1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Jak działa mechanizm przywiązania

Jak działa mechanizm przywiązania

Corbis
Corbis
Więź ma o wiele szersze konotacje, niż potocznie myślimy, utożsamiając ją z bliskością, miłością. Bo to są efekty, owoce więzi. Nie doczekamy się ich, jeśli nie zbudujemy u dziecka przez pierwsze lata jego życia bezpiecznego stylu przywiązania. Jak to się robi? – mówi psycholog dziecięca Teresa Jadczak-Szumiło

– Dość powszechnie sądzi się, że małe dziecko niewiele potrzebuje: wystarczy je karmić i przewijać. – Trzeba pamiętać, że w każdym okresie rozwojowym człowiek ma pewne istotne zadania do wykonania. Na etapie od urodzenia do trzeciego roku życia dziecko ma dwa zadania: nawiązanie więzi z rodzicami oraz rozwijanie tak zwanej inteligencji sensomotorycznej (ruchowej). Natura na ich realizację nie bez przyczyny przewidziała trzy lata – psychologia rozwojowa potwierdza, że właśnie tyle czasu jest dziecku potrzebne.

– Skupmy się na więzi. Dlaczego to tak istotne?  
– Chciałabym najpierw zwrócić uwagę, że więź ma o wiele szersze konotacje, niż potocznie myślimy, utożsamiając ją z bliskością, miłością, relacjami emocjonalnymi. A to są efekty, owoce więzi. Natomiast więź to pewien mechanizm biologiczno-społeczny, który aktywuje mnóstwo reakcji, również w układzie nerwowym małego dziecka. Więź pomaga przetrwać gatunkowi ludzkiemu. Potomek naszego gatunku wymaga długoletniej opieki dorosłych. Abyśmy chcieli zajmować się nim bezinteresownie przez tyle lat, biologia wyposażyła go w pewne „chwyty”, które mają nas oczarować, uwieść, a w konsekwencji zbudować głębszą relację, bo wtedy jesteśmy w stanie znieść trudy związane z opieką i wychowaniem.

– Mądra ta natura…
– Oj, mądra. Dziecko rodzi się z tak zwanym neurobehawioralnym wyposażeniem ku przywiązaniu. Potrafi odpowiednio głośno płakać, żeby wezwać opiekuna. Potrafi dawać sygnały, że chce jeść, chwytać, posiada odruch przywierania. Umie patrzeć skoncentrowanym spojrzeniem, uśmiechać się. Te odruchy dziecko częściowo ćwiczy już w łonie matki, a większość bardzo szybko po porodzie. Na przykład odruch skoncentrowanego spojrzenia możemy obserwować już dziesięć minut po przyjściu na świat. Noworodek oczywiście wtedy jeszcze nie rozpoznaje, ale już trenuje ten nawyk, który budzi u rodziców reakcje zachwytu: o, on mnie poznał, on mnie wyróżnia.

– Czemu takie zachowania mają służyć?
– No właśnie temu, żeby uwieść dorosłego, żeby on zechciał otoczyć dziecko stałą troskliwą opieką, bo tylko dzięki niej będzie ono mogło stać się dorosłym, zdrowym osobnikiem tego gatunku. Zabiegi dziecka nie zawsze są skuteczne. Gdyby były, nie mielibyśmy tylu dzieci porzuconych. Jesteśmy więc bardzo trudnym partnerem dla przyrody.

– A jakie zadania ma w procesie budowania więzi matka?
– Jej zadaniem głównym, jak mówi teoria przywiązania Bowlby’ego, jest to, żeby była responsywna, czyli czuła, wrażliwa, empatyczna, właściwie rozpoznająca potrzeby dziecka i zaspokajająca je nie byle jak, ale tak, aby dziecko było w pełni ukojone. Jeśli matka ma być wrażliwym opiekunem, dostrojonym do dziecka, musi przede wszystkim być przy nim obecna. Trudno zrozumieć dziecko, jeżeli się z nim nie przebywa lub przebywa bardzo mało. Przy stałym opiekunie jest ono w stanie wytwarzać coś, co nazywamy bezpieczną więzią, czyli taką, która pozwoli mu w pełni wykorzystać swój potencjał. Dzieci, którymi zajmują się zmieniające się opiekunki, mają kłopoty z tworzeniem bezpiecznej więzi i mogą w najlepszym razie mieć trudności z wykorzystywaniem wszystkich swoich możliwości.

– Bezpieczna więź rodzi się tylko w relacji z jednym opiekunem?
– Im mniej opiekunów, tym lepiej. Oczywiście ważny jest ojciec, który wspomaga matkę. Jeżeli od czasu do czasu pojawia się także babcia czy niania, to nic złego się nie dzieje. Ale świat dziecka to nie ruchliwe skrzyżowanie. Jeżeli malec przebywa wiele godzin poza domem, a wokół niego przewija się wielu opiekunów, nie jest on w stanie rozpoznać tego jednego i aktywować wszystkich zadań, które są związane z mechanizmem przywiązania.

– Wielu rodziców i opiekunów uważa: „Nakarmione i przewinięte? Niech płacze”.
– Płacz to komunikat. Niemowlę w ten sposób mówi: chodź tutaj i zobacz, czego potrzebuję. Wielu rodziców zapomina o tym, że dziecko wymaga nie tylko jedzenia i spania, potrzebuje również dotyku, przytulenia, patrzenia na dorosłych. Kontakt twarzą w twarz pobudza płaty czołowe do rozwoju. Rodzice powinni zdobyć większe kompetencje. Bo jak na ogół reagują na płacz? Dają smoczek, a więc „zamykają” komunikat i już niczego nie mogą się dowiedzieć. Albo bujają w wózku lub na rękach. A dziecko potrafi ukoić się na bardzo wiele sposobów. Reaguje na głos i dotyk. Nie trzeba go bujać, gdy tylko się poruszy. Jak coś zakłóca dziecku sen, na przykład hałas, wtedy rusza się, głębiej oddycha, a wszystko po to, aby mózg dostarczył dodatkowych dawek serotoniny, dzięki którym malec głębiej zaśnie. Ale jak czytać komunikaty dziecka, jeśli się z nim nie przebywa?

– Czego jako rodzice nie wiemy, a wiedzieć powinniśmy?
– Że rozwój dziecka to taka sinusoida: okresy kryzysu i po kryzysie. Około dziewiątego miesiąca nasila się lęk separacyjny, dziecko jest na tyle ustabilizowane, że odróżnia bliskie i obce osoby. Między 15. a 18. miesiącem pojawia się reakcja wstydu, a więc opuszczanie głowy, czerwienienie. Aby dziecko oswoiło się z tym afektem, potrzebna jest obecność stałego opiekuna, który potrafi albo ten afekt przedłużać, albo go wyciszyć. Dopiero około trzeciego roku życia, kiedy dziecko utrwali nabyte umiejętności, jest gotowe na krótkie rozstanie z matką i pójście na przykład do przedszkola. Ale nie wcześniej.

– Niektóre dzieci, te śmiałe, są chyba gotowe na to rozstanie z opiekunem wcześniej.
– Mówimy: dzieci śmiałe, ale trzeba się zastanowić, czy to nie są dzieci o zmienionym stylu przywiązania, którym jest już wszystko jedno, kto się nimi zajmuje, które nie odczuwają zażenowania, strachu ani wstydu. To dobrze widać u dzieci długo separowanych, na przykład w domach dziecka. Tam wszystkie dzieci się uśmiechają. Ktoś powie: im to służy. No nie, one wykazują coś bardzo niepokojącego – nie różnicują obcego i swojego. Różnicowanie swoich i obcych to podstawowy mechanizm, który pozwala przetrwać w grupie społecznej. Jak w grupie społecznej ma dać sobie radę dziecko, które nie mówi, nie potrafi radzić sobie ze strachem, wstydem i nie różnicuje, która z osób jest jego właściwym opiekunem?

– Co się dzieje z dzieckiem pozbawionym stałego opiekuna?
– Może mieć problemy z budowaniem relacji opartych na bezpiecznym stylu przywiązania, z czego potem biorą się zaburzenia w rozwoju psychoemocjonalnym. Część dzieci, owszem, przywiązuje się do jakiegoś opiekuna, być może do matki, która jest obecna po południu, ale to przywiązanie może być pozabezpieczne, na przykład lękowo unikające albo lękowo ambiwalentne.

– To znaczy?
– Posłużę się metaforą autora pewnego poradnika, który pisze, że bardzo łatwo jest poznać styl przywiązania dziecka, obserwując rodziców i dziecko w galerii handlowej. Dziecko bezpiecznie przywiązane podąża za rodzicami, oni nie muszą go pilnować. Dziecko z lękowo unikającym stylem przywiązania oddala się od rodziców i na przykład bawi się gdzieś w kąciku. Dziecko „ambiwalentne” widziałam niedawno: tata pchał wózek z zakupami, za nim szła kilkuletnia dziewczynka i zwalała wszystko z półek, a za nią mama wszystko to zbierała. Na koniec dziecko rzuciło się na podłogę i zażądało natychmiastowego kupienia zabawki. Takie zachowanie naprawdę nie bierze się znikąd.

– Można dać dziecku za dużo uwagi?
– Odpowiedź tkwi w określeniu „responsywność”. To nienarzucanie się, empatia, rozumienie potrzeb dziecka, właściwe ich odczytywanie i zaspokajanie. Dostrojenie między rodzicami a dzieckiem. Ponieważ rodzice często nie mają wiedzy o wczesnym rozwoju, to wydaje im się, że trzeba albo dziecko cały czas nosić, albo – druga skrajność  – nakarmić, zostawić, niech się drze, niech ćwiczy płuca. Oba podejścia nie są dobre. Matki niedające dziecku odetchnąć też mu nie służą. Mechanizm bezpiecznego przywiązania jest wzbudzany w następującym rytmie: dziecko sygnalizuje, że ma jakąś potrzebę, matka przychodzi, zaspokaja ją, dziecko odczuwa ulgę. Odtąd wie, że ulga płynie od matki. Ale jak matka stale stoi nad łóżeczkiem i nie daje dziecku szansy poczuć tego braku, to ono nie umie potem rozpoznać, co się z nim dzieje. Pamiętam kilkuletnią dziewczynkę, która nie umiała rozpoznać u siebie głodu. Żeby dziecko poczuło brak, nie musi godzinami płakać, tylko ma to zasygnalizować, a my musimy się stawić. Nie możemy robić tego w odroczeniu, bo dziecko nie będzie wiązało reakcji z przyczyną.

– Przywiązanie we wczesnym dzieciństwie rzutuje na całe życie?
– W społeczeństwie pozwalają nam funkcjonować dwa podstawowe regulatory – strachu i wstydu. Badania dotyczące więzi pokazują, że do mechanizmu przywiązania podłączone są inne mechanizmy, np. głodu. Przy matce niemowlę przestaje płakać, nawet jak nie dostanie jeść. Dziecko z gorączką przytulone przez matkę potrafi zareagować obniżeniem temperatury. Dzieci z bezpiecznymi stylami przywiązania mają mocniejszy układ immunologiczny. To wyposażenie na całe życie. Dochodzą do tego mechanizmy wyższe, jak motywacja wynikająca z więzi – np. dla mamy malec potrafi zmobilizować się do wysiłku w szkole i poza nią.

– W jaki sposób brak więzi wpływa na rozwój?
– Dzieci przywiązane pozabezpiecznie często uczą się poniżej swoich możliwości, są bardziej chorowite, a jako dorośli niechętnie wchodzą w bliskie związki. W 2001 roku w Rumunii przeprowadzono dość drastyczne badania. Wynika z nich, że u dzieci, które urodziły się zdrowe, po separacji od matki doszło do uszkodzenia systemu nerwowego w płatach czołowych, w ośrodkach mowy. Te dzieci stały się upośledzone! Oczywiście nie twierdzę, że grozi to niemowlętom oddanym pod opiekę na kilka godzin w ciągu dnia. Chcę tylko podkreślić, że mechanizm przywiązania jest dla człowieka rzeczą fundamentalną, co więcej jest najlepszym zabezpieczeniem na przyszłość.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rodzicielstwo ściśle według planu. Gdy plan zajęć dziecka przypomina rozkład dnia pracującego dorosłego

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Pojawia się na szarym końcu po projektach: studia, praca, dom, samochód, podróże. Przygotowywany i realizowany równie perfekcyjnie jak najlepszy projekt biznesowy. Efekt? Dzieci alfa wyposażone w najnowsze gadżety, z certyfikatami modnych kursów, ale niesamodzielne, rozpieszczone, nieszczęśliwe.

Kinga (39 lat, dyrektorka w firmie reklamowej) i Paweł (40 lat, wiceprezes dużego banku) mówią ściszonym głosem. Błażej (4 lata) właśnie został uśpiony, a to wymaga wielu sztuczek. Dzisiaj na przykład Paweł woził go samochodem po osiedlowych uliczkach.

– Udało się po godzinie, ale może obudzić go byle hałas – przestrzega Kinga. – Dziwię się, jak to możliwe, skoro drzwi do jego pokoju są dźwiękoszczelne.

Kinga w ogóle dziwi się wielu zachowaniom synka. Ma wszystko: klocki, samochody, gry, a nawet swojego iPada, a ciągle mu mało. Na brak atrakcji nie może narzekać, bo w przedszkolu jest i angielski, i dżudo, i taniec towarzyski, i lepienie z gliny, i gotowanie, po południu wożą go z Pawłem na basen, zajęcia z robotyki, do szkółki piłkarskiej, kina, a on jest wiecznie znudzony, nie potrafi się na niczym skupić, nic tak naprawdę go nie cieszy.

– A co będzie, jak pójdzie do szkoły? – martwi się Kinga. – Teraz tylko przecież się bawi, a w szkole będzie musiał ostro pracować, bo to jedna z najlepszych dwujęzycznych szkół w Warszawie, do której trudno się dostać. Nam się udało, bo zapisaliśmy go, gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Paweł tonuje lęki żony: – No, nie przesadzaj, Błażej jest zdolny, utalentowany, na pewno sobie poradzi. Nie wolno mu tylko odpuszczać.

Na kilku etatach

Kinga i Paweł wiedzą, jak to robić, bo sami sobie nie odpuszczali. Absolwenci słynnego Liceum im. Marynarki Wojennej RP w Gdyni i równie prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Wspinali się na zawodowy szczyt konsekwentnie, krok po kroku. Teraz chcą zapewnić tam miejsce swojemu synowi.

Nie oni jedni. W Polsce, na wzór krajów zachodnich, przybywa rodziców projektujących rozwój dziecka od urodzenia, a nawet od poczęcia. Znam ciężarną, która zaczyna dzień od godzinnej sesji z muzyką Bacha, a kończy na audiobookach medytacyjnych, bo gdzieś przeczytała, że to dobrze wpłynie na umysł jej dziecka.

Przejęci swoją rolą rodzice nazywani są helikopterowymi (bo krążą nieustannie nad głową dziecka), nadrodzicami, a w Skandynawii – rodzicami curlingowymi (od szczotkowania lodu, zanim dziecko zrobi pierwszy krok). W swoich zapędach nie są osamotnieni, mocno wspierają ich w tym media, państwo, reklama.

Carl Honoré, dziennikarz, jeden z rodziców helikopterowych, który jednak w porę się opamiętał, napisał ku przestrodze innych ojców i matek porażającą w swojej wymowie książkę „Pod presją”. Pisze ironicznie: „Gdziekolwiek spojrzeć, zewsząd płynie jedno przesłanie: dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom, a dzieci są zbyt cenne, by zostawić je samym sobie. To nieustanne wtrącanie się tworzy nowy rodzaj dzieciństwa. Dawniej Dziecko Pracujące harowało w polu, a po rewolucji przemysłowej – w fabrykach. XX wiek przyniósł Dziecko Wolnego Chowu. A teraz mamy epokę Dziecka Zarządzanego”.

Plan zajęć Dziecka Zarządzanego przypomina rozkład dnia pracującego na kilku etatach dorosłego. Obowiązkowe lekcje plus dodatkowe zajęcia w szkole lub przedszkolu to tylko rozgrzewka, bo prawdziwa szkoła wszechumiejętności zaczyna się po południu. Czego tam nie ma! Są zajęcia sportowe, muzyczne, taneczne, synchronizacji pracy półkul mózgowych, szybkiego czytania, autoprezentacji, aktorskie, asertywności, a nawet, a jakże, nauka gospodarowania czasem. Każdego dnia inny zestaw. 15-letnia Zuzia, zresztą córka uznanych psychologów, żeby się nie pogubić, dostała na urodziny palmtop, który wyręcza ją w pamiętaniu o tym co, gdzie i kiedy.

Pod kontrolą nadrodziców

Psycholog dziecięcy Jarosław Przybylski: – Współczesne dziecko cały czas znajduje się pod specjalnym nadzorem. Bo nawet, kiedy chwilowo nie jest poddawane jakiejś obróbce i ma tak zwany wolny czas, to i tak skrzętnie monitoruje się każdy jego ruch. W przedszkolach, domach, szkołach czujne oko kamery rejestruje, co dziecko robi, a raczej czego nie robi. Śledzenie życia małego człowieka zaczyna się od wydruku USG i nagrywania bicia serca w łonie matki i właściwie nigdy się nie kończy. Uważam, że trafne jest porównywanie współczesnych rodziców do paparazzich tropiących każdy gest gwiazdy, bo oni tak właśnie traktują swoje dzieci – jak małe gwiazdy odgrywające napisaną specjalnie dla nich rolę.

Carl Honoré zauważa, że zarządzanie dzieckiem trwa w najlepsze w wielu krajach nawet po zakończeniu szkolnej edukacji. Brytyjczycy planują każdy szczegół tak zwanego gap year, czyli roku przerwy przed pójściem dzieci na studia. Amerykańscy rodzice z kolei, gdy ich dziecko dostaje się na studia, pomagają wybierać mu przedmioty, testują jedzenie w stołówce, robią korektę prac pisemnych, a nawet sprawdzają współlokatorów w akademiku.

Dziecko współczesnych nadrodziców jest pępkiem świata, centrum wydarzeń. Bywa nie tylko monitorowane, chronione, wyręczane, ale i wyposażone we wszystko, czego zapragnie. W wyszukane zabawki, gry, elektroniczne gadżety, kino domowe, wygody. „Według wszelkich znaków na niebie i ziemi wychowujemy najbardziej okablowane, monitorowane i rozpieszczone pokolenie w historii!” – grzmi autor „Pod presją”.

Starania nadrodziców ocierają się czasem o szaleństwo. W Warszawie głośno było o przemeldowywaniu dzieci w okolice renomowanych państwowych gimnazjów (obowiązuje rejonizacja), choć wiadomo, że to fikcja i dzieci nadal mieszkają w swoich domach na drugim końcu miasta. Nauczycielka z gimnazjum na Twardej opowiadała mi o uczniach wożonych do i ze szkoły nawet pięć godzin dziennie! Pewna znajoma mama, lekarka, tak bardzo chciała pomóc synowi dostać się do najlepszego w rankingach liceum, że przez całe gimnazjum wypisywała mu zwolnienie z wuefu. Po co? Żeby nie zaniżał sobie średniej.

Czym to grozi? Nietrudno przewidzieć, że przeciążanie dzieci odbija się na ich zdrowiu. Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań nad Otyłością ocenia, że 38 proc. młodzieży poniżej 18 lat w Europie i 50 proc. w obu Amerykach ma nadwagę. Coraz więcej dzieci zapada na choroby kojarzone dotychczas ze starością, czyli cukrzycę, miażdżycę, choroby serca.

Według gotowego scenariusza

Ale choruje nie tylko ciało, cierpi też dusza. Przybywa młodych ludzi ze zdiagnozowaną depresją, uzależnionych, samookaleczających się, targających się na swoje życie. ONZ ostrzega, że już u co piątego dziecka na świecie stwierdza się zaburzenia psychiczne, a Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że do roku 2020 choroby umysłowe znajdą się wśród pięciu głównych przyczyn śmierci lub inwalidztwa u młodzieży.

– Dzieci dźwigają dziś na plecach worek obciążeń ponad ich siły – mówi psycholog Justyna Nowakowska. – I nie chodzi tylko o to, że mają za dużo codziennych obowiązków, bo akurat z codziennych obowiązków rodzice często je zwalniają, a szkoda. To zresztą ciekawy paradoks, że z jednej strony mama wyręcza dziecko w podstawowych czynnościach, jak sprzątanie po sobie, samoobsługa, chucha na nie i dmucha, a z drugiej – śrubuje wymagania dotyczące zajęć w szkole. Dzieci są dzisiaj przytłoczone nie pracami, w których powinny ćwiczyć się od małego, ale nadmiernymi oczekiwaniami rodziców, tak zwanym parciem na sukces: „Musisz liczyć i czytać w wieku czterech lat, bo inaczej nie przyjmą cię do prywatnego przedszkola. A jak cię tam nie przyjmą, to masz mniejsze szanse na dostanie się do najlepszej podstawówki, która jest przepustką do świetnego gimnazjum, które z kolei daje szanse na miejsce w najlepszym liceum. Studia? Jeżeli w Polsce, to dwa kierunki. A najlepiej za granicą. Dziecko żyje pod olbrzymią presją rodziców. Ale rodzice też są pod presją. Innych rodziców, mitu sukcesu. Chcą dobrze, wypruwają sobie żyły. I oczekują efektu.

Jarosław Przybylski: – Dramat Dziecka Zarządzanego polega na tym, że wszystkie zabiegi wokół niego, całe to chuchanie i dmuchanie z jednej strony i śrubowanie wymagań w szkole z drugiej nie przygotowują go do prawdziwego życia. Już na etapie szkoły ma ono problemy z podejmowaniem decyzji, koncentracją, nie mówiąc o radzeniu sobie w relacjach społecznych. Wyniesione w domu na piedestał oczekuje, że wszyscy dokoła będą je wychwalać, że cały świat padnie do jego stóp. A nie pada.

Carl Honoré zauważa, że dzieci wychowane na narzuconej z zewnątrz definicji sukcesu, gdzie nie ma miejsca na porażkę, mają zawężone horyzonty. I zamiast wymyślać nowe strategie, ryzykować, czego wymaga współczesna gospodarka, nie wychylają się, tylko idą drogą wytyczoną przez innych. Studenci zajmują się uatrakcyjnieniem swoich CV, a nie, tak jak ich rodzice i dziadkowie, buntowaniem się, próbą zmiany zastanego porządku. „Nie ma w nich ognia, pasji, iskry bożej, determinacji, żeby podjąć ryzyko lub zakwestionować status quo. Wiele dzieciaków robi wrażenie, jakby czytało z gotowego scenariusza” – pisze.

Justyna Nowakowska: – Znakiem naszych czasów jest dzieciństwo zawłaszczone przez dorosłych, którzy nieustannie pilnują dziecka, wyręczają je i obarczają swoimi oczekiwaniami, przez co pozbawiają je prawa do przeżywania świata po swojemu. Do wolności bycia sobą. Do przygód, tajemnic, błędów, wpadek, chwil samotności, nudy i tej odrobiny dziecięcej anarchii, która buduje własną tożsamość. Od najmłodszych lat wtłaczamy dziecku przeświadczenie, że najbardziej liczy się nie znalezienie własnej drogi, ale ogólnie przyjęty schemat życia, nie nasze indywidualne prawo do szczęścia, ale powszechnie obowiązujący model sukcesu. Efektem tego bywa strasznie smutne dzieciństwo, tylko pozornie pełne wydarzeń, dziania się, konsumpcji, a tak naprawdę nijakie i puste. Pewna dziewczynka powiedziała mi wprost: „Czuję się jak projekt, nad którym moi rodzice pracują całe życie i ciągle nie są z niego zadowoleni. Nawet zwracają się do mnie w trzeciej osobie: dziecko to zrobi, choć siedzimy przy jednym stole”.

Dajmy im święty spokój!

Justyna Nowakowska podkreśla inny paradoks współczesnego wychowania: Dziecko nie ma lekko, bo wypełniamy mu całe dnie, a jednocześnie deklarujemy – w rozmowach i we wszystkich ankietach – że chcemy, żeby było mu łatwiej i lżej niż nam. Uszczęśliwiamy je więc po swojemu, kupując drogie prezenty, posyłając je na przeróżne kursy, nawet jeśli nas na to nie stać („Bo inni mają”). Zdaniem Justyny Nowakowskiej dziecko to dzisiaj wykalkulowana inwestycja obliczona na zyski.

Nie zgadzam się do końca z taką tezą. Owszem, nasze życie stało się dzieciocentryczne, całkowicie podporządkowane naszym pociechom. Sama zawsze tak układałam swoje sprawy, żeby uwzględniać plany synów. Ale nie to jest naszym największym grzechem. Najbardziej mści się co innego – nasza niepewność, niekonsekwencja, to, co Carl Honoré nazywa „plątaniną sprzeczności”. Chcemy, żeby dzieciństwo przygotowywało dziecko do dorosłości, a z drugiej – było wolne od trudów życia. Mówimy naszym dzieciom: „Pora dorosnąć”, a panikujemy, kiedy dorastają. Oczekujemy, że spełnią nasze marzenia, a mimo to jakoś pozostaną sobą. Sterujemy każdym szczegółem ich życia, a potem dziwimy się, że są niesamodzielne. Pompujemy ich ego, a zarazem bezustannie je krytykujemy. Chcemy, żeby były spokojne i radosne, a sami jesteśmy kłębkiem nerwów. I grzech największy – nie doceniamy wpływu swojego zachowania na rozwój dziecka.

Tymczasem, jak wykazała absolwentka psychologii SWPS Hanna Romanowicz, to, co rodzice mówią, a zwłaszcza to, co robią, rzeźbi dzieci na całe życie (w psychologii ten wpływ nazywa się efektem Michała Anioła). Badanie młodej psycholożki pokazało, iż matki najskuteczniej wpływają na syna poprzez pozytywne komunikaty, natomiast ojcowie – poprzez czyny.

– Gdy syn marzy o zostaniu piłkarzem, matka powinna mówić: „Podoba mi się twoja gra, jestem z ciebie dumna”, tłumaczy autorka badania. – Natomiast ojciec powinien grać z nim często w piłkę, nawet jeśli za tym nie przepada. Córki z kolei przybliżają się do wymarzonego ideału, kiedy ojcowie wspierają je w racjonalnym i intuicyjnym myśleniu, a matki pozwalają uwolnić emocje i ekspresję uczuć. Sposób, w jaki rodzice postrzegają dziecko, ma ścisły związek z tym, kim ono w przyszłości będzie.

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. Naszym zadaniem jest pomagać dziecku rozwijać jego naturalne predyspozycje i talenty oraz szukać własnej drogi.

Jean-Jacques Rousseau, francuski filozof, już dwa wieki temu zalecał dorosłym: Uszanujcie dzieciństwo i jego atrybuty: zabawy, przyjemności, dziecięcy instynkt – jako wartość samą w sobie. Dzieci rodzą się spontaniczne i pełne radości, powinny więc uczyć się i żyć własnym rytmem. Dajcie im święty spokój!

Kinga i Paweł na razie nie rozumieją tego apelu. Ale przyłącza się do niego coraz więcej ludzi na całym świecie. Stu brytyjskich intelektualistów podpisało list otwarty wzywający do kampanii na rzecz ratowania dzieciństwa przed toksycznym wpływem współczesnego świata. Amerykańska Akademia Pediatrii ostrzegła przed plagą przeciążenia programów szkolnych i przywiązywania zbytniej wagi do wyników w nauce. Także w krajach azjatyckich słychać apele o mniej klasówek i więcej snu. W Polsce jednym z kryteriów zatwierdzających podręczniki dla najmłodszych jest ich waga. W niektórych szkołach wyposaża się klasy w drugie komplety książek, a wszystko po to, aby dzieci nie dźwigały swoich.

Carl Honoré podkreśla to, co potwierdzają wszyscy psychologowie: Dzieci dobrze się rozwijają, jeśli mają czas i przestrzeń na rozwój. Jeśli czasem trochę się poobijają i ponudzą. Jeśli mogą bezpiecznie eksperymentować, podejmować ryzyko, mylić się, marzyć i bawić według swoich pomysłów. A to z kolei będzie możliwe wtedy, gdy wreszcie przekłujemy ten nadęty rodzicielski balon. Gdy damy dzieciom więcej wolności, luzu i pozwolimy im zająć się sobą. A wtedy może uda się przywrócić radość nie tylko dzieciom, ale i rodzicom.

Korzystałam z książki Carla Honoré „Pod presją”, wyd. Drzewo Babel.

  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.

  1. Psychologia

Kłótnie, manipulacje, brak wsparcia - jak dzieci przechodzą przez rozstanie rodziców. Raport z badania

Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Co trzecie rozstanie przebiega w nerwowej atmosferze. Z tego powodu cierpią zwłaszcza dzieci – prawie co drugie jest świadkiem kłótni rodziców, a co piąte w nich uczestniczy. Raport z badania pt. „Dziecko w czasie rozstania rodziców” rzuca światło na proces rozpadu polskich rodzin oraz wskazuje jego psychologiczne i społeczne konsekwencje, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Raport jest elementem kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”.

Liczba rozwodów w Polsce od wielu lat rośnie. W samym 2019 roku rozwiodło się ponad 65 tys. małżeństw – to o 2 tys. więcej niż w roku poprzednim. Zgodnie ze statystykami (GUS) ponad połowa rozwodzących się par posiada dzieci. W konsekwencji coraz więcej osób narażonych jest na ogromny stres, poczucie bezradności, zagubienie czy wstyd.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenia OPTA, ponad 40% ankietowanych rodziców miało poczucie, że ich dzieci ucierpiały w trakcie rozstania. Prawie co piąte dziecko w tym czasie mogło czuć się niekochane lub stracić poczucie bezpieczeństwa. Prawie co drugie było świadkiem kłótni, a co piąte w nich uczestniczyło. Również co piąte dziecko doświadczyło manipulacji ze strony któregoś z rodziców.

Rozstanie rodziców - skutki u dzieci

U jednej trzeciej wszystkich dzieci (37%) rodzice nie zaobserwowali żadnego ze skutków rozstania, co, zdaniem ekspertów, wcale nie jest pozytywnym zjawiskiem.

Tam, gdzie pojawiły się zauważalne konsekwencje rozwodu najczęściej wymieniano: obniżone samopoczucie, zamknięcie się w sobie, pogorszenie relacji z rodzicem czy zwiększoną płaczliwość (zdecydowanie częściej w przedziale wiekowym 0-9 lat). Wśród dzieci w przedziale wiekowym 10-18 lat dochodziło do problemów z nauką oraz niechęci do chodzenia do szkoły. Część rodziców wymieniała też ataki złości i agresji u dziecka i pogorszenie relacji z rówieśnikami.

Jak podkreśla Dorota Sakławska, mediatorka Stowarzyszenia OPTA oraz koordynatorka kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”: Tak liczne deklaracje wskazujące na niewiedzę rodziców odnośnie stanu ich dzieci są niepokojące. Partnerzy w trakcie rozstania, ze względu na dużą ilość stresu, mogą być nadmiernie skupieni na sobie i swoich problemach, a przez to nie dostrzegać rzeczywistego stanu i potrzeb dziecka. Oznaki zagubienia w domu mogą być maskowane, a nadmiernie ujawniać się w szkole czy w kontaktach rówieśniczych. Musimy również pamiętać, że każde dziecko przez rozstanie rodziców przechodzi inaczej. W tym okresie szczególnie ważne mogą okazać się konsultacje ze szkolnymi pedagogami czy specjalnymi placówkami, które pomogą w pełni rozpoznać stan dziecka oraz podjąć odpowiednie działania.

Kobiety rozwód znoszą trudniej  

Co trzecia rozstająca się para (37%) przyznała, że rozstanie odbyło się w nerwowej atmosferze, w tym co szósta (16%) przyznała ocenę skrajnie negatywną. Pesymistyczne nastroje zdecydowanie częściej towarzyszą kobietom. Jako nerwową, atmosferę wokół rozstania określiło 43% pań. Takiego zdania był co czwarty mężczyzna. Co czwarta osoba (26%) z perspektywy czasu wyznała, że rozwód mógł przebiec w przyjaźniejszej atmosferze.

Kobiety gorzej znoszą atmosferę rozstania, jednak warto zwrócić uwagę, że to właśnie one zdecydowanie częściej sprawują opiekę nad dziećmi - wśród badanych opiekę nad dzieckiem decyzją sądu otrzymało 59% kobiet i jedynie 7% mężczyzn - co bez wątpienia może wpływać na ich ocenę tej sytuacji. Rozpad rodziny jest wyjątkowo trudnym momentem. Na osobie, która w tym czasie dodatkowo opiekuje się dzieckiem, spoczywa ogromna odpowiedzialność. Ma ona obowiązek zadbać o potrzeby dziecka, ale sama także musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Również w przypadku rodziców kluczowe jest wsparcie rodziny, przyjaciół lub specjalisty. Znalazło to też potwierdzenie w naszych badaniach - im więcej osób wspierało respondentów, tym częściej mówili oni, że atmosfera rozstania przebiegła spokojniej - tłumaczy Sakławska.

Czy rodziny otrzymują pomoc w czasie rozstania?

Aż 40% rodziców przyznało, że w czasie rozstania brakowało im wsparcia innych osób. Jeżeli mogli liczyć na pomoc, najczęściej przejawiała się ona ze strony dziadków (57%). W dalszej kolejności pojawili się inni członkowie rodziny (41%) oraz znajomi (31%). Co szósta osoba nie otrzymała od bliskich żadnej pomocy w tym trudnym okresie. W trakcie rozstania niektórzy decydują się na korzystanie z pomocy specjalistów. Rodzice najczęściej decydują się na wsparcie psychologa (31% przypadków) oraz psychoterapeuty (24%). Z kolei w przypadku pomocy udzielanej dzieciom najczęściej wybieranym specjalistą jest pedagog (30% wskazań).

Katarzyna Przyborowska, prezeska Stowarzyszenia OPTA oraz pomysłodawczyni kampanii, tłumaczy: Wieloletnie doświadczenia naszych specjalistów pokazują, że rozstanie jest jednym z najtrudniejszych kryzysów dotykających rodzinę. Zwykle to dzieci, ze względu na brak odpowiednich zasobów osobistych, najdotkliwiej odczuwają konsekwencje tej decyzji. Jako Stowarzyszenie OPTA prowadzimy kampanię społeczną „Rozchodzi się o dzieci”, której celem jest pokazanie różnych aspektów kryzysu rozpadu rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Chcemy zwiększyć świadomość i wrażliwość społeczną, ponieważ praktyka naszych specjalistów wskazuje na dużą potrzebę edukacji dotyczącej zagrożeń okołorozwodowych. Nie oceniamy decyzji o rozstaniu, lecz w tym trudnym czasie zachęcamy do szczególnej troski o dziecko.

Badanie „Dziecko w czasie rozstania rodziców” zostało zrealizowane jako element kampanii „Rozchodzi się o dzieci”, organizowanej z inicjatywy Stowarzyszenia OPTA. Pełny raport, a także liczne wskazówki i materiały edukacyjne związane z kryzysem wokół rozstania, dostępne są na stronie:www.rozchodzisieodzieci.pl.

Badanie zostało przeprowadzone przez agencję badawczą SW Research, na próbie 204 osób, które w ostatnich 10 latach doświadczyły sytuacji rozwodu lub rozstania oraz posiadały dzieci do 18 r. ż. W ten sposób została opisana sytuacja 309 dzieci.

Stowarzyszenie OPTA od 25 lat działa na rzecz osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej, zwłaszcza rodzin doświadczających kryzysów, m.in. wynikających z przemocy domowej i uzależnienia. Oferuje bezpłatne wsparcie psychologiczne i terapeutyczne dla rodziców i dzieci, a także pomoc prawną, mediacje czy specjalne programy edukacyjne.

  1. Psychologia

Strach przed własnym dzieckiem? Co radzi psycholog?

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Powodów opryskliwego zachowania dziecka wobec rodzica może być sporo: popisywanie się przed kolegami, naśladowanie bohaterów filmowych czy wyrażanie niezależności. Czasem jednak przyczyna jest głębsza – dziecko rani, bo chce nas za coś ukarać. Jak wyplątać się z tego emocjonalnego potrzasku? Radzi terapeutka Ewa Nowak.

Jak pisze jedna z matek:

Moja 12-letnia córka rani mnie i czasami mam wrażenie, że robi to celowo. W domu punktuje mnie za wszystko: nic nie rozumiem, gotuję same ohydne rzeczy. Na swoim biurku zostawia mi kartki: „Nie ruszaj tego!” albo na drzwiach do pokoju: „Nie wchodź! To mój pokój!”. Ostatnio sąsiadka powiedziała do niej: „Ale ci się fajna mama trafiła” – na co ona parsknęła śmiechem, a ja z trudem powstrzymałam płacz. Jestem rozwódką, córce poświęcam cały swój czas i życie. Próbowałam jej tłumaczyć, że wszystko robię dla niej, że jest dla mnie najważniejsza, bo mam tylko ją, ale ona jest na to głucha i zaczyna krzyczeć na mnie. Pod koniec roku szkolnego miała za zadanie napisać pracę na temat „W jakim stopniu rodzice są dla ciebie autorytetem?”. Dopisała do pytania: „Ale tata czy mama? Bo mama zero!!!”. I ta praca leżała bardzo długo na podłodze w jej pokoju, tak, żebym to zobaczyła. To niby drobiazgi, ale z ich powodu coraz częściej unikam kontaktu z córką, a rozmowy skracam do minimum, żeby znowu czegoś niemiłego nie usłyszeć. Może jestem złą matką, ale nie wiem, co robię źle. Nie chcę bać się swojej córki. Co mam zrobić, żeby to zmienić?      

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. Musi, bo hormony je do tego zmuszają, buntować się przeciwko autorytetowi rodziców i walczyć z nim – w ten sposób wykuwa się jego przyszła niezależność (emocjonalna, społeczna i ekonomiczna). Te formy wyrażania niezależności często ranią rodzica. Dlatego należy robić dwie rzeczy: rozumieć, że to naturalny proces, i reagować, żeby ranienie ludzi nie weszło dziecku w krew. Dzieci lubią się popisywać nonszalanckim stosunkiem do rodziców, ale to tylko poza. Filmy, które oglądają, pokazują, że wyrażanie siebie i niezależność to wartości najwyższe. Warto pamiętać, że dokładnie tak samo jak dorośli, dzieci czasami robią coś lub mówią bez zastanowienia i nie ma w tym żadnej głębi, po prostu chcą błysnąć w towarzystwie, a fakt, że kogoś przy okazji zraniły, po prostu im umyka. Córce z pewnością do głowy nie przyszło, jak się Pani poczuje, czytając pracę, którą zostawiła na podłodze.

Dlaczego córka Panią rani? Może być tak, że w ten sposób wymierza Pani karę. A powody mogą być różne, oto kilka najbardziej prawdopodobnych: „Nie jesteś silna i nie czuję się przy tobie bezpiecznie”; „Ranię cię, bo nie mogę znieść tego, że jesteś słaba, nie masz swoich spraw i za dużo czasu mi poświęcasz”; „Wypominasz mi swoją opiekę, to mnie tak boli, że muszę cię ukarać za to, że zajmowanie się mną to nie była dla ciebie przyjemność”; „Czuję, że się mnie boisz (unikasz, wyręczasz, podlizujesz się, analizujesz każde moje zachowanie), a tego nie mogę ci darować”.

Z pewnością strach przed własnym dzieckiem, przed tym, że nas dotknie czy obrazi, nakręca sprężynę ranienia i ma Pani rację – dla dobra córki, trzeba to zatrzymać.

Bycie jedynym celem w życiu rodzica to dla dziecka ogromnie niewdzięczna rola. Ono nie chce słuchać, że mama czy tata poświęcili mu życie, bo odbiera to jako wymawianie, że jest dla nich ciężarem.
Jeśli wciąż pojawiają się u Pani myśli typu „poświeciłam dla niej życie”, „robię wszystko dla córki”, proszę przemyśleć rozpoczęcie terapii – może to być dla Pani niezbędne, żeby uwolnić się od pragnienia wdzięczności ze strony córki.

Ewa Nowak pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży

  1. Psychologia

Jak zapanować nad emocjami wobec dziecka?

Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Metod na zapanowanie nad swoimi negatywnymi i nadmiernymi emocjami w stosunku do dziecka jest wiele, ale ani jednej idealnie pasującej do każdej mamy.

Jak zwykle w wychowaniu nie dostaniesz gotowej recepty. Sprawdź doświadczalnie, co na ciebie działa najlepiej i tę metodę systematycznie praktykuj.

Zdobądź się na refleksję

Gdy złość ci minie, pomyśl, kiedy ostatnio byłaś taka zła. W jakich okolicznościach to było? Najczęściej w negatywnych emocjach mamy jest powielony schemat: dziecko cię złości przy stole, przed snem, na zakupach, rano przed wyjściem. Określ, kiedy ono cię szczególnie irytuje, a będziesz wiedziała, że to w sytuacji jest coś, co cię męczy. Może nie zabieraj go na zakupy? Może poproś kogoś o pomoc albo sceduj ten obowiązek, który cię najbardziej drażni, na kogoś innego. Unikaj sytuacji, które zawsze prowadzą do awantury.

Zastanów się, czy dana sytuacja cię nie przerasta

Negatywne emocje wymusza zawsze sytuacja, która nas przerasta. W wychowaniu dziecka jest to najczęściej wykonywanie zbyt wielu rzeczy jednocześnie. Szykujesz się do pracy, wstawiasz zupę, sprawdzasz, czy dziecko dobrze się ubrało, sprzątasz klatkę chomika, zbierasz rzeczy dziecka na basen, prasujesz, piszesz zaległy raport, odpowiadasz na pytania w rodzaju: „Skąd się biorą małe krety”. Nic dziwnego, że odczuwasz silne emocje. Mówi się, że kobiety mają zdolność wykonywania wielu czynności jednocześnie. To prawda, ale niekiedy płaci się za to rozstrojem nerwowym. Nie warto. Jedna czynność na raz. Nie rozmawiaj przez telefon, gdy zakładasz dziecku buty w przedszkolu, i nie wieszaj prania, jednocześnie czytając mu bajkę. Każde dziecko wydaje się zachowywać skandalicznie, gdy mamy oprócz niego jeszcze cztery-pięć czynności na głowie.

Ustal sobie wytyczne

Jeśli jesteś osobowością, która potrzebuje kontroli zewnętrznej (nic w tym złego, to tylko jedna z cech osobowości) – rozgłoś, że ciebie nie da się wyprowadzić z równowagi. Taki sztandar niesiony nad swoim życiem pomoże ci zapanować na utratą kontroli nad emocjami. Wytyczysz sobie jasny, konkretny cel: Mnie nikt nie zdenerwuje. To da się zrobić.

Pomyśl: co zapamięta moje dziecko?

Inna metoda to myślenie, że dziecko tę właśnie chwilę twojej utraty kontroli zapamięta najlepiej z całego dzieciństwa. Wypracuj w sobie nawyk myślenia: „Czy chcę, żeby dziecko taką mnie zapamiętało?”. Dlatego nie w momentach złości, ale „na spokojnie” (na przykład codziennie rano przy myciu zębów, gdy nie zajmujesz się niczym innym) powtórz sobie, że ono będzie dokładnie pamiętać twoje wybuchy wściekłości.

Zadbaj o poczucie humoru w waszej relacji

Gdy masz z dzieckiem dobry kontakt – wasza relacja jest mocna, oparta na poczuciu humoru, wspólnych zabawach i różnorodnych formach spędzania wspólnie czasu – jest ci trudnej na nie krzyknąć. Śmiej się, oglądaj z dzieckiem komedie, wygłupiaj się w kuchni, graj w piłkę. Warto. Dzieci najlepiej współpracują, starają się, kontrolują swoje zachowanie nie dla tych, których się boją, ale dla tych, za którymi przepadają. A roześmianej wesołej mamy nie da się nie lubić.

Pamiętaj, że emocje powinny być adekwatne do sytuacji

Gdy tracisz panowanie nad sobą i urządzasz awanturę, kiedy dziecko przeszło w zabłoconych butach przez wysprzątane mieszkanie, pomyśl, skąd weźmiesz adekwatne emocje, gdy cię uderzy, obrazi, świadomie przekroczy normy zachowania?

Czy nigdy nie powinnaś okazywać negatywnych emocji?

Gdy czujesz złość, wściekłość, rozczarowanie, nie kłam sama przed sobą, że tego nie czujesz. Zawsze o tym mów: „Martwi mnie to, czuję się niedoceniana, boli mnie, jest mi przykro”. Wypowiedz się, sformułuj jasny komunikat. Pamiętaj jednak, że reakcja zdrowej psychicznie osoby jest adekwatna do sytuacji. Masz prawo krzyczeć i rwać włosy z głowy, ale w sytuacjach ostatecznej straty czy cierpienia, a nie, gdy dziecko umaże ci garsonkę dżemem.