1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dobry humor jest w zasięgu każdego

Dobry humor jest w zasięgu każdego

Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu. (fot. iStock)
Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jak ćwiczyć mózg, aby odczuwać szczęście? Sprawdzone sposoby to trening odczuwania radości i wdzięczności.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens"

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays jest jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował niedawno w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Aby być szczęśliwym, trzeba się nieźle napracować

Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Szczęście – podobnie jak mądrość – jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często przecież towarzyszy zniechęcenie. Zatem nie należy go mylić z przyjemnością – mówi prof. Wiesław Łukaszewski i dodaje, że trzeba się ciężko napracować, żeby być szczęśliwym. Na czym polega taka praca?

Z czym najczęściej myli się nam szczęście? Najczęściej – z przyjemnością. Nierzadko z przyjemnością mylą szczęście także psychologowie. Jakiś czas temu jeden z wielkich polskich psychologów zapytany o to, kiedy człowiek jest szczęśliwy, odpowiedział bez namysłu: „kiedy jest ciemno, ciepło i blisko”. A gdy zapytywaliśmy sporą grupę wrocławian, co sprawia, że czują się szczęśliwi, 92 proc. osób wskazało na jedną z trzech spraw: lenistwo rozumiane jako relaks, szeroko potraktowaną erotykę oraz jedzenie. Czysty hedonizm.

Czy pana zdaniem szczęście jest bardziej tym, co się nam przydarza czy raczej stanem wypracowanym? To nie jest dobra alternatywa. Bo jeśli ktoś powiada, że miał szczęście, bo cudem uniknął uderzenia przez rozpędzony samochód – to mowa tu o zdarzeniu. A jeśli ktoś powiada, że jest szczęśliwy, bo zakończył budowę domu, pisanie powieści albo posadził kawał lasu – to mowa tu o robocie. W tym drugim wypadku szczęście prawie nigdy nie jest celem. Dom nie jest środkiem do szczęścia, nie pisze się powieści, aby być szczęśliwym. We wszystkich wymienionych tu wypadkach osiągnięcie celu wymagało ciężkiej pracy, zmęczenia. Nierzadko towarzyszyło temu zniechęcenie, a nieraz i poczucie bezsensowności swojego działania. A potem przychodzi czas na wynik, i człowiek jest szczęśliwy. Szczęście, podobnie jak mądrość, jest zazwyczaj ubocznym efektem naszych działań. Nie potrafimy być mądrzy na zamówienie, nie potrafimy tak samo na zamówienie być szczęśliwi. Choćbyśmy się natężali nie wiadomo jak. Trzeba się jednak napracować.

W jaki sposób? Przecież nie mamy wpływu na śmierć, a niekiedy również na ból, choroby, spotkania i rozstania. Wydaje się, że jedyne, co możemy zrobić, to przygotować grunt dla szczęścia, niejako wysłać zaproszenie... Wielu z nas ma do szczęścia taki stosunek, jaki mają dzieci do prezentów urodzinowych czy gwiazdkowych: marzymy, fantazjujemy, tworzymy rozkoszne scenariusze. To dość niebezpieczna droga, bo rzeczywistość rzadko dorasta do naszych marzeń, a wtedy – zamiast radości – doświadczamy rozczarowania. Szczęście rzadko dostaje się w prezencie. Co więcej, taki dziecięcy stosunek do szczęścia ma za podstawę Ja, czyli interes osobisty. I tu pojawia się pewna pułapka: ten interes może okazać się niezaspokojony, co znów grozi rozczarowaniem. Pewniejszą drogą do szczęścia jest działanie na rzecz różnych My. Niestety, to ukierunkowanie staje się u nas coraz rzadsze, co – być może – sprawia, że jest coraz więcej nieszczęśliwych ludzi wokół.

Gdyby musiał pan wybrać pomiędzy mądrością, dobrocią i pięknem, na którą jakość by się pan zdecydował ze świadomością, że bezpowrotnie traci dwie pozostałe? Wybrałbym mądrość, bo to rzecz pojemna. Co więcej, wybierając ją, nie straciłbym ani większości piękna, ani większości dobra. Mądrość bowiem to poszukiwanie i odkrywanie harmonii, równowagi i sensu, a do tego w dużej mierze sprowadza się piękno tego świata i każdej rzeczy, która do niego należy. Mądrość to harmonijne współbrzmienie interesów osobistych, czyli egoistycznych, i interesów pozaosobistych, a na tym między innymi polega bycie dobrym. Tu znajdziemy dawanie dobra i jego otrzymywanie. Mądrość to także z jednej strony zdolność do radzenia sobie, a nieraz godzenia się, z niepewnością, z drugiej zaś – do tolerowania różnorodności, także wszelakich odmienności. To oznacza, że granice piękna i granice dobra znacznie się w ten sposób poszerzają. Że piękne i dobre jest nie tylko to, co nasze. Piękne i dobre może być także to, z czym się nie zgadzamy, ale cenią to inni ludzie.

W swojej najnowszej książce „Niewielka suma szczęścia” napisał pan, że nasze oczekiwania, pragnienia, wierzenia – mają znaczący wpływ na to, jak funkcjonuje organizm, czyli materialne ciało. Jak świadomość własnego ciała łączy się z doświadczaniem szczęścia? Tu dotykamy spraw niezwykle skomplikowanych, a zarazem dotyczących samego sedna naszej egzystencji. Jest mnóstwo danych pokazujących, że odwołując się do – nazwijmy to – sił mentalnych, można zmieniać stan ciała. Można wyleczyć się z poważnej choroby za pomocą placebo, można samym myśleniem wywołać orgazm, można odwlekać moment umierania, ale można też umrzeć z beznadziejności, z poczucia braku wyjścia. Wiedza na temat tych i podobnych faktów jest znaczna. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zapytamy o naturę tych procesów. Jak dotąd niewiele potrafimy na ten temat powiedzieć. Co ciekawsze, potrafimy wpływać na stany ciała, ale samo ciało znamy nader kiepsko. I nie mówię tu o znajomości fizjologii, ale o zwyczajnej anatomii. Sprawa druga wiąże się z użytym w pańskim pytaniu sformułowaniem „świadomość ciała”. To bardzo pokrętna fraza, dlatego sam wolę mówić o znajomości czy rozumieniu własnego ciała, a z tym – jak wspominałem – nie jest dobrze. Rozumienie zjawisk i stanów rzeczy jest ważną przesłanką szczęścia, ale bynajmniej niewystarczającą.

Wiesław Łukaszewski, 'Niewielka suma szczęścia', wyd. Smak Słowa Wiesław Łukaszewski, \"Niewielka suma szczęścia\", wyd. Smak Słowa

Pisze pan, że wartością jest wychodzenie poza to, co się już wie. Na czym to polega w praktyce? Trzeba się zwyczajnie uczyć. Pewien wielki psycholog, zaciągając z lwowska, powiadał, że „człowiek umiii, bo się uczy” i półgłosem dodawał zaraz: „no, chyba że jest idiotą”. No dobrze, powie ktoś, trzeba się uczyć, ale czego? Moja odpowiedź brzmi: wszystkiego, co tylko wpadnie nam w ręce. Wprawdzie co rusz słyszymy, najczęściej w szkołach i na uniwersytetach, o wiedzy zbędnej, jałowej, bezużytecznej, ale w obliczu zmian, w obliczu przyszłości przewidywalnej w ograniczonym stopniu i nowych zadań, które ona niesie – uznanie jakiejś wiedzy za bezużyteczną wydaje się ryzykowne. Jedynym dobrym sposobem na to, co nieprzewidywalne, jest duża nadwyżka wiedzy pragmatycznej.

Druga sprawa to uczenie się od innych. Czasem bezwiedne, czasem intencjonalne. Ale nie tylko od tych innych z naszej wioski, ale także od tych z dalekiego świata. To jednak wymaga rezygnacji z postawy wyższościowej, nakazuje unikać wszelkiego deprecjonowania innych i dehumanizowania ich w imię narcystycznego przekonania, że „naprawdę dobrzy to jesteśmy my i nikt więcej”. Chodzi też o dopuszczenie myśli, że ten drugi może mieć rację, o sceptycyzm wobec własnej wiedzy i własnych przekonań. Chodzi więc o relatywizm, tak potępiany dzisiaj w prawicowych kręgach. Trudno wyjść poza to, co się wie, nie ruszając się ze swojej niszy. Nie można wyjść poza status quo, jeśli przyjmuje się postawę „to nie moja sprawa” albo – co gorsza – „nie chcę o tym wiedzieć”. Umysł zamknięty sam się nie otworzy – musi doznać wstrząsu pochodzącego z zewnątrz. To dlatego tak ważne są różnego rodzaju przełomy społeczne. Bezcenne są też kontrowersje, konflikty poznawcze czy światopoglądowe zderzenia.

Kiedy dążenie do szczęścia jest rozwojowe i wspierające, a kiedy staje się wyparciem, hedonistyczną ucieczką przed uznaniem, że mamy takie samo prawo do życia jak inne istoty zamieszkujące Ziemię? Tak, tak, biblijne opowieści o panu wszelkiego stworzenia i o czynieniu sobie Ziemi poddanej nieco namieszały nam w głowach. Tymczasem mamy prawo do życia nie większe niż inne żywe istoty. Tu namawiałbym do studiowania szlachetnych prawd Buddy, bo są znacznie mądrzejsze. A co się tyczy dążenia do szczęścia, to jak wspomniałem na początku, dążenie do niego jest rozwojowe wtedy, gdy się nie bierze szczęścia za cel. Przestaje być rozwojowe wtedy, kiedy myślimy o tym, co by tu zrobić, aby być szczęśliwym. Bo wtedy chętnie idziemy na skróty i zaczynamy poszukiwać przyjemności. Chciałbym być dobrze zrozumiany. To nie jest zachęta do ascezy i wyrzekania się wszelkich przyjemności, ale raczej sugestia, że przyjemności to jedno, a szczęście to drugie. Warto doznawać przyjemności i warto powiększać sumę szczęścia.

A jakie jest największe szczęście, które pana spotkało? Cztery są takie moje największe szczęścia. Trzy dotyczą ludzi, a jedno głowy. Pierwsze szczęście to moja mądra i dobra matka, która nauczyła mnie czytać i pisać, kiedy miałem niewiele ponad trzy lata. Drugie szczęście to moje dzieci. Trzecie szczęście to gromada przyjaciół. Szczęście czwarte bierze się z faktu, że mimo lat, które mam za sobą, nadal zachowałem w miarę sprawny umysł. Czego chcieć jeszcze?

Prof. Wiesław Łukaszewski, profesor psychologii, wykładowca, specjalizuje się w psychologii osobowości, psychologii społecznej i psychologii motywacji, autor książek.

  1. Styl Życia

Sisu, hygge, niksen, ikigai - sposoby na szczęście i odporność psychiczną z różnych stron świata

Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W czasach pandemii szukamy różnych sposobów na to, jak wzmocnić naszą psychikę. Pragniemy, aby była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. Poszczególne nacje mają na to swoje recepty. Poznajcie je! 

Sisu - fiński sposób na odporność psychiczną

Fot. iStock Fot. iStock

Sisu podsumowuje fiński charakter i opisuje postawę życiową, którą charakteryzuje hart ducha, niezłomność i umiejętność dostrzeżenia wyzwań w przeszkodach. Jedna z badaczek sisu, Emilia Lahti, definiuje to pojęcie jako zespół cech zapewniających psychiczną twardość i zdolność radzenia sobie z silnym stresem, a jednocześnie umiejętność stawiania czoła przeciwnościom losu, które wydają się niemożliwe do pokonania. Katja Pantzar, dziennikarka, która przeprowadziła się z Kanady do Finlandii, określa sisu jako siłę woli, determinację, żeby się nie poddawać i nie iść na łatwiznę.

Hygge - duński sposób na spokojne życie

Fot. iStock Fot. iStock

Co sprawia, że Duńczycy są uważani za jeden z najbardziej zadowolonych narodów w Europie? Umiejętność cieszenia się prostymi przyjemnościami i spędzanie czasu w gronie najbliższych. Mają nawet na to własne słowo – hygge. Choć próżno szukać jego odpowiednika w słowniku języka polskiego, zdaniem aktorki Marie Tourell Soderberg można uchwycić jego sens w codziennym życiu. W skrócie: hygge to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz.

Lagom - szwedzki sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Lagom to skandynawski sposób na znalezienie złotego środka, umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia.

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Fot. iStock Fot. iStock

Holenderskie słowo niksen to określenie na chodzenie z głową w chmurach, rozkoszne zbijanie bąków, myślenie o niebieskich migdałach, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją np. oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej.

Skogluft - norweski sposób na zdrowie i przyjazne wnętrze

Fot. iStock Fot. iStock

Jeśli chcesz niewielkim kosztem sprawić, by twoje mieszanie stało się oazą spokoju, zdrowia i dobrej atmosfery – spodoba ci się koncepcja skogluft (norw. leśne powietrze). To termin stworzony przez JØrna Viumdala, norweskiego inżyniera, który pracuje z roślinami od ponad 30 lat. Kryje się pod nim koncepcja mądra i prosta: chodzi o wprowadzenie do pomieszczeń, w których najczęściej przebywasz, roślin i światła. Konkretnych roślin i konkretnego światła.

Gioia di vivere - włoski sposób na radość życia

Fot. iStock Fot. iStock

W pierwszej połowie 2020 roku nasze serca były z Włochami. Podziwialiśmy ich hart ducha i umiejętność cieszenia się życiem, mimo przeciwieństw. Italianistka Julia Wollner przekonuje, że kilka ich narodowych cech moglibyśmy przyswoić sobie na stałe. Włoski styl życia opiera się na celebrowaniu drobnych gestów, codziennych rytuałach oraz zmysłowym odczuwaniu świata, któremu tak blisko do filozofii mindfulness. To zmysły dostarczają paliwa słynnej włoskiej gioia di vivere, czyli radości życia.

Ikigai - japoński sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Rób rzeczy dla siebie, a nie dla poklasku. Graj, gdy nikt nie słucha, pisz opowiadania, których nikt nie przeczyta, a satysfakcja wewnętrzna pozwoli ci z radością iść przez życie. Na tym właśnie polega ikigai – mówi Ken Mogi, autor książki „Ikigai, japońska sztuka szczęścia”. Ikigai to słowo określające przyjemności i istotę życia. W dosłownym tłumaczeniu iki znaczy „żyć”, a gai to „powód”. Mówi się, że ikigai to system motywacyjny, dzięki któremu rano wstajemy z łóżka.

Shinrin-yoku – japoński sposób na bliskość z przyrodą

Fot. iStock Fot. iStock

Odkąd pamiętasz, czujesz się w lesie dobrze? Naukowcy na całym świecie od lat udowadniają, że odseparowanie się od dzikiej przyrody nas osłabia. Nie dziwi więc coraz większa popularność warsztatów i terapii opartych na kontakcie z naturą. Jedną z nich jest shinrin-yoku (shinrin to po japońsku „las”, a yoku – „kąpiel”), czyli japońska sztuka kąpieli leśnych, polegająca na zanurzeniu się w lesie wszystkimi zmysłami.

Kintsugi - japoński sposób na życiowe trudności

Fot. iStock Fot. iStock

Kintsugi jest dawną japońską sztuką odbudowy tego, co zostało zniszczone. Gdy uszkodzi się ceramika, mistrzowie kintsugi naprawiają ją, używając złota oraz pozostawiając ślady swoich działań, ponieważ ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna. Ceramika, tak jak i ludzie, jest krucha, a zarazem mocna i piękna. Tak samo jak nasze życie, może się zniszczyć, jednak można zreperować uszkodzenie, jeśli zna się na to sposób.

  1. Styl Życia

Jesienna chandra? Proste sposoby na poprawę kondycji psychicznej

Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W porze depresji sezonowej warto pamiętać, że nasz naturalny stan to wcale nie szczęście, euforia i samozadowolenie. Raczej umiarkowany pesymizm i niepewność siebie. Dlatego aby cieszyć się życiem, trzeba popracować nad kondycją psychiczną. Najlepiej codziennie.

Nasz mózg jest jak radar, który wyłapuje zagrożenia. Tak twierdzi między innymi dr Rick Hanson, autor „Umysłu Buddy”. Czuły radar był nam (a raczej naszym przodkom) potrzebny przez całe wieki życia jaskiniowego. Im szybciej wychwytywał niebezpieczeństwo, tym skuteczniej nasi „prapra” mogli się przed nim bronić. Ci, którzy dożyli wieku dorosłego, to byli ci umiarkowani pesymiści – szukający dziury w całym, a raczej wypatrujący mamuta w krzakach, nasłuchujący grzmotów burzy czy tętentu wrogiego plemienia. Dzięki temu, że usłyszeli/zobaczyli/przewidzieli na czas niebezpieczeństwo, uniknęli zagrożenia, mieli więc czas dorosnąć, urodzić albo spłodzić dzieci i przekazać im swoje geny oraz wiedzę o tym, jak świat funkcjonuje. A wraz z tą wiedzą – lęk i czujność.

Optymizm i radość życia oczywiście też się opłacały, skłaniały do prokreacji, wzmacniały system immunologiczny, nie były jednak kluczowe dla przetrwania gatunku. Dlatego nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. Tylko to nie jest potrzebne w czasach, w których są piorunochrony, za to nie ma mamutów. Szare komórki jednak nie nadążają za ewolucją i jeśli chcemy je przechytrzyć, poczuć więcej radości z życia – musimy nad nimi trochę popracować. Znieczulić je na potencjalne zagrożenia i wyczulić na to, co piękne. Jak to zrobić? Sposobów, okazuje się, jest sporo.

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays był kilka lat temu jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

Praktyka uważności

Specjaliści od mindfulness, czyli uważności – a należą do nich Jon Kabat-Zinn (polecam jego książkę „Świadomą drogą przez depresję”) czy Thich Nhat Hanh (przeczytaj jego „Spokój umysłu”) – uważają, że zawsze, kiedy jesteśmy w pełni tu i teraz, jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej opcji. Nieszczęście jest zawsze w przeszłości (jeśli rozpamiętujemy nieprzyjemne wydarzenia i zadręczamy się wyrzutami sumienia) oraz w przyszłości (gdy wyobrażamy sobie mroczne scenariusze czy rzekome efekty naszych działań, które przecież nie muszą się zdarzyć). Za każdym razem, gdy sprowadzimy naszą uwagę do „tu i teraz”, mamy szanse ukoić lęk i poczuć się naprawdę dobrze. Nawet ból, cierpienie, rozczarowanie – kiedy je zauważymy, dostrzeżemy, przyjrzymy mu się z uwagą – w tej samej sekundzie, kiedy to zrobimy, zaczyna odchodzić. Medytacje mindfulness (choćby trzyminutowe skanowanie ciała) to jedna z terapii, którą Kabat-Zinn poleca przy depresji. Praktykowana regularnie pomaga uśmierzyć każdy ból duszy.

Sięgnij po wspomagacze

Kiedy już zrobisz postanowienie, że będziesz szczęśliwsza i rozpoczniesz trening, możesz wspomóc się pozytywnymi dopalaczami. Są nimi: światło, zdrowa dieta i ruch. Te trzy elementy wymieniają chyba wszyscy eksperci od zarządzania chandrą. Odpowiednia dawka światła (dla źrenic) i generowanej przez słońce witaminy D3 (dla skóry) działa antystresowo. – Według statystyk większą zachorowalność na depresję zanotowano jesienią i zimą – potwierdza Dorota Gromnicka, autorka książki „Depresja. Jak pomóc sobie i bliskim”. – Przyczyny SAD, depresji sezonowej (seasonal affective disorder) kojarzone są z funkcjonowaniem układu hormonalnego, na który ujemnie oddziałuje zmniejszona ilość światła. Kiedy ono dociera do oka, przetwarzane jest na impuls nerwowy, który, przekazywany do mózgu, stymuluje wydzielanie hormonów.

Także tych odpowiedzialnych za poczucie szczęścia: serotoninę, noradrenalinę i dopaminę. Dlatego jak najwięcej czasu spędzaj na dworze, gdy jeszcze jest jasno. A po zmroku – koniecznie zapalaj światło. Skandynawowie odkryli, że nawet sztuczne oświetlenie pomaga w eliminowaniu objawów SAD. Podobnie jak odpowiednia, czyli racjonalna i bogata w składniki odżywcze, dieta. Bogata w kwasy omega-3, białka i węglowodany złożone. Zapewnia nie tylko zdrowie (jego brak może być przyczyną potężnego stresu), ale też stabilny poziom cukru we krwi (chroniąc przed huśtawkami poziomu energii i nastroju) oraz białka (na pewno słyszałaś o szklance mleka na dobranoc – zawarty w nim tryptofan przynosi ukojenie skołatanym nerwom).

Trzeci element to ruch. Wiele badań wskazuje na to, że działa również antydepresyjnie. Tak zwana euforia biegacza pojawia się mniej więcej po pół godzinie intensywnego wysiłku. To z kolei przyjemny prezent, który przekazali nam przodkowie: nasz organizm produkuje potężną dawkę endorfin właśnie po 20–30 minutach, byśmy mogli biec dalej, uciekać przed mamutem. Skorzystaj z tego, nawet gdy nie musisz uciekać.

Doktor Amen, specjalista od mózgu i autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”, podkreśla jeszcze, że warto zrobić badania tarczycy i wziąć pod kontrolę hormony, tak żeby Hashimoto, PMS czy menopauza nie decydowały o naszym poczuciu szczęścia. Potwierdza to też Dorota Gromnicka: – Nadczynność tarczycy przyczynia się do zmienności nastrojów, braku koncentracji, bezsenności, rozdrażnienia – pisze. – Niedoczynność tego gruczołu objawia się między innymi zmęczeniem i przygnębieniem.

Jeśli cierpiałaś na którąś z tych chorób albo choć raz doświadczyłaś dotkliwego PMS – potraktuj to jako dodatkowy argument, by zrobić badania. Zaopatrzona w wyniki i wiedzę, jak działa mózg, możesz świadomie wyruszyć na poszukiwanie radości życia. I uniknąć w tym roku zimowej chandry, a także uodpornić się na rodzinne dyskusje przy świątecznym stole.

  1. Zdrowie

Nasz "drugi mózg". Jak praca jelit wpływa na samopoczucie i zdrowie psychiczne?

„Jelita to gigantyczny matrix, który rejestruje nasze życie wewnętrzne i oddziałuje na podświadomość” – pisze mikrobiolog Giulia Enders. (Fot. iStock)
„Jelita to gigantyczny matrix, który rejestruje nasze życie wewnętrzne i oddziałuje na podświadomość” – pisze mikrobiolog Giulia Enders. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zazwyczaj swoje centrum dowodzenia lokalizujemy w głowie. To ona odpowiada za zdolność logicznego myślenia, analizowanie, odczuwanie radości. Okazuje się jednak, że na nasze samopoczucie i zdrowie psychiczne ma wpływ także praca brzucha.

Świat medycyny i nauki przestaje traktować jelita jedynie jako przyrząd do transportowania i rozkładania pokarmu oraz wydalania resztek. Kiedyś podchodził do nich z lekką rezerwą, dziś zaczyna obdarzać ten narząd coraz większym szacunkiem. Zdarza się nawet, że nazywa się je „drugim mózgiem” – okazuje się bowiem, że jelita dysponują różnego rodzaju przekaźnikami, są wyjątkowo precyzyjnie unerwione i wyposażone w skomplikowane sieci neuronowe. A do tego dzięki swej olbrzymiej powierzchni pełnią rolę największego narządu zmysłowego w ludzkim organizmie – i w przeciwieństwie do zamkniętego w kostnej puszcze i odizolowanego od reszty ciała mózgu zawsze znajdują się w samym środku wydarzeń. „Jelita to gigantyczny matrix, który rejestruje nasze życie wewnętrzne i oddziałuje na podświadomość” – pisze mikrobiolog Giulia Enders w książce „Historia wewnętrzna. Jelita – najbardziej fascynujący organ naszego ciała”.

Siła z brzucha

W jaki sposób kondycja jelit może wpływać na nasz dobrostan psychiczny? – Jelita mają z mózgiem specjalne, bezpośrednie połączenie, którym informują go o naszym „życiu wewnętrznym” – wyjaśnia Magdalena Rybner, specjalista medycyny rodzinnej. – Odbywa się to za pomocą nerwu błędnego, który biegnie przez przeponę, mija serce, płuca i przełyk i dociera bezpośrednio do mózgu. Impulsy, które są wysyłane przez jelita, trafiają do wielu części mózgu, m.in. do układu limbicznego, ciała migdałowatego czy hipokampu. A to nie pozostaje bez wpływu na naszą kondycję psychiczną – struktury te są bowiem powiązane nie tylko z procesem zapamiętywania, ale też motywacją czy regulacją zachowań oraz odczuwanych emocji (zarówno pozytywnych, jak i negatywnych).

I potwierdzają to badania. Irlandzcy naukowcy przez kilka tygodni podawali myszom preparaty zawierające drobnoustroje przyjazne dla flory bakteryjnej jelit, a potem poddawali gryzonie różnym eksperymentom sprawdzającym funkcje poznawcze. Wyniki były zaskakujące: myszy o „dokarmionym” układzie pokarmowym odznaczały się większą determinacją, miały niższy poziom hormonów stresu we krwi i osiągały lepsze wyniki w testach na orientację. Były też bardziej zmotywowane, a na dodatek szybciej się uczyły i miały lepszą pamięć niż ich „niedokarmione” koleżanki.

Emocjonalne kiszki

Robiono też eksperymenty, które potwierdzają związek pomiędzy zdrowiem jelit a przetwarzaniem emocji i samopoczuciem u ludzi. Najprostszy przykład: osoby cierpiące na nadwrażliwość jelit lub choroby takie jak wrzodziejące zapalenie jelita grubego czy choroba Leśniowskiego-Crohna znacznie częściej zapadają na depresję i odczuwają stany lękowe. I to nie tylko dlatego, że spodziewają się bólu czy innych niedogodności związanych z chorobą. Giulia Enders opisuje jedno z badań: „Po czterech tygodniach przyjmowania mieszanki wybranych bakterii u badanych nastąpiły wyraźne zmiany w pewnych obszarach mózgu, zwłaszcza tych, które odpowiadają za odczuwanie bólu i przetwarzanie emocji”. Jak to możliwe? Jedną z przyczyn może być wpływ flory bakteryjnej na wytwarzanie tzw. hormonu szczęścia – okazuje się bowiem, że ponad 90 proc. serotoniny produkowanej przez ludzki organizm powstaje właśnie w komórkach jelit! Kiedy zmienia się jej aktywność, „górny” mózg zaczyna otrzymywać inne doniesienia z mózgu „dolnego”. Może to właśnie dlatego udręczone chorobą jelita w zadziwiająco skuteczny i trwały sposób rujnują nastrój w głowie? Jeśli nękają nas spadki nastroju i dopadają niewytłumaczalne lęki, pamiętajmy: być może przyczyną nie jest brak równowagi pewnych substancji w mózgu, lecz stan naszego brzucha.

Ale ta komunikacja odbywa się także w odwrotnym kierunku. Najlepszym przykładem jest reakcja organizmu na sytuacje stresowe. Każdemu z nas zdarza się walczyć z presją czasu bądź czuć lęk przed wystąpieniem publicznym. Co wtedy dzieje się w naszym brzuchu?

– Kiedy mózg uznaje, że dzieje się coś złego, uruchamia tryb awaryjny – mówi Magdalena Rybner. – Jednym z jego elementów jest przekierowywanie energii, jaką dysponuje organizm, do mięśni i mózgu. A skąd ją wziąć? Najprostszym rozwiązaniem jest zaciągnięcie „energetycznej pożyczki” u jelit: w efekcie zostają wyhamowane procesy trawienne, mniej krwi idzie do jelit, a one same wytwarzają mniej śluzu. Jeśli taka sytuacja trwa przez krótki czas, wszystko jest w porządku. Ale kiedy zaczyna się przeciągać, jelita płacą za to zdrowiem.

W jaki sposób? Zdaniem Magdaleny Rybner, gorsze ukrwienie i mniejsza ilość ochronnego śluzu sprawiają, że ścianki jelit stają się słabsze. W odpowiedzi na ten stan rzeczy zmienia się „klimat” w ich wnętrzu – niestety, ten nowy sprzyja raczej namnażaniu się mniej przyjaznych bakterii. Z kolei zmiana składu flory bakteryjnej to nie tylko skłonność do biegunek bądź bóle brzucha, ale też pogorszenie się samopoczucia emocjonalnego. Jaki z tego wniosek? Przecież stresu uniknąć się nie da! Ale można w okresach, kiedy się nasila, zasilać jelita dobrymi bakteriami.

Odporność ze środka

Układ odpornościowy składa się z kilku pięter. Nasze jelita są jednym z nich. – I to jednym z najważniejszych – to tu znajduje się ponad 70 proc. limfocytów, którymi dysponujemy – wyjaśnia Magdalena Rybner. W rozwoju, regulacji i sprawnym funkcjonowaniu układu odpornościowego bardzo ważną rolę pełnią bakterie jelitowe, które aktywują jego różne komórki. W naszych jelitach bytuje na co dzień ponad tysiąc różnego rodzaju gatunków bakterii! I ważne, by ten bakteryjny zestaw, czyli mikrobiom, miał właściwy skład. Często zwykła suplementacja „dobrych” bakterii wystarcza, by układ odpornościowy zaczął działać nawet kilka razy sprawniej – i ktoś, kto cierpi na ciągłe przeziębienia, na długi czas się od nich uwolnił. Z tego samego powodu trzeba regularnie uzupełniać nasze menu o produkty zawierające naturalne kultury bakterii. To zapewni prawidłową „odporność kolonizacyjną”: jeśli wszystkie miejsca w jelicie będą zajęte przez sprzyjające nam lub neutralne bakterie, te chorobotwórcze nie będą się miały gdzie osiedlić i zostaną wydalone.

To, jak wygląda nasz jelitowy mikrobiom, może być powiązane także z chorobami autoimmunologicznymi. Okazuje się bowiem – co odkrył zespół dr. Jose Schera z New York University – że jelitowy mikrobiom osób cierpiących na reumatoidalne zapalenia stawów zawierał w sobie bakterię o nazwie Prevotella copri; podczas gdy mikrobiom ludzi wolnych od tej choroby był także wolny od tej bakterii. Doktor Scher zauważył też, że u innych pacjentów z autoimmunologicznymi schorzeniami stawów poziomy pewnych rodzajów bakterii jelitowych były zdecydowanie niższe niż u zdrowych ludzi. Na razie zespół dr. Schera nie wyciąga ostatecznych wniosków, jednak – jak określił to autor badań – na arenę trafił nowy gracz. Jego zadaniem jest zwrócić uwagę świata medycznego na znaczenie ludzkiego mikrobiomu jelitowego.

– Nie da się zaprzeczyć, że nasz mikrobiom zmienił się pod wpływem cywilizacji – zgadza się Magdalena Rybner. – Wprowadzenie do masowego użytku antybiotyków, całkowicie odmienna dieta niż w czasach naszych dziadków oraz ograniczony kontakt z mikrobiomami typowymi dla świata zwierząt i roślin – to wszystko sprawia, że nasz wewnętrzny ekosystem bakteryjny działa inaczej. I nie jest wykluczone, że właśnie tę zmianę uda się powiązać z rosnącą ilością chorób autoimmunologicznych i alergicznych.

  1. Psychologia

Szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością

Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Ludzie mogą być szczęśliwi, jednak bardzo często są tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć – mówi Christophe André, psycholog i psychiatra, twórca francuskiej szkoły psychologii pozytywnej.

Jest pan jednym z mistrzów psychologii pozytywnej zainicjowanej przez amerykańskiego psychiatrę Martina Seligmana. Na czym polega jej specyfika? Zadaniem psychologii pozytywnej jest ulżenie cierpieniu i pomoc w dostrzeżeniu pozytywnych aspektów życia. Smutek, frustracja czy gniew zawężają nasze pole emocjonalnej percepcji – skupiamy się na tym, co wywołuje nasze cierpienie, nie zauważając tego, co mogłoby przynieść nam ulgę. Należy pamiętać, że 50 procent pozytywnych odczuć zależy od nas i że właściwa proporcja to trzy czwarte myśli pozytywnych i jedna czwarta negatywnych. Ta logika jest szczególnie skuteczna przy leczeniu depresji i problemów psychologicznych.

„Każdy z nas może być szczęśliwy” – głoszą poradniki. Również u pana szczęście zajmuje centralną rolę – jedna z pana bestsellerowych książek nosi tytuł „Et n’oubliez pas d’être heureux” [I nie zapomnij być szczęśliwym]. Skąd w człowieku przekonanie o jego prawie do szczęścia? Pojęcie szczęścia jest zdeterminowane historycznie – znane było już starożytnym filozofom, ale oni zwracali się tylko do elity. W Europie przez całe wieki Kościół wpajał wiernym, że życie to padół łez i że należy myśleć tylko o zbawieniu. Zmiana nastąpiła w epoce oświecenia – koncepcja szczęścia ulega wtedy demokratyzacji i zaprząta najwybitniejsze umysły. Jednak w XIX wieku europejscy intelektualiści odwracają się od niej jako wulgarnej i adresowanej do mas – we Francji zadowolenie z życia i dobroć zostają wtedy przypisane niskiemu poziomowi intelektualnemu. XX i XXI wiek to triumf życiowego sukcesu – nikt nie kwestionuje prawa jednostki do szczęścia, ale szybko „być” oznacza „mieć”. Osobiście uważam, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą: wprawdzie pojęcie szczęścia zostało w dużym stopniu zwulgaryzowane, ale nie przestało być wartością i celem, do którego trzeba dążyć. Bo szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością: ktoś, kto nie jest do niego zdolny, zmarnuje swoje życie, będzie koncentrował się na problemach i cierpieniach i w rezultacie zwracał mniejszą uwagę na innych. Nie będzie potrafił dawać – tylko ludzie szczęśliwi mogą być wielkoduszni i otwarci na świat. Dążenie do szczęścia wydaje mi się więc podstawowym warunkiem udanej egzystencji dla siebie i dla innych.

Na czym polega to prawdziwe szczęście? Ująłbym to tak: nasz życiowy obowiązek polega na byciu szczęśliwym i wielkodusznym. Prawdziwe szczęście to dar siebie samego – szczęście i solidarność są jak najbardziej kompatybilne. Niestety, wciąż jeszcze stawia się znak równości między szczęściem a egoizmem czy szczęściem a naiwnością. Musimy prowadzić prawdziwą walkę, żeby nobilitować to pojęcie.

To prowadzi nas do pojęcia optymizmu. Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. Optymista uważa, że można rozwiązać spotykane w życiu problemy, stara się więc działać. Pesymista w to nie wierzy, jest pasywny. To właśnie dlatego pesymizm przynosi najwięcej szkód: wyobraźmy sobie lekarza pesymistę, który nie wierzy w wyzdrowienie pacjenta. Czy pacjenta niewierzącego w skutki terapii – badania wykazały, że im mniej optymizmu wykazuje chory, tym mniejsze są jego szanse na wyzdrowienie. Nie dlatego, że optymizm sprawia cuda, ale że pozwala na skuteczniejsze działanie. Podobne mechanizmy funkcjonują na każdym poziomie naszego życia osobistego, gospodarki, polityki...

Pana zdaniem szczęścia można się nauczyć, należy tylko w tym celu regularnie ćwiczyć. Przytacza pan swój własny przykład, chociaż trudno uwierzyć, że posiada pan tendencje depresyjne... Bardzo dużo nad sobą pracowałem – dyscyplina to więcej niż połowa sukcesu. Istnieje wiele pozornie błahych ćwiczeń, które każdy z nas może wykonywać. Po pierwsze, codziennie przed zaśnięciem spróbujmy przypomnieć sobie trzy przyjemne momenty kończącego się dnia. Jest to bardzo interesujące z punktu widzenia mechanizmów naszej percepcji, z reguły koncentrujemy się bowiem na problemach. Zawsze możemy znaleźć pozytywy: skrawek błękitnego nieba, zapach róż w ogrodzie, telefon od przyjaznej osoby... Już po upływie 15 dni nasz mózg nastawi się na ich dostrzeganie – zmieni to nasze spojrzenie na życie. Bardzo ważny jest też uśmiech. Zwykle uśmiechamy się, kiedy jesteśmy zadowoleni, ale badania wykazały, że uśmiech wpływa pozytywnie na receptory mózgowe i stan naszej psychiki. To tzw. fenomen retrofeedbacku. Budda zawsze się uśmiecha: uważa się, że to nie tylko dowód wewnętrznej harmonii, ale także sposób na jej osiągnięcie. Powtarzam więc moim pacjentom: „Jeśli nie macie autentycznych powodów do płaczu, zmuszajcie się do uśmiechu!”. Odkąd sam stosuję tę metodę, ludzie częściej pozdrawiają mnie na ulicy, częściej ze mną rozmawiają. Uśmiech jest znakiem społecznej akceptacji. Są też inne plusy: lekarze stwierdzili, że osoby uśmiechnięte i zadowolone mniej chorują i z reguły dłużej żyją.

Wspomniał pan także o wielkoduszności... To bardzo ważne, żeby robić coś dla innych. Może się to wydawać paradoksalne, ale im bardziej jesteśmy przygnębieni i sfrustrowani, tym bardziej zainteresowanie się innymi poprawi nasze samopoczucie. Nie chodzi o to, żeby stać się Matką Teresą – starajmy się po prostu sprawić komuś przyjemność czy wyświadczyć przysługę, nie oczekując niczego w zamian.

Do szczęścia prowadzi także medytacja... Od lat medytuję – świadoma medytacja to jeden z elementów wiodących do harmonii ze sobą samym i światem. Nie chodzi o godziny przebywania w samotności – wystarczy regularnie poświęcać na medytację kilka minut dziennie. Mogą to być trzy minuty spokoju, kiedy możemy głęboko oddychać, spacer ulicą, kiedy koncentrujemy się na przyjemnych odczuciach, czy smaczny posiłek. Służy temu także ćwiczenie, które nazwałem „ćwiczeniem wdzięczności” – wieczorem podziękujmy za wszystko, co przydarzyło się nam w ciągu dnia, i zadajmy sobie pytanie, komu to zawdzięczamy. Cieszmy się, że te osoby istnieją, że piekarz upiekł dobry chleb, że przyjaciele o nas myślą, że ktoś okazał nam sympatię. Że otaczają nas ludzie, którzy przynoszą nam radość.

A jeśli jest inaczej? Jeśli nasze otoczenie jest nieprzyjazne i toksyczne? Psychologia pozytywna nie twierdzi, że zawsze można i trzeba być szczęśliwym. Mówi, że dobrze jest nim być, kiedy to możliwe, ale w życiu każdego człowieka istnieją etapy, na których przeżywa dramaty, spotykają go przeciwności losu. Naszym priorytetem nie jest wtedy szczęście, ale walka o przeżycie. Psychologia pozytywna nie głosi pasywności – jeśli w naszym otoczeniu znajduje się osoba toksyczna, możemy, oczywiście, próbować zrozumieć źródła jej patologicznych zachowań, ale nie znaczy to, że mamy się do niej przyjaźnie ustosunkowywać. Wręcz przeciwnie, należy się przed nią chronić. Psychologia pozytywna nie próbuje ukazać takiej osoby w pozytywnym świetle – chodzi o to, żeby po zakończeniu kontaktu negatywne przeżycia nie zatruły naszej psychiki. Myślmy o naszych źródłach energii i radości, nie tylko o problemach. Szersze spojrzenie na otaczający świat pozwala na większą relatywizację i chroni przed zgorzknieniem.

Problemy jednak nie znikają drogą psychologicznego wypierania. Nie chodzi o maskowanie problemów, chodzi o to, żeby nie opanowały całej naszej mentalnej przestrzeni. Konkretny problem istnieje, ale istnieją też aspekty pozytywne. Jeszcze raz zaznaczam, że nie mówię tu o prawdziwych tragediach czy walce o przeżycie.

Pomówmy o relacjach w związkach – nigdy dotąd nie były one tak kruche. Czy to również rezultat niewłaściwego podejścia do problematyki szczęścia? Kryzys związków wynika m.in. z tego, że za wiele od nich oczekujemy: nie możemy wymagać od naszego partnera, żeby był jednocześnie wspaniałym kochankiem, przyjacielem, terapeutą, bankierem i żebyśmy wciąż były w nim zakochane jak pierwszego dnia. Nie idealizujmy przesadnie życia w parze! Jeśli założymy, że wybraliśmy wartościową osobę, bardzo ważne jest regularne myślenie o jej zaletach, nawet jeśli widzimy w niej same wady. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy nie są stworzeni do życia razem, ale jestem przekonany, że wiele par można by uratować.

Naukowcy twierdzą, że odkryli gen szczęścia – słynny gen H5TT. Czy niektórzy ludzie rodzą się szczęśliwi? Specyficzna forma tego genu jest odpowiedzialna za stres, inna wpływa na pozytywne nastawienie do życia. Powiedziałbym, że szczęście to raczej kwestia temperamentu niż genów, chociaż to prawda, że istnieją osoby bardziej zdolne do szczęścia niż inne. Ale na naturalne dyspozycje nakłada się historia rodziny i edukacja, nie mówiąc o kontekście kulturowym.

Często podkreśla pan, jak bardzo ważne jest smakowanie chwili. Czy nie prowadzi to jednak czasami do taktyki strusia chowającego głowę w piasek? Życie chwilą nie oznacza wymazania przeszłości, pomaga za to uświadomić sobie wagę tego, co właśnie przeżywamy. Inaczej zapominamy żyć. Psychologia pozytywna mówi: mamy takie czy inne trudności, zastanówmy się, jak je rozwiązać, a następnie pójdźmy na spacer, zagrajmy w piłkę, pobawmy się z dziećmi. Inaczej nasze życie nie będzie interesujące. Ludzie mają na ogół możliwość bycia szczęśliwymi, są jednak tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć, ponieważ zostali uformowani przez takie czy inne doświadczenia. Czują się wypaleni, sfrustrowani, nie mają ochoty walczyć, odnajdują poczucie bezpieczeństwa w inercji i złym samopoczuciu. Po co szukać szczęścia, skoro depresja jest za progiem? – głosiło satyryczne hasło.

Szczęście byłoby więc bronią? Jak najbardziej! Szczęście jest jak zbroja – chroni nas przed przeciwnościami losu. Jest także wielką siłą pomocną w walce z tragediami życia – bez niego nie bylibyśmy w stanie im sprostać.

Może nasze przekonanie o tym, że mamy prawo do szczęścia, przeszkadza nam w jego dostrzeżeniu? Należy założyć, że szczęście w naszym życiu pojawia się i znika, że nigdy nie jest pewnikiem. Najtrudniej jest być szczęśliwym w dwóch sytuacjach: losowych dramatów i życiowej rutyny. W pierwszym przypadku psychologia pozytywna zaleca nam nie negować smutku i rozpaczy, tylko przeżyć okres żałoby i następnie zwrócić się ku życiu, w drugim – przypominać sobie regularnie, jak wielkie szczęście spotyka nas choćby z tego powodu, że nie toczy się wojna, że żyjemy w wolnych krajach, możemy podróżować, uczyć się, pracować... Wydaje nam się to oczywiste.

Zbudowanie własnego szczęścia nie jest możliwe bez szacunku dla siebie samego. Co zrobić, żeby go zachować? Szacunku dla siebie uczymy się od wczesnego dzieciństwa. Zależy on od stosunków panujących w rodzinie, kultury otoczenia, rodzaju odebranej edukacji. W wiek dorosły wkraczamy z szeregiem automatyzmów i przekonań – jeśli nas nie szanowano, możemy zachowywać się aspołecznie, dezawuować się bądź przeciwnie – zbudować osobowość narcystyczną. Szacunek dla siebie samego rodzi się z sympatii – nasza własna osoba jest przyjacielem, którego pragniemy chronić przed złem i któremu życzymy jak najlepiej. Troska o samego siebie jest aktem odpowiedzialności cywilnej. Zrównoważone, zadowolone z siebie jednostki czynią świat lepszym. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem – jeśli jesteśmy szczęśliwi, dajemy szczęście innym. Należy jednak uważać, bowiem w naszej epoce wpadliśmy w pułapkę rozbuchanego indywidualizmu. Musimy być bardzo czujni i jednocześnie strzec się przed myśleniem schematami – to nieprawda na przykład, że trzeba brać udział w wyścigu szczurów i że wszyscy ludzie są źli...

Nasze społeczeństwo charakteryzuje ciągła pogoń za młodością i lęk przed śmiercią. Pan głosi zdumiewająco pogodną wizję własnego odejścia. Szczęście pozwala nam oswoić strach przed śmiercią. Jeśli skoncentrujemy się tylko na naszej śmiertelności, życie wyda się absurdalne. Jaką postawę powinniśmy zająć? Ubolewać nad nicością egzystencji czy też korzystać z każdego dnia? Odpowiedź wydaje mi się oczywista: smakujmy każdą chwilę i nie zamartwiajmy się tym, co nas czeka. I tak najczęściej nie mamy na to wpływu. Bądźmy szczęśliwi i wielkoduszni. Szczęście może naprawdę czynić cuda – tu i teraz.

Christophe André psychiatra i psycholog, ojciec francuskiej szkoły psychologii pozytywnej i terapii behawioralnych, do których jako jeden z pierwszych wprowadził techniki medytacji. Specjalizuje się w leczeniu stanów lękowych i depresyjnych. Jest autorem wielu książek, m.in. „Niedoskonali, wolni i szczęśliwi”, „Medytacja dzień po dniu”, "Życie wewnętrzne".