1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kryzys męskości. Czy jego przyczyną są relacje matek z synami?

Kryzys męskości. Czy jego przyczyną są relacje matek z synami?

Czy istnieje lekarstwo na kryzys męskości? (Fot. iStock)
Czy istnieje lekarstwo na kryzys męskości? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
- Przyczyną kryzysu męskości są relacje matek z synami. Pracując z mężczyznami w Polsce, obserwuję waszą tradycję wychowania synków przez mamusie. Syn najczęściej jest od zapewnienia matce tego, czego nie dostała od swojego męża. Oni nie są decydentami, są traktowani bez szacunku, przedmiotowo - mówi Piotr Pałagin, psychoterapeuta, lekarz, astrolog.

- Przyczyną kryzysu męskości są relacje matek z synami. Pracując z mężczyznami w Polsce, obserwuję waszą tradycję wychowania synków przez mamusie. Syn najczęściej jest od zapewnienia matce tego, czego nie dostała od swojego męża. Oni nie są decydentami, są traktowani bez szacunku, przedmiotowo - mówi Piotr Pałagin, psychoterapeuta, lekarz. 

Podobno, od dawna już zresztą, mamy kryzys męskości. Wzorzec męski zanika po prostu w sposób skandaliczny i szybki. Kiedyś mężczyźni walczyli o terytorium, wzorcem męskim byli bohaterzy - silni, okrutni, brutalni, bo przecież wrogowi trzeba było odrąbać głowę. Nieważne, kto kogo napadał, takie same gadki były z każdej strony. Krwiopijcy - to był męski wzorzec. Od dawna jest już jednak nieaktualny. No i do czego teraz mężczyzna się nadaje?

Ma pieniądze zarobić na przykład. Dokładnie. A to jest coś drapieżnego? W tym celu ma komuś głowę odrąbać? Dzisiejsza walka to już nie to, już nie machamy szablą. Teraz mężczyzna nie bierze spraw w swoje ręce, raczej idzie do sądu, żeby sąd to za niego zrobił. A potem może powiedzieć: „Jaki ten świat jest niesprawiedliwy!”. Albo nie idzie do sądu, tylko siedzi i wódkę pije. Bo jest załamany, zestresowany i nerwy go biorą. A jak słyszy, że ktoś mówi: „To zrób coś!”, odpowiada: „Nie, no co ja mogę? Ten system jest nie do obalenia?”. To nie jest po męsku.

Jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy? Przyczyną są relacje matek z synami. Pracując z mężczyznami w Polsce, obserwuję waszą tradycję wychowania synków przez mamusie. Syn najczęściej jest od zapewnienia matce tego, czego nie dostała od swojego męża. Albo ma bronić jej przed ojcem, albo jest od tego, żeby spłodzić jej wnuki i mieć grzeczną żonę. Oni nie są decydentami, są traktowani bez szacunku, przedmiotowo. Nie mają wolności, są przez matki wykorzystywani, chowani twardą ręką, krytykowani, poniżani. Muszą być słabi, żeby spełniać ich oczekiwania. Albo są skrzywdzeni nadopiekuńczością, co daje ten sam efekt. Ich męskość wcześnie zostaje złamana.

Co się dzieje potem? Później mężczyzna spotyka kobietę, z którą jest mu cudownie, bo wydaje mu się, że ona wcale nie jest taka jak matka. Jednak kiedy ona rodzi dziecko, cały ten wstręt do matki budzi się i jest przenoszony na żonę. I przychodzi taki czas, że ten facet wpada w depresję, przychodzi do mnie i mówi: „Jest mi ciężko, czuję się osaczony. Wszyscy czegoś ode mnie chcą, a ja nie wiem czego”. I nawet gdy ma kochankę, to ona okazuje się taka sama jak żona. Żonie mówi, że jest wolny i będzie robił, co chce, a kochance mówi, że ma żonę i dzieci i nie może on nich odejść, bo nie jest wolny. Taka sytuacja ciągnie się latami.

Jacy jeszcze polscy mężczyźni do ciebie przychodzą? Druga grupa to ci, którzy nie wiedzą, co mają w życiu tak naprawdę zrobić. Taki mężczyzna był zawsze grzeczny, bardzo dobrze się uczył, skończył prestiżowe studia i poszedł do pracy, której teraz nienawidzi, ale trzeba przecież zarabiać, żeby z czegoś żyć. Trudno mu jednak w tej pracy przejawiać własną wolę, kreatywność czy siłę. On całe życie marzy, żeby się porządnie upić, wyjechać na koniec świata albo przynajmniej na trzytygodniowy urlop. Ci wszyscy mężczyźni cały czas znajdują się w pułapce, w którą wpędziły ich mamusie. Została odebrana im władza i decyzyjność. I oni teraz czują się jak biedna śrubka w tym złym okrutnym świecie. Są wykończeni i jest im bardzo źle.

Co im te matki zrobiły?! Co czuje kobieta, która jako dziewczynka ciągle słyszała, że ma być grzeczna i niczego jej nie wolno, a to, co chce, jest nieważne?

Ona teraz nie wie, czego chce. Tak. A mężczyzna?

Nie działa właściwie. No właśnie. Mężczyzna jest tak skonstruowany, że od razu to po nim widać. U kobiety są to sprawy wewnętrzne - brak jakiejś tajemnicy, umiejętności tworzenia atmosfery, tego, co jest pomiędzy wierszami. Ona to nadrabia pewnymi męskimi zachowaniami, niby świetnie sobie radzi, ma jakiś plan na życie, chociaż to nie jest jej pomysł. W dzisiejszych konsumpcyjnych czasach, gdy liczy się działanie, organizowanie i zdobywanie, trudniej to odkryć. A facet? Od razu wiadomo, że on nie robi właściwego ruchu. To widać zwłaszcza w relacjach z kobietami. Niby działa, ale boi się całkowicie zadeklarować, prawdziwie zaangażować. On będzie czekać na bieg wydarzeń. Będzie oczekiwał, że ktoś za niego zaryzykuje. On musi mieć gwarancję, że nie zostanie skrzyczany, skrytykowany, że nie spotka się z dezaprobatą swojego postępowania. Dziewczyna siedzi obok niego, niby jest kawiarnia, kwiaty, kawa, spacer, ale czegoś brak. A dziewczyna chce barbarzyńcy, chce, żeby zrobił coś tak, jak tylko facet potrafi. Tymczasem on, nawet gdy jest już w związku, jest wycofany. Jego tam nie ma.

Kobieta czuje, że go nie ma, że nigdy nie zrobił tego właściwego ruchu. Czasem taki facet zrobi jakiś ruch, ale potem żałuje i udaje, że to wcale nie o to chodziło, że tak jakoś dziwnie wyszło i żeby sobie nikt czasami nie myślał, że on czegoś chce. Albo przegrywa i żyje z poczuciem porażki i przekonaniem, że nie ma prawa sięgać po swoje. Moja żona ma na przykład takiego wielbiciela. To dawny kolega jej starszego o osiem lat brata. Kiedy miała 15 lat, pierwszy raz się z nim całowała. On poczekał, aż ona dorośnie i poszedł zapytać mamę, czy może się z nią ożenić. A mama powiedziała: „Absolutnie nie, zabraniam, nie wolno!”. Biedny zastanawiał się, a ona w tym czasie zaliczyła paru chłopaków i 2 małżeństwa. Ale on cały czas kręcił się gdzieś w tle. Nagle niedawno wyciągam ze skrzynki na listy kartkę, a tam jest napisane: „Jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu, ale ja szanuję twoją rodzinę i na pewno nie zrobię żadnego ruchu”. Wściekłem się i pytam, co to za typ. Żona opowiada mi całą historię i dodaje: „Jak matka żyła, to on się nie odzywał, a jak matka umarła, pojawił się”. Tak to już jest z takimi mężczyznami. Kobiety, które do mnie przychodzą, mówią mi czasem o tym, że spotkały się z jakimś mężczyzną, aż iskrzyło między nimi, a potem on milczy. Spotyka go przypadkowo, a on pyta: „Dlaczego nie dzwonisz?”. To niesamowite! Ona ma do niego dzwonić!

No dobrze. Mamy takiego już złamanego faceta, stało się z nim to, co się stało. Jest dla niego jakaś nadzieja? I dla jego potencjalnej kobiety? Jak kobieta będzie za niego robić to wszystko, co on ma zrobić, nie ma szans. A kobieta zwykle nie chce czekać. Albo mu coś gada, albo robi za niego. Nie wolno! Zabójstwem dla motywacji faceta jest, kiedy kobieta sama zabierze się za podrywanie, zaciągnie do łóżka i wytapetuje ściany. Jeśli on nie chce, to trzeba zająć się swoim życiem, zacząć umawiać z kimś innym albo wynająć przystojnego fachowca od tapetowania. Niech przyjdzie, kiedy on wraca z pracy do domu. Każdy normalny mężczyzna powie: „Co? A co, ja nie mogłem tego zrobić?”. Tak trzeba postępować i wtedy facet będzie chodzić i żarówki sprawdzać sam, będzie naprawiał kran, a nawet zrobi generalny remont. Kobieta nie może gadać mu tak jak matka, bo obudzi się w nim stary mechanizm - jemu będzie się wydawać, że musi to zrobić dla matki, a nie dla siebie i partnerki. On ma uraz psychiczny, automatyczny odruch.

A jeśli on na początkowym etapie relacji nie wykonuje właściwego ruchu? Wtedy warto, żeby kobieta się zastanowiła, czy w ogóle coś z tego będzie. Może też napisać wypracowanie na temat tego, czym różni się obraz Jasia od Jasia. Bo kobieta ma różne obrazy w swojej wyobraźni na temat wymarzonego wirtualnego mężczyzny i nawet, jak patrzy głęboko w oczy tego, który przed nią stoi, to nadal widzi cały zestaw czynności, który on musi, według jej standardów, wykonać. A on nic. Jak zacznie z nim o tym mówić, jest spalona. Jak nie zacznie, może się nie doczekać. A jak istnieje groźba, że może się nie doczekać, trzeba zadać sobie pytanie - czy jest to wyobraźnia, czy jest to rzeczywisty facet. Niech się zastanowi, czy chodzi jej przede wszystkim o to, żeby wymarzony obraz się urzeczywistnił. Jeśli tak, wtedy może dać sobie spokój z tym facetem. Albo niech poczuje w sobie, czy może jednak wartość tego prawdziwego mężczyzny jest tak wielka, że może poczekać na niego nawet 100 lat. Jeśli kobieta zrezygnuje ze swoich oczekiwań, on może zacząć postępować tak, jak chce i będzie dobrze. Co jest dla ciebie ważniejsze - kochać czy być kochaną?

Jedno i drugie. No właśnie. Jeśli impuls idzie z dwóch stron, relacja sama się rozwija. Odbywa się w tym wymiarze, w którym impulsy się spotykają. Jeśli nic się nie dzieje, to znaczy, że kimś rządzi jakiś obraz i że ta druga osoba nie jest ważna. To nie jest miłość, tylko oczekiwanie konsumpcji miłosnej. Nikt się nie rusza i frustracja narasta. Wtedy trzeba to przerwać.

Jest jakieś lekarstwo na kryzys męskości? Wrócić do prawdziwej idei mężczyzny i kobiety. Uszanować, że mężczyzna i kobieta to nie jest to samo. Żyjemy w czasach propagandy mediów. W filmach amerykańskich na przykład jest zawsze ten sam schemat - dobry czarny, zły biały, dobry policjant, zły złodziej. Funkcjonuje mnóstwo sloganów, którymi częstuje się ludzi. My tak samo możemy wypromować mężczyzn i kobiety. O czym marzy większość kobiet w Polsce? Obserwuję, że o tym, żeby mężczyzna dał jej poczucie bezpieczeństwa. I wtedy kobiety kreują ten obraz mężczyzny, który daje poczucie bezpieczeństwa, a on wcale nie musi być prawdziwy. A czym marzy facet w Polsce?

Zależy z jakiej grupy. Przedstawiciele pierwszej marzą o tym, żeby mieć zaradną żonę, niewiele robić i udawać, że jest się ojcem rodziny. Stoi za tym mechanizm dominującej matki. Bo jak matka rządziła wszystkim w domu, to on chce mieć taką żonę jak ona. I mówi: „O, mamusia nie tak zupkę gotowała. Pogadaj z mamusią, ona cię nauczy”.

A druga grupa to faceci, którzy tak bardzo nienawidzą mamusi, że nie chcą żadnej żony. Mogą ewentualnie mieć kochankę bądź kochanki. Marzą o kobiecie jako o obiekcie seksualnym. Tak. I nie chcą w ogóle rodziny. Dla jednych dom, rodzina są potrzebne, bo odebrali naukę religii katolickiej, a drudzy nie chcą tych dyrdymałów. Ani jedni, ani drudzy nie przeszli jednak inicjacji męskiej, to nie są dojrzali mężczyźni.

Nie przeszli inicjacji męskiej? Tak. Drodzy rodzice, jak wasze dziecko robi coś od siebie, co jest dla niego wyzwaniem, mówcie: „Jak fajnie!”. Sąsiadów niech nie zabija, bomby niech nie podkłada, ale jak ma się wybrudzić, trochę połobuzować, pozwólcie mu. Kiedy mój synek zdecydował się być dorosły, palił jakieś ogniska i wracał do domu cały okopcony (ale trzeźwy). „Co się tak na mnie patrzysz? Myślisz, że piję?” - pytał mnie, a ja: „Nic nie myślę”. Kiedyś wrócił z przypalonym butem, ja nadal nic. To była taka jego inicjacja. Potem wreszcie przyszedł do mnie i powiedział, że trzeba mu buty kupić i zaczął opowiadać, jaki już będzie grzeczny. Sam sobie granicę ustawił, bo nikt mu w tym nie przeszkodził. Ta granica nie może zostać ustawiona przez kobietę, przez matkę. Ojciec co najwyżej może powiedzieć: „Uważaj!”.

Po czym rozpoznać dojrzałego mężczyznę? Jak pytam kobiety, czego oczekują od partnera, mówią o tym poczuciu bezpieczeństwa i o tym, żeby on był dla niej dobry i ją kochał. A chodzi o to, żeby pojawił się przekaz „my”. Wtedy nie ma tego, że ktoś kimś rządzi i nikt na nikim się nie opiera, nikt nie jest krzywym słupkiem. Każdy jest prostym słupkiem, który w sobie ma oparcie i wewnętrzny spokój. I wtedy oni we dwójkę są zainteresowani, żeby zbudować wspólne życie. To jest ta dojrzałość. A co to znaczy wspólne życie? Są różne kryteria, jedni będą biznes prowadzić, drudzy dzieci płodzić, trzeci książki pisać, następni tylko seks uprawiać. Ale z dwóch stron, równolegle, jest podobna energia, podobne intencje, podobna moc. Nie identyczne, ale podobne. Tak się tworzy wspólne życie.

Czyli dojrzałość to gotowość do prowadzenia wspólnego życia? Do partnerstwa. I dzielenie odpowiedzialności tak, jak się umówiliśmy lub tak, jak się samo ułożyło i dobrze się z tym czujemy. Nikt nie musi niczego robić, ale robi, bo tak chce. W prawdziwej chęci bycia razem nie ma sztywno podzielonych ról. Partnerstwo polega na tym, że nie ma przemocy z żadnej strony, ale obopólna chęć budowania wspólnego życia. Dojrzałego mężczyzny z dojrzałą kobietą.

Piotr Pałagin, lekarz homeopata, członek Stowarzyszenia Homeopatów Wielkiej Brytanii, psychoterapeuta, astrolog, seksuolog, doradca biznesu, coach, trener sukcesu. Od 1991 roku pracuje jako terapeuta. Wieloletnie doświadczenie pozwoliło mu opracować zintegrowaną metodę terapeutyczną, która oddziałuje na cztery aspekty człowieka: fizyczny, eteryczny (energetyczny), astralny (podświadomy) i mentalny (świadomy). 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Rak prostaty - najczęstsze zagrożenie nowotworowe wśród mężczyzn

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W krajach rozwiniętych rak prostaty przewodzi w niechlubnym rankingu zagrożeń nowotworowych wśród mężczyzn. Dobra informacja jest taka, że prawidłowo zdiagnozowany ma bardzo wysoką wyleczalność. O nowoczesne metody leczenia pytamy urologa dr Pawła Salwę. 

Dzięki rozwojowi nauk medycznych wszyscy żyjemy dłużej. To jednak stawia przed medycyną kolejne wyzwania, ponieważ pojawia się więcej przypadków chorób związanych ze starszym wiekiem. Wiek wskazywany jest jako jeden z czynników ryzyka m.in. raka prostaty. Dopiero od niedawna głośno o nim mówimy, a jak się okazuje, to bardzo powszechna choroba.

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. To może wynikać z tego, że Polacy mniej się badają, co zmienia statystyki, ale niekoniecznie oznacza, że zachorowań jest rzeczywiście mniej niż na Zachodzie.

Rak prostaty to bardzo niejednolita choroba, bo choć wszystkie postacie są złośliwe, to na bardzo różnym poziomie. Pojawiają się więc opinie, że z tą chorobą można żyć. I rzeczywiście dla mocno starszego pacjenta, który skarży się na wiele innych poważnych problemów zdrowotnych, niewielki rak prostaty może mieć mniejsze znaczenie. Ale zupełnie w innej sytuacji jest na przykład sześćdziesięcioletni mężczyzna, przed którym jeszcze wiele lat życia. Ważne jest więc, żeby wykryć raka na etapie, gdy możemy go skutecznie leczyć, i to w najmniej inwazyjny sposób, a dziś mamy metody, które gwarantują zachowanie dobrej jakości życia na długo po leczeniu. Jeżeli chodzi o czynniki ryzyka wystąpienia raka prostaty to naukowo udowodnione są dwa: wiek oraz występowanie tej choroby w rodzinie.

Dlaczego ryzyko zachorowania wzrasta z wiekiem? Ciężko na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Wystąpienie choroby wiąże się z funkcjonowaniem gruczołów płciowych, które są stworzone do współdziałania przy reprodukcji. Kiedy okres reprodukcyjny się kończy, załóżmy około 40. roku życia, to te narządy nie są używane w pełni zgodnie ze swoim przeznaczeniem. W efekcie może dojść do zmian nowotworowych, ale jako lekarze nie jesteśmy w stanie wskazać konkretnej przyczyny zachorowania. Oczywiście do tego prowadzą pewne mutacje genetyczne, ale nie wiemy, dlaczego w pewnym wieku do nich dochodzi. Pojawia się wiele hipotez, na przykład ta związana z liczbą wytrysków (bo z wiekiem mężczyzna ma mniej wytrysków) i wydzieliną, która zalega w narządzie, co ma wywoływać nieprawidłowy profil substancji chemicznych. Ale to bardzo skomplikowane zagadnienia, jeszcze niesprawdzone naukowo... Wiemy tylko, że z wiekiem ryzyko rośnie i nie mamy metod skutecznej profilaktyki.

Jako drugi czynnik ryzyka zachorowania na raka prostaty wskazał pan przyczyny genetyczne. Czy możemy powiedzieć, na ile zwiększa on ryzyko zachorowania? Choroba w rodzinie kilkakrotnie zwiększa ryzyko zachorowania u męskiego potomka. Współczynnik zmienia się w zależności od stopnia pokrewieństwa, ale ryzyko jest znaczne. Choroba może też pojawić się wcześniej. Sam mam pacjentów poniżej 40. roku życia. Przypadki zachorowań w młodym wieku są zresztą bardziej agresywne.

W ostatnich latach bardzo rozwinęły się badania genetyczne. Można dzięki takim badaniom wykryć skłonność do zachorowania na raka prostaty? Faktycznie, te badania idą do przodu. To może być przydatna wiedza, ale trzeba być ostrożnym w interpretacji, ponieważ za zachorowanie nie odpowiada jeden gen – jak BRCA 1 i 2 w przypadku raka jajnika czy raka piersi, który notabene również podwyższa ryzyko zachorowania na raka prostaty – lecz pewien zespół genów. A z mojego doświadczenia wynika, że pacjenci, którzy dowiadują się o podobnych predyspozycjach, żyją od tego momentu z pewnego rodzaju piętnem. Skutki psychologiczne takiej wiedzy są dość ciężkie. Osobiście uważam, że ważne jest to, co dzieje się tu i teraz.

Skoro mówimy o psychologii, to na ile pańskim zdaniem diagnoza raka prostaty wpływa na psychikę mężczyzn? Na pewno zależy to od typu człowieka, ale sądzę, że generalnie dotyka ich dużo mocniej niż inne choroby, i to bardziej niż chcieliby się przyznawać, bo to choroba w obszarze narządów płciowych, co dodaje jej w opinii publicznej element tabu. Jako lekarze pracujemy nad zmianą tego odbioru, bo bardzo przeszkadza w leczeniu. Mężczyźni wstydzą się mówić o raku prostaty, a dodatkowo wizja powikłań funkcjonalnych, czyli nietrzymania moczu i braku erekcji, wywołuje dużą presję i lęk u pacjentów. Ten lęk jest uzasadniony o tyle, że starsze metody leczenia, takie jak operacja otwarta czy laparoskopowa, rzeczywiście często prowadziły do takich zaburzeń. A one bardzo dotykają mężczyzn – i fizycznie, i psychicznie.

Jacy mężczyźni zgłaszają się do pana po diagnozę? Najczęściej ci, którzy dowiedzieli się o raku prostaty od innych mężczyzn z podobnym problemem i leczyli się u mnie lub u innych kolegów. Oni są już odpowiednio uświadomieni i działają trochę jak ambasadorowie. Zawsze proszę pacjentów, żeby zachęcali do badań kolegów. Niech to nie będzie temat tabu ani wstydliwy. Dziś mamy już możliwość dobrej diagnostyki, świat nie kończy się na badaniu PSA ani badaniu palcem. Metodą, która nam najbardziej pomaga, jest rezonans magnetyczny prostaty. To pozwala lepiej wykryć nowotwór, a potem lepiej go zoperować.

Na czym polega profilaktyka? Nie ma udowodnionych metod skutecznej profilaktyki raka prostaty. Na pewno na zdrowie, a więc i na mniejszą zachorowalność na tę chorobę, dobrze wpływa zdrowy styl życia, czyli choćby odżywianie i ruch, ale nie da się jeszcze tego skwantyfikować i w sposób odpowiedzialny stwierdzić, jakie konkretnie działanie i w ilu procentach zmniejsza ryzyko zachorowania.

Dużą popularnością cieszą się pewne szwedzkie badania, z których wynika, że pięć wytrysków tygodniowo zmniejsza ryzyko zachorowania o 20 proc. Pięć wytrysków w prawdziwym życiu to więcej niż średnia, a jeszcze każdy tydzień z gorszym wynikiem załamuje statystykę, a z drugiej strony – redukcja o 20 proc. nadal oznacza wysokie ryzyko.

Znalazłam informacje w „The Journal of Epidemiology” z 2001 roku o badaniach przeprowadzonych w Waszyngtonie na grupie mężczyzn ze zdiagnozowanym nowotworem prostaty w wieku od 40 do 64 lat, których pytano o liczbę dotychczasowych partnerek seksualnych. Ci, którzy deklarowali współżycie z ponad 30 partnerkami, mieli bardziej agresywną formę raka. Badania epidemiologiczne są bardzo trudne do interpretacji. W przytoczonym przypadku można by doszukiwać się przyczyny zachorowania w zakażeniu wirusowym, bo choć przy prostacie nie udowodniono dotychczas istnienia takiego czynnika, to jest on wyobrażalny, a przy takiej liczbie partnerek ryzyko jest wyższe... Jeszcze inny trop – skoro pacjenci mieli wiele partnerek, to mieli duży popęd, czyli wysoki testosteron, a o raku prostaty mówimy, że karmi się testosteronem... Być może określone zachowanie przyczynia się do wystąpienia choroby, ale związek przyczynowo-skutkowy nie został udowodniony, więc traktowałbym taką wiedzę w kategoriach ciekawostki, zwłaszcza że przy dzisiejszym rozwoju nauk medycznych 2001 rok to zamierzchła przeszłość. Najważniejsze jest wczesne wykrycie, bo to pozwala na skuteczne leczenie, gwarantujące dobrą jakość życia później.

Kiedy najlepiej zgłosić się do lekarza na badania kontrolne? Jeśli w rodzinie były zachorowania, to dobrze jest zbadać się w wieku 45, a nawet 40 lat, a w każdym przypadku nie później niż w wieku 50 lat. Badanie jest wskazane także wtedy, gdy pojawią się jakieś dolegliwości ze strony układu moczowego, takie jak np. problemy z oddawaniem moczu, które same w sobie mogą być efektem łagodnego rozrostu prostaty, a nie raka. Jednak jedno drugiego nie wyklucza, więc dobrze wykorzystać wizytę u urologa, żeby się przebadać.

Jak często należy powtarzać badania? To zależy od wyniku. Jeżeli jest rewelacyjny, to można kontrolować stan prostaty raz na pięć lat, ale generalnie warto badać poziom PSA częściej, na przykład przy okazji innych badań kontrolnych albo okresowych. Norma różni się w zależności od wieku, ale ogólnie mówi się, że wynik powyżej 4 nanogramów na mililitr jest patologiczny i wymaga, żeby zająć się problemem.

A co powinno być sygnałem alarmowym? Rak prostaty nie daje spektakularnych objawów, w przypadku 90 proc. diagnoz pacjenci czuli się doskonale... Jeżeli ktoś ma objawy, to może mówić o szczęściu, bo choroba nie rozwija się w sposób ukryty. Do lekarza powinny zawsze skierować nas ostre objawy urologiczne, ślady krwi w moczu lub nasieniu, które mogą świadczyć też o raku pęcherza. Badanie PSA i wizyta u urologa pozwalają wykryć chorobę na wiele lat przed objawami. Dobrze zdiagnozowany rak prostaty ma wysoką wyleczalność, nawet jeśli jest to postać agresywna.

Na czym polegają obecne metody leczenia raka prostaty? Obowiązują dwie główne metody: leczenie operacyjne i radioterapia. Jako urolog wolę wypowiadać się na temat metod operacyjnych. Operacyjne usunięcie nowotworu polega na usunięciu całej prostaty wraz z nowotworem. Przy okazji usuwa się również pęcherzyki nasienne, a niekiedy także węzły chłonne odpowiedzialne za prostatę. To zależy od stopnia agresywności nowotworu. Prostatektomia otwarta, czyli operacja skalpelem, jest znana od ponad 100 lat. Metoda została oczywiście przez lata ulepszona, ale idea pozostała bez zmian. Jej rozwinięciem jest laparoskopia, stosowana od około 30 lat. To technika mniej inwazyjna, ale trudna. Opiera się na zastosowaniu prostych zminiaturyzowanych narzędzi na długich wysięgnikach. Najnowszą metodą, która święci triumfy od kilkunastu lat, jest metoda robotyczna da Vinci. To doskonałe narzędzie, które pozwala na przeprowadzenie operacji pod powiększeniem dziesięcio- czy dwudziestokrotnym, gdy usuwa się chorą tkankę, a zostawia tę pożądaną, odpowiedzialną za trzymanie moczu i erekcję. Jednak trzeba podkreślić, a dowodzą tego wyniki badań, że to nie robot gwarantuje sukces, tylko doświadczony operator, czyli taki, który przeprowadził ponad 500 operacji. Tak zwana krzywa uczenia jest bardzo długa i te 500 operacji oznacza wiele lat nauki pod opieką mentora, który wprowadza w tajniki metody.

Jak przebiega rehabilitacja? W przypadku zastosowania metody da Vinci pacjent wychodzi ze szpitala po trzech, czterech dniach po operacji i może już normalnie funkcjonować: prowadzić samochód, chodzić, prowadzić aktywność fizyczną. Zalecamy jednak sześć tygodni „oszczędzania się”, co oznacza m.in. powstrzymanie się od jazdy na rowerze, na nartach, gry w tenisa, chodzenia do sauny czy dźwigania ciężarów przekraczających 10 kg. Prawidłowe leczenie pozwala w większości przypadków przeżyć kilkanaście czy kilkadziesiąt lat od diagnozy, czyli tyle, ile wynosi oczekiwana długość życia, tak jak gdyby raka nie było.

Jak wykryć nowotwór prostaty?

  • Badanie PSA (ang. prostate specific antigen): proste badanie polegające na pobraniu krwi i oznaczeniu w nim stężenia PSA.
  • Badanie per rectum: jest wykonywane na leżąco przez odbyt, lekarz delikatnie bada palcem okolicę, w której znajduje się prostata.
  • Rezonans magnetyczny: urządzenie przypomina wyglądem tomograf komputerowy. Pacjent leży na ruchomym stoliku, który wjeżdża i wyjeżdza z „tuby” rezonansu. Badanie trwa ok. 40 minut, w jego trakcie podawany jest kontrast przez dostęp do żyły.
Dr Paweł Salwa ekspert urologii robotycznej, ordynator Kliniki Urologii w Medicover Warszawa. 

  1. Psychologia

Dlaczego mężczyźni nie chcą rozmawiać? O wzajemnym wspieraniu w związku

Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy wiem, czego on potrzebuje, i czy on wie, czego ja pragnę? – Żeby to wiedzieć, trzeba się dobrze poznać. A żeby się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. Kobiety to robią. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie uczestniczą w dogadywaniu się. Wobec tego skąd mamy wiedzieć, czego im potrzeba? – mówi psychoterapeutka Ewa Woydyłło.

Wzajemne wspieranie się to ważne zadanie dla związku? Absolutnie, jedno z najważniejszych. Po to w ogóle tworzymy więź, żeby się nie rozsypywać przy trudnościach, bo te wcześniej czy później się pojawią. Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. Oczywiście, mamy także do spełnienia cel ewolucyjny, czyli wychowywanie dzieci, ale ludzie, którzy nie mają zamiaru mieć dzieci, też zawierają związki. To świadczy o tym, że relacja, wspieranie się są nam bardzo potrzebne. 

Dajemy jednak na ogół nie to, czego oczekuje partner. I dostajemy nie to, co chcielibyśmy dostać. Z czego to wynika? A kto od kogo dostaje więcej? Mężczyźni od kobiet czy kobiety od mężczyzn? Kto okazuje wsparcie bardziej adekwatnie, czyli daje naprawdę to, czego potrzebujemy? 

Kobiety. Ale czasami dają za dużo albo to, co same chciałyby dostać. No właśnie. Tu dochodzimy do ważnego wniosku: rozumiemy drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń. Jakbym zobaczyła panią w mroźny dzień w bluzce z krótkim rękawkiem, tobym powiedziała: „Hej, proszę wziąć szal”. Mogłaby pani odpowiedzieć: „Ale mnie nie jest zimno!”. Uznałabym jednak, że ten szal się pani przyda. Jak ubieramy małe dziecko, to wychodzimy na dwór, sprawdzamy, czy nam zimno, czy ciepło. Czyli mierzymy innych swoją miarą. Wiemy, co nas męczy, czego nam brakuje, i na tej podstawie okazujemy innym wsparcie.

Na przykład kobieta chce czułości, więc ją okazuje. Albo chce rozmawiać. Nasza potrzeba biegnie często w taką stronę, że prosimy o rozmowę bądź same ją inicjujemy. I bardzo często słyszymy: „No dobrze, kończ, o co ci chodzi”. Ale nadal uważamy, że rozmowa jest bardzo potrzebna, bo my jej potrzebujemy.

Robimy błąd, dając takie wsparcie, jakiego potrzebujemy? Czy to błąd? Wyobraźmy sobie taką sytuację: Mężczyzna przychodzi do domu, kładzie pieniądze na stole, po czym zamyka się w pokoju. No, przecież daje mi materialne wsparcie, które uważam za ważne. Czy to błąd, że to mi nie wystarcza? 

On może myśleć, że wystarcza. Wymyślono bardzo dobry sposób, żeby się porozumiewać – język. Jeżeli ktoś mówi po angielsku, a ja po niemiecku, to my się nie zrozumiemy. On nie wie, co do niego mówię, a ja nie wiem, co on mówi. A czasem ludzie znają język, ale jedna strona mówi, a druga puszcza jej słowa mimo uszu. Żeby ludzie się porozumieli, po pierwsze, muszą mówić tym samym językiem, a po drugie, komunikacja musi być obustronna, to podstawa.

Ale większość mężczyzn, bo rzecz jasna nie wszyscy, nie komunikuje swoich potrzeb. Skąd kobieta ma wiedzieć, jakiego wsparcia pragnie mężczyzna? Rozumiem, że przechodząc obok jakiegoś pana na ulicy, nie wiem, czego on potrzebuje. Ale jeżeli umawiam się z kimś na wspólną wycieczkę, to muszę wiedzieć, czy lubi morze, góry, narty, czy rower. Tym bardziej powinnam to – i dużo więcej – wiedzieć, kiedy umawiam się z mężczyzną na życie. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Chyba że przyjmuję rolę wyuczoną od swojej matki, babki, że z mężczyzną się nie rozmawia, tylko się go obsługuje. Bo jak mamy obok kobietę, to ona mówi jasno: „Wyłącz radio, chodź, pogadamy”, albo: „Ja robię naleśniki, ty zmywasz”. Kobiety się dogadują. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie partycypują w dogadywaniu się. Wobec tego kobiety dają im nie to, czego oni potrzebują. Bo skąd mają to wiedzieć? 

Myślę, że kobiety jednak wiedzą sporo na temat mężczyzn. Chodzą na warsztaty, czytają książki psychologiczne. Żartuje pani. Czy pani czyta książki, żeby dowiedzieć się czegoś o swoim mężu? Książki traktują o jakimś mężczyźnie, a pani ma innego. Aż tak nie jest, że wszystkie kobiety są jednakowe i wszyscy mężczyźni też. To mit. 

Ale dzięki temu, że czytam, to z grubsza wiem, jak on zareaguje. Gdy na przykład ma problem, to o nim nie opowiada, nie żali się, tylko zaczyna działać: dzwoni, naprawia. Muszę go dopytywać, co się stało, bo sam z siebie nie powie. To prawda, mężczyzna nie zawiadamia o swoich potrzebach, a kobieta owszem. I tym się różnimy. Kobieta dużo więcej mówi, ma lepiej niż mężczyzna rozwiniętą prawą półkulę odpowiedzialną za emocje. Tylko do końca nie wiadomo, czy dlatego ma lepiej rozwiniętą, że od małego posługiwała się mową, bo tego była uczona, czy tak jest wyposażona biologicznie. 

Może biologia bardziej pomaga kobietom niż mężczyznom, bo my mamy więcej hormonów więzi – oksytocyny, serotoniny. Panowie są pod tym względem pokrzywdzeni. Jak człowieka uwiera kamyk w bucie, to się zatrzymuje, wytrząsa go, a gdy dalej boli go stopa, to idzie do lekarza. Tak więc gdy czujemy jakiś brak albo gdy coś nam przeszkadza, to sprawdzamy, co nam jest, i o tym zawiadamiamy. Natomiast mężczyzna, jeżeli odczuwa jakiś brak, idzie do innej pani. Uczciwiej byłoby powiedzieć: „Porozmawiaj ze mną o tym, co przeżywam, bo jak nie, to pójdę do innej pani”. 

Kobieta chętnie podjęłaby taką rozmowę, ale na ogół nie ma na nią szans. Dlatego pytanie, kto o kogo bardziej dba, jest retoryczne. Bo wiadomo. Dba lepiej ten, kto wie, czego druga strona potrzebuje. Jak nie wie, to nawet gdy chce dbać, to często robi odwrotnie. Dobrze ilustruje to taka historia: Mężczyzna wraca do domu po kilku tygodniach, wsiada na lotnisku do taksówki i myśli: „Jak tylko wejdę do domu, to porwę żonę w objęcia, pójdziemy do sypialni i będziemy się kochać”. Żona cieszy się na powrót męża, robi porządki, gotuje obiad, ubiera się odświętnie i myśli: „Tyle mam mu do opowiedzenia: Jaś wygrał zawody, Kasia dostała szóstkę, pies zachorował”. Zupełnie inne potrzeby! Tak inne, że jeżeli wcześniej nie zawiadomimy o nich drugiej strony, to spotka nas totalne rozczarowanie.

Tylko różnica polega na tym, że my, kobiety, edukując się na temat relacji, rozumiemy, dlaczego oni tak się zachowują, a oni w ogóle w to nie wnikają. Oni nie dają nam wsparcia, a nasze nie jest skuteczne. Oni dostają od nas tyle, ile trzeba. To nie jest tak, że jak damy im jeszcze więcej, to związek będzie szczęśliwy. Kobiety mają koleżanki, przyjaciółki, siostry, a oni jakoś tych tabunów kolegów nie mają. Czyli im nie chodzi o wsparcie. 

To o co im chodzi? Dla mężczyzny najważniejsze są dwie rzeczy: pierwsza to praca. Na pytanie: „Kim jesteś?”, kobieta odpowiada: „Matką, córką, żoną...”, a na końcu, że fryzjerką, lekarką. Chyba że to jej pasja, wtedy powie na początku. Natomiast mężczyzna odpowie: „Jestem inżynierem, hydraulikiem, profesorem”. On musi być kimś, definiuje się przez pracę. I druga najważniejsza dla mężczyzn sprawa to seks. Chętnie się do tego przyznają. W przeciwieństwie do kobiet, które nawet jak seks lubią, to wymienią go na szarym końcu. 

Panom nie zależy na tym, żeby wiedzieć, jakiego wsparcia potrzebujemy? Niby po co mają wiedzieć? Żeby co? Żebyśmy były bardziej zadowolone?! Co im z tego, kiedy oni nie są zadowoleni? Okazywanie troski, wsparcia wiąże się z tym, że chcemy, żeby związek trwał, a ja znam statystykę, z której wynika, że dużo mniej mężczyzn niż kobiet chce, żeby związek trwał, rozwody wciąż w większości inicjują mężczyźni.

Ale to się zmienia i coraz więcej kobiet odchodzi. To prawda. Bo one wreszcie dochodzą do wniosku, że jak nie dostają od niego wsparcia, to bycie razem nie ma sensu. Coraz więcej kobiet to singielki. Podobnie jak coraz więcej mężczyzn to single. Kiedy potrzebują wsparcia, dzwonią do przyjaciół. 

O wsparcie trzeba prosić? Trzeba zakomunikować, czego mi trzeba. Obawiam się jednak, że nawet gdy mężczyzna powie, czego mu potrzeba, to tego nie da mu stara żona. Znam takie przykłady: pobrali się jako 20-latkowie, on robił karierę naukową, ona w tym czasie wychowywała dzieci, przepisywała mu po nocach teksty, przepytywała przed egzaminami, zajmowała się jego ukochanymi psami, budowała dom. On osiągnął sukces, uznanie, a jego karmicielka i opiekunka zwiotczała, posiwiała. Więc on rozgląda się za inną. To nagminne, w mojej praktyce mam mnóstwo takich przykładów. 

Czyli niewiele się zmieniło? W tej dziedzinie niewiele. Mężczyźni nadal realizują swoje fantazje, często na barkach kobiet. Mamy stulecie praw kobiet, wywalczyły je nasze przodkinie, Piłsudski dał im prawo wyborcze, to był piękny moment w dziejach Polski. Ale właściwie od tego czasu nic się nie zmieniło. Wszystko trzeba wydrapać, wywalczyć: stanowiska, pozycje, równe płace, respekt, szacunek. Nadal, gdy zapyta się dziecko, kim są jego rodzice, słychać odpowiedzi: „Tatuś jest nauczycielem WF-u, buduje domy, a mamusia nie pracuje, tylko siedzi w domu, mam dwie siostry i brata bliźniaka”. No więc jeżeli nadal uważa się, że jeżeli kobieta niechodząca do pracy nie pracuje, to jest w tym coś poniżającego.

Pewien psycholog uważa, że depresje dzieci biorą się stąd, że matki gremialnie poszły do pracy, zamiast się nimi zajmować. Bardzo to oburzające, że kobiety stają się kozłami ofiarnymi. Jak jest jakieś niepokojące zjawisko społeczne, na przykład narkomania, to kto jest winien? Matki. No więc jeżeli matka idzie do pracy, to gdzie jest ojciec? Dlaczego nie udziela jej wsparcia takiego, jakiego ona mu udziela? A z tą epidemią depresji u dzieci to przesada, koncerny farmakologiczne zarabiają na tym biliony. Napisałam na ten temat książkę „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”. Za depresję dzieci odpowiada w dużym stopniu opresyjna szkoła. A czy zastanawiamy się, dlaczego depresja dotyka młode matki? Otóż dlatego, że są nieludzko zmęczone fizycznie, bo ciąża, bezsenność, poród, który bywa katorgą. A wtedy słyszą – to znów przykład z mojego gabinetu – że na czas jej „niesprawności” on musi zorganizować sobie inną kobietę do seksu. Tak poradził mu terapeuta, mężczyzna. Mężczyźni od wieków mieli garsoniery, jak widać nic tu się nie zmieniło. Jeżeli naprawdę potrzebujemy wzajemnego wsparcia, to musimy dobrze się poznać. A kiedy się dobrze poznamy? Gdy będziemy ze sobą rozmawiać. Ale nie mam złudzeń. Mężczyźni nadal mają z tym problem. Na uniwersytetach trzeciego wieku na sto osób 95 to kobiety. Co oni wtedy robią? Przecież wszyscy nie umarli. Kobiety lubią być z ludźmi, rozmawiać, niekoniecznie, jak się upiją.

Jest pani bezlitosna dla mężczyzn. Promuję książkę „Własny pokój” Virginii Woolf. Własny pokój jest, oczywiście, symbolem niezależności kobiecej. Okazuje się, że większość artystek swój pierwszy własny pokój miała wtedy, gdy sama sobie go wywalczyła: wzięła kredyt, kupiła mieszkanie, wybudowała dom. Pokoje mają dzieci, mąż, teściowa, a ona co najwyżej pod schodami ma biureczko.

Ale dzięki niej rodzina trzyma się razem. Są jednak społeczeństwa, gdzie kobieta za to scalanie rodziny nie płaci takiej ceny, gdzie mężczyzna i cały system naprawdę ją wspierają. 

W Polsce też już coś się zmienia. Młodzi ojcowie potrafią świetnie zająć się dzieckiem, a ich partnerki w tym czasie idą na jogę. Ale pojawia się też inne nowe zjawisko: kobiety, które nie otrzymują wsparcia, szukają bardziej satysfakcjonujących związków. 

Nie ma ratunku dla związków? Kiedyś, gdy ludzie się pobierali, to przyrzekali sobie wierność do grobowej deski. Tylko że sto lat temu średnia wieku wynosiła 35 lat. A dzisiaj kobiety żyją średnio 87 lat, a mężczyźni 79. Teraz dla młodych ta grobowa deska jest poza zasięgiem wyobraźni. Nie ma żadnego przepisu, jak żyjąc razem, zawsze iść w tę samą stronę. 

Może tym spoiwem są dzieci? Są, ale wychowuje się je mniej więcej do czterdziestki. Kiedyś kobieta w tym wieku by zginęła bez mężczyzny. Bo kto by ją utrzymywał? A mężczyzna by zginął bez kobiety – bo kto by mu gotował i prał? Teraz ona jest niezależna finansowo, a on idzie do restauracji, oddaje rzeczy do pralni. Zorganizowaliśmy sobie świat, w którym tylko dla więzi warto być razem. Ale największe wsparcie kobiety nadal dostają nie od mężczyzn, tylko od innych kobiet. Kiedyś rozmawiały przy darciu pierza, na polu. Takiej roli mąż nigdy nie spełniał. Bo – powtórzę – żeby dawać adekwatne do potrzeb wsparcie, trzeba dobrze się poznać, a żeby dobrze się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. I drugi wniosek: człowiek oczekuje od partnera nie tylko wsparcia. Wsparcie można kupić u psychoterapeuty, pół Ameryki sięga po profesjonalną pomoc. Partner jest nam potrzebny dla więzi, intymności, wychowywania dzieci. Ale i tak dobre życie każdy powinien zapewnić sobie sam.

  1. Psychologia

Kobiece i męskie - skąd się biorą stereotypy płci?

- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co jest kobiece, a co męskie? A po co się nad tym zastanawiać, skoro mamy równość? Wszystko jest uniseks. A jeśli nie wszystko? I czy chcemy, żeby tak było? O tym, czy jesteśmy wolni od stereotypów i czym są antystereotypy – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Artykuł archiwalny. 

W książce „Królewicz Śnieżek. Baśniowe stereotypy płci” (Agnieszka Suchowierska, Wojciech Eichelberger, wyd. Czarna Owca) pozamieniane są płcie bohaterów. Czy stare baśnie i bajki nam się nie podobają? Ja chciałabym sobie pobyć królewną, odsapnąć od tej cudnej równości! Ale wy, proszę bardzo, psujecie bajki. Nic nie psujemy, zainteresowało nas tylko pytanie, czy baśnie przekazują stereotypy płci, czy są nośnikiem tego, co archetypowe. Hipoteza była oczywiście taka, że lansują patriarchalne stereotypy. Ale nie byliśmy tego pewni, dlatego Agnieszka w większości bajek na opak bawi się, tworząc język, w którym wszystkie rzeczowniki są rodzaju żeńskiego. Ale tak opisany świat wydaje się absurdalny – przegięty w drugą stronę. Szukajmy więc równowagi. Jeśli jednak jest więcej takich kobiet jak ty, które tęsknią za baśniowymi prototypami, to może bajki nie były narzędziem indoktrynacji. Przypuszczam jednak, że twoja reakcja spowodowana jest tym, że pod płaszczykiem wolności i dostępu do kariery liberalny patriarchat zaprzągł kobiety do pracy ponad siły, wpuścił w kredytowo-konsumpcyjny kołowrotek.

Królewna nie musiała zakładać firmy, płacić ZUS-u. Ale nie wiem, czy dobrze czułabyś się jako królewna? W bajkach kobiety są nijakie i naiwne albo zawistne i mściwe. Natomiast mężczyźni to silni, mądrzy, szlachetni przywódcy. No w najgorszym razie – czarnoksiężnicy. Wygląda więc na to, że baśnie jednak nie lansują archetypów, lecz stereotypy. Księżniczka to jeden z nich. Spójrz na reklamy. Tam przygłupia kobieta potrzebuje pomocy mądrego doradcy. Ten stereotyp nadal żyje – po części za sprawą bajek – ale myślę, że udało się nam go częściowo skompromitować.

Mam wrażenie, że wszyscy to robimy, zamieniając się rolami. I mamy: silne kobiety, ale samotne i sfrustrowane. I wrażliwych mężczyzn, ale z pretensjami do tych kobiet, że są kastrowani. I jak tu żyć razem długo i szczęśliwie? Może tak się dzieje, bo nadal tkwimy w stereotypach? Mówimy: „Ona wchodzi w rolę męską, on w kobiecą”. Gdybyśmy byli wolni od stereotypów, tak byśmy nie mówili. Nawet gdy on nie ma pracy, czy jest leniuchem, a ona programistką i go utrzymuje, to i tak nie zamienili się rolami. Bycie bez pracy czy lenistwo nie jest przypisane do jednej płci.

Odwrócenie ról to nie droga do szczęścia, bo trzeba przestać myśleć w kategoriach płci i reagować adekwatnie do okoliczności. Jeśli kobieta pracuje na utrzymanie domu czy dowodzi armią, ale ma przekonanie, że występuje przeciwko świętej regule kobiecości, to na pewno cierpi. Nie cierpiałaby, gdyby czuła, że jest wolnym człowiekiem, który decyduje o sobie. Oczywiście, kobieta może dojść do wniosku, że dowodzenie nie jest tym, co chce robić. Ale jeśli wycofuje się tylko dlatego, że uważa to za sprzeczne ze społecznie zdefiniowaną płcią, to sama siebie dyskryminuje.

Jednak nawet w bajkach na opak widać różnice między nami. Jedna nosi tytuł: „Dziewczynka z zapałkami i chłopiec z petardami”, bo jak pisze autorka, do chłopca zapałczany smutek nie pasuje. Chłopiec, gdy jest mu źle, łobuzuje. To też stereotyp. Możemy spotkać chłopca z zapałkami, który umrze z głodu i zimna bez słowa skargi czy próby buntu. Możemy spotkać też dziewczynkę, która – jak na ilustracji Lidii Dańko – podpali spodnie facetowi, który, nie zważając na jej prośby, minie ją obojętnie. Choć prawdą jest, że statystyczny chłopiec częściej złość, strach, odrzucenie odreaguje petardami. Jednak naszym zachowaniem w coraz mniejszym stopniu sterują stereotypy, a coraz bardziej osobowość. Ale tu się sprawa komplikuje: bo osobowość kształtuje się w ogniu wpływów rodziców, wychowania  i kultury, a one są przesiąknięte stereotypami płci.

Gdy jednak sięgniemy poza odziedziczony stereotyp, do najgłębszych pragnień i kobiet, i mężczyzn, to okazuje się, że różnice znikają. Im dłużej pracuję z ludźmi, tym wyraźniej widzę, że na poziomie podstawowym, egzystencjalnym między kobietami a mężczyznami nie ma żadnej różnicy.

Mamy trochę inne ciała, więc też inne możliwości, i przyzwyczailiśmy się adekwatnie do nich dzielić obowiązkami, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia. W istocie obie strony potrzebują tego samego: wolności, autonomii, miłości, samorealizacji, szczęścia. Nie ma osobnej dla mężczyzn i osobnej dla kobiet drogi do ich zaspokojenia. Wszystkie przepisy na to, co jest właściwe (oprócz ciąży, porodu, karmienia piersią), są przejawem kulturowego stereotypu zależnego od świadomości społeczności, polityki i ekonomii. Dlatego trzeba konfrontować obowiązujące stereotypy z tym, co w nas archetypowe, podstawowe i ponad podziałami.

A może bajki to dowód, że się różnimy, tylko strach o tym mówić, bo to grozi dyskryminacją? Weźmy Kopciuszka. Bohaterka to kobieta, która haruje w poczuciu upokorzenia w jakiejś komórce i marzy, żeby znaleźć się na balu. Ale przecież wielu mężczyzn też jest Kopciuszkami, też marzy o jakimś „balu”. W dodatku dzielenie ludzi na upokorzonych, aspirujących Kopciuszków i na książąt, od których szczęście Kopciuszków zależy, też tworzy stereotyp i pozór. Bo na podstawowym poziomie każdy z nas jest jednym i drugim. Każdy ma jakąś swoją udrękę i jakiś bal. Tylko – w zależności od charakteru, a nie od płci – na różne sposoby sobie z tym radzimy. Jedni zaciskają zęby i walczą, żeby kupić sobie bilet na wymarzony bal. A inni myślą, żeby ich ktoś tam zabrał, jakaś wróżka, książę albo księżna. Niektórzy, gdy się tam dostaną, czują się na jasnych salonach głupio, nie u siebie. Są też tacy, którzy nie dają rady i żyją w poczuciu krzywdy. Inni znowu dochodzą do wniosku, że to OK być Kopciuszkiem i w tym odnajdują szczęście.

Skoro tego samego pragniemy, to dlaczego się nie dogadujemy? Bo nam się mylą stereotypy z tym, co podstawowe, egzystencjalne, wspólne. To są kulturowe filtry, przez które patrzymy na siebie. I to one są przyczyną niesprawiedliwości i nieporozumień. „Bo kobieta nie powinna być władcza”, „bo mężczyzna powinien być silny”. I już po porozumieniu, bo kobieta też potrzebuje być silna, a mężczyzna słaby. „Zawsze... nie wolno inaczej” – to stereotypowe myślenie.

Żeby się dogadać, iść razem na bal i dobrze bawić, trzeba dostrzec, że jesteśmy tacy sami, tego samego pragniemy, takie same pytania stawiamy. Trzeba odrzucić sztance naszego rozwoju i stawać się w pełni sobą. Nie rezygnujmy z siły dlatego, że jesteśmy kobietami, i nie rezygnujmy z empatii dlatego, że jesteśmy mężczyznami.

O uzupełnieniu siebie mówi „Książę na ziarnku prochu”. Księżniczka wybiera na męża supermacho. Ale ten po nocy spędzonej na płatku róży staje się poetą. Ofiarowuje księżniczce wiersz i wyznaje miłość. Ale ona go nie odrzuca!? Czy to możliwe, że kobieta, która chciała samca alfa, zaakceptuje w mężczyźnie wrażliwość i słabość? Właśnie o tym mówi nowa wersja bajki, o możliwościach wyrwania się z kleszczy stereotypów zarówno kobiecych, jak i męskich. Wybranek królewny był mężczyzną świadomym tego, że kobiety cenią siłę, waleczność, odwagę, odporność na ból i zdolności seksualno-rozrodcze. Rozwinął więc w sobie te cechy aż do absurdu: „Będę taki, bo to najlepszy przepis na to, żeby podobać się najlepszym kobietom”. Chodził więc na siłownię, ćwiczył, wojował, obojętniał na ból, a przy okazji na wszystko. Być może już wcześniej poczuł, że ten mięśniak w lustrze to nie on, ale wolał o tym zapomnieć. Jednak po nocy spędzonej na płatku róży nastąpiła chwila prawdy. Supermacho odkrywa, że ma wrażliwe serce. Gdy odczytał księżniczce swój niezdarny, lecz szczery poemat, wzruszona władczyni uwalnia się od własnego – zapewne pseudofeministycznego – stereotypu zimnej suki. Oboje więc wyszli ze stereotypowych ról. I to jest wielki krok w ich rozwoju i poszukiwaniu szczęścia.

On stał się naszym ideałem: mężczyzną silnym i wrażliwym. Mężczyzną z łamiącej stereotypy reklamy, który do wielkiej, umięśnionej klaty tuli niemowlę. Morał z bajeczki o „Księciu na ziarnku prochu” jest taki, że dopiero gdy mężczyzna zapomni o przechowywanym także w umysłach kobiet ideale męskości i stanie się prawdziwym człowiekiem, to wtedy kobieta w pełni otworzy na niego swoje wytęsknione serce. Zasada ta działa też w odwrotnej konfiguracji.

Płatek róży, który zakłócił męski sen księcia i wywołał tę przemianę, podłożył król, ojciec księżniczki. Najwyraźniej zorientował się, że jego córka brnie w ślepą uliczkę, reagując wyłącznie na wymiary, rozmiary i twardość wybranka. Podejrzewał, że ta zbroja mięśni chroni jakieś wrażliwe, współczujące serce, i postanowił to sprawdzić, a właściwie dać temu szansę. Pewnie sam był za młodu macho okrutnikiem i uczestniczył w castingu na zięcia. Zrozumiał też, jak bardzo skrzywdził własną córkę, nie pokazując jej swojej wrażliwej strony.

Dziś bywa odwrotnie, nie serca brakuje mężczyznom. Sam w tej książce przyznajesz, że jako chłopiec przegrywałeś w rywalizacji o dziewczyny z innymi chłopakami, bo choć byłeś silny i sprawny, to wychowany przez matkę, za mało przebojowy. Dziewczyny wolały zuchwałych łobuzów... I co? Musiałem w sobie rozwinąć macho, wojownika, czyli zrobić coś odwrotnego niż książę. Ale to nie był gwałt na sobie. Dzięki temu poczułem się bardziej kompletny, bo po drodze udało mi się zachować również wrażliwość i inteligencję. Nasze ludzkie poszukiwania prawdziwego siebie nie mogą polegać tylko na kultywowaniu tego, co nam łatwo przychodzi – np. jakiegoś talentu – lecz przede wszystkim na przekraczaniu naszych słabości i ograniczeń.

A co dzisiejsza kobieta może zrobić, żeby rozwinąć się w pełni? Bohaterka tej nowej bajki ma coś, czego nie mają stereotypowe księżniczki z tradycyjnych bajek: naturalną, zuchwałą seksualność, siłę i władzę. Pewnie postanowiła kiedyś, że nie będzie taką nijaką i bezpłciową osobą jak tamte księżniczki. Nie zauważyła, że antystereotyp też jest stereotypem, który ją ogranicza, i zgubiła po drodze swoją wrażliwość. Ten sam błąd popełniają współczesne kobiety. Odnajdują w sobie dawno zapomniane siłę, autonomię, twardość i nieposkromioną seksualność. To dobrze. Problem w tym, że zapominają o całej reszcie. Słuszna i sprawiedliwa emancypacja kobiet sprawia, że kobiety zyskują siłę, ale tracą wrażliwość serc – a młodzi mężczyźni wprawdzie odzyskują wrażliwe serca, ale tracą tzw. jaja. Młodszy o pokolenie znajomy zwierzył mi się kiedyś: „Moja partnerka oszalała. Gdy jedziemy na rowerach, to się ze mną ściga, gdy idziemy do łóżka, to się ze mną ściga, a gdy kupuje samochód, to nie ten, który jej się podoba, tylko lepszy od mojego”. I tak jest dziś w wielu związkach, i tak byłoby w związku księżniczki, gdyby król nie podłożył płatka róży.

A jeśli nie ma króla, nie ma róży, nie ma księcia, który przeczyta wiersz, to co może zrobić królewna suka? Jak samej sobie pomóc osiągnąć pełnię człowieczeństwa, odnaleźć serce? Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym. Kobieta nosi w sobie mężczyznę, a mężczyzna kobietę. Jeśli uwolnieni od stereotypów płci będziemy rozwijać cały swój ludzki potencjał, to nie będzie się o co kłócić ani rywalizować. Wszyscy – bez względu na płeć – mamy te same podstawowe potrzeby, aspiracje, lęki. Wszyscy – bez względu na płeć – wybieramy różne sposoby na poszukiwanie swojego szczęścia. Wszelkie formy ideologizowania płci: feminizm i maskulinizm, matriarchat i patriarchat, nas ograniczają i niepotrzebnie antagonizują. W swej istocie są antyludzkie.

Skąd mamy wiedzieć, czy coś wynika z archetypu, czy stereotypu? Pytanie za milion dolarów! Możemy się tylko domyślać i sprawdzać na sobie. Aby mieć pewność, musielibyśmy całkowicie utracić społeczną i indywidualną pamięć i zobaczyć, czego wtedy chcemy. I większość tych, którzy ją utracili, zmienia całkowicie swoje życie. To znaczy, że ich wartości i wybory rozmijały się z tym, co było ich indywidualną drogą do szczęścia. Ale to nie znaczy, że autonomia, wolność, miłość, szczęście i nieustraszoność przestały być najważniejszymi potrzebami. Ci ludzie przed utratą pamięci chcieli tego samego, tylko szli narzuconą im przez kulturę i wychowanie ścieżką. To, czego najbardziej potrzebujemy, jest ludzkie – ani kobiece, ani męskie. Ale prowadzą do tego miliardy dróg. Tyle dróg, ilu ludzi.

  1. Psychologia

Czy dzisiejsi mężczyźni są niedojrzali?

Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść – mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść - mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Obecnie powszechnie mówi się o kryzysie męskości. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie podobnej dyskusji o „kryzysie kobiecości”… i żeby to mężczyźni skarżyli się, jakie to my, kobiety, jesteśmy beznadziejne. Każda płeć ma o drugiej jakąś część myśli krytycznych i jeśli to nie przekracza pewnej granicy, nie jest to nic strasznego. Są jednak mężczyźni, którzy naprawdę nienawidzą kobiet, tak samo jak są kobiety, które naprawdę nienawidzą mężczyzn. Czasem ta nienawiść bywa obsesyjna i szalona. Czemu tak się dzieje? To już złożona kwestia kliniczna, ale kobiety i mężczyźni nienawidzący drugiej płci potrafią być bardzo destrukcyjni. Natomiast co do kryzysu męskości, można spróbować umiejscowić jego początek, cofając się w czasie do Wielkiego Kryzysu, drugiej wojny światowej i do jej finału. Wielki Kryzys to był moment, kiedy mężczyźni z dnia na dzień musieli skonfrontować się z tym, że nie będą w stanie utrzymać swoich rodzin. Pierwszą masową reakcją na to doświadczenie była fascynacja totalitaryzmem. Wielu mężczyzn zapragnęło dokonać nadludzkich czynów i wywołali wojnę, w wyniku której zostało wiele rodzin, gdzie to kobieta była jedynym wychowawcą i głową rodziny.

Dzieci wojny wychowywały się bez ojców. To tak zwane rodziny matryfokalne. W latach 50. i 60., gdy chłopcy wychowani w tych rodzinach stali się mężczyznami, byli już inni niż mężczyźni z lat 20. – prezentowali postawę pokojową, bardziej otwartą, tolerującą odmienności. Z drugiej strony poszukiwali różnych doznań seksualnych, słabo tolerowali monogamię. To są mężczyźni, którzy dorastali bez aktywnego udziału ojca jako męskiego przewodnika, co skutkuje – według rozmaitych badań – wyborem jednej z dwóch dróg: albo reprodukuje się najbardziej prymitywne wzorce, tworząc stereotypową agresywną męskość, albo idzie się drugą drogą – negując typowo męskie cechy charakteru, jak rywalizację, agresywność, aktywność, obronę swojego terytorium czy własności. Więc albo skinhead albo hipis. W tym samym czasie wydarzyło się coś jeszcze – doświadczenie drugiej wojny światowej pokazało, że stereotypowo męska, heroiczna i narodowa ideologia posunięta do skrajności może prowadzić do masowych zbrodni. Holocaust stał się wyrazistym znakiem ostrzegawczym z napisem „nie idź w tę stronę, tam się czai diabeł”. Wcześniej, przed drugą wojną światową, organizowano publiczne defilady wojskowe i ludność cieszyła się tym w sposób zupełnie bezwstydny. Dziś już wiemy, co jest na końcu takiej drogi, i obserwujemy podobne zgromadzenia z mieszanymi uczuciami.

Mężczyźni przestraszyli się własnej agresywności? To, co najbardziej stereotypowo łączy się z męskością, np. wojowniczość, ma już w tej chwili inny wymiar etyczny niż dawniej. Przed pierwszą wojną światową kobiety z ruchu kobiecego, np. w Anglii, mężczyznom, którzy nie poszli na wojnę, przypinały białe piórko – miało ich zawstydzać: „nie idziesz na wojnę, znaczy jesteś tchórzem”. Po Holocauście nastąpiła kolosalna zmiana – i niewyobrażalna jest teraz sytuacja, żeby feministki chodziły z białymi piórkami i zawstydzały mężczyzn, którzy nie chcą iść na wojnę. Dlaczego? Bo po Holocauście inaczej już postrzegana jest agresywność mężczyzn. Współcześnie mężczyzna nie pozwala sobie na nią, bo przeciętny, ale świadomy Europejczyk wie, że bycie agresywnym to zawód (jest armia zawodowa), a nie atrybut męskości. To powoduje, że wartości pojmowane wcześniej jako typowo męskie znajdują się na indeksie zakazanych.

Ale kobiety nie mają żalu do mężczyzn, że ci nie idą na wojnę, raczej o to, że i tak nie ma ich w domu. Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. Pierwsze dwie są absolutnie prawdziwe, zawsze takie były i takie zostaną. Trzecie przekonanie jest jednak fałszywe. Mężczyźni wyśmiewani publicznie za chodzenie w podkoszulku i klapkach Kubota czują to samo, co by czuły kobiety czytające szyderstwa z nieatrakcyjnych kobiet. Hejt boli wszystkich tak samo. Ale mężczyźni się do tego nie przyznają.

Kobiety też się zmieniły – nasz obraz społeczny jest zupełnie inny niż naszych babek czy matek. Przejęłyśmy część męskich zachowań, często: bo musiałyśmy, czasem: bo chcemy. Zmiany odnoszą się do obu płci, bo dotyczą też całego świata. Ostatnio wydarzyło się kilka rzeczy, które muszą zmienić naszą świadomość. Choćby to, że mamy broń masowego rażenia, która potrafi zniszczyć cały świat. Nie możemy doprowadzić konfliktu poza pewną granicę, bo zginie każdy bez wyjątku. Taka świadomość zmienia wszystko. W obrazie własnej osoby u kobiet też zaszła ważna zmiana choćby dlatego, że technologia umożliwiła rozdzielenie seksualności i prokreacji. Dawniej to było niemożliwe: kto uprawiał seks, musiał przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później będą z tego dzieci. Dziś można o tym nie myśleć. To zupełnie zmienia optykę. Sprawia, że wygląd stał się ważny jak nigdy, bo rywalizacja o partnera się nie kończy. W dzisiejszym świecie nic nie jest gwarantowane, więc współczesna kobieta czuje o wiele większą presję bycia atrakcyjną niż jej prababka. Mężczyzna natomiast może dowolnie długo, nawet do pięćdziesiątki, pozostawać w stanie niedookreślenia. Matrymonialnego.

A współczesne czasy mu sprzyjają. I to dlatego my jesteśmy tak na was wkurzone? Może… Ale kobiety zawsze narzekały na mężczyzn. I co gorsza, miały i mają w tym narzekaniu sto procent racji. Tak było 500 lat temu i dwa tysiące, i w wiosce afrykańskiej, i w Nowym Jorku. W polskich wioskach jest dokładnie jak w afrykańskich: kobiety trzęsą domem, a mężczyźni siedzą z piwem pod sklepem – u nas, lub w kucki paląc różne zioła – tam. No i one tak pomstują cały dzień na tych wałkoni, na których nie da się patrzeć, albo na tych obsesyjnych, którzy poszli gdzieś tam za czymś i ich nie ma. To jest odwieczne, niestety.

To jaki jest współczesny mężczyzna? Znajduje się teraz w wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony cały czas ma te same tendencje w sobie, te same marzenia i pragnienia, ale realizuje je nie na wojnie, a oglądając filmy sensacyjne czy grając w gry komputerowe – jednocześnie ma świadomość, że czasy, kiedy można było się wprost do swojej wojowniczości odnosić, bezpowrotnie minęły. I to też sprawia, że on się wycofuje w fantazje. Albo za kierownicę.

Z relacji z kobietą też się wycofuje. To częsty przypadek w dynamice par. Mężczyzna, czasem od początku wycofany, spotyka dodatkowe wymagania oraz irytację, i cofa się do swojego świata. Znika. Im więcej wymagań i irytacji, tym znika jeszcze bardziej. Błędne koło.

Więc zgadzasz się z poglądem, że mężczyźni są niedojrzali? Oczywiście – nie są i nigdy nie byli. Bo co to znaczy „dojrzały”? Mężczyzna dojrzały to całkowicie przystosowany do funkcji społecznych: jest dobrym ojcem, wierny jednej partnerce, konstruktywny w sprawach domowych, dba o przyszłość…

Ironizujesz? Trochę. Nie pije nadmiernie, odgaduje myśli partnerki, pamięta o urodzinach, cechuje go odpowiedzialność, jest przewidywalny, ma poważne zamiary… Oczywiście, mężczyźni spełniają pewne wymagania z tej listy, ale jeśli traktować je jako całość, to mówimy chyba o jakiejś postaci mitologicznej. Taki mężczyzna, który nie miałby w sobie odrobiny pewnego nieprzystosowania do tego, czego kobieta się od niego domaga, i nie poszedłby od czasu do czasu do lasu, nie wypłynął w rejs albo choćby nie poszedł upić się do baru…

…czy nie zamknął się z samochodem w garażu… …no taki mężczyzna byłby pozbawiony elementu, który pcha świat do przodu, czyli pewnego rodzaju wariactwa. To mężczyźni wsiedli na drewniany statek szukać nowych lądów, nie mając kompletnie wiedzy, dokąd naprawdę płyną i co się kryje za horyzontem.

I odkryli Amerykę. Płynęli na konstrukcji z desek, nie mając GPS-a ani pojęcia, jak długo będzie ta podróż trwała. Przeszli granicę, za którą nie starczyłoby prowiantu na powrót, ale płynęli dalej. Z perspektywy dorosłego zrobili coś całkowicie nieodpowiedzialnego. Czy dojrzały mężczyzna dopuściłby się czegoś takiego? To może zrobić tylko kompletny wariat, z którym nie da się żyć! Ale kobieta i tak będzie na niego czekała, narzekając na to, że go nie ma.

I że ze wszystkim jest sama. Niewiele się zmieniło… Zobacz, co Budda zrobił swojej kobiecie. Wyszedł w nocy, tuż po urodzeniu się własnego syna! Swojemu dziecku dał na imię Przeszkoda (Rahula)! Co ona musiała wtedy czuć? A czy jakaś kobieta chciałaby mieć dzieci z Jezusem? Przychodzi taki pewnego dnia i mówi: „Wiesz, fajnie, że jesteś w ciąży, ale właśnie miałem wizję i jutro tu przyjdą, zabiorą mnie i do krzyża przybiją. A później będziecie musieli chyba gdzieś wyjechać, bo tu nie będziecie mile widziani. Rozumiem, że jesteś zła, ale to dla mnie ważne. Mam misję”. No przecież ona by go chyba na miejscu zabiła. Dojrzały mężczyzna nie tworzy religii, bo jest odpowiedzialny za rodzinę. Jednak w świecie bez religii nie ma gdzie wziąć ślubu, bo nie ma na co przysięgać.

Czyli z jednej strony mężczyzna się zamracza, ale z drugiej odkrywa nowe lądy? Albo w ogóle nic nie robi. To najbardziej współczesny model. Siedzi w pokoju i klika. W Japonii mają na to już nawet nazwę – hikikomori. Facet, który odmówił wszystkiego w ogóle.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”.

  1. Psychologia

Mężczyzna w kryzysie. Gdzie jesteś Adamie?

Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku. (Fot. iStock)
Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Obrażają się, kiedy coś sknocą. Znikają, kiedy pojawiają się poważne problemy rodzinne. Wpadają w marazm, a nawet popełniają samobójstwo, kiedy tracą stanowisko, firmę czy majątek. Jak takie zachowanie mężczyzny należy rozumieć, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Znajome kobiety pytają mnie ostatnio, dlaczego od wieków jest tak, że gdy tylko pojawi się kryzys, mężczyźni znikają. Niczym Adam w rajskim ogrodzie. Nie mają męskiego schematu działania w kryzysie? Aby zrozumieć, skąd się bierze i na czym polega ten uporczywy kulturowy stereotyp, który sprawia, że kiedy pojawiają się problemy, to Adam znika, i na domiar złego jest obrażony – trzeba odnieść się właśnie do mitu rajskiego. Sięgnijmy do tej najpopularniejszej wersji mitu, w której Adam wypada na głupka, bezwolnie dając się Ewie namówić na wspólne skonsumowanie rajskiego jabłka – a potem zwala na nią całą winę. Ten patriarchalny, niesprawiedliwy i uporczywy przekaz nadal – choć w coraz mniejszym stopniu – oddziałuje na nas wszystkich. Krótko mówiąc, mężczyźni obwiniają kobiety o to, że pozbawiły ich rajskiego szczęścia. W konsekwencji zostały więc skazane na wieczne poczucie winy, posłuszeństwo i cierpienie, a także na wieczne zadośćuczynienie poprzez dostarczanie skrzywdzonym mężczyznom komfortu i przyjemności.

Wspaniałe alibi! Ale zdaje się, że gospodarz raju, czyli Bóg, tego nie kupuje, skoro zwraca się do ukrytego w krzakach Adama: „gdzie jesteś?”. Czy Adam rozumie, jak głupio się zachowuje? Na szczęście młodzi mężczyźni w Polsce, a szczególnie ci, którzy chodzą teraz na protesty i solidaryzują się z walczącymi o swoje ludzkie prawa kobietami, nie chowają się już po krzakach. Nie szukają w urojonej kobiecej winie usprawiedliwienia własnej nielojalności, bierności i tchórzostwa. Wymazują z katalogu męskich skryptów arcyszkodliwe przekonanie o rzekomej winie Ewy, które przez tysiące lat dawało mężczyznom moralne prawo do upokarzania i dręczenia kobiet. Ale jednocześnie to, co dzieje się obecnie w Polsce, pokazuje, że ten odwieczny przekręt odżywa i staje się szczególnie groźny w czasie spowodowanego przez patriarchat kryzysu, gdyż rządzącym światem mężczyznom nie spieszy się brać odpowiedzialności za cywilizacyjną katastrofę. W dobie kryzysu odruchowo zabierają się do dręczenia kobiet, bo wiadomo, że to one od zawsze są wszystkiemu winne.

Ilustracja: Paweł Jońca Ilustracja: Paweł Jońca

Można zrozumieć mężczyznę, który ucieka, gdy na przykład przychodzi na świat jego niepełnosprawne dziecko? Dotykamy tu sprawy głęboko ukrytej w ciemnościach pozaświadomej, zwierzęcej części męskiej psychiki. Mężczyźni mogą mieć biologiczną skłonność do odrzucania dzieci zdradzających poważne wady i niesprawności, ponieważ w ich poczuciu w złym świetle stawia to prokreacyjną wartość ojca. Wiele gatunków zwierzęcych, na przykład lwy, zabija niezdolne do samodzielnego przeżycia potomstwo. Oczywiście takie postępowanie urąga człowieczeństwu i rodzicielstwu, ale nie powinniśmy zamykać oczu na odziedziczone po zwierzęcych przodkach instynkty. Tylko to, co w nas uświadomione, poddaje się zmianie.

Mężczyźni nie są lwami, czy więc mają poczucie winy, kiedy na przykład zmuszają kobietę do przerwania ciąży? Pamiętajmy, że mężczyźni są różni i z pewnością nie wszyscy zachowują się wobec niedoskonałego potomstwa jak lwy. Można nawet przypuszczać, że większość mężczyzn wychodzi z założenia, że ich rolą jest wesprzeć kobietę w jej decyzji. Niezależnie od tego, czy kobieta chce ciążę utrzymać, czy też decyduje się ją przerwać. Bo to nie jest ich ciało ani ich brzuch. Decyzja nie dotyczy też ich życia w takim stopniu, w jakim dotyczy życia kobiety. Co oczywiście nie znaczy, że nie ma już mężczyzn stosujących szantaż emocjonalny lub ekonomiczny, aby wymusić na kobiecie decyzję przerwania ciąży. Postępują tak szczególnie ci obciążeni silnym rysem psychopatycznym, odcinającym ich od wyższych uczuć.

Czyli to, jak się mężczyzna zachowa, mówi o tym, kim jest? Oczywiście. Ale nawet mężczyzna będący w tak zwanej psychicznej normie, jeśli nie chce mieć dziecka z daną kobietą – bo jej nie kocha lub z innych powodów nie widzi szans na to, aby stworzyć z nią trwały związek – w najlepszym przypadku będzie regularnie płacić alimenty. Tylko część mężczyzn – myślę, że margines – decyduje się ponosić konsekwencje ciążowej wpadki i pod presją środowiska lub własnego rygorystycznego systemu wartości podejmuje się roli partnera i ojca. Z reguły nie są to jednak ani udane związki, ani wysokiej jakości rodzicielstwo. Serce nie sługa i nikt nie jest w stanie obiecać, że pokocha niechciane dziecko i jego niewybraną matkę. Oczywiście zdarzają się szczęśliwe wyjątki, kiedy to narodziny dziecka łączą rodziców we wspólnym zachwycie, dumie i miłości do niego. W każdym razie wzięcie odpowiedzialności finansowej za niechciane dziecko jest nie tylko sprawą honoru i przyzwoitości, lecz także wyrazem emocjonalnej dojrzałości biologicznego ojca.

A gdy sytuacja jest odwrotna, mężczyzna chce dziecko z tą kobietą, a ona mówi: „nie” – co wtedy dzieje się w męskim sercu? Kobieta ma oczywiście prawo powiedzieć: „nie”, ale gdy jej decyzja o przerwaniu ciąży zostanie podjęta wbrew woli i uczuciom stałego partnera, to wpłynie negatywnie na ich związek. Dawno temu, gdy sam znalazłem się w takiej sytuacji, poczułem ogromną stratę i żal do swojej ówczesnej partnerki, co przyczyniło się do naszego późniejszego rozstania. Poczułem to, co pewnie czuje kobieta, na której ukochany partner wymusił przerwanie ciąży: odrzucenie, nieważność, a nawet bycie niekochanym.

Adam często też nie chce brać się za bary z życiem. Chowa się, gdy straci firmę, pieniądze, stanowisko. Czy partnerka może mu wtedy pomóc pozbierać się? Jej zaklęcia i przysięgi, że nie jest nim zawiedziona i że nadal go kocha, na niewiele się zdadzą. Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku, a tam kobiety nie mają dostępu. Zresztą w takiej sytuacji kobiety zazwyczaj tylko pogarszają sytuację, bo nie potrafią ukryć rozczarowania albo próbują motywować nieszczęśnika mantrą typu: „Weź się w garść, rusz tyłek i zabierz się do jakiejś roboty”. Nie zdając sobie sprawy z tego, że w ten sposób definitywnie kastrują swego mężczyznę. A to znaczy, że traci on resztki poczucia własnej wartości i wiarę, że się kiedykolwiek podniesie.

Przecież to, że firma plajtuje, źle zainwestuje się pieniądze albo straci się stanowisko, to nie koniec świata! Może nie koniec świata, ale jednak dla wielu mężczyzn jest to urzeczywistnienie rodzicielskiej klątwy – na ogół ojcowskiej – rzuconej na nich w dzieciństwie: „Do niczego w życiu nie dojdziesz! Masz dwie lewe ręce” itp. Na ogół dzieci poczęstowane taką klątwą przez resztę życia starają się ją przezwyciężyć: pracą ponad siły, wyrzeczeniami i zabójczym perfekcjonizmem we wszystkich obszarach życia! A więc gdy nadchodzi katastrofa, to wali się im wszystko. A do poczucia bycia niekochanym i niewspieranym przez ojca dochodzi przekonanie, że także los, a nawet Bóg ich nie wspiera i nie lubi. Zostają im wówczas tylko wstyd, rozpacz i poczucie całkowitego osamotnienia. Mężczyzna w tym stanie łatwo może targnąć się na swoje życie, bo myśli, że tak przyniesie ulgę nie tylko sobie, lecz także najbliższym i całemu światu. Drugim, na ogół nieświadomie wybieranym, wyjściem jest choroba dostarczająca moralnej legitymacji dla klęski, rezygnacji, potrzeby wsparcia, a także życiowej impotencji.

Sięgnijmy zatem do bajek – tytułowy bohater „Kota w Butach” to wzór dla tych, którzy myślą, że los im nie sprzyja. Dzięki sprytowi zrobi z młynarczyka bogatego markiza. Dlaczego mężczyźni rzadko bywają Kotami w Butach, a tak często Adamem w krzakach? Ten Kot to współczesny spin doctor, sprytny specjalista od kreowania wizerunku i gry pozorów. Ale zauważmy, że wiejski chłopak, którego Kot wykreował na markiza, decyduje się przyjąć majątek i pozycję, jakie mu „skołował”, dopiero gdy królewna wyznaje mu miłość. Dlaczego? No bo w całej naszej grze z życiem, z losem chodzi przede wszystkim o to, żeby ktoś dostrzegł naszą prawdziwą wartość. O to, żebyśmy my sami dzięki temu mogli uwierzyć w siebie. Cała reszta to mniej lub bardziej skuteczne środki do tego celu. Młynarczyk miał szczęście, że potrafił uwierzyć w to, iż serce królewny dostrzegło jego prawdziwą wartość.
„Kot w Butach” to też opowieść o tym, że możemy wszystko zdobyć, nic nie mając. I dziś dzięki współczesnej technologii medialnej młodzi mężczyźni mogą w kilka dni odnieść wielki finansowy i wizerunkowy sukces. Często wystarczy odrobina talentu, kreatywności i sprytu. Wygląda więc na to, że Internet jest dla wielu Kotem w Butach, co sprawia, że przestroga płynąca z baśni staje się jeszcze ważniejsza. Bo jeśli nie znamy – a przynajmniej nie przeczuwamy – naszej prawdziwej wartości, to dary Kota w Butach nam nie pomogą. Towarzyszące nam dzień i noc nieznośne poczucie uzurpacji będzie sabotować każdy nasz sukces. Przekonani o naszej małej wartości będziemy uznawać każdy sukces za niezasłużony.

Lepiej być sprytnym niż odebrać sobie życie, jak dawno temu czyniło wielu mężczyzn, którzy stracili majątek? I nadal to robią. W Polsce sześć razy więcej mężczyzn niż kobiet popełnia samobójstwo. Decyduje o tym to, co w męskim świecie jest katastrofą absolutną, a mianowicie – dojmujące poczucie zawodu, jakie mężczyzna sprawił ważnym dla siebie ludziom, wobec których miał zobowiązania. Honor to zawsze była ważna męska wartość i dlatego poczucie, że „obciążyłem rodzinę długami, których nie jestem w stanie spłacić, zawiodłem wszystkich, a teraz wyląduję na marginesie” – może zabić. To chyba dobrze, że mężczyźni czują odpowiedzialność...

Ale czy to odpowiedzialność – zabić się i zostawić bliskich w kłopotach? Zgoda. Zamach samobójczy jest często powodowany powszechnym męskim narcyzmem. A dla narcyza utrata zewnętrznych atrybutów znaczenia i prestiżu jest nie do zniesienia, bo oznacza poczucie całkowitej bezwartościowości.

Jak można pomóc mężczyźnie, który przegrywa z klątwą czy z losem? Mogą mu pomóc tylko inni mężczyźni, tacy, którzy wiedzą, o co chodzi, bo sami coś podobnego przeżyli. No i których stać na choćby taki wyraz empatii i współczucia: „Rozumiem, co przeżywasz, rozumiem, że ci ciężko. Wiem, że wydaje ci się, że nie ma z tego żadnego wyjścia i że jesteś w czarnej dupie… Wiem, bo coś podobnego przeżyłem”. Wtedy dopiero ten załamany przez los może się przyznać do swoich uczuć, bo będzie wiedział, że nie zostanie wyśmiany ani odrzucony, że nie usłyszy: „Weź się w garść, przestań się mazać i nie zawracaj innym głowy swoim melodramatem!”. Takie spotkania zdarzają się też w terapii, a także w męskich kręgach. Tam mężczyźni spotykają się nie na rykowisku, ale w miejscu, gdzie mają rozmawiać o wspólnych im wszystkim problemach i wspierać się nawzajem.

Mężczyźni popełniają samobójstwa, bo takich rozmów nie doświadczyli? Niekoniecznie od razu samobójstwa. Samobójstwa zdarzają się rzadko i są ostatecznością. Częściej mogą to być depresje, uzależnienia lub autoagresywne choroby somatyczne – takie jak na przykład rak czy choroby reumatyczne. Z pewnością jednak gdyby mężczyźni częściej znajdowali okazję do takich rozmów, to rzadziej cierpieliby na depresję, uzależnienia i rzadziej popełnialiby samobójstwa. Niestety, są od dziecka uczeni rywalizacji, więc przyznanie się przed innymi mężczyznami do porażki jest dla nich bardzo trudne.

Rozwód, podział majątku… Czy to nadal dla mężczyzn wina jakiejś Ewy? Czy powód do szukania pomocy u psychoterapeuty? Coraz częściej, choć nadal nieczęsto, mężczyźni przyznają, że czegoś jednak nie wiedzą i nie rozumieją. Taką postawę częściej spotykamy u młodych mężczyzn, wychowanych w erze Internetu, którzy do swoich deficytów podchodzą w profesjonalny sposób. Jak bohaterowie online’owych gier fantasy, którzy zdobywają jak najszybciej ekwipunek i umiejętności niezbędne im do skutecznego wykonania misji. Dla mężczyzn z poprzednich pokoleń to ciągle trudne. Obawiają się, że sama wizyta u psychoterapeuty kwalifikuje ich do grona psychicznie chorych. Pogląd, że mężczyzna nie może czegoś nie wiedzieć, a jak nie wie, to nie powinien się do tego przyznawać – umiera długo, choć na szczęście powoli już opada z sił.

Winy za kryzys związany z seksem Adam zazwyczaj też upatruje w Ewie. Dlatego ma prostą receptę – przenosi się do młodszej Heleny… Oczywiście są mężczyźni, którzy o wszystkie swoje ograniczenia, niemożności i niepowodzenia obwiniają kobiety. Kobieta nadal jest kozłem ofiarnym tej patriarchalnej cywilizacji. Choć – i to częściej, niż jesteśmy skłonni przypuszczać – zdarzają się związki, w których to mężczyzna jest poniżaną i kastrowaną ofiarą. Ale z pewnością dla mężczyzn utrata libido i erekcji jest zwykle egzystencjalną i tożsamościową katastrofą. Bycie zdolnym do zapłodnienia to biologiczne zadanie. Libido napędza męską siłę, odwagę, dzielność, motywację do życia i kreatywność. Niewielu wystarcza zdrowia, motywacji i siły ducha, by w czasie kryzysu andropauzy przekształcić się w fajnego dziadka lub mądrego starca.

Mówisz o męskiej dojrzałości? Albo o męskiej końcówce, czyli o czasie, kiedy reproduktor i wojownik ma szansę przekształcić się w mędrca i mentora, który, żegnając się z libido, odczuwa ulgę. Cieszy się z odzyskanego oceanu czasoprzestrzeni, który może przeznaczyć na uporządkowanie się wewnętrzne, załatwienie zaniechanych spraw i na pokochanie tych, których wcześniej nie miał czasu nawet poznać.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).