fbpx

Krew i Mleko – mroczne smaki Natalii Nowak-Bratek

Krew i Mleko - mroczne smaki Natalii Nowak-Bratek
Natalia Nowak-Bratek, autorka bloga Krewi Mleko z przyjacielem, Tajwańczykiem Wu (Fot. Natalia Nowak-Bratek)

Blog Krew i Mleko jednych uwodzi, innych dziwi, na wszystkich robi wrażenie. Tak niezwykłe są zdjęcia i przepisy tworzącej go Natalii Nowak-Bratek, fotografki i znawczyni kuchni tajwańskiej.

Natalia Nowak-Bratek – blogerka, fotografka, iranistka, autorka bloga Krew i Mleko, i jej przyjaciel, Tajwańczyk Wu. (Fot. Natalia Nowak-Bratek)

Od zawsze lubiła pani gotować, i to właśnie egzotyczne potrawy?
Nie, skąd. Ja jestem z tradycyjnego krakowskiego domu. Popisową potrawą mojej mamy jest bigos jak z „Pana Tadeusza”. Tata, który bardzo chętnie gotuje, ma skłonności do eksperymentów kulinarnych, i to pewnie było dla mnie inspirujące, ale pierwszą potrawą, którą ugotowałam, było ciasto cytrynowe z pudełka.

To skąd egzotyczna kuchnia w pani życiu?
Najpierw ze studiów. Studiowałam iranistykę, byłam w Iranie na stypendium przez kilka miesięcy i tam poczułam, że to są moje smaki. Wszystko, co pikantne, co intensywne. Poznałam prawdziwy kebab z ryżu i baraniny, mogłam go jeść codziennie.

W Iranie pani gotowała?
Nie, tam tylko poznawałam kuchnię i przyprawy, zbierałam przepisy.

ZAMÓW

E-WYDANIE

A kiedy tak na poważnie zaczęła pani gotować?
Klasycznie jak wszyscy, czyli kiedy wyprowadziłam się od rodziców. Gotowałam jak szalona, aż jedna koleżanka powiedziała mi: „Jak ty tak gotujesz i gotujesz, to weź blog załóż”. To było pięć lat temu. I zaczęłam robić zdjęcia.

Od razu były takie charakterystyczne, nieoczywiste?
Na początku były okropne. Robiłam je na automatycznym trybie i dziwiłam się, że to, co ugotowane, wygląda pięknie, a na zdjęciach tak brzydko. Podziwiałam Liskę z bloga White Plate, że robi takie piękne zdjęcia, ale w końcu trafiłam na Katie Quinn z bloga What Katie Ate i to mnie zainspirowało. Przy fotografowaniu bardzo pomógł mi na początku mąż, a w końcu stworzyłam swój własny mroczny styl fotografii kulinarnej, w którym chodzi nie tylko o samo jedzenie.

Nie wszystkim się podobają takie zdjęcia.
Na początku w ogóle się nie podobały. Były takie komentarze: „A co tak ciemno, a po co ta ścierka”, a że deska zniszczona. Ale pozostałam przy tym stylu, bo nie chodzi w nim tylko o jedzenie, ale też o sztukę stylizacji i fotografii. I może to nie jest dla każdego.

Jedzenie jest jednak dla każdego. Także to azjatyckie, które stanowi główny temat pani bloga.
Zaczęłam współpracować jako fotograf z marką TaoTao, która specjalizuje się w kuchni azjatyckiej. A potem poznałam Wu, mojego przyjaciela z Tajwanu. Poznałam go w Polsce, gdzie robił doktorat. On jest Tajwańczykiem z pochodzenia, ale mieszka w Brazylii. Właśnie jadę do niego na trzy miesiące i będziemy razem gotować w restauracji jego mamy w Porto Alegre.

To wszystko dla bloga?
Dla bloga też, ale przede wszystkim dla food trucka. Bo razem z Wu chcemy w lecie uruchomić w Krakowie food truck z tajwańskim jedzeniem. Takiego jeszcze nie ma.

Polacy polubią tajwańską kuchnię?
Polacy albo turyści. Myślę, że polubią.

Sprawdziła to pani?
W Krakowie działa taka inicjatywa Eataway. Ludzie ogłaszają, że gotują kolację i można się zapisać. Potem je się w czyimś domu, przy wspólnym stole. Przez pół roku ja i Wu karmiliśmy ludzi tajwańskimi potrawami.

Takie przedłużone testy…
Tak, doszłam do wniosku, że są potrzebne, bo ja już jestem spaczona. Wszystko mi smakuje, no, może oprócz wątróbki. Teraz wiem, że największą popularnością cieszył się popcorn chicken, czyli kawałki kurczaka zamarynowane w przyprawach i obtoczone w skrobi, a potem usmażone.

A co pani najbardziej lubi z kuchni tajwańskiej?
Zupy, takie długo gotowane, na wołowinie, z imbirem, kolendrą, anyżem, cynamonem. To są główne składniki przyprawy 5 Smaków, a ona w tej kuchni króluje. Ważna jest też specyficzna, gluciasta, konsystencja potraw. Tajwańczycy ją kochają.

Dla bliskich też gotuje pani po tajwańsku?
Nawet na święta podałam tajwańskie pierożki i bulion. Trochę się dziwili, że w święta po tajwańsku, ale smakowało. Zmodyfikowałam tradycyjny rodzinny przepis na uszka, dodałam do ciasta mąkę ziemniaczaną – przez to było gładsze, lżejsze. Wszyscy docenili.

Ale w środku był tradycyjny farsz z grzybów?
No tak, nie chciałam ich tak od razu szokować. Za rok zrobię większy eksperyment. Ale na razie jadę do Brazylii lepić tajwańskie pierożki. Muszę się tego nauczyć perfekcyjnie. Skoro już publicznie, i to w „Zwierciadle”, powiedziałam o food trucku, nie mam wyjścia, muszę go uruchomić.

Tom kha ramen

na 4 porcje

500 ml bulionu drobiowego,
4 łyżki mleka kokosowego,
4–5 krewetek tygrysich,
3 cm galangalu,
1/2 łyżeczki suszonych płatków chili,
1 trawa cytrynowa,
3 listki limonki (kafiru),
1 łyżka sosu rybnego,
1 gniazdo makaronu pszennego,
1/2 łyżki oleju kokosowego,
1/2 pęczka posiekanej dymki,
kilka glonów wakame,
1/2 łyżeczki czarnego sezamu,
4–5 pierożków dim sum z mielonym mięsem drobiowym (można kupić gotowe).

Tom kha ramen (fot. Natalia Nowak-Bratek)

W woku rozgrzewamy olej kokosowy. Dodajemy utarty galangal, zmiażdżoną i drobno pokrojoną trawę cytrynową oraz chili. Podsmażamy. Zalewamy gorącym bulionem drobiowym. Dorzucamy listki kafiru oraz wlewamy sos rybny, a następnie mleko kokosowe. Wrzucamy makaron oraz pierożki. Gotujemy około czterech minut, a następnie wkładamy świeże krewetki i glony wakame. Gotujemy kolejne cztery minuty. Zupę podajemy posypaną dymką oraz czarnym sezamem.

Więcej przepisów Natalii Nowak-Bratek znajdziesz TUTAJ.

 

 

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>