1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Trudne słowa „kocham cię”. Dlaczego mężczyźni nie mówią o miłości?

Trudne słowa „kocham cię”. Dlaczego mężczyźni nie mówią o miłości?

Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Mężczyźni nie płaczą, tylko przedwcześnie umierają na serce. Nie mówią o miłości w obawie przed utratą swojej siły, ale gdy kobieta odchodzi, trudno im poradzić sobie z emocjami, które się wtedy ujawniają. - Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To jest unik wobec siebie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Kobieta pyta mężczyznę: „Czy mnie kochasz?”, a on popada w stupor: marszczy brwi, bije się z myślami. Albo wycofuje się do swojego pokoju. Najwyraźniej szuka ratunku. Gdy już ochłonie, rzuca z wyrzutem: „A kto naprawił stół?”, „Przecież umyłem samochód!”. Przyparty do muru w końcu kapituluje: „Przecież raz powiedziałem i nie odwołałem!”. Dlaczego mężczyznom tak trudno powiedzieć: „kocham cię”? Jest taka scena w filmie „Uwierz w ducha”. Ona mu mówi: „kocham cię”, a on na to: „i nawzajem”. „Kocham” nie przechodzi mu przez usta.

W filmie „Thelma i Louise” mężczyźni rozmawiają o tym, jak to trzeba kobietom mówić te pierdoły o miłości. Rozmowy mężczyzn przy piwie: „Słuchaj, czy ty wierzysz w miłość?”. Bo przecież „nic takiego nie istnieje”. Mężczyźni wolą rozmowy o seksie, bo seks wydaje się czymś pierwotnym i naturalnym. Ale miłość? Z miłością nie wiadomo, co począć. Gdy słucham mężczyzn, to oni nie mówią: „kocham kobietę”, tylko „mam kobietę” albo „jestem z kobietą”. To są sformułowania bardziej neutralne, bezpieczne.

Gdy on mówi „kocham”, wtedy traci poczucie bezpieczeństwa? Może mieć wrażenie, że traci swoją siłę. Co innego, gdy mówi: „Ja cię ochronię”. Wtedy jest silny. Chłód i dystans dają mu poczucie panowania nad sytuacją. Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się przed sobą, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To unik wobec siebie. Dopiero, gdy kobieta odchodzi albo umiera, trudno poradzić sobie z silnymi emocjami, które się wtedy ujawniają.

Przyszło mi takie rozwiązanie do głowy: kobieta może powiedzieć do mężczyzny: „Jeżeli mnie kochasz, to... skiń głową!” (śmieje się). A poważnie...

Kobieta potrzebuje usłyszeć: „Kocham cię, jesteś dla mnie ważna, najważniejsza”. Chciałaby, aby on pokazał całe serce, powiedział o miłości mocno, z ogniem. Chłopcy nie mówią takich rzeczy, ale mężczyźni? Dlaczego nie? Oczywiście zdarzają się mężczyźni bardzo ekspresyjni, którzy nie mają problemów z mówieniem swoim kobietom o miłości. Ale rzeczywiście większość ma. Gdy przychodzą do mnie pary, które przeżywają kryzys, to pierwszym pytaniem, które zadaję, jest: „Czy kochasz tę kobietę?”, „Czy kochasz tego mężczyznę?”. Odpowiedzi po obu stronach są zróżnicowane. Jednak zauważyłem, że jeśli mężczyzna powie: „Tak, kocham”, to takie wyznanie jest dla niego ważnym przeżyciem i często zaraz potem mówi: „Rzeczywiście, nie myślałem o tym tyle czasu...”. Ale już na pytanie: „Czy partnerka cię kocha?”, często odpowiadają: „Nie wiem” albo „Wydaje mi się, że jestem jej potrzebny”. Wielu mężczyzn mówi, że nie są pewni miłości swoich partnerek, nie są pewni, czy kobiety ich jeszcze kochają, skoro tak często ich krytykują, porównują z innymi, koncentrują się na obowiązkach i zadaniach. Nieraz słyszałem: „Haruję jak wół, a potem ona jeszcze żąda, żebym był czuły”. „I żadnych złamanych wyrazów uznania” – jak mawia jeden z moich klientów. A przecież mężczyźni bardzo lubią słyszeć na przykład: „Czuję się z tobą bezpiecznie” albo „Cieszę się z tego, co robisz, doceniam twoje osiągnięcia...”.

Bardzo często mówienie o miłości, tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet, oznacza pokazanie słabości, a więc jest zagrażające. Jeśli jednak mówię komuś: „kocham cię”, to docieram do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. Pamiętam, miałem 17 lat, gdy po raz pierwszy pewnej 14-latce powiedziałem, że kocham. Wiedziałem, że się rozstaniemy, bo to była wakacyjna miłość, a jednak powiedziałem. Serce mi łomotało, zrobiło mi się ciemno przed oczami, jakbym umierał. Przekroczyłem wtedy jakiś próg, granicę – i poczułem się silny, męski. Być może mężczyznom, którzy mają problem z wyrażaniem uczuć, „kocham cię” kojarzy się z okresem młodzieńczego szaleństwa, zakochania, wzajemnego zauroczenia. A tymczasem już nie chodzimy na randki, nie wydzwaniamy do siebie 20 razy dziennie, nie esemesujemy...

Jak więc nazwać tę więź po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu latach razem, jeśli nie miłością? Czasem trudno znaleźć jakiekolwiek określenie. Z pewnością dobrze byłoby, gdybyśmy pamiętali, że miłość ma wiele twarzy. To nie tylko młodzieńcze zakochanie. Późniejsza więź jest nasycona uczuciami, tylko bardziej stonowanymi. To już nie wulkan, raczej słońce, które świeci równomiernie. Gdy mówimy: „kocham” w związku, który trwa już jakiś czas, to tak, jakbyśmy mówili: „Zależy mi na tobie, twój dobrostan leży mi na sercu”. Być może potrzebujemy przeformułować znaczenie tego wyznania.

Dla mężczyzn dom, rodzina są bardzo ważne – to, że mają dokąd wracać, mają dla kogo pracować, poświęcać swoje talenty, energię i czas. Jednak rodzina staje się stałym elementem życia. To, że mężczyzna kocha, staje się tak oczywiste, że niedostrzegalne. I gdy kobieta domaga się deklaracji, mężczyzna może wpaść w panikę. Nie myślał o tych sprawach, są poza jego świadomością. Musi ochłonąć, uświadomić sobie, że gorączkowo szuka odpowiedzi, jak przysłowiowych okularów, które cały czas ma na nosie. Mężczyźni, którzy są aktywni, pracują, muszą wtedy przestawić swoje myślenie na inny tryb działania. Więc trzeba mu dać trochę czasu, zanim pomyśli i odpowie.

W książce „Gdyby mężczyźni umieli mówić” psycholog Alon Gratch pisze, że cztery na pięć rozwodów inicjują kobiety, a główną przyczyną jest niedostępność emocjonalna mężczyzn, nieumiejętność wyrażania przez nich uczuć. Chociaż wydaje się, że niedostępność emocjonalna to męska cecha, wiele współczesnych kobiet – szczególnie tych, które zajmują eksponowane stanowiska, działają w biznesie – skarży się, że są odbierane jako chłodne, nieprzystępne czy nieczułe. A przecież w głębi takie nie są. Coś je jednak wstrzymuje przed pokazaniem tego, co głębiej. Nawet na terapii, gdy silnej kobiecie zdarzy się zapłakać, czuje się skrępowana, szybko ociera łzy i przeprasza: „Obiecywałam sobie, że nie będę płakać, ale widać jest ze mną tak źle, że nie panuję nad sobą”. Mówię wtedy, że naprawdę źle jest, gdy nie jesteśmy w stanie płakać. Podobnie mężczyźni – pragną bliskości, pragną kontaktu z głębszą częścią siebie, ale mają z tym trudność. Przyczyn jest wiele. Dom rodzinny – to po pierwsze. Jeśli w domu nie okazywano uczuć, mama nie przytulała, a tata nie obejmował męskim ramieniem, mężczyzna nie ma wzorca, do którego mógłby się odwołać. Wielu mężczyzn nie słyszało w domu o miłości.

 
Małżeństwo, bycie razem, praca, obowiązki, borykanie się z trudnościami – to tak, ale miłość? Bardzo silnie działają społeczne stereotypy – mężczyzna jest twardy i niezłomny, i nigdy nie płacze. Niejednokrotnie byłem świadkiem takich scen na ulicy – mama mówi do synka: „Bądź mężczyzną, czego się mażesz? Przestań! Co ludzie pomyślą?”. Ojcowie jeszcze częściej niż matki zwracają się do synów w ten sposób. Zeszłej zimy widziałem, jak chłopiec wywrócił się na sankach, nie chciał więcej zjeżdżać, płakał, a tata mówi: „No nie, dziewczyna jesteś czy co?!”. Takie sugestie trafiają bardzo silnie do podświadomości chłopców, którzy uczą się napinać, wytwarzać wewnętrzną blokadę po to, by sprostać zaleceniom rodziców i w dalszym ciągu zasługiwać na ich miłość. To tak, jakby w środku nich zapadła żelazna kurtyna, którą potem ciężko podnieść. Na fizycznym poziomie objawia się to długotrwałym, chronicznym skurczem mięśni, napięciem w brzuchu, w okolicach klatki piersiowej, zaciśniętymi szczękami. Poluzowanie tych napięć może budzić paniczny lęk – jeśli pozwolę sobie na czucie, wtedy wypuszczę na wolność potwora, i co się wtedy stanie? Rozpadnę się. Przez wiele lat mężczyzna uczy się, żeby funkcjonować w pewien określony sposób, usztywniać się, kontrolować. I nagle ma stracić „siebie”? Przerażające.

Mężczyźni niedostępni emocjonalnie potrzebują w bezpiecznych warunkach otwierać się na wstydliwe, zatrzaśnięte części siebie. Gdy poświęcamy uwagę temu, co się w nas dzieje, wtedy wewnętrzny demon, potwór, którego tak boimy się wypuścić, okazuje się nie tak groźny, jak podejrzewaliśmy. Miałem w terapii mężczyzn, którzy płakali na każdej sesji przez wiele tygodni, a nawet miesięcy. Czuli się coraz lepiej. Niewypłakane łzy, które nosi się w sobie przez długi czas, kładą się cieniem na wszystkie sfery życia, na związki z najbliższymi, przyjaźnie, relacje zawodowe.

Problem w tym, że mężczyzna niedostępny emocjonalnie często nie jest świadomy swoich głębszych potrzeb, tych związanych z bliskością, co jest źródłem frustracji kobiet. Może być też tak, że nie pozwala sobie na nie, ponieważ został kiedyś zraniony – odrzucony, wyśmiany czy zlekceważony – i podjął decyzję, że już nigdy więcej nie wystawi się na taki ból. Albo był świadkiem, jak ktoś bliski doświadczał cierpienia z tego powodu. Emocjonalne otwarcie jest jak poszerzanie tożsamości, odkrywanie nowych horyzontów. Może budzić lęk, ponieważ wtedy lepiej poznajemy siebie, konfrontujemy się z różnymi iluzjami na swój temat.

Emocjonalne otwarcie jest jak odkrywanie nowych horyzontów. Gdy wyznajemy komuś: „kocham cię”, to docieramy do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. I przemienia nas.

Kilkanaście lat temu byłem na filmie „Szeregowiec Ryan”. Film zaczyna się od sceny lądowania desantu w Normandii i masakry, która tam się dokonuje. Bardzo realistyczny obraz, trup ściele się gęsto, żołnierze modlą się, płaczą, inni uciekają w panicznym lęku. W pewnej chwili jednemu z żołnierzy pocisk urywa rękę. Na widowni była młodzież z gimnazjum. Jeden z chłopców mówi na głos: „On szuka swojej ręki”. Rzeczywiście, żołnierz się nachylił, podniósł rękę i poszedł dalej. I w tym momencie chłopcy gruchnęli śmiechem. Jestem pewien, że gdyby się nie roześmiali, musieliby się rozpłakać. Na widowni obok nich siedziały dziewczyny. Gdyby się rozpłakali, okazałoby się, że nie są tacy odporni, zdystansowani i wyluzowani. I co wtedy? Jak przyjęłyby to dziewczyny? Ale widziałem też mężczyzn ocierających łzy na filmie „Król lew” czy „Mój brat niedźwiedź”, i to przy własnych dzieciach. Byli prawdziwi, pokazali swoją wrażliwość.

Dramat wielu mężczyzn polega właśnie na tym, że myślą: „Jeśli pozwolę sobie na łzy, na pokazanie lęku, wzruszenia czy miłości, to w ten sposób przekreślę swoją męskość”. Tak jakby funkcjonowali według zasady „albo albo”, albo jestem wrażliwy, albo jestem silny. Wielu mężczyzn uważa też, że tylko rozum jest źródłem poznania. Rozum jest źródłem poznania teorii, natomiast w konkretnych sytuacjach ciężko jest opierać się na jakichś teoriach, trzeba reagować na bieżąco, opierając się na tym, co się konkretnie dzieje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze