1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jaśminowa rewolucja

Jaśminowa rewolucja

Mój mąż jest Tunezyjczykiem. Od miesiąca w jego kraju szaleją krwawe zamieszki, obalono urzędującego prezydenta. Na ulicach pojawiło się wojsko, a szabrownicy okradają sklepy i co bogatsze domy. Tunezja przestała być rajem dla turystów. A mąż i ja żyjemy w strachu o zdrowie i życie naszych bliskich.

Jeszcze kilka tygodni temu większości Polaków Tunezja kojarzyła się z tanimi wycieczkami do ciepłego, egzotycznego kraju, w którym ludziom dobrze się żyje. Nie mieli pojęcia jak wygląda prawdziwe życie Tunezyjczyków. A wyglądało nieciekawie.

Bezrobocie sięgające 13 procent, niemal zerowe perspektywy dla absolwentów wyższych uczelni, niskie zarobki, brak wolności słowa i wszechobecna policja, której funkcjonariusze zachowywali się podobnie jak nasi „esbecy”.

– Wyobraź sobie policjanta, który wchodzi do twojego sklepu z mięsem, bierze sobie towar za 100 lub 200 dinarów (ok. 200 – 400 zł – przyp. JT-bO) i ani myśli za niego płacić – opowiada mi jeden ze znajomych męża. Nie chce podać imienia i nazwiska. Boi się. – I tylko spróbuj upomnieć się o pieniądze, to cię zaaresztuje a jego kolesie spreparują przeciw tobie dowody najcięższych przestępstw. Choć jesteś niewinny, możesz spędzić w więzieniu resztę życia.

Wózek z owocami

Pewnego grudniowego dnia, w miasteczku Sidi Bouzid, policja zatrzymała młodego człowieka. Choć skończył studia, handlował owocami na ulicy. Panowie w mundurach uznali, że nie ma on odpowiednich zezwoleń i zarekwirowali mu wózek z towarem. – Guzik prawda z tymi zezwoleniami – mówi mój znajomy Tunezyjczyk. – Chcieli wymusić haracz.

Handlarz po nieudanej interwencji u prefekta miasta, oblał się benzyną i podpalił z rozpaczy. Zmarł kilka dni później. Z tych samych powodów inny młody, wykształcony a mimo to bezrobotny człowiek wszedł na słup wysokiego napięcia i dotknął przewodów elektrycznych.

Te dwa samobójstwa, wywołały reakcję łańcuchową. Gorąca arabska krew zawrzała.

Czasami mam wrażenie, że ludzie tej nacji najpierw coś robią a dopiero później myślą. Ale przy tym są szalenie wrażliwi. Jeśli kochają to oddadzą obiektowi swojej miłości ostatnią koszulę. Jeśli nienawidzą – to na śmierć, której wielu z nich się nie boi.

Wielu tamtejszych mężczyzn z wściekłością rzuca się w wir walki, choćby miała to być tylko sąsiedzka sprzeczka. Takie uwarunkowania kulturowe sprawiły, że Tunezyjczycy wylegli na ulice żądając zwiększenia liczby miejsc pracy, podwyższenia zarobków i obniżenia cen żywności. Wznoszono antyrządowe i antyprezydenckie okrzyki. Władze odpowiedziały strzałami ostrą amunicją. Zaczęła się prawdziwa demolka – rozwścieczony tłum rozbijał witryny sklepów, podpalał samochody, urzędy i komisariaty policji. Fala zamieszek ogarnęła cały kraj. Prezydent Zin el Abidin ben Ali (co ciekawe w latach stanu wojennego ambasador Tunezji w Warszawie), wygłosił przemówienie, w którym zapewnił, że sprawcy zamieszek wylądują w więzieniach.

Facebook obalił reżim

Wraz z mężem szaleliśmy z niepokoju o naszych bliskich. Nie mogliśmy swobodnie rozmawiać z nimi przez telefon, bo prawie na pewno tunezyjskie numery są na podsłuchu. Do mediów przedostawały się jakieś szczątkowe informacje, bo ben Ali i jego świta wprowadzili cenzurę. Z pomocą przyszło YouTube, na którym oglądaliśmy filmiki nakręcone telefonami komórkowymi. Najstraszniejszy był chyba ten z czternastolatkiem, który zginął w ulicznych walkach, a jego ciało było niesione na ramionach demonstrantów. Tunezyjski Janek Wiśniewski...

Jednak w kilka dni po wybuchu Jaśminowej Rewolucji (jak określił zamieszki francuski dziennik Le Monde),  władze zablokowały dostęp do YouTube. Naszym środkiem komunikacji stał się Facebook. Tutaj dalej można było obejrzeć zdjęcia i filmy z krwawych zajść, posłuchać antyrządowych haseł a przede wszystkim porozmawiać z rodziną. Praktycznie nie odchodziliśmy od komputera i cały czas „czatowaliśmy” z siostrą i bratanicą męża… Kiedy mój małżonek szedł spać, ja zostawałam na posterunku, niemal do rana. Sytuacja zmieniała się z minuty na minutę. – Siostro, nie bój  się, jesteśmy bezpieczni, mamy co jeść – pisała mi szwagierka. Wtórowała jej teściowa, która zapewniała nas, że niebezpieczeństwa nie ma. Nie dawałam jednak temu wiary, bo dlaczego, u licha zabroniła nam na razie przyjeżdżać do Tunezji?

Arabowie nie lubią i nie umieją przekazywać złych wieści. Starają się robić to delikatnie, tak aby nie zdenerwować rozmówcy. Ale czasami, tak jak w moim przypadku, przynosi to wręcz odwrotny skutek.

 

Huśtawka emocji

Dostaję wiadomość od bratanicy męża: "Prezydent wygłosił orędzie. Teraz wszystko już będzie super!" Swoje przemówienie ben Ali wygłosił w dialekcie tunezyjskim, a nie w arabskim języku literackim – to mu się dotąd nie zdarzało. Łamiącym się głosem złożył mnóstwo niemożliwych do dotrzymania obietnic. Osoby bezrobotne miały dostać pracę, a ceny żywności miały spaść. Sam prezydent zapewnił, że nie będzie  ubiegał się o fotel prezydencki na trzecią kadencję czyli, że za dwa lata przejdzie na emeryturę.

Arabowie nie lubią i nie umieją przekazywać złych wieści. Starają się robić to delikatnie, tak aby nie zdenerwować rozmówcy. Ale czasami, tak jak w moim przypadku, przynosi to wręcz odwrotny skutek.

Joanna Tomczak ben-Othman

Następnego dnia znów na ulice powróciły niezadowolenie i gniew. W Tunisie i innych miastach zaczęły się demonstracje. Ludzie domagali się ustąpienia ben Alego i jego popleczników. Taka błyskawiczna zmiana nastrojów – od euforii do wściekłości, jest bardzo charakterystyczna nie tylko dla Arabów, ale chyba dla południowców w ogóle.

– Nie wiem, do czego to wszystko może doprowadzić – pisze Farah, moja znajoma z Tunisu – Jest bardzo niespokojnie. Wciąż słychać strzały i krzyki ludzi. Boję się wyjść na ulicę. Szkoły są zamknięte, sklepy również. Nigdzie nie mogę kupić chleba, masła, oliwy ani mleka. Mam zapasy w lodówce, ale one nie starczą na długo.

Tylko szwagierki i teściowa cały czas piszą mi na Facebooku, że u nich wszystko jest ok.

Natomiast zdjęcia profilowe młodych Tunezyjczyków zmieniają się jak w kalejdoskopie. Ten wstawia sobie zakrwawioną flagę Tunezji, inny znów motyw splecionych rąk wokół godła.

Niespodziewanie świat obiega informacja, że prezydent ben Ali uciekł z kraju. Jego żona zrobiła to kilka dni wcześniej. W tej sytuacji tymczasową głową państwa został premier, a władze przejęło wojsko. Została wprowadzona godzina policyjna  - jeśli ktoś po 17. wyściubi nos z domu, żołnierze będą do niego strzelać bez ostrzeżenia. "Siedźcie w domu, ani mi się ważcie wychodzić!" – piszę bratanicy męża.

Na Facebooku daje się zauważyć pierwsze znaki wolności słowa. Krąży tam satyryczny fotomontaż przedstawiający byłą parę prezydencką uciekającą ciężarówką. Za kierownicą siedzi była pierwsza dama.

Nie tylko my szalejemy z niepokoju. W Polsce jest wiele kobiet – żon Tunezyjczyków, których mężowie zostali w swojej ojczyźnie. – Cieszyłam się widząc na Facebooku, że w mieście mojego męża jest spokojnie, a za chwilę szalałam z nerwów i płakałam, bo wieści były bardzo złe – opowiada Patrycja, która chciałaby jak najszybciej ściągnąć małżonka do Polski. -  Najgorsze były chwile, gdy nie miałam z nim żadnego kontaktu, bo telefony nie działały. Gdy ogłoszono stan wyjątkowy i godzinę policyjną zadzwoniłam do męża z pytaniem gdzie jest. Odpowiedział, że u brata.. Kazałam mu iść do domu  ale on jak zwykle się śmiał i mówił, żebym się nie martwiła, bo wszystko jest ok. Na szczęście w końcu mnie posłuchał i razem z braćmi poszli do domu.

Quo vadis Tunezjo?

Przez kilka nocy z rzędu w Tunisie i okolicach było bardzo niespokojnie. Wciąż padały strzały, dało się słyszeć odgłos krążących nad miastem helikopterów a bandy zamaskowanych rzezimieszków dalej napadały na instytucje i domy prywatne. Pojawiły się nawet plotki o gwałtach, ale nikt ich oficjalnie nie potwierdził. Farah i jej rodzina przez cztery dni nie wychodziła z domu. Kiedy zjedzono wszystkie zapasy, odważyła się pójść po zakupy w towarzystwie męża i brata. – Wszystko jest okropnie drogie – żaliła mi się.

Obecnie emocje zdają się opadać. Na ulicach jest bezpieczniej, ale wciąż zdarzają się rozboje. Byli policjanci, zwolennicy obalonego prezydenta strzelają do przypadkowych osób ze skradzionych samochodów – są wśród nich nawet taksówki i ambulanse.

Za dwa miesiące powinny odbyć się demokratyczne wybory. Opozycja nie ma jednak żadnego silnego kandydata, który mógłby przejąć stery po ben Alim. Powrót do kraju zapowiedział za to Rachid Gannouchi – przywódca islamskich radykałów, który przez ponad 20 lat przebywał na emigracji. Jeśli to on zostanie prezydentem, Tunezja ma szansę stać się drugim Iranem. Wielu Tunezyjczyków (zwłaszcza młodych) są jednak przeciwne fundamentalizmowi. Tunis ma zatem szansę stać się drugim Gdańskiem, gdzie narodziła się Solodarność i skąd rozpoczęła się droga ku demokracji w krajach komunistycznych. Na Facebooku coraz częściej pojawiają się wpisy: „Kadafi, Mubarak – będziecie następni!”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze