyglądam z tym rozwartym i nadciętym kroczem! Jak krzyczę! Ile jest w tym potu, krwi, łez”. Na takie przeżycie trzeba być gotowym i nie decydować się na nie tylko dlatego, że wielu innych tak robi. Nawet w bliskich natury, pierwotnych społecznościach mężczyźni nie byli dopuszczani bezpośrednio do porodu. Bodajże w afrykańskich szczepach ojciec towarzyszył w porodzie, leżąc za przepierzeniem i w pozycji rodzącej kobiety. Razem z nią doświadczał jej bólu, krzycząc i jęcząc głośniej od niej.

Taki trochę teatr?
Żaden teatr! To nie było małpowanie, tylko wyraz głębokiej empatycznej więzi, inaczej współodczuwania. W ten sposób brał na siebie część jej bólu. Nie widział jednak tego, co się działo po drugiej stronie przepierzenia zarezerwowanej tylko dla kobiet. Wiele wskazuje na to, że współczesny udział mężczyzn w narodzinach dziecka to coś zupełnie nowego.

I korzystnego. Znajomi mężczyźni mówią o pięknym doświadczeniu. Z moich rozmów z młodymi ojcami wynika, że wspólny poród to dla nich powód do dumy, człowiecze doświadczenie. W cytowanych badaniach 78 proc. mężczyzn deklaruje, że ich relacje z partnerkami się nie zmieniły, a 11 proc. – że się pogłębiły. Widzę, że ty masz wątpliwości.
Spotkałem się zaledwie z kilkoma męskimi negatywnymi relacjami i opiniami na ten temat. To ci, którzy odrywają się na chwilę od katorżniczej, korporacyjnej pracy i biegną na poród zupełnie nieprzygotowani. Także w aspekcie siły więzi ze swoją partnerką. Bo towarzyszenie kobiecie w porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży, pełna troski, wsparcia dla ciężarnej i okraszona rytuałami, na przykład dotykaniem brzucha, obserwowaniem ruchów dziecka czy zwracaniem się do niego. Niestety, nie wszyscy mężczyźni to potrafią. Jeśli towarzyszenie w porodzie jest dla obu stron doświadczeniem pozytywnym, to jest to niewątpliwie zaliczony przez nich sprawdzian siły związku.

Może warto zaapelować do ojców, żeby o tę więź zawalczyli?
Oczywiście. Doradzam więc ojcom, żeby przełamali opory przed wspólnym porodem, jeśli takie mają, ale przede wszystkim żeby się do niego solidnie przygotowali, nie tracąc z oczu tego wszystkiego, co może stanowić o bezpieczeństwie i dobrym stanie emocjonalnym przyszłej matki. No i oczywiście trzeba pamiętać o tym, że do tanga trzeba dwojga i nie można nikogo zmuszać do tego trudnego wspólnego tańca.

Podobno u ojca uczestniczącego w porodzie wzrasta – tak jak u matki – poziom oksytocyny, sprzyjający budowaniu więzi z dzieckiem.
Niewątpliwie jest taka szansa. Ale uważajmy, by znów nie zgrzeszyć idealizowaniem. Tak jak w poprzedniej rozmowie protestowaliśmy przeciw lukrowaniu macierzyństwa, tak tutaj nie możemy lukrować ojcostwa i budzić powszechnej, nieuzasadnionej nadziei, że każdy ojciec obecny przy porodzie uszczęśliwi swoją partnerkę, zacieśni z nią więź i z automatu pokocha swojego potomka. Może być różnie. Szczególnie ojciec, na którego z jakichś powodów spada cały ciężar wychowania i opieki nad małym dzieckiem, ma prawo mieć trudne momenty i wcale nie przeżywać swojego ojcostwa jako niekończącego się radosnego święta.

Są głosy, że dzięki uczestnictwu mężczyzn w porodach i opiece ojców nad niemowlętami będzie w świecie mniej agresji, przemocy, wojen. Wszystko za sprawą tej oksytocyny. Co o tym myślisz?
Podpisuję się pod tą nadzieją. Oby taka zmiana nastąpiła. Myślę nawet, że w pewnej mierze już może się tak dziać. Bo moje doświadczenie pokazało mi wielość harmonijnie współdziałających czynników prowadzących do narodzin nowego życia, a także ogrom bólu i wysiłku z tym związanego. To uczy szacunku do życia, do ludzkiego ciała i do cudu narodzin. Skoro więc mężczyźni masowo garną się do tego szczególnego doświadczenia, to można mieć nadzieję, że nie będzie im łatwo pozbawić kogoś życia. Ale to pewnie płonne nadzieje, zważywszy na to, że już dzisiaj wojny są prowadzone za pomocą joysticka, drona czy innego robota siejącego spustoszenie czasami kilka tysięcy kilometrów od tego, kto przyciska spust.

Narodziny dziecka oznaczają dla rodziców totalną zmianę. Jesper Juul, duński terapeuta, postulował nawet, żeby na miesiąc przed porodem usiedli i powiedzieli sobie: „Żegnaj, stare życie!”. Bo tylko wtedy, gdy pożegnają stare, mogą powitać to nowe. Odtąd życie tych dwojga będzie kompletnie inne. Nie tylko dlatego, że przybywa im obowiązków, ale także z tego powodu, że stają się rodzicami. To ważne, żeby uświadomić sobie tę zmianę?
Jak najbardziej. Na rodzicach spoczywa ogromna odpowiedzialność, najpierw za przetrwanie dziecka, potem za proces jego wychowania. A także za siebie nawzajem, za swój związek i za każdego z osobna.

Wróćmy do porodów: warto przywrócić do łask te domowe?
Popieram. Niestety, w cywilizowanym świecie – odwrotnie niż w społecznościach pierwotnych – czyni się z ciąży i porodu coś na kształt choroby wymagającej szpitalnego wsparcia. Dlatego dobrze by nam wszystkim zrobiło, gdyby ciąża i poród przestały być sprawą medyczną, publiczną i polityczną. I żeby mogły przebiegać w rodzinnej atmosferze intymności i spokoju. Jeżeli oczywiście nie ma ku temu medycznych przeciwwskazań. Jednak w świetle wspomnianych wcześniej nieludzkich, antykobiecych ustaw perspektywa porodów domowych jeszcze bardziej się oddala. Bo przecież kobiety będą coraz bardziej bały się rodzić w domach.

Już teraz głównie rodzą w szpitalach.
To prawda, choć po akcji „Rodzić po ludzku” rozwinęły się bardzo szkolenia akuszerek i położnych. Chodziło o to, żeby zmniejszyć psychiczne traumy okołoporodowe, do których dochodzi często w szpitalach. Rodzące wprawdzie coraz częściej mogą liczyć na przyjazne szpitalne warunki, ale kłopot w tym, że to raczej kosztowna opcja tylko dla bogatych. W konsekwencji większość matek nadal rodzi na zbiorowych salach za przepierzeniami. W dodatku w ślad za antykobiecymi ustawami z pewnością nasili się presja religijnych fundamentalistów na zakaz antykoncepcji, znieczulenia, cesarskiego cięcia, in vitro. Z jednej strony widzimy więc nasilającą się medykalizację ciąży i narodzin, a z drugiej – wprowadzanie zasady, że wszelkie ułatwienia dla rodzących, mające zmniejszać ich cierpienie, są niezgodne z naturą i wolą bożą. To jest groźna antykobieca ideologia, a nie medycyna. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kobiety jako nieocenione dawczynie życia powinny mieć całkowite prawo wyboru dotyczące tego, czy, gdzie, jak i z kim chcą rodzić.

Jest nadzieja, że trwająca kobieca rewolucja sprawi, iż sprawy zaczną się toczyć w korzystnym dla kobiet kierunku.
Niech tak się stanie! Stójmy murem za kobietami. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Zdrowie

Prekoncepcja, czyli jak zwiększyć szanse na zajście w ciążę

Prekoncepcja to wspomaganie płodność, ale też dbanie o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży. (Fot. Adobe Stock/ materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)
Prekoncepcja to wspomaganie płodność, ale też dbanie o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży. (Fot. Adobe Stock/ materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)
Przyszli rodzice mają ogromny wpływ na poczęcie oraz prawidłowy przebieg ciąży. Co robić, aby zwiększyć szanse na zapłodnienie? Odpowiedź brzmi: stosować prekoncepcję. Nawet jeśli ciąża to jeszcze odległe plany, pewne nawyki i działania warto wdrożyć odpowiednio wcześniej. O metodach sprzyjających kobiecej oraz męskiej płodności opowiada ginekolog, lek. Anna Horbaczewska z krakowskiego Centrum Medycznego Superior.

Mądre rodzicielstwo coraz częściej zaczyna się jeszcze przed poczęciem. Mamy obecnie do czynienia ze zdecydowanym wzrostem świadomości wśród par starających się o dziecko – mówi lek. Anna Horbaczewska. Coraz częściej metodycznie i według planu podchodzi się także do prekoncepcji polegającej na jak najlepszym przygotowaniu do poczęcia. W ten sposób wspomagamy nie tylko płodność, ale też dbamy o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży – tłumaczy ekspertka.

Czas upływa nie tylko kobietom

Czynników wpływających na zdolności prokreacyjne jest bardzo wiele. Na niektóre, jak choćby jakość powietrza czy przebyte infekcje, niestety nie ma się wpływu. Wiadomo też, że fundamentalne znaczenie dla płodności ma wiek przyszłych rodziców. Warto przy tym podkreślić, że optymalny okres rozrodczy dotyczy nie tylko kobiet, ale również mężczyzn.

Zegar biologiczny tyka także dla panów – wyjaśnia lek. Anna Horbaczewska. Powszechnie wiadomo, że najlepszą płodnością cieszą się kobiety przed 30-tym rokiem życia. Rzadziej mówi się jednak o tym, że pewne ograniczenia w tym zakresie wiek narzuca również mężczyznom. W ich przypadku czas optymalnej płodności występuje do 35-tego roku życia. Potem, wraz z upływem lat, maleje liczba plemników o prawidłowej budowie, zmniejsza się ich koncentracja w nasieniu i częściej dochodzi w nich do fragmentacji DNA. To z kolei obniża szansę na ciążę, ale też zwiększa ryzyko poważnych chorób u dzieci, takich jak: schizofrenia, autyzm czy choroba dwubiegunowa – tłumaczy lekarka Centrum Medycznego Superior.

Na co mamy wpływ?

Co więc kobieta i mężczyzna mogą zrobić sami, by wspomóc matkę naturę i lepiej przygotować się do poczęcia? Sposobów na wspomaganie płodności jest wiele. Właściwa dieta, styl życia, prawidłowa waga i odpowiednie nawyki wydatnie zwiększają szanse. Najlepiej, gdy idą ze sobą w parze. I to u obojga przyszłych rodziców. Na czym zatem polega prekoncepcja i co dokładnie możemy zrobić, by spotęgować swoje możliwości prokreacyjne?

Właściwa dieta to podstawa

Zgodnie z badaniami, istotny wpływ zarówno na męską, jak i kobiecą płodność, ma prawidłowa dieta. Panom chcącym poprawić swoje możliwości w tym zakresie, zaleca się przede wszystkim, aby podstawą ich diety były węglowodany. Ograniczyć należy z kolei produkty bogatobiałkowe, a także związki mogące naśladować działanie fitoestrogenów, obecne np. w soi. Warto też włączyć do diety orzechy i błonnik, a także zadbać o odpowiedni poziom mikroelementów, witamin E, C i D oraz koenzymu Q10. Działają one korzystnie na metabolizm, a przez to na gospodarkę hormonalną. Chodzi przede wszystkim o związki cechujące się właściwościami antyoksydacyjnymi. Niwelują one wolne rodniki, co przekłada się na poprawę jakości nasienia, zmniejszając ilość uszkodzeń DNA plemnika. Należą do nich np. obecny w pomidorach likopen, a także selen, który możemy znaleźć w łososiu i tuńczyku oraz cynk, który z kolei występuje m.in. w kakao, wątrobie, jajkach, pestkach dyni czy słonecznika. Można też rozważyć suplementacje N-Acetylocysteiną. To aminokwas, który daje bardzo dobre wyniki,  jeśli chodzi o jakość nasienia – mówi lek. Anna Horbaczewska.

Co do pań, w ich przypadku również wykazana jest korzyść ze stosowania diety bogatej w węglowodany. Jeśli spożywamy duże ilości białka, to powinny być one pochodzenia roślinnego, białek odzwierzęcych starajmy się unikać. Ważna jest też podaż nienasyconych kwasów tłuszczowych, czyli pochodzących z roślin. Jeśli chodzi o nabiał, to zaleca się taki o wysokiej zawartości tłuszczu. Z kolei z diety wykluczamy produkty o wysokim indeksie glikemicznym – mówi krakowska ginekolog. I dodaje: dodatkowo warto też ustalić, czy nie ma konieczności suplementacji multiwitaminowej oraz preparatami o zawartości żelaza. Wyrównanie tych niedoborów również korzystnie wpływa na aspekt płodności.

Właściwa masa ciała

W parze z płodnością nie idą zaburzenia wagi. Mowa tu zarówno o nadwadze, jak i niedowadze. Idealne BMI powinno mieścić się w przedziale 20-25. W przypadku wyższego BMI u panów może dochodzić do zaburzenia gospodarki hormonalnej przez zwiększoną konwersję hormonów w tkance tłuszczowej i wyższy poziom pojawiających się w związku z tym estrogenów. U pań otyłość może zaburzać proces owulacji, a z kolei zbyt niska masa ciała może tę owulację hamować całkowicie.

Aktywność fizyczna – byle nienadmierna

Regularna aktywność sprzyja naszej płodności. Co jednak niezwykle ważne, to by była ona umiarkowana tak pod względem intensywności, jak i częstotliwości. Zawodowe uprawianie sportu najpewniej tymczasowo obniży lub odbierze nam płodność. Trenujące zawodowo kobiety, często mają bezowulacyjne cykle, co uniemożliwia im zajście w ciążę. Istnieje takie zjawisko jak triada sportsmanek – mówi specjalistka Centrum Medycznego Superior.  Polega ono współistnieniu u zawodowych sportsmenek trzech zjawisk: zaburzenia odżywiania, braku miesiączki (wiążącego się z brakiem owulacji) oraz zaburzeń mineralizacji kości. W przypadku mężczyzn jest podobnie. Podczas badania zawodowych wioślarzy zauważono, że paradoksalnie mieli oni obniżony poziom testosteronu w porównaniu z mężczyznami, których cechowała umiarkowana aktywność fizyczna – tłumaczy lek. Anna Horbaczewska. Warto zatem, aby podejmowaną aktywność fizyczną ograniczyć do 4 godzin ćwiczeń o nienadmiernej intensywności tygodniowo – dodaje krakowska ginekolog.

Odpoczynek i przeciwdziałanie stresowi

U par starających się o potomstwo nie do przecenienia jest też rola odpoczynku i relaksu. Przewlekły stres powoduje podwyższenie poziomu kortyzolu we krwi, co zaburza pracę na osi podwzgórze-przysadka-jajnik, upośledzając tym samym płodność kobiet. Podobny skutek wywołuje u mężczyzn, u których dochodzi wówczas do pogorszenia parametrów nasienia. To zjawisko doskonale widać na przykładzie pacjentów leczących się z powodu niepłodności, kiedy to obciążenie psychiczne często powoduje systematyczne pogarszanie jakości nasienia.

Paradoksalnie, im większe napięcie psychiczne związane z chęcią zajścia w ciążę, tym bardziej spadają szanse na powodzenie – mówi ginekolog z krakowskiego Centrum Medycznego Superior. Mając to na uwadze, warto zatem zadbać o regularny odpoczynek, a także zapewnić sobie „odskocznię” od codziennych stresów.

Regularne współżycie

Okazuje się, że regularne współżycie sprzyja płodności także w sposób długofalowy. Jak mówi lek. Anna Horbaczewska: żeby zapewnić odpowiednią jakość plemników, zaleca się, aby do stosunku dochodziło najlepiej 3-4 razy w tygodniu. Współżycie powinno się prowadzić przez cały okres cyklu, przy czym para nie powinna skupiać się na tym, kiedy wypadają dni płodne, bo może to powodować napięcie i stres związany  z nadmiarem oczekiwaniem – tłumaczy specjalistka.

Odpowiednia temperatura i… bielizna

Infekcje i choroby podnoszące temperaturę, mogą powodować przejściowe problemy z płodnością. Dzieje się tak m.in. dlatego, że do prawidłowej produkcji plemników potrzebna jest odpowiednia temperatura. Optymalna to ta niższa od temperatury naszego ciała. Dlatego też panowie powinni unikać przegrzewania jąder – regularne korzystanie z sauny czy jacuzzi, a nawet nawyk trzymania laptopa na kolanach niekiedy powodują obniżone parametry nasienia – tłumaczy lekarka. Równie niekorzystny wpływ na jakość nasienia może mieć też noszenie zbyt obcisłej bielizny.

Złe nawyki. Czego należy unikać?

Mimo, że marihuana to w większości krajów środek nielegalny, to jednak jest on w przestrzeni społecznej obecny. Tymczasem, jak pokazują badania, palenie marihuany może mieć negatywny wpływ na potencję. U panów obniża poziom testosteronu, co zmniejsza ilość i ruchliwość plemników – mówi lek. Anna Horbaczewska. Z kolei u pań może rzutować na gospodarkę hormonalną, obniżając poziom hormonu luteinizującego. To z kolei prowadzi do rozregulowania cyklu. Marihuana może także  zaburzać  ruchomość rzęsek w jajowodzie, odpowiadających za transport komórki jajowej po owulacji, żeby mogło dojść do zapłodnienia – tłumaczy ginekolog.

Inną używką, której spożycie warto ograniczyć, jest kofeina. Tyczy się to zwłaszcza regularnego spożywania napojów energetyzujących, które mogą obniżać koncentrację i całkowitą ilość plemników w nasieniu.

Jednym z czynników najsilniej pogarszających jakość nasienia jest dym nikotynowy. Unikajmy nie tylko palenia papierosów, ale i ekspozycji na dym. Do produkcji plemników potrzebne jest duże stężenia tlenu, a papierosy z uwagi na substancje smoliste, mogą powodować dużą ilość uszkodzeń w DNA plemnika – wyjaśnia lek. Anna Horbaczewska. Lekarka dodaje również, że innym środkiem, który niekoniecznie współpracuje z naszą potencją, są lubrykanty. Jak wynika z badań, niektóre z nich powodują zmniejszenie ruchliwości plemników.

Im wcześniej, tym lepiej

Im wcześniej zaczniemy kreować właściwe warunki prokreacyjne, tym lepiej – podsumowuje ginekolog Centrum Medycznego Superior. Nawet, jeśli ciąża pozostaje jeszcze odległym planem, to pewne nawyki i działania warto wdrożyć odpowiednio wcześniej. Każdej parze w wieku prokreacyjnym, która nie ma jeszcze planów, ale nie wyklucza w przyszłości chęci posiadania potomstwa, polecam wdrożenie prekoncepcji do swojej codziennej rutyny. Poza tym, że wspiera naszą potencję, to również daje długoletnie korzyści dla zdrowia.

Lek. Anna Horbaczewska, absolwentka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie, aktualnie w trakcie studiów doktoranckich. Jej zainteresowania oraz praca zawodowa skupiają się głównie wokół diagnostyki i leczenia niepłodności oraz diagnostyki ultrasonograficznej. Pracuje w Centrum Medycznym Superior - krakowskiej klinice dysponującą nowoczesnym sprzętem z działu ginekologii i położnictwa.  (Fot. materiały prasowe Centrum Medycznym Superior) Lek. Anna Horbaczewska, absolwentka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie, aktualnie w trakcie studiów doktoranckich. Jej zainteresowania oraz praca zawodowa skupiają się głównie wokół diagnostyki i leczenia niepłodności oraz diagnostyki ultrasonograficznej. Pracuje w Centrum Medycznym Superior - krakowskiej klinice dysponującą nowoczesnym sprzętem z działu ginekologii i położnictwa.  (Fot. materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)