1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Tato, a po co?

Tato, a po co?

materiały prasowe
materiały prasowe
Pisanie książki popularnonaukowej dla dzieci jest zadaniem niełatwym - dzieci są wyjątkowo przenikliwe i uważne. Specjalnie dla was rozmowa z Wojciechem Mikołuszko, dziennikarzem naukowym, przyrodnikiem i autorem dwóch książek popularnonaukowych dla dzieci – „Tato, a dlaczego?” i „Tato, a po co?”

Te książki składają się z odpowiedzi na pytania, które zadawały ci twoje dzieci. Na przykład, dlaczego wiewiórka ma pędzelki na uszach, albo dlaczego lubimy słuchać piosenek i czy rośliny mają mięśnie.  Ale jedno z tych pytań muszę ci zadać raz jeszcze. Dlaczego galaretka się giba?

W galaretce jest substancja żelująca, najczęściej jest to żelatyna. Rozpuszcza się w ciepłej wodzie, a gdy się ją ochładza wraca do stanu stałego. Jednak nie opada na dno, ale zastyga, wiążąc między własnymi cząsteczkami wodę. Innymi słowy, galaretka to wymieszane ciało stałe i płynne. W ten sposób zamknięta w środku woda sprawia, że połączenia między cząsteczkami żelatyny są luźne. Żelatyna może „przesuwać się” po cząsteczkach wody. Właśnie dlatego galaretka, jak powiedziała moja córka, giba się.

Urzekło mnie słowo „gibać się”.

Sprawdzałem w słowniku,  istnieje.

To jeszcze wyjaśnij, czym meduza robi kupę?

Można powiedzieć, że tym samym otworem, którym je. Otwór odbytowy i gębowy to u meduzy jedno. Dla nas dość obrzydliwe, ale jej to nie przeszkadza.

Dochodzę do wniosku, że jestem mało dociekliwa. Bo przygotowując śniadanie własnym dzieciom nigdy nie zastanawiam się, dlaczego mleko jest białe, a masło żółte?

Masz rację. Myśli dorosłych podążają utartymi ścieżkami. Patrząc na pudełko zapałek czy torebkę po płatkach śniadaniowych, myślimy tylko o jednej ich funkcji. Dziecko ma nieograniczone możliwości, wyobraźnia podpowiada mu niesamowite rozwiązania i niezwykłe z punktu widzenia dorosłego pytania.

Więc dlaczego mleko jest białe, a masło żółte?

Kolor postrzegany przez nas jako biały to mieszanina światła różnych barw. W mleku  są substancje, które odbijają światło słoneczne w nieco bezładny sposób, a w niewielkim stopniu pochłaniają je. Taki skład światła odbieramy jako białą barwę. Masło to ekstrakt tłuszczu, a tłuszcz pochłania dużą część widma słonecznego, natomiast odbija światło żółte. Stąd barwa masła. W mleku ze sklepu mamy najwyżej 3,5 proc tłuszczu, więc żółty kolor „ginie” w bieli.

Jak dzieci przyjmują tak zawiłą odpowiedź?

Różnie. Czasami słuchają i zadają dalsze pytania,  czasem nie do końca słuchają, a potem wracają do tematu. Niektóre z ich pytań prowadzą do poważnych zagadek naukowych.

To które z pytań było dla ciebie największym wyzwaniem?

Najtrudniejszym zagadnieniem, do tej pory nie do końca wyjaśnionym przez naukę, jest rozdział: dlaczego liście, spadając z drzewa, kręcą się zamiast lecieć prosto w dół. Zacząłem pytać fizyków. Okazuje się, że badania tego zjawiska trwają od 150 lat. Wciąż publikowane są nowe prace. Bada się spadek liści na modelu uproszczonym, bo na skrawkach papieru. Mimo to naukowcy nadal mają z tym problem. Dokonując prostej obserwacji i zadając pytanie, dziecko jest jak dobry  naukowiec, bo widzi zagadnienia badawcze tam, gdzie dorosłym nawet się nie chce zastanowić.

Czy sprawdzasz, co dzieci zapamiętały z twoich wyjaśnień?

Nie, nie sprawdzam. Pewnie nie pamiętają, dlaczego mleko jest białe, ale widzę, że zostaje im ciekawość świata. I na tym właśnie mi zależy, by nie straciły zainteresowania wszystkim dookoła.

Przy rozdziale – czy bakterie „od próchnicy” jedzą zęby – jest tak sugestywna ilustracja, że pokazywałabym ją wszystkim dzieciom broniącym się przed myciem zębów i chodzeniem do dentysty.

Przy mojej pierwszej książce wydawnictwo zamówiło ilustracje u świetnych, nagradzanych, zawodowych artystów. Rysunki były fantastyczne, ale  artyści nie rozumieją nauk przyrodniczych. Pewnych rzeczy  bez ilustracji nie da się wyjaśnić. Zwróciłem się do Tomka Samojlika, który jest naukowcem i bada Puszczę Białowieską. I on potrafił zrobić ilustracje, które podobają się dzieciom, a równocześnie dostarczają konkretnych informacji.

Czy napisałbyś te książki, gdybyś nie był dziennikarzem naukowym?

Dziennikarstwo naukowe, jak sama wiesz, daje rozległą, ale mniej lub bardziej powierzchowną wiedzę. Przydaje się też, bo wiem gdzie wyszukiwać informacje. Mam znajomych naukowców. No i przez lata ćwiczyłem, jak w sposób prosty wyjaśniać dorosłym trudne sprawy. Ale bycie dziennikarzem naukowym nie jest niezbędne, wystarczy być ciekawym.

Ilu naukowców pytałeś, szukając odpowiedzi na pytania swoich dzieci?

Trudno mi policzyć, ale sądzę że blisko trzydziestu. Przy części opierałem się na własnej wiedzy. Czasami poza naukowcami pytałem kolegów dziennikarzy, którzy mają wykształcenie kierunkowe. Niektóre osoby poświęciły mi bardzo dużo czasu. Na końcu książki umieściłem podziękowania, bo nie mogłem umieścić ich nazwiska w tekście, tak jak to robię w artykułach prasowych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Kicia Kocia - seria oczami autorki Anity Głowińskiej

Anita Głowińska, autorka serii książeczek
Anita Głowińska, autorka serii książeczek "Kicia Kocia". (Fot. Paweł Klein)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Jej książeczki uwielbiają i dzieci, i ich rodzice. Nie tylko za sympatyczną mordkę głównej bohaterki, ale przede wszystkim za to, że o istotnych sprawach opowiada się tu w genialnie prosty sposób. – Mam marzenie, żeby dzieci wychowane na Kici Koci były lepszymi dorosłymi – mówi autorka i ilustratorka kultowej serii dla najmłodszych Anita Głowińska.

Rozgryzłaś już, na czym polega fenomen Kici Koci? Bo nie będziesz chyba zaprzeczać, że fenomenu nie ma?
Jestem już na tym etapie, że przestaję się krygować [śmiech]. Chociaż ciągle słyszę w tyle głowy, że nieładnie się chwalić, dziewczynki powinny być skromne… Ale rzeczywiście czasem zastanawiam się, jak to się stało, że nawet w jednym z kryminałów przywołana jest „Kicia Kocia”, że do czytania jej swoim dzieciom przyznają się też politycy…

No i?
Pierwsza książeczka była pisana, a właściwie rysowana, dla mojej dwuletniej wówczas córeczki (która teraz ma 18 lat).

Czyli stworzona z serca.
I może właśnie to czują dzieci? Nawet przez myśl mi nie przemknęło, że to zostanie wydane. Córeczka uwielbiała koty. Rysowałam je więc i przywieszałam nad łóżkiem. A ona upodobała sobie kotkę z wielkimi oczami. Domagała się, byśmy opowiadali o niej historie. Czasem nazywała kotkę Kicia, czasem Kocia, potem jej się mieszało – i tak powstała Kicia Kocia. Malowała ze mną tę kotkę, to znaczy popychała moją rękę i tak się bawiłyśmy. Dlatego książki wyglądają tak, a nie inaczej. One są odpowiedzią na potrzeby mojego dziecka.

Jak w takim razie zawędrowały do innych domów?
Natchnął mnie do tego mąż. Przeprowadziliśmy się z Torunia, gdzie oboje studiowaliśmy, do mojego rodzinnego miasta, Gdańska. Kończyłam konserwację zabytków, ale nie pracowałam w zawodzie, pomagałam mężowi w prowadzeniu firmy.

I książki dla dzieci nie były w ogóle w orbicie twoich zainteresowań?
Nie tylko książki, lecz nawet dziecięcy świat. Odkryłam go dopiero w momencie urodzenia córki. Zaczęłam chodzić do księgarń, kupować, co wpadło mi do ręki, ale wówczas nie za bardzo było w czym wybierać. A ponieważ tęskniłam za aktywnością, która nawiązywałaby do tego, co robiłam przed urodzeniem – pogodziłam potrzeby wynikające z nowej roli z potrzebą tworzenia. Spisałam i zilustrowałam dwie historyjki, a mąż zrobił skład i w formie książeczek wydrukował na domowej drukarce. Córka była zachwycona! Potem jedną z nich podarowaliśmy jej koleżance na urodziny. I to był ważny zwrot, bo okazało się, że inne maluchy podobnie na nią reagują.

Pomyślałaś: „Może warto wydać?”.
Tak. A ściślej to mąż powiedział: „Ja zajmę się Lenką, domem, a ty usiądź, namaluj, napisz i wyślij swoje portfolio do wydawnictwa”. Tak też zrobiłam.

I?
Nikt się nie odezwał.

To cię zniechęciło?
Więcej, to mnie dotknęło, poczułam się odrzucona, przepłakałam parę godzin. Próbowałam to sobie przepracować, mówiąc: „Nie znają się” [śmiech]. Ale i tak dominowała myśl, że moje książki są beznadziejne. Wrzuciłam je więc do szuflady. A potem urodził się nasz syn. Wyjęłam je z powrotem i co widzę? Synek też je uwielbia! Mąż znowu zaczął namawiać: „Spróbuj jeszcze raz, może tam się ludzie wymienili, może mieli wtedy zły humor”. Więc wysłałam, i tym razem trafiłam na wspaniałą redaktorkę Marysię Bosacką z Media Rodziny, która natychmiast odpowiedziała: „Ruszamy z dwiema książkami”. To był 2010 rok.

„Kicia Kocia w mieście, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia w mieście, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Od razu sukces?
Poszło przyzwoicie jak na zupełny brak reklamy. To znaczy reklama była oddolna: rodzice polecali sobie książki, jakaś mama napisała o nich na blogu.

A teraz? Pisanie to twój zawód?
Jestem wśród tych szczęśliwych autorów, którzy mogą powiedzieć, że żyją z pisania. Każda książka jest dokładnie przeze mnie przemyślana. Krótka forma nie pozwala na literackie szaleństwa, dlatego każde zdanie ma znaczenie. A ponieważ nie chciałabym przynudzać, tworząc instruktaże zachowania, mam niezłą intelektualną gimnastykę. To mnie uczy dyscypliny. Zależy mi na tym, żeby książki bawiły, ale jednocześnie przekazywały wartości, w które wierzę.

Czyli?
To wszystko, czego pragnę dla moich dzieci: świata pięknego, otwartego, tolerancyjnego, przyjaznego, który traktuje każdego człowieka z szacunkiem, niezależnie od tego, czy ten człowiek ma lat pięć, 50, czy 90, czy ma inny kolor skóry, inną orientację seksualną. Angażuję w pisanie swój intelekt, szukam inspiracji, szperam w poradnikach psychologicznych, ale także odwołuję się do mojej intuicji. Chciałabym, byśmy potrafili zadawać pytania i byli ciekawymi świata oraz drugiego człowieka. Dla mnie słowo „ciekawość” jest kluczowe.

„Kicia Kocia gra w piłkę”, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia gra w piłkę”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Autorzy traktują po macoszemu literaturę dla tak małych dzieci, a to fundamentalny czas w rozwoju. Czy kierowałaś się takim imperatywem, żeby tę lukę wypełnić?
Ja tego wszystkiego dowiedziałam się dopiero po tym, jak zostałam mamą. I pomyślałam, że mogę coś zrobić nie tylko dla syna i córki, lecz także dla pozostałych maluchów. Także dla rodziców, bo przecież moje książki czytane są również przez nich. Oczywiście większość mam i ojców to świetni rodzice, ale czasem „Kicia Kocia” otwiera jakieś drzwi.

Jakie na przykład?
„Kicia Kocia na basenie” powstała dlatego, że moje dzieci potwornie bały się wody. Kicia Kocia na początku też boi się do niej wejść, ale nikt jej nie zmusza. Przyjaciele spokojnie czekają, aż w końcu sama do tego dojrzeje. W przypadku moich dzieci trwało to kilka lat, teraz mój syn jest świetnym pływakiem. Może ta historyjka oswoi dzieci z wodą, a rodziców zainspiruje do cierpliwości?

Pomysły zawsze czerpiesz od swoich dzieci?
Bardzo często, ale też od dzieci naszych znajomych. Śledzę również Internet i historie, które opowiadają sobie rodzice. I jestem zdecydowanie bardziej świadoma tego, co chcę powiedzieć. I tym większą czuję odpowiedzialność, bo zdaję sobie sprawę, że wpływ moich słów już dawno przekroczył próg domu. Marzy mi się, by dzieci wychowane na „Kici Koci” były lepszymi dorosłymi.

U ciebie nie ma złego świata, tylko dobry i piękny. Świadomie idealizujesz?
Tak. Jako dziecko dosyć często się bałam. Moi rodzice mnie kochali, ale mieli taką pracę, że często zostawałam sama, więc żyłam w permanentnym strachu. A bajki to też był strach. I jako dorosła osoba chcę powiedzieć, że świat jest nie tylko okrutny, lecz także piękny, to tylko kwestia tego, na co mamy fokus. Są autorzy, którzy lubią pisać dramatyczne historie, i to jest w porządku. Ja wolę na czym innym skupiać uwagę. Ale też na przykład w książce „Kicia Kocia. To moje!” kotka jest samolubna, nie chce dzielić się zabawkami. Albo w „Nie chcę się tak bawić” opowiadam o koledze Kici Koci, Marcysiu, który tak polubił dziewczynki, że zaczął je przytulać na siłę. Nie wytykam, że tak nie wolno, tylko pokazuję, że nie zawsze to, co sprawia przyjemność nam, jest tak samo atrakcyjne dla innych. W pozytywny sposób chciałam pokazać proste reguły, którymi należy się kierować. Nie bierz niczego siłą, nie zmuszaj, nie ignoruj uczuć drugiego człowieka, pytaj. I to dotyczy nie tylko relacji męsko-damskich.

Kicia Kocia ma braciszka Nunusia”, tekst i ilustracje Anita Głowińska Kicia Kocia ma braciszka Nunusia”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Pobrzmiewają w tych słowach nuty feministyczne.
Nadal tkwimy w patriarchalnych okowach. Sama łapałam się na tym, że czego innego wymagam od syna, a czego innego od córki. Często dyskutujemy z mężem na ten temat i oboje zauważyliśmy, że on jest nieświadomym strażnikiem przywilejów własnych, a ja jestem nieświadomą strażniczką przywilejów męskich. Zresztą trudno, żebym nie była, skoro tak zostałam wychowana. Walczę z tym. Dlatego kiedy moja Kicia Kocia sprząta, to pomaga jej w tym tata. Zależy mi, aby dzieciom od najmłodszych lat pokazywać pozytywne wzorce i żeby widok zmywającego naczynia mężczyzny nie budził w nich zdziwienia. Równouprawnienie powinno polegać nie na tym, że kobiecie dokłada się obowiązków, tylko na tym, że to mężczyzna rezygnuje z przywilejów, które były mu dane wyłącznie z racji jego płci, a nie jakichś szczególnych cech. Jeśli panowie potrafią wbijać gwoździe, poradzą sobie również z odkurzaniem. Inaczej mówiąc, jest sprawiedliwe, gdy mężczyzna zajmuje się domem.

Mówimy: pomaga kobiecie.
No właśnie, nie o to chodzi, żeby pomagał, ale żeby razem z nią wziął odpowiedzialność za wychowanie, dom, za wszystko.

Zawsze byłaś feministką?
Zawsze, ale przez kilka ostatnich lat uświadomiłam sobie, jak byłam ograniczona w swoim myśleniu. Moja optyka była męskim punktem widzenia. Ze wszystkiego się tłumaczyłam, próbowałam dopasować, by zasłużyć na pochwałę, lub przeciwnie – starałam się udowodnić, że jestem silna i skuteczna tak samo jak mężczyźni. I nawet teraz, rozmawiając z tobą, czuję się dziwnie, gdy chwalę się sukcesem. Ale pracuję nad tym i widzę rezultaty. Moja córka całkiem niedawno powiedziała: „Ja takiego problemu nie mam, ty mnie nauczyłaś szanować się jako kobieta”. Mam takie marzenie, żeby dożyć czasów, kiedy chłopiec w spódnicy nie budzi niczyjego lęku czy zdziwienia. Chciałabym, żeby to było tak samo naturalne jak fakt, że dziewczyny noszą spodnie. Bo równouprawnienie cały czas polega na przyzwoleniu, by kobieta goniła męskie wzorce, ale już to, co „kobiece”, mężczyźnie nie przystoi.

Zabrałaś publicznie głos po słowach prezydenta, że „LGBT to ideologia, a nie ludzie”. Napisałaś list otwarty. To był impuls?
Nie, sprzeciw wobec dzielenia ludzi rósł we mnie od dawna. Ale się powstrzymywałam, bo bałam się, że moja reakcja będzie odczytana jak polityczny manifest.  Do tej pory całym sercem wspierałam walkę o równość, chodziłam na marsze, często w tej sprawie dyskutowałam, ale prywatnie. Wydawało mi się, że to wystarczy, że moje książki są odpowiednim świadectwem przyzwoitości i że nie muszę dodatkowo zabierać głosu jako autorka. Jednak przyszedł moment, kiedy nie mogłam dłużej milczeć. To kwestia życia. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co muszą czuć te wszystkie wykluczane dzieciaki, co czują ich rodzice. Nie mamy prawa zostawiać ich samych i godzić się na ludzką krzywdę. Poza tym rzecz dotyczy przecież wszystkich dzieci. Nawet jeśli staramy się je wychować tak, by szanowały każdego człowieka – co z tego, jeśli będą żyć w atmosferze nienawiści? Mój list to było upomnienie się o podstawowe ludzkie prawa.

Nie żałujesz?
Nie! Jeśli czegoś żałuję, to tego, że zrobiłam to tak późno. I jestem pozytywnie zaskoczona reakcją ludzi w komentarzach – 90 proc. solidaryzowało się z tym, co napisałam. Książki tworzę z myślą o każdym dziecku i staram się, aby wartości, jakie w nich przekazuję, były uniwersalne, niezależne od światopoglądu rodziców. I cieszy mnie, że większość rodziców właśnie to zauważyła. To pokazuje, że polityka idzie swoim torem, a my jesteśmy jednak fajnym, wrażliwym społeczeństwem.

„Kicia Kocia w Afryce”, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia w Afryce”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Co cię zajmuje oprócz pisania?
Ostatnio zaczęłam się uczyć grać na pianinie. Niewykluczone, że w muzyce także bym się spełniła. Nasze dzieci grają na skrzypcach, chodzą do szkoły muzycznej. Mąż też jest muzykalny.

Twój mąż przewija się przez całą naszą rozmowę.
Bo to supergość. To on zauważył moc i siłę, które tkwią w moich książkach, i bardzo mi we wszystkim pomagał. Miałam szczęście, że trafiłam na niego, że się wspólnie odnaleźliśmy. Przeszliśmy razem naprawdę bardzo wiele. Po przeprowadzce do Gdańska stracił klientów, a ja byłam na bezrobociu. To był czas, gdy nasi ojcowie ciężko chorowali, a potem, w półrocznym odstępie, zmarli. Po kolejnym pół roku spaliło się nam mieszkanie. Uciekaliśmy w kapciach, w środku nocy, z malutką córeczką na rękach. Przygarnęła nas mama. Przez kilka lat siedzieliśmy jej na głowie. I tak sobie myślę, że przetrwaliśmy, bo mieliśmy siebie, bo okazało się, że możemy w stu procentach na sobie polegać. Jak myślę o moim mężu, to czuję wzruszenie. Chyba na tym polega miłość.

A powiesz w końcu, na czym polega fenomen Kici Koci?
Może na tym, że dzieci się z nią identyfikują niezależnie od płci – chłopcy traktują ją jako swoją przyjaciółkę, ale czasami też chcą być jak ona, i to jest super. Bo dla dzieci Kicia Kocia to jedno z nich, nie ona czy on. Dzieci nie przyklejają etykietek. I tego my, dorośli, powinniśmy się od nich uczyć.

  1. Psychologia

Kultura zaczyna się od dziecka. Jakie książki czyta twoje dziecko?

Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
- W konsumpcyjnym świecie rzeczy dla dzieci tworzy się często nie z myślą o nich, lecz o wielkich zyskach. Wykorzystuje się to, że dziecko jest niezwykle podatne na manipulację. Tymczasem dając mu kicz i szmirę, nie wychowamy wrażliwego i twórczego człowieka – mówi pedagog Katarzyna Szantyr-Królikowska.

Coraz więcej rodziców gubi się w wyborze książek, filmów i zabawek dla swoich pociech.
To prawda. Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, która z dziecka uczyniła klienta, przy czym – w odróżnieniu od dorosłych – jest to klient doskonały. Z racji wieku niewiele posiada, więc dużo chce mieć, a do tego jest łatwowierny i kompletnie bezkrytyczny. Stąd taka mnogość wszelkiej maści produktów dla najmłodszych, wyjątkowo tandetnych, często wręcz szkodliwych dla psychiki małego człowieka, ale obliczonych na duży zysk producentów. Ten zysk powstaje w momencie sprzedaży, dlatego tak wielką wagę przykłada się do atrakcyjności opakowania i reklamy. Rodzice, mający coraz mniej czasu na spokojny namysł, kupują to, co wybiera za nich dziecko.

Dlatego coraz więcej reklam kieruje się do dzieci.
Lub wręcz zatrudnia się w nich dzieci, nawet jeśli produkt nie jest przeznaczony bezpośrednio dla nich. W przeciwieństwie do rodziców dziecko ma na ogół sporo wolnego czasu, który spędza przed telewizorem i stąd czerpie wiedzę o świecie. W sferze wszelkich nowości jest zazwyczaj najlepiej poinformowaną osobą w rodzinie.

Ambasadorem marki…?
W konsumpcjonizmie chodzi o coś więcej: dziecko ma być ewangelistą marki! I pozyskiwać dla niej nowych wyznawców. Trzeba pamiętać, że dla małego człowieka najważniejszym punktem odniesienia jest grupa rówieśnicza. Jeśli wśród dzieci panuje kult jakiejś marki, rodzice przeważnie są bezbronni. Nawet ci, którzy sami zostali wychowani inaczej. Z jednej strony mają świadomość, że nie powinni hołdować snobizmom i spełniać kolejnych zachcianek dziecka, ale z drugiej – kochają swoje dziecko, więc nie pozwolą, aby czuło się inne, gorsze. Kupują mu więc to, co akurat jest modne, a tak naprawdę to, co dyktują reklamodawcy.

Nie kupując, naraziliby swoje dziecko na odrzucenie?
Bardzo się tego boją i na tym właśnie polega siła reklamy, która w kleszczach przymusu kupowania trzyma i dzieci, i dorosłych. Tymczasem mądrzy rodzice powinni umieć odmawiać dziecku. Pamiętam, jak w podstawówce marzyłam o prawdziwych dżinsach z Peweksu, bo koleżanki takie miały. Ale nie dostałam ich, ponieważ rodzice uznali, że byłoby to demoralizujące. Takie spodnie kosztowały dwie pensje mojej mamy nauczycielki! Wtedy było mi przykro. Dziś jestem ogromnie wdzięczna za tę stanowczość i konsekwencję, z jaką hartowano mój charakter. Będąc dorosłą osobą, nie boję się podejmować decyzji, nie muszę mieć tego co inni, robić jak inni i myśleć jak inni, by czuć się dobrze. Taka postawa jest rezultatem wychowania, którego częścią było właśnie racjonalne odmawianie.

To ważny przykład: rodzice powinni mówić „nie”, ale muszą wiedzieć, co jest wartościowe. Jednak trudno poruszać się w takim gąszczu propozycji, np. książkowych.
Króluje publishing business. Weźmy choćby obrazkowe książki dla najmłodszych dzieci – są bez treści, za to z brokatem na okładce i pozytywką do kompletu. Produkuje się je przeważnie w Azji w milionowych nakładach i sprzedaje głównie w supermarketach. Nazwałabym je produktami książkopodobnymi, bo na pewno nie są to wartościowe książki, choć bardzo podobają się dzieciom. Często są tańsze niż paczka papierosów, aby rodzice nie mieli przy kupnie żadnych rozterek.

Jak rozpoznać dobrą książkę dla dziecka?
Nie bójmy się sięgać po książki autorów, których nie znamy z własnego dzieciństwa. Literatura dla najmłodszych nie skończyła się na Tuwimie, Brzechwie czy Chotomskiej. Swoich godnych następców wśród ilustratorów ma też Szancer. Wybierajmy książki stworzone z pasją i humorem. Książki z treścią, mądre, które traktują o sprawach istotnych dla dziecka, pomagają oswajać otaczający świat, uczą krytycznie myśleć i wyciągać wnioski. Takie, które budują system wartości małego człowieka oparty na szacunku do innych, kształtują kulturę uczuć i obyczaje. Piękne, żeby wzbogacały słownictwo i poczucie estetyki dziecka. I wreszcie – intrygujące, by mogły konkurować z telewizją i PlayStation.

Takie właśnie są bajki z Bajki, czyli książki, które pani wydaje?
Tak, bo tworzymy je z myślą o dzieciach. Bajka to wydawnictwo pasjonatów, skupia twórców od lat związanych ze „Świerszczykiem” i „Misiem”, zostało założone przez byłych redaktorów naczelnych tych czasopism. Nasze książki są i mądre, i pięknie zilustrowane, i frapujące, ale też dopracowane redakcyjnie i wydrukowane z wykorzystaniem najlepszych materiałów. Uważam, że to, co dajemy dzieciom: książki, filmy czy zabawki, zawsze powinno być najwyższej próby.

Dzieciństwo to fundamentalny okres w rozwoju człowieka, także dla kształtowania jego poczucia estetyki. Nie wolno zapychać dziecku głowy śmieciami.
Dając dziecku kicz i szmirę, nie wychowamy szlachetnego, wrażliwego i – co najważniejsze – twórczego człowieka. Niestety, bagatelizuje się w naszym kraju znaczenie wychowania estetycznego, a przecież światowej sławy twórca teorii takiego wychowania Stefan Szuman był Polakiem. W wychowaniu estetycznym bardzo ważna, niezastąpiona rola przypada książce. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele zależy od jakości książek i w ogóle kultury dla dzieci. Dokonując pewnego skrótu myślowego, można powiedzieć, że ta jakość przekłada się na przyszły obraz naszych miast, ulic, domów, a nawet na stan przyrody. Dobrze wiedzą o tym Szwedzi. W Szwecji szanuje się w dziecku człowieka. U nas upatruje się w nim prawie wyłącznie małego klienta.

Na wydawcach książek dla dzieci spoczywa więc duża odpowiedzialność.
Prawda jest smutna: niewielu wydawców książek dla dzieci to ludzie z misją i odpowiednimi kompetencjami. Są wydawcy i producenci książek. Warto mieć tego świadomość. Ci ostatni często zaczynają pracę nad książką od… kalkulacji technicznej, to znaczy wyboru formatu, papieru etc. Dopiero potem kombinują, jak i czym te puste strony zapełnić. Jeszcze jako naczelna „Świerszczyka” odbyłam podyplomowe studia edytorskie. Pewien prezes dużego wydawnictwa dokładnie tak przedstawiał produkcję książki. Na koniec dowiedzieliśmy się, kim jest dla niego autor – „dostarczycielem wypełniacza tekstowego”. Powiedział to publicznie, bez cienia żenady. W taki sposób na pewno nie tworzy się wartościowych książek dla dzieci!

Napisała pani w katalogu, że chce przywrócić rangę beletrystycznej książce dla dzieci.
Oprócz wielkiego biznesu na rynku książki dziecięcej jest jeszcze inne, skrajnie różne zjawisko – lilipucie wydawnictwa, które publikują książki bardzo wysublimowane artystycznie. Takich książek dzieci nie chcą, i słusznie, bo dlaczego ośmiolatka ma bawić coś, co śmieszy dwóch panów, którzy mają po 50 lat i abstrakcyjne poczucie humoru? U dziecka myślenie abstrakcyjne wykształca się w pełni w wieku 12 lat. Wydawcy książek dla dzieci powinni posiadać elementarną znajomość psychologii rozwojowej. Ten kompletny brak myślenia o małym czytelniku, lekceważenie jego potrzeb i możliwości poznawczych lub traktowanie przedmiotowo, zarówno z chęci zysku, jak i osobistych ambicji wydawcy, spowodowały w ciągu ostatnich kilkunastu lat utratę znaczenia książki dziecięcej, zwłaszcza beletrystycznej. Czyż literatura dla dzieci nie jest traktowana w naszym kraju jako gorsza w stosunku do literatury dla dorosłych? Czy minister kultury zdołałby wymienić choć pięciu współczesnych twórców dla dzieci? A przecież kultura zaczyna się od dziecka. To myśl przewodnia naszej działalności wydawniczej. Postanowiliśmy wydawać książki według najlepszych wzorców, jakie sami pamiętamy z dzieciństwa, ale oczywiście rzeczy całkiem nowe. Zmienił się przecież świat i inne problemy nurtują dziś dzieci.

Jakimi kryteriami kieruje się pani, wybierając tekst do publikacji?
Po pierwsze, musi być znakomity pod względem literackim. Po drugie, musi mieć walory wychowawcze, uczyć wartości, tłumaczyć świat. Odrzucam banał i stereotypy. Z dziećmi można rozmawiać o bardzo poważnych i trudnych sprawach, nie tylko o radosnych misiach i kolorowych biedronkach. Książka jest po to, żeby wesprzeć małego człowieka we wspinaczce na coraz wyższe szczeble rozwoju. Powinna więc traktować o sprawach istotnych, koniecznie w sposób akceptowalny przez dziecko, czyli przystępnie. Oczywiście bardzo ważny jest humor, żeby dzieci czytały książki z przyjemnością.

Ostatnio panuje moda na bajki pisane przez gwiazdy i tzw. bajki terapeutyczne.
Oba te zjawiska odnoszą się do marketingu książki dziecięcej i potwierdzają tezę o degrengoladzie kultury dla dzieci. Bo nie jest tak, że dla dzieci „pisać każdy może”, że nie potrzeba do tego literackiego kunsztu. Natomiast tzw. bajki terapeutyczne, niestety równie często nieudolnie napisane, są podsuwane rodzicom jako antidotum na wszelkie problemy wychowawcze. Tymczasem każda wartościowa bajka ma charakter terapeutyczny.

Czy książki mogą wygrać z telewizją?
Myślę, że nie muszą z nią przegrywać. Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, zabawę, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję. Ale nie wyłączajmy go dziecku przed nosem. Szanujmy w nim człowieka i dajmy możliwość dokonania samodzielnego wyboru. Do nas należy zadbanie o to, aby dziecko miało z czego wybierać.

  1. Psychologia

Prezenty pod choinkę dla dziecka - co powinniśmy kupić i w jakiej ilości?

O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Co roku zadajemy sobie dziesiątki pytań co do tego, jakie konkretnie powinny być prezenty na gwiazdkę. Może tym razem warto zadać sobie inne pytanie: ile sztuk prezentów nasze dzieci powinny znaleźć pod choinką?

Pozwolić się bawić czy edukować? Dwie czy osiem sztuk? Dziecko ma się spodziewać, co otrzyma, czy wręcz przeciwnie - podarować mu coś, czego się nie spodziewa? Prezent powinien być oryginalny, zrobiony samemu czy właśnie taki, jaki otrzymają jego koledzy? Prezent ma służyć dobrej zabawie czy rozwijać dziecko? Przed gwiazdką każdy rodzic zadaje sobie tego typu pytania i - w wyniku niemożności podjęcia decyzji - na wszelki wypadek realizuje wszystkie pomysły; nasze dzieci znajdują pod choinką tony przedmiotów. Zaśmiecamy dom zbędnymi przedmiotami i na własne życzenie wychowujemy pokolenie konsumpcyjnie nastawione do życia. Sami uczymy lęku przed pustym miejscem pod choinką. A wystarczy zadać sobie proste pytanie: Ile optymalnie prezentów powinno dostać dziecko? Jest na to pytanie konkretna odpowiedź: dwa.

Prezent na gwiazdkę musi być przemyślany

Kupując dziecku prezent zazwyczaj jesteśmy rozdarci między dwa pomysły: coś, co sprawi mu przyjemność lub coś, co je rozwinie. Dzieci najczęściej dostają za dużo przedmiotów, bo chcemy zaspokoić te dwie strategie wyboru jednocześnie. Zupełnie niepotrzebnie! Prezent ma bowiem sprawiać przyjemność. Żadne małe dziecko nie ucieszy się z kozaków czy nowego fotelika do samochodu. Kupowanie przedmiotów użytkowych, które i tak dziecko by dostało, nie ma żadnego sensu.

Unikaj tak zwanych zabawek edukacyjnych

Kup dziecku coś, czym lubi się bawić, co sprawi mu przyjemność. Prezenty edukacyjne często wcale takie nie są, to tylko haczyk na rodziców. Dzieci intuicyjnie podchwytują, że chcesz je „rozwijać” czy edukować i jak ognia unikają takich zabawek. Kupując zabawki edukacyjne tylko pozornie robimy to dla dzieci. Najczęściej w ten sposób zasypujemy poczucie winy, że nie spędzamy z nim za dużo czasu, że krzyczymy, że się nie bawimy, nie czytamy. Jeśli kupujesz zabawkę, niech służy ona do zabawy - wesołej, takiej, która ucieszy dziecko, angażującej jego uwagę. Błędem jest mieszanie celów. Powiedzmy to jeszcze raz: prezenty edukacyjne rodzice kupują dla siebie, a raczej dla swojego sumienia. Dzieciom kupujmy to, czym mogą się z zaangażowaniem własnej inwencji bawić. Zadajmy sobie dość fundamentalne pytanie: „Do czego służy prezent? Jaka jest jego elementarna rola? Przecież na pewno nie użytkowa! Zatem nie daj się złapać na lep zabawek edukacyjnych.

Rozmowy o prezentach na gwiazdkę…

…wcale nie są łatwe. Jeśli dziecko powie ci, co chce, będzie oczekiwać, że to dostanie.

Jeśli dziecko umie pisać, zachęć je, żeby napisało list do Mikołaja, jednak powiedz, że nie wypada prosić o dużo rzeczy. Niech poprosi o jedną. W ten sposób uczysz je dokonywania wyborów. Niech się spokojnie zastanowi, co jest dla niego najważniejsze. Oczywiście takie życzenie trzeba spełnić. Dlatego optymalna liczba prezentów to dwa: jeden, którego dziecko się spodziewa i drugi - niespodzianka.

Uwaga z dziećmi starszymi: jeśli odkryją zasadę, że zawsze dostają to, o co prosiły w liście do Mikołaja, poproszą cię o tarantulę lub zestaw do budowania bomby.

Kolega dostał więcej prezentów na święta

Jeśli twoje dziecko powie, że kolega dostał więcej prezentów, zmartw się, kiwaj współczująco głową i całkiem serio zapytaj, jak teraz będzie się bawił nimi wszystkimi jednocześnie. Zadaj dziecku pytanie: „I jak on poradzi sobie z tym kłopotem?” Tego konkretnie sformułowania użyj.

To, że dziecko mówi ci z wyrzutem, że inne dzieci dostały więcej, absolutnie nie świadczy o gwałtownym obniżeniu samooceny dziecka czy o tym, że czuje się gorsze. To tylko zwykła chęć dowiedzenia się, dlaczego tak się stało. Powiedz dziecku otwarcie, że dużo zabawek to tylko duży kłopot i obciążenie - bo tak w istocie jest.

Prezenty od Mikołaja: ile sztuk?

Większość rodziców ma dylemat jak sprawić dziecku radość, ale jednocześnie nie zepsuć go prezentem. Tu także obowiązuje złota zasada dwóch przedmiotów. Dwa nie popsują żadnego dziecka.

Nie wiem, co kupić dziecku

Kochamy swoje dzieci, są dla nas najważniejsze na świecie, a jednocześnie dość często nie mamy żadnego pomysłu, co mogą chcieć na gwiazdkę. Zasada jest taka: im więcej czasu spędzasz z dzieckiem, tym mniejszy masz problem z wyborem prezentu dla niego, bo je znasz. Jeśli nie wiesz kompletnie, co ono może chcieć, co je ucieszy, potraktuj to jako mocny sygnał ostrzegawczy: jesteś zbyt daleko od swojego dziecka. Spędź z nim kilka godzin, pobaw się, porozmawiaj, a natychmiast będziesz wiedzieć, o czym marzy, co jest mu potrzebne, czym lubi się bawić najlepiej. Oczywiście nie zabieraj dziecka do sklepu, żeby ci pokazało, co mu się marzy, bo to jest już akt ostatecznej rodzicielskiej desperacji.

Zatem, jakie prezenty od Mikołaja podarować:

  • Takie, które uaktywnią twoje dziecko - instrumenty muzyczne (ale nie elektroniczne przyciskacze).
  • Takie, które zmuszą do swobodnej kreatywności - tory kolejowe, wiadukt do samodzielnego zbudowania, akcesoria do zabawy w lekarza.
  • Te, które dadzą ogromne pole do popisu - klocki, ciastolina, czy limateria, z której można zrobić wszystko.
  • Te, które są dobrej jakości - nie obciążaj dziecka tym, co się szybko uszkodzi, bo to dla niego ogromna przykrość.

Zanim kupisz prezent na gwiazdkę…

… zadaj sobie pytanie:„Dlaczego ja mu to kupuję?”
  • Bo boję się, co ono zrobi, gdy nie znajdzie tego, co chce
  • Bo chcę mu wynagrodzić brak mojego czasu
  • Bo ja sama chciałabym to mieć
  • Bo inne dzieci na pewno to dostaną
  • Bo tym się zajmie, a ja potrzebuję chwili spokoju
Każda z tych odpowiedzi eliminuje przedmiot jako dobry prezent.

Kilka dobrych rad na świąteczne prezenty

  • Jeśli kupujesz czteroletniej dziewczynce lalkę, to nie od razu ze wszystkimi akcesoriami. Dokupuj stopniowo, powoli.
  • Dziecko uczy się podczas każdej zabawy. Nie kieruj się walorami edukacyjnymi. Aktywnie spędź z dzieckiem dwie godziny - to zastąpi kilka zabawek edukacyjnych.
  • Niech wasze dziecko dostanie tyle prezentów, ile każdy dorosły człowiek z rodziny. Inne postępowanie jest niewychowawcze i „psuje” dzieci.
  • Jedynym wyjątkiem od zasady dwóch prezentów jest klasyka literatury z pięknym wpisem. Dziecko bardzo się ucieszy z takiego prezentu… co prawda za piętnaście lat, ale to dobrze! W końcu dzieci wychowujemy dla przyszłości.

  1. Kultura

Iwona Chmielewska - mapa szczęścia

Fot. Jan Chmielewski
Fot. Jan Chmielewski
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ilustratorka, twórczyni wydawanych na całym świecie autorskich picture booków, zgodziła się dla nas stworzyć portret Agnieszki Osieckiej, ale i opowiedzieć o sobie. I o tym, dlaczego z niektórych książek dla dzieci się nie wyrasta. 

Ilustratorka, twórczyni wydawanych na całym świecie autorskich picture booków, zgodziła się dla nas stworzyć portret Agnieszki Osieckiej, ale i opowiedzieć o sobie. I o tym, dlaczego z niektórych książek dla dzieci się nie wyrasta. 

Czemu na pani obrazie Osiecka patrzy w uchyloną walizeczkę z widokiem na jezioro? Agnieszka Osiecka zawsze kojarzy mi się z moją ukochaną piosenką „Na całych jeziorach ty” (a w konkluzji jednak „my”). Jeździmy z rodziną nad jeziora w Bory Tucholskie od chyba 20 lat, może też dlatego ta piosenka jest mi tak bliska. I jeszcze Kalina Jędrusik, która ją śpiewała i która urodziła się 5 lutego, tak jak ja.

Kiedy zapytaliśmy, czy nie zilustrowałaby pani tekstu o Osieckiej, powiedziała pani, że ją uwielbia. Jestem z pokolenia, które się na niej wychowało. Prawdopodobnie to na tekstach jej, Młynarskiego czy Kofty nauczyłam się kodowania, jak teraz powiedzielibyśmy w języku informatycznym. Kodowania poezji w życiu, w realnym świecie. Bo poezja Agnieszki Osieckiej dużo ma wspólnego z bardzo prostymi sprawami. U mnie surrealizm również wynika z połączenia wyobraźni ze zwyczajnym, codziennym światem. Światem kuchennego lufcika i marchewki, i naci.

Ale też zdałam sobie sprawę teraz, przygotowując się do jej portretu, że Agnieszka Osiecka chorowała na to, na co leczę się ja. Właściwie ciężko powiedzieć, jak z tymi onkologicznymi sprawami jest, dlatego nie mówię „choruję”, ale „leczę się”. I że żyła rok dłużej, niż ja mam teraz. Utożsamiam się z nią, kobietą 60-letnią, chociaż o innej biografii, doświadczeniach, osobowości.

Jest pani najbardziej znaną autorką picture booków w Polsce, jedną z najbardziej cenionych na świecie. Tylko że ten gatunek nadal jest u nas nie do końca oswojony. Może o tym świadczyć już fakt, że używamy angielskiej nazwy. Określenie „książka obrazkowa” nie do końca się przyjęło. Nie jestem naukowczynią ani badaczką, ale sama posługuję się słowem picture book, ponieważ nie godzę się na kategorię „obrazek”, która przypisana jest przede wszystkim do literatury dziecięcej. W ten sposób odbiera się dorosłym możliwość zainteresowania się taką książką i jej przeżycia nie tylko razem z dzieckiem, ale też samodzielnego. Większość picture booków, na których ja się uczyłam – wcześniej nie wiedziałam, że są takie książki – ci wszyscy wspaniali autorzy tworzą dla ludzi w każdym wieku. Tak żeby dorośli mogli odnajdywać dla siebie zupełnie nowe znaczenia, inne niż te, jakie odkrywa się na etapie dziecięcym. Chodzi o różne stopnie wtajemniczenia wynikające z życiowych doświadczeń. Picture booki to forma książki, w której i tekst, i obraz mogą właściwie funkcjonować osobno, ale dopiero, kiedy się je zestawi, następuje wybuch supernowej. W momencie spotkania nagle dzieje się coś fascynującego. Mówię tu także o spotkaniu z odbiorcą, bo to on jest najważniejszy. Dobre picture booki nie epatują popisem talentu autora, ale gościnnością, zaproszeniem do współtworzenia historii przez odbiorcę.

„Obie” z tekstem Justyny Bargielskiej.  O matkach i córkach. „Obie” z tekstem Justyny Bargielskiej.  O matkach i córkach.

Sukces odniosła pani najpierw w Korei Południowej. Zresztą do dzisiaj wychodzi tam więcej pani książek niż w Polsce i pozostałych krajach, działa też pani koreański fanklub. Nie wiem, być może jest tak, że świat oplatają tajemnicze nici, którymi jesteśmy związani, i te nici się łączą, zawiązują w supełki.

Zaczęło się od targów książki w Bolonii. Pojechałam tam po raz pierwszy i od razu spotkałam Jiwone Lee, historyczkę sztuki i tłumaczkę, Koreankę, która studiowała polonistykę w Seulu. Jiwone od studiów interesowała się polską ilustracją, pisała o niej doktorat. W Bolonii zobaczyła makiety moich książek, które tutaj, w Polsce, jakby to ładnie powiedzieć… nie znalazły zainteresowania. Pokazała je kilku wydawcom. Nie minął rok, a ja miałam w Korei już trzy wydane tytuły.

Zastanawiała się pani, dlaczego właśnie w tym kraju jest tak duże zapotrzebowanie na pani wrażliwość i wyobraźnię? Korea uświadomiła mi, że ludzie wszędzie są podobni. Mają rodziców, dzieci, troski i radości, zbliżone potrzeby materialne i duchowe. Ale prawdą jest również, że to bardzo osobny kraj. Koreańczycy są bardziej spontaniczni niż na przykład Japończycy, serdeczni; może w tym sensie jakoś podobni do Polaków? I w tym, że od wieków tkwią między dwiema potęgami – ta „koreańska krewetka” między Japonią a Chinami na mapie wydaje się taka niewielka. A do tego jeszcze wewnętrznie podzielona. Jest takie miejsce, Paju Book City – mieści się tam większość wydawnictw, z którymi ja też współpracuję – leżące bardzo blisko granicy. Z okien widać wzgórza, za nimi jest już Korea Północna.

Mogłybyśmy dużo rozmawiać o koreańskiej specyfice, ale mnie zachwyciło też, jak bardzo cenieni są tam autorzy, jaką wagę przykłada się do książek. Jest cała kultura spotkań z artystami. I kultura warsztatów. Nie tylko dla dzieci, młodzieży czy dla mam. Widziałam gdzieś w Internecie zajęcia dla biznesmenów – sami panowie w garniturach – z moją książką „Kłopot” [o tym, jak ślad wypalony żelazkiem na materiale może być dosłownie wszystkim, jeśli tylko chcesz w nim coś dostrzec – przyp. red.]. To było dla mnie bardzo pouczające, że taką prostą książkę można wykorzystać w ćwiczeniach na kreatywność potrzebną przecież we wszystkich branżach przemysłu.

Królestwo dziewczynki”, intymna opowieść  o  dojrzewaniu  i pierwszej miesiączce. Królestwo dziewczynki”, intymna opowieść  o  dojrzewaniu  i pierwszej miesiączce.

Korea coś w pani zmieniła? Bez niej nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Wszystkie otrzymane światowe nagrody przyznano mi za książki, w które najpierw uwierzyły wydawnictwa koreańskie, a nie polskie, i jest mi z tego powodu trochę smutno. Gdyby nie ta ich wiara, pewnie w końcu zniechęciłabym się próbami, jakie podejmowałam tutaj, bo nic z nich nie wychodziło, a w każdym razie wychodziło niewiele. Pewnie już dawno robiłabym co innego.

Myślę, że wszyscy potrzebujemy tego rodzaju ufności. Swoją drogą osiągnęła ona w pewnym momencie stopień dla mnie niewyobrażalny. Kilkanaście lat temu odważny wydawca zaproponował, żebym zwizualizowała alfabet koreański. Z tego co wiem, ten słownik nadal jest używany w szkołach i to jest trochę zabawne. Nie znam koreańskiego, a uczę alfabetu koreańskie dzieci.

„Mama zawsze wraca” to najnowsza książka z pani obrazami. I tekstem znanej pisarki Agaty Tuszyńskiej. To polska premiera, poruszające wspomnienie Zosi Zajczyk ocalałej z Zagłady. Mama ukrywała ją w getcie i stworzyła jej osobny, bajkowy niemal świat. Z opowieści, gałganków, kawałka węgielka, którym można było rysować po ścianach i podłodze kryjówki. Ta książka wygląda, jakby zrobiona była kilkadziesiąt lat temu. Skąd są te wszystkie skrawki, kawałeczki, pożółkłe kartki? Ze starych książek, okładek, zeszytów, które bardzo lubię zbierać. Jest tam też stary album, już bez zdjęć. Zetlałe papiery mają niesamowicie szlachetny wygląd. Przetarły się, kolory spłowiały, to wszystko zdarzyło się nie przypadkiem i tego się nie osiągnie sztucznie, w komputerze. Oczywiście, można polać papier herbatą i też będzie wyglądał na stary, ale mnie interesują rzeczy, które są już „przeżyte”, wiążą się z historią ludzi, którzy kiedyś z nich korzystali. To pomogło mi uwiarygodnić tę książkę.

„Mama zawsze wraca” z tekstem Agaty Tuszyńskiej. „Mama zawsze wraca” z tekstem Agaty Tuszyńskiej.

To nie pierwszy projekt, którego się pani podjęła, a który opowiada o Holokauście. Nie ucieka pani od bolesnych historii, mierzy się pani z nimi. Szuka ich pani, czy to one panią znajdują? Trudno mi o tym mówić, bo to się wiąże z moim poczuciem, że jest gdzieś palec wskazujący właśnie na mnie – nie wiem, czy z góry, z boku, czy z głębi mnie – coś, co każe mi to zrobić. Zresztą także Agata Tuszyńska mówi, że miała absolutną pewność, że tylko ja jestem w stanie tę historię z nią opowiedzieć.

Ten wskazujący palec – co on dla pani znaczy? Że nie traktuję tego jak pracy, że zrobiłabym to także wtedy, gdyby nikt mi za to nie zapłacił. W moim przypadku chodzi także o to, że nasiąkałam tym od dzieciństwa. Nikt mi tego nie podsuwał, sama z biblioteki wypożyczałam takie książki, zawsze mnie one pociągały, jeśli takie słowo jest tu w ogóle stosowne. I jakąś naturalną koleją rzeczy od tych tematów nie uciekam teraz. Tym bardziej że uważam się za wielką szczęściarę. Tyle rzeczy mi się w życiu udaje, mam się czym dzielić. Mogę wziąć na siebie coś cięższego, wyrównywać te poziomy dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, wierzę w równowagę między nimi. Inna sprawa, że podczas pracy zazwyczaj jestem wyczerpana, prawie nie śpię, jestem trochę po innej stronie. Nie to, że jest ze mną utrudniony kontakt, ale cała jestem tą historią. A potem książka idzie w świat i nie jest już moja. Pojawia się wielka ulga, ale i smutek, że się już skończyło. Wielka pustka.

Tym razem także pojawiła się wielka ulga, że jednak się udało. Zosia przeżyła dzięki miłości mamy, dzięki jej wszechmocy. Coś, co jest niby-niemożliwe, staje się możliwe.

Czy te książki nie mogłyby być weselsze, lżejsze, pogodniejsze? Nieraz słyszała pani takie pytanie. Jaka jest pani odpowiedź? Takie lekkostrawne książki wciąż powstają i jeśli ktoś chce się nimi otaczać, ma naprawdę duży wybór. Ja, nawet jakbym się bardzo starała, nie umiem ich robić. Naprawdę, czasem próbuję przekroczyć samą siebie i odpuścić, ale fizycznie nie potrafię. Nie ma w tym jakiejś wielkiej mojej zasługi, po prostu tak jest.

Usłyszałam kiedyś na spotkaniu bardzo mocne słowa. Pani oburzona książką „Pamiętnik Blumki” [tytułowa bohaterka jest wychowanką Domu Sierot doktora Korczaka – przyp. red.] powiedziała wręcz, że takie książki mogą powodować samobójstwa wśród młodzieży: „Bo czy nie można robić książek o dzieciństwie – tym pięknym, kolorowym dzieciństwie pełnym kwiatów i motyli?”. Powiedziałam, że nie sądzę, żeby tak wyglądało dzieciństwo. Że jeśli ktoś ma właśnie takie, gratuluję, ale ja nie wspominam tego czasu jako idylli. Czułam się kochana, nie doświadczyłam szeroko rozumianej patologii, ale byłam dzieckiem głęboko refleksyjnym i pamiętam, że odczuwałam przemoc dominacji, pomniejszania mnie, poniżania. Nie mówię, że to robili rodzice, po prostu cały świat wokół – szkoła, ulica – tak był urządzony. Że dziecko jest zawsze głupsze, nie ma prawa wyrażać swojej opinii, zadawać dziwnych pytań, musi się podporządkować, dostosować.

„Pamiętnik Blumki”. „Pamiętnik Blumki”.

Uważam, że jeśli się dostarcza dzieciom książek tylko pogodnych, to się je w pewnym sensie oszukuje i osłabia. Porównałabym to z zarazkami i z nabieraniem odporności. Dzieci, jeśli żyją w sztucznej rzeczywistości pozbawionej zagrożeń, nie nabierają odporności na ten świat. One zresztą czują, co jest nieprawdą. Są bardzo szczere i okrutne w swoich pytaniach, prędzej niż o to, dlaczego ten kwiat jest taki piękny, zapytają, dlaczego na chodniku po drodze do przedszkola czy do szkoły leżał martwy ptak. Są nastawione na pytania polaryzujące świat. Myślę, że potrzebują takiej refleksji, jaką znajdą w książkach z trudnymi tematami, że potrzebują o tym rozmawiać z dorosłymi. I niekoniecznie dlatego, że uczą się od dorosłych, bo mogą się uczyć od samych siebie, pobudzone jakąś swoją refleksją.

Osobną kwestią jest to, że w ogóle mamy problem z odbiorem i interpretowaniem sztuki – również sztuki współczesnej, ja sama mam nierzadko z tym kłopot – bo do tego potrzebna jest praca, wysiłek, a my mamy w życiu już tyle wysiłków, trosk, tyle różnych napięć, że nie chcemy sobie dokładać jeszcze kolejnych zadań, i to mając do czynienia ze zwykłą książką dla dzieci.

Tylko że dziecko jest wciąż na etapie rozwoju, więc ta poprzeczka powinna być mu stawiana raczej troszkę wyżej. A może nie wyżej, ale jakoś inaczej, może ukośnie? W picture bookach o to chodzi. O zabawę formą, żeby nie traktować książki jak pewnika, dzieła skończonego. A co, jeśli ją obejrzymy do góry nogami? Co, jeśli zajrzymy do kieszonki na rewersie kartki? Niech to będzie zabawa, zabawa formą, ale i treścią.

Wspominała pani o różnych stopniach wtajemniczenia. Już widzę tych dorosłych, którzy oglądają książkę do góry nogami, zaglądają do kieszonki, bawią się kartkami. Robią to, tylko gdzieś w ukryciu, potajemnie, bo się wstydzą. Po sobie widzę, że to wyzwalające się nie wstydzić, ale większość ludzi uważa, że z tego się wyrasta. Rodzice czasem z dumą mówią: „Moje dziecko już wyrosło z książek z obrazkami, czyta już tylko tekstowe”. No trudno.

Pamiętam, jak kiedyś na festiwalu w Białymstoku poprosiłam organizatorów, żebym mogła mieć zajęcia z dorosłymi. I na te zajęcia zapisało się dużo ludzi, byli tak wdzięczni, tak szczęśliwi, że mogą wziąć do ręki nożyczki, kolorowe papiery, coś naklejać, rysować. Cieszyli się, nie powiem jak dzieci, tylko właśnie jak dorośli. Uważam nawet, że jest to rodzaj terapii. Zresztą od kilku lat – akurat teraz przez pandemię mamy przerwę – prowadzimy z terapeutką psychoanalityczną Jolantą Liczkowską-Czakyrową takie comiesięczne spotkania w toruńskim CSW, które mają przybliżać picture book jako formę rozmowy z samym sobą i innymi.

Muszę o to zapytać. Kiedy dzwoniłam, żeby umówić się na ten wywiad, nagle poczułam się tak, jakbym trafiła do jednego z pani obrazów. Zdaje sobie pani sprawę, że w pani głosie jest ten sam kojący spokój? Śmieszne, bo ja swojego głosu nie lubię. W ogóle jestem niemedialną osobą, mówię dosyć cicho. Raczej zawsze się tego wstydziłam, na studiach, pamiętam, nie uczestniczyłam w żadnych dyskusjach, siedziałam i słuchałam. Zawsze byłam trochę wsobna, ale też myślę, że przez lata mój głos działał przeciwko mnie, powielał stereotyp drobnej nieśmiałej blondynki.

Bardzo późno nauczyłam się z niego korzystać, już po stworzeniu kilku książek. Przekonałam się, że coś umiem, i nagle okazało się, że już nie ściska mnie w gardle, że jestem w stanie publicznie formułować myśli, nawet skomplikowane.

Usłyszałam też, że to, że tak cicho mówię, wymaga większego skupienia. I może coś w tym jest, bo czasami mam spotkania z bardzo rozbrykaną grupą dzieci. Panie, które je przyprowadzają, martwią się: „Jak pani sobie z nimi poradzi!”. Zaczynam mówić, a one przychodzą, po kolei siadają i zaczynają słuchać.

Spotykamy się online. Zastałam panią nie w mieszkaniu w Toruniu, ale w Borach Tucholskich. Mieszkamy tu z mężem i najmłodszym synem od ponad trzech miesięcy. Ponieważ jestem w tak zwanej grupie ryzyka, zdecydowaliśmy, że wyjeżdżamy. To dla nas wymarzone miejsce. No i jeszcze to jest piękne, że wcześniej uważałam, że nie potrafię pracować nigdzie poza moim biurkiem w Toruniu. Mam dostęp do niewielkiej części swoich zbiorów, papierów, faktur, skrawków i to jest moje odkrycie, z tych kilku materiałów tu przywiezionych też mogę zrobić książkę. Niewiarygodne szczęście. Tylko że… Mogę opowiedzieć coś bardzo osobistego?

Oczywiście. Miałyśmy razem z Agatą Tuszyńską spotkanie autorskie online. To było 20 kwietnia i kiedy my rozmawiałyśmy o książce „Mama zawsze wraca”, moja mama miała udar w Pabianicach. I właśnie dzięki temu spotkaniu i w jego trakcie mój brat zadzwonił do mamy. Żeby je sobie obejrzała. Ale nie odebrała telefonu raz, drugi, trzeci i tylko dlatego do mamy pojechał i ją znalazł, inaczej zadzwoniłby dopiero nazajutrz. Mama nie odzyskała do końca świadomości, zmarła po czterech tygodniach. Nie mogłam do niej jechać i jej zobaczyć, nie było wizyt w szpitalu. Więc to chodzenie tu po lasach, z psem, słuchanie ptaków i patrzenie w dal miało dla mnie jeszcze inny wymiar: bezradności, smutku i czekania. To jest moja opowieść o tym czasie. Minął ponad miesiąc od pogrzebu, jest już we mnie większy spokój, jakoś oswoiłam tę sytuację, ale wcześniej myślałam, że mama wróci, tak jak w książce. Wiem, jak to brzmi, gdyby tę historię wymyślił jakiś scenarzysta, uchodziłaby za naciąganą. Tymczasem życie pisze takie scenariusze. Mama wróciła, tylko może gdzieś indziej. Do swoich rodziców, których nie znała, do mojego taty.

Mówiła pani o tym, że jest wielką szczęściarą, że wierzy pani w równowagę między dobrymi a złymi doświadczeniami. To jeszcze opowiem co innego. Po swojej onkologicznej operacji w szpitalu oglądałam ogłoszenia, zdjęcia psów do adopcji. Coś mnie przyciągnęło do Luki, suczki ze schroniska pod Włocławkiem. Moje dzieci też się zachwyciły i pojechały tam, jeszcze kiedy byłam w szpitalu, żeby ją zabrać. Luka nie miała jeszcze roku, a już była po ciąży i karmieniu. Jej szczeniaki poszły do adopcji, cała szóstka, a jej nikt nie chciał. Takiej przepięknej suni! Kiedy ją zobaczyłam, od razu się w niej zakochałam. Potem poszło już szybko, musiała być jeszcze wysterylizowana w schronisku. Ja przyjechałam ze swoimi ranami, ona ze swoimi. Takie kobiece sprawy, które nas wiązały.

Nie wiedziałam, że można tak pokochać psa. Luka jest moją terapeutką, moją powiernicą, jest taka, jaką sobie wymarzyłam. To są te połączenia, splot różnych wydarzeń. Oczywiście, także wielu bardzo bolesnych, ale tak sobie myślę, że wszystko razem nadal tworzy mapę szczęścia.

Iwona Chmielewska, rocznik 1960. Ma w dorobku liczne nagrody, jest m.in. trzykrotną laureatką prestiżowej BolognaRagazzi Award – w tym roku w kategorii New Horizons za wydaną na razie tylko w Korei „Kołysankę dla babci”. 

  1. Kultura

Książki na Dzień Dziecka poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Jan Brzechwa, „Śmiechu warte” (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Warstwy)
Jan Brzechwa, „Śmiechu warte” (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Warstwy)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Książka to najbardziej trafiony prezent na zbliżający się Dzień dziecka. Bo nawet jeśli w pierwszej chwili przegra z wymarzonymi zabawkami, to – pod warunkiem, że jest dobrze wybrana – przejdzie próbę czasu i zostanie z nami na dłużej. Będzie kształtować wyobraźnię, wrażliwość i pozwoli twojemu dziecku lepiej zrozumieć otaczający je świat i samego siebie. Czytajmy więc dzieciom i zachęcajmy je do czytania. Tylko co wybrać?

Niezapomniana podróż

Najnowsze dzieło małżeństwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich. Autorów takich wydawanych na całym świecie bestsellerów, jak „Mapy” czy obrazkowa seria o miasteczku Mamoko, ale też błyskotliwego przewodnika dla dzieci po współczesnej architekturze „D.O.M.E.K”. „Którędy do Yellowstone? Dzika podróż po parkach narodowych” łączy rozwiązania i pomysły, z których autorzy są znani. To spora dawka pożytecznych informacji podana w niezwykle atrakcyjnej formie: to trochę atlas przyrodniczy, trochę przewodnik z wyrysowanymi w charakterystycznym dla Mizielińskich stylu mapami, plus idealnie wyważona porcja ciekawostek i historii. Ale „Którędy do...” to także coś więcej – komiks. Opowiadający o trójce przyjaciół, wiewiórce Uli, żubrze Kubie i gołębiu Filipie, którzy ruszają z Białowieży w świat, tropem parków narodowych w Stanach Zjednoczonych, Peru, Chinach, Namibii, Nowej Zelandii, Indonezji, Grenlandii. Akcja płynie tu wartko, a dzieciaki mimochodem chłoną wiedzę. Słowem: rozwiązanie idealne.

Aleksandra i Daniel Mizielińscy, „Którędy do Yellowstone? Dzika podróż po parkach narodowych”, wyd. Dwie Siostry, str. 128. Kategoria wiekowa: 7+

Poznajcie Gucia

„Gucio nie może zasnąć” i „Gucio się obraża” to jedne z najnowszych z serii książeczek dla najmłodszych, dzięki którym dzieci uczą się, jak radzić sobie z własnymi emocjami. Pomysłodawczyni serii mieszkająca we Francji rysowniczka Aurélie Chien Chow Chine, kiedy sama została mamą, zainteresowała sięsofrologią, czyli nauką o technikach relaksacyjnych, które uwalniają od stresu i poprawiają koncentrację. W każdej książeczce o Guciu znajdziecie zresztą zestaw ćwiczeń oddechowych (akurat w tych dwu przypadkach na „odpędzenie obrazy” i na lepszy sen). Ale w pomyśle autorki najważniejsze jest, żeby uczucia umieć rozpoznać i nazwać, to warunek, żeby potem móc nad nimi pracować. Rozpoznaje i nazywa je tytułowy Gucio, jednorożec z różnokolorową grzywą, a na co dzień przedszkolak z typowymi dla tego wieku problemami. Seria równie pożyteczna co rozczulająca. Wystarczy tylko spojrzeć na Gucia!

Aurélie Chien Chow Chine „Gucio nie może zasnąć” i „Gucio się obraża”, wyd. Debit, str. 32. Kategoria wiekowa: 2+

Ach, ci rodzice!

Dzieci bywają nieznośne? A co powiecie o rodzicach?! Weźmy taką oto sytuację: tata nie może oderwać się od swojego laptopa, jest wpatrzony w ekran od śniadania aż do wieczora, kiedy to niby z mamą oglądają razem film, tylko że on nieustannie zerka a to na prognozę pogody, a to na finanse, a to na media społecznościowe. Nic dziwnego – tu cytat z książki – że „ostatnimi czasy między mamą i tatą panuje chłód”. Brzmi znajomo? No właśnie. Pamiętajmy, że dzieci i tak wszystko widzą. I tatę ślęczącego bez przerwy przed komputerem i mamę z obsesją odchudzania. Te urocze dwie książeczki (może już nie najświeższe nowości, ale niezmiennie na topie) swoim milusińskim powinni kupić rodzice z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Oba tytuły zostaną z wami na dłużej, bo i „Tata w sieci” i „Mama na diecie” są tak dowcipne, że jeszcze długo będziecie się z nich (wspólnie!) śmiać.

Philippe de Kremmeter „Tata w sieci” i „Mama na diecie”, wyd. Muchomor, str. 28. Kategoria wiekowa: 3+

Spójrz jej w oczy

Powieść dla nastolatków? Trudna sprawa. Z jednej strony chodzi o to, żeby historia podsuwana nastoletniemu dziecku była wiarygodna, dobrze oddawała realia życia „gimbazy” (a właściwie, w naszych nowym poreformowych czasach, uczniów ostatnich klas podstawówki). Z drugiej: ma być wystarczająco barwna, żeby nastoletniego czytelnika wciągnąć. No i jeszcze trzeci czynnik: my, rodzice, życzylibyśmy sobie, żeby książka niosła jednak za sobą jakieś pożyteczne treści. Taka jest właśnie ta powieść, której bohaterką jest tytułowa Ruby Redfort. Ponadprzeciętna trzynastolatka, specjalistka od łamania kodów. Sama zresztą stworzyła kod, którego nie potrafili złamać nawet mądrale z Harvardu. Ruby w czasie wolnym namiętnie ogląda też telewizyjne programy poświęcone pracy detektywa i policji. Przez swoje ponadprzeciętne zdolności dziewczyna zostaje wciągnięta w intrygę, której autorce tej książki Lauren Child pozazdrościliby scenarzyści najlepszych filmów szpiegowskich. Dla tych, którzy się w tę historię wciągną, mam dobrą wiadomość. W przygotowaniu są kolejne tomy.

Lauren Child „Ruby Redfort. Spójrz mi w oczy”, wyd. Dwie Siostry, str. 392. Kategoria wiekowa: 10+

Brakująca połowa dziejów

Coś się wreszcie ruszyło. Coraz więcej jest książek opowiadających o (cytując tytuł wydanej nie tak dawno „dorosłej” pozycji autorstwa Anny Kowalczyk) „brakującej połowie dziejów”. Czyli o tej połowie, w której głównymi bohaterkami są kobiety. Zamiast historii ludzkości gęsto wypchanej opisami dzielnych młodzieńców, królów i wojowników, mamy tu więc historię dzielnych dziewcząt, wojowniczek, matek, królowych, kapłanek, aktywistek, artystek, sufrażystek. Świetnie zilustrowaną, od czasów jaskiniowych do współczesności. Dowiecie się na przykład, że w starożytnym Egipcie kobieta zachowywała po ślubie swój majątek i prawo do decydowania o sobie. Ale też, że we Francji jeszcze w latach 60. XX wieku żona bez zgody męża nie mogła otworzyć konta w banku ani uzyskać prawa jazdy. Czym w średniowieczu zajmowały się sądy miłosne? Kiedy pojawiły się pierwsze zawodniczki startujące w nowożytnej olimpiadzie? Co wniosła do historii równouprawnienia Coco Chanel? Są tu odpowiedzi na te i na wiele innych pytań.

Katarzyna Radziwiłł „Historia kobiet”, ilustracje Joanna Czaplewska, wyd. Muchomor, str. 44. Kategoria wiekowa: 6+

Brzechwa, jakiego (nie) znacie

Pierwsze wydanie (z trochę mniej i bardzo znanymi wierszami, m.in. „Jak rozmawiać trzeba z psem” czy „Ciaptak”) ujrzało światło dzienne w roku 1964. Ponad pół wieku później ukazuje się ta wersja. Z doskonałymi, wyróżnionymi prestiżową nagrodą Polish Graphic Design Award rysunkami. Ich autor to Paweł Mildner, wrocławski malarz, który sam także jest autorem książek obrazkowych. Zilustrowane przez niego najnowsze wydanie Brzechwy zyskało nowy wymiar, stało się jeszcze bardziej przyjazne dla najmłodszych czytelników. A co z samymi wierszami? Czy one się przypadkiem nie zestarzały? Jeśli napiszę, że nie, będą to tylko puste słowa. Wolę więc coś zacytować, na przykład fragment „Talerza”: „Kto zgłębi z was, jak należy, Czy talerz stoi, czy leży? Odrzecze stół: – Drodzy moi, Kto nie ma nóg, ten nie stoi. Urażać nie chcę talerzy, Lecz talerz na stole leży. Zawołała karafka: – Ależ, Ja nie wiem, czy stoi talerz, Znam za to zwyczaje swoje: Choć nie mam nóg, jednak stoję! [...]”. No i jak tu nie kochać Brzechwy?

Jan Brzechwa „Śmiechu warte”, ilustracje Paweł Mildren, wyd. Warstwy, str. 56. Kategoria wiekowa: 3+