1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Swobodna zabawa - dlaczego jest tak ważna w rozwoju dziecka?

Swobodna zabawa - dlaczego jest tak ważna w rozwoju dziecka?

Zabawa odgrywa wiodącą rolę w rozwoju dziecka. Nie tylko pełni funkcję poznawczą czy edukacyjną, ale pozwala dziecku zrównoważyć negatywne emocje i lęki. (fot. iStock)
Zabawa odgrywa wiodącą rolę w rozwoju dziecka. Nie tylko pełni funkcję poznawczą czy edukacyjną, ale pozwala dziecku zrównoważyć negatywne emocje i lęki. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wyzwala poczucie mocy, pozwala zrozumieć świat, jest twórcza i autoterapeutyczna. Swobodna zabawa dużo daje, ale pod jednym warunkiem: przede wszystkim musi być tylko dla przyjemności.

Dość wcześnie jak na swój wiek zostałam babcią. Stało się to za sprawą plastikowej lalki bobasa: łysej, o wiecznie otwartych ustach i blisko rozstawionych oczkach. Lalka kurzyła się pogardzana przez wiele miesięcy, aż któregoś dnia moja trzyletnia córka wyjęła ją z szafy, urodziła i oficjalnie nadała imię: Mały Maciek. A że – nieprzypadkowo – w tym czasie i ja urodziłam chłopca, od tej pory w domu było już nie jedno, ale troje dzieci. I nic nie miało być tak jak kiedyś.

Bo choć mieliśmy żywego noworodka, szybko okazało się, że to Mały Maciek angażuje najwięcej energii. Obsługiwała go głównie córka: przewijała, przebierała w ubranka brata (ten sam rozmiar), karmiła piersią i woziła w wózeczku na spacer. To jest ta słodka część opowieści. Poza tym, choć mama Małego Maćka do własnego brata odnosiła się zawsze czule i delikatnie, to już synowi często dawała popalić.

– Mały Maciek jest chory. Potrzebuje zastrzyków – wyjaśniła kiedyś dziwnie zamyślona, wbijając lalce kompulsywnie strzykawkę w oko.

– Zdenerwowałeś mnie – oznajmiła spokojnie innym razem, chwytając za plastikowe nóżki i waląc Małym Maćkiem o podłogę.

Czasem wystawiała go na taras, aby go gryzły komary; innym razem ściskała aż do przyduszenia. „Gdy dziecko przejawia agresję w stosunku do rodzeństwa, dobrze przekierować ją na jakiś obiekt, na przykład lalkę” – czytałam skonsternowana w mądrych książkach, a Mały Maciek przyjmował na siebie z plastikową obojętnością ciosy zazdrości o brata. Ale nie tylko. Sam wkrótce zaczął też wyrażać ukryte emocje swojej mamy.

– Ja chcę biiić! – zawodził na przykład na placu zabaw tonem o wiele bardziej piskliwym niż głos mojej córki.

– Dziewczynko, jak ma na imię twoja laleczka? – zaczepiały nas starsze panie w parku.

– Łeee! – skrzeczał na to przeraźliwie Mały Maciek – i panie odrzucało w tył, córka przemawiała cicho do lalki: „Nie spodobały ci się, tak?”, a ja usprawiedliwiałam: „To nie ona, to jej syn”, przez co patrzono na nas jak na wariatki. Mały Maciek chodził też ze swoją mamą do jej żłobka – no bo jak zostawić w domu dziecko karmione piersią – i opiekunki zaczęły mówić półżartem o pobieraniu podwójnego czesnego. Bo o ile córka pozostawała miłą, współpracującą dziewczynką, o tyle Małemu Maćkowi zdarzało się rozrabiać, krzyczeć w porze drzemki i budzić inne dzieci. Był mrocznym alter ego spokojnej trzylatki. Nieokiełznanym enfant terrible naszego domu. A zabawa nim wydawała się nie mieć końca.

– Nie martw się – uspokajała mnie wtedy Agnieszka Łączyńska, psychoterapeutka ośrodka Dobra 4. To ona wyjaśniała, że przez zabawę dziecko przetwarza emocje związane z pojawieniem się rodzeństwa. Że zabawa plastikowym bobasem na wiele sposobów może nas ocalić. Dzięki niej córka chroni brata przed własną agresją, osłania siebie przed gniewem rodziców za agresywne zachowania, zachowuje własny obraz jako grzecznego dziecka, znajduje bezpieczne ujście dla ambiwalentnych uczuć, wczuwa się w rolę mamy, walczy o uwagę dla własnych problemów – słowem, korzyści płynące z zabawy w Małego Maćka okazały się przemożne. Ale aby zabawa zadziałała w tak dobroczynny i rozwojowy sposób, musi zostać spełniony jeden paradoksalny warunek. Przede wszystkim musi ona być po prostu zabawą. Dla przyjemności.

Gdy obserwujemy, w co bawi się nasze dziecko, możemy zauważyć jakie emocje w danej chwili przerabia lub z czym trudno mu się pogodzić. (fot. iStock) Gdy obserwujemy, w co bawi się nasze dziecko, możemy zauważyć jakie emocje w danej chwili przerabia lub z czym trudno mu się pogodzić. (fot. iStock)

Od gry w „a kuku” do podboju świata

– W psychologii nazywa się ją „swobodną zabawą” – mówi Agnieszka Stein, autorka książek „Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat”. – Ważne jest w niej działanie i przyjemność z niego, a nie osiągnięcie określonego celu. To zabawa dla samej zabawy. A osobą, która nią kieruje, jest dziecko – wyjaśnia Stein.

Jak widać na przykładzie Małego Maćka, taka zabawa może wypełniać rozliczne zadania. Jednak charakterystyczne, że to nie rodzic je wyznacza. W tym sensie zabawa swobodna stoi w kontrze do „zabaw edukacyjnych”, w które dorosły wchodzi z gotowym planem: ta ma nauczyć liczenia, tamta kolorów, jeszcze inna angielskiego. Tu dzieje się odwrotnie: to dorosły podąża za pomysłem dziecka. Ze swej strony opiekun może dać ciekawość i docenienie doniosłości zabawy. Uznanie, że nie jest ona przerywnikiem w innych ważnych czynnościach, tylko czymś znaczącym samym w sobie.

Agnieszka Stein: – Można proponować swoje elementy zawsze z uwagą, czy one pomagają, czy sprawiają dziecku trudność. Może ono je przyjąć albo powiedzieć: „Nie, tak nie chcę”. Zabawa służy jemu i ono zawsze zna cel. Może nie umieć go świadomie sformułować, ale doskonale wie, jakiej zabawy w danej chwili potrzebuje.

Zabawy zaczynają się już w wieku niemowlęcym. Są nimi pierwsze interakcje z rodzicami: kręcenie głową, dotykanie twarzy mamy, upuszczanie przedmiotów i czekanie, aż dorosły je podniesie. To nie tylko zaproszenie do interakcji, ale też budowanie bezpieczeństwa emocjonalnego, odnajdywanie własnej tożsamości, praca nad rozwojem. Choćby uwielbiana przez wszystkie niemowlaki świata gra w „a kuku”: pomaga uporać się z problemem separacji, który jest tematem większości pierwszych zabaw. Dziecko chce się upewnić, że jeśli rodziców nie ma, to wrócą. Dlatego sprawdza, czy przedmioty są na stałe, i zaśmiewa się, jeśli coś zakrywa – i nie widać – a potem odkrywa – i a kuku, widać! Niemowlaki oswajają przez to doświadczenie, że niewidziane nie znika. A to przekłada się na fundamentalną wiedzę: „Nawet jeśli nie widzę mamy, ona się pojawi”.

Moglibyśmy sądzić, że nauka przez „a kuku” to coś bardzo podstawowego – ale w późniejszym wieku zabawa ta ewoluuje i objawia się na przykład jako gra w chowanego. Bruno Bettelheim, wielki psychoterapeuta analizujący wpływ baśni i zabaw na rozwój dzieci, pisał o niej, że „jest jedną z najdawniejszych i najbardziej rozpowszechnionych zabaw ludzkości. Ponieważ inni uczestnicy zabawy starają się znaleźć tego, który się chowa, on wyciąga wniosek, że choć jest całkowicie niewidoczny, nie jest zapomniany; że dla wszystkich jest ważne, by został odnaleziony, ponieważ zabawa – a w sensie przenośnym życie – nie może się toczyć bez niego”. I dalej: w jeszcze bardziej rozwiniętej formie tej zabawy dziecko próbuje powrócić do bazy, zanim zostanie odkryte. Według Bettelheima „uczy się w ten sposób, że samo może wypuścić się w świat, narażając się na niebezpieczeństwa (które reprezentują ścigający oraz dziwaczne kryjówki), i wrócić całe i zdrowe do bezpiecznej bazy, którą tu reprezentuje dom”. Może ruszyć na podbój świata. Aż tyle.

Od wojny ludzików do pokoju w duszy

Zabawa jednak nie tylko uczy. Na pewnym poziomie potrafi też leczyć. Nie bez powodu gabinety terapii dziecięcej dysponują kącikami zabaw. Agnieszka Łączyńska ma w swoim zestaw prostych pomocy: lalkę bobasa; ludziki mniejsze i większe, aby dało się z nich ułożyć rodzinę; klocki i przybory plastyczne; wreszcie trochę figurek, które kojarzą się nieprzyjemnie – wąż, duży owad, lew. To po to, by pomóc wyrazić agresję czy lęk. I pokazać, że w tej przestrzeni jest miejsce na wszystkie emocje. Że żadnej zabawy się nie ocenia.

Tu dochodzimy do roli dorosłych. – Rodzice często mają wątpliwości, czy uda im się taką zabawę wymyślić. A tu trzeba mieć w sobie gotowość na to, aby zaakceptować propozycje dziecka – mówi Stein. – Stać się jego współpracownikiem, asystentem. Kimś, kto pomaga się pobawić, ale nie koryguje.

Oczywiście, to nie znaczy, że zabawa nie ma zasad czy granic. Swobodnej zabawy nie zakłóci informacja, że mama nie chce, aby wylewać wodę z wanny czy mazać flamastrami po ścianach. Chodzi o co innego: wyłączenie wychowawczej kontroli. – Jeśli na przykład dziecko wydaje przyjęcie dla misiów i zaczyna być dla nich nieprzyjemne, ważne, aby dorosły nie traktował tej sytuacji jako okazji do korygowania zachowania. Mówienia, że to ładnie, a to nie – mówi Agnieszka Stein. – Bo najczęściej dziecko wie, co ładnie, a co nie, ale potrzebuje te rzeczy niefajne w jakiś sposób przerobić.

Zabawa bywa też przepracowaniem traumy. Dzieci odgrywają w zabawie sytuacje, które sprawiały im trudność. To dlatego często pojawiają się elementy agresji. Przyjęcie dla misiów może zmienić się w bezpieczną przestrzeń, gdzie agresja może wybrzmieć. Zabawa zmienia się w pole doświadczalne, na którym dziecko może eksperymentować z tym, co ramy społeczne wykluczają poza nawias. Jeśli zakażemy ludzikom Lego toczyć z sobą walki – gdzie znajdą ujście emocje, które sprawiły, że dziecko tak, a nie inaczej reżyseruje zabawę? Bettelheim twierdził, że nawet zabawy w wojnę mogą mieć pacyfistyczne przesłanie. Jeśli dziecko udaje, że strzela do rodzica – ten zamiast zakazywać czy modyfikować scenariusz gry, może po prostu udać, że się boi, i spytać, kto będzie dziecku robił mleko i prowadzał na lody, jeśli tata zostanie zastrzelony? Takie pytanie z jednej strony pokaże, że zabawę traktujemy poważnie, a z drugiej – jak pisze Bettelheim – „przekonuje dziecko o wiele lepiej, że strzelanie i zabijanie jest czymś złym, niż rozprawianie o zgubnych skutkach przemocy i wojny”.

Co jednak zrobić, kiedy dorosłych nużą dziecięce scenariusze? Agnieszka Stein jest tu nieugięta: – Na pewno to jakiś temat do przepracowania w rodzicu. Zabawa to taka sama potrzeba rozwojowa jak jedzenie, spanie i przytulanie. Czasem rodzice dzielą się tak, że jeden się bawi, a drugi nie. Ale wtedy jeden rodzic wyłącza się na własne życzenie z ważnego obszaru relacji z dzieckiem. Nie mówię, że każdy pomysł musimy traktować z entuzjazmem. Ale warto pamiętać, że dla dziecka zabawa to nie rozrywka. To podstawowy sposób życia.

Przedłużeniem rodzicielskiego znużenia zabawą jest zwrócenie się do zabawek. Najchętniej takich, które same się bawią. Rynek gadżetów – zwłaszcza edukacyjnych, czyli obiecujących rozwój – jest ogromny.

Bardziej możemy wspierać rozwój dziecka podążając za jego potrzebami, zamiast narzucać utarte schematy gier czy zabaw. (fot. iStock) Bardziej możemy wspierać rozwój dziecka podążając za jego potrzebami, zamiast narzucać utarte schematy gier czy zabaw. (fot. iStock)

– Gdy inwestujemy w edukacyjną rozwojową zabawkę, zazwyczaj oczekujemy rozwojowego efektu. Wtedy często rodzicom trudno zaakceptować, że dziecko bawi się w inny sposób, niż oni by chcieli. Bo wtedy nie ma gwarancji efektu edukacyjnego. Dorosły przejmuje więc stery, mówiąc: „Tak się tym nie bawi”; „Źle się bawisz, ja ci pokażę jak”. Wówczas w zabawie nie dziecko wprowadza strukturę. To utrudniające – mówi Stein. – Tymczasem te zabawy, których dziecko potrzebuje, często są bardzo proste. Dla dorosłego efekt edukacyjny może być niewidoczny. Bywa, że dziecko chce się bawić papierem toaletowym, rwać go na małe kawałeczki. Rodzice potrafią wydać dużo pieniędzy na zabawkę, którą dziecko nie jest zainteresowane, a mają problem z odżałowaniem złotówki na rolkę papieru. Dziecko może siedzieć trzy godziny i wyciągać chusteczki jednorazowe z pudełka, a nie jesteśmy w stanie przeżyć, że ono je „zmarnuje”. Mimo że kosztują trzy złote.

Pozostaje pytanie, na ile poważnie można traktować zabawę – zwłaszcza gdy staje się ona nieodłączną towarzyszką życia w przestrzeni pozazabawowej?

– Wiem, że dorośli się tego boją – mówi Agnieszka Stein. – Na przykład jak dziecko udaje jakąś postać i nie wychodzi z tego. Mam tu dużo mniej obaw niż rodzice. Czasem dziecko wybiera rolę, która pomaga w radzeniu sobie z trudną sytuacją. Na zasadzie: „Łatwiej, kiedy do przedszkola idzie kotek lub dziewczynka o innym imieniu niż ja”. Poza pojedynczymi sytuacjami dzieci jednak dobrze rozumieją, że zabawa jest na niby. Mało jest takich sytuacji, w których to by było niepokojące, większym wyzwaniem dla dziecka jest to, że rodzice mają z tym trudność.

Jako babcia Małego Maćka wiem, że trudność w przyjęciu zabawy na serio może objawiać się boleśnie praktycznie. Wiem też jednak, że trudności mijają. Po paru miesiącach zabawy plastikowy bobas po prostu przestał być ważny. Córka „urodziła” jeszcze troje nowych dzieci i Maciek, strącony z piedestału jedynaka, przestał pochłaniać całą jej energię i sprawiać problemy. Potem poszła do przedszkola, zaczęły się inne tematy. Dziś Małym Maćkiem bawi się już bardzo rzadko. Ostatnio tylko brat w jakiejś sprzeczce szarpnął ją za włosy. Popłakała się. Nie oddała mu. Ale Mały Maciek dostał tego dnia baty.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru ZWIERCIADŁA

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.

  1. Psychologia

Introwertyzm – jak sobie z nim radzić w codziennych sytuacjach?

Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Introwertyzm nie jest gorszy ani lepszy od ekstrawertyzmu. Jednak właściwa introwertykom rezerwa przysparza trudności w pracy wymagającej kontaktu z nowymi osobami i publicznych wystąpień. Jak sobie z tym poradzić, podpowiada coach Małgorzata Kniaź.

Akceptacja różnorodności

Jestem kosmetyczką, pracuję w dużym salonie. Nasz zespół to same kobiety, które mają między sobą specyficzne relacje. Opowiadają ze szczegółami, czasem intymnymi, o swoim życiu – partnerach, dzieciach, o tym, jak spędzają święta, urlopy i o co pokłóciły się z matką. Ja tak nie potrafię, a nawet razi mnie takie wywnętrzanie się. Wydaje mi się to nie na miejscu i jakieś powierzchowne. Czuję, że nie pasuję do grupy, że dystansuję się i nie jestem lubiana. Obawiam się, że w jakimś innym salonie mogę spotkać się z podobną sytuacją, a wiem, że trudno mi się będzie zmienić. - Ilona, 37 lat

Małgorzata Kniaź: Już w szkole powinniśmy uczyć się o różnicach osobowościowych i temperamentalnych – to zaoszczędziłoby nam sporo frustracji w dorosłym życiu. Niestety, świadomość odmienności jest niska. Doradziłabym ci, żebyś otwarcie powiedziała o tym, jaka jesteś i jak reagujesz na atmosferę w pracy. Możesz ująć to w taki sposób: „Jeśli macie ochotę, mówcie o swoich doświadczeniach i przeżyciach, ale zrozumcie, że ja mam ograniczoną potrzebę takiego uzewnętrzniania się. Od czasu do czasu coś o sobie powiem, ale nie będę opowiadać o swoim życiu tak dużo jak wy”. Często bywa tak, że kiedy coś ważnego sobie wyjaśnimy, budzi się w nas akceptacja dla odmienności. A introwertyk wśród ekstrawertyków oznacza więcej przestrzeni dla tych drugich. Poza tym ekstrawertyk zwykle nie jest zainteresowany tak bardzo drugą osobą i zadawaniem pogłębiających pytań. Twoja postawa wcale nie musi przeszkadzać koleżankom. Pytanie, czy ty jesteś w stanie je zaakceptować. Jeśli wyjaśnienie wprost nie zadziała i jeśli rozmowy koleżanek cię drażnią, radziłabym poszukać innej pracy, bo rachunek prawdopodobieństwa mówi, że w innym salonie wcale nie musi być tak samo. Może warto spróbować?

Introwertyzm a spełnianie marzeń

Na studiach marzyłam, że zostanę pisarką. Ostatecznie trafiłam do szkoły jako nauczycielka języka polskiego i ku własnemu zaskoczeniu polubiłam tę pracę. Uczniowie też mnie lubią, choć bardzo się bałam, że jako introwertyczka nie będę umiała złapać z nimi dobrego kontaktu. Od kilku lat wracają do mnie stare marzenia, odnalazłam w szufladzie rzeczy, które pisałam przed laty. Na bazie tego stworzyłam moją pierwszą powieść. Opinie bliskich, spośród których są również ludzie z branży wydawniczej, są dobre, a czasem wręcz entuzjastyczne. Natomiast ogarnia mnie paraliżujący strach przed pokazaniem tego, co napisałam, obcym ludziom. Jak go przezwyciężyć? Lubię swoją pracę, ale chciałabym też spełnić marzenia. - Aldona, 42 lata

M.K.: Wygląda na to, że boisz się pokazać światu swoje wnętrze, odsłonić się. Każdy ma do tego prawo. Jeśli naprawdę chcesz zawalczyć o swoje marzenia, a jednocześnie zachować swoją prywatność, dobrym rozwiązaniem może być wydanie publikacji pod pseudonimem. Nie będziesz pierwsza, wielu pisarzy tak postępuje, nawet ci doświadczeni.

Domyślam się też, że jako introwertyczka możesz odczuwać lęk przed „zderzeniem się z machiną” wydawniczą, pokazaniem twórczości obcemu redaktorowi, negocjowaniem umowy czy warunków twojego udziału w promocji książki, gdy ta już się ukaże. Zatem pomyśl może o znalezieniu agenta? Nie musi od razu to być profesjonalista, wystarczy poprosić kogoś znajomego o pomoc. „Ujawniłaś się” już przed najbliższymi, więc może wybierzesz kogoś z ich grona? Nie tylko w przypadku introwertyków sprawdza się zasada, że nie wszystko trzeba robić samemu!

Trudne zebrania w pracy

Pracuję jako analityk danych i jestem chwalony za swoją pracę przez przełożonych. Problemem dla mnie jest udział w zebraniach zespołu, podczas których przedstawiamy swoje raporty. Wydaje mi się, że wszyscy są bardzo pewni siebie i w ogóle się nie stresują. Wygląda nawet na to, że rywalizacja sprawia im przyjemność. Dla mnie te prezentacje to horror. Mimo że to moi koledzy z pracy, jestem wśród nich outsiderem, co sprawia, że jeszcze gorzej się czuję. - Łukasz, 27 lat

M.K.: To okropne, jeśli zebranie w pracy zamienia się w serię popisów. Jak możesz zadbać o swój komfort w tej sytuacji? Na przykład poprosić szefa o wcześniejsze indywidualne spotkanie, podczas którego pokażesz swój raport, albo o agendę zebrania, w której będzie napisana kolejność prezentacji oraz określony jej czas. Jako introwertyk prawdopodobnie nie lubisz improwizować, więc „wywołany” do odpowiedzi nie czujesz się komfortowo, ale znajomość agendy i porządku prezentacji podczas zebrania doda ci pewności siebie.

Jeśli brakuje ci wsparcia szefa i życzliwości zespołu podczas wypowiadania się na zebraniach, dobrze byłoby, żebyś zmierzył się ze swoim lękiem. Spróbuj, czy pomoże ci wyobrażanie sobie, że podczas prezentacji jesteś sam albo że publiczność znajduje się za grubą szybą. Chodzi o to, żebyś skoncentrował się wyłącznie na merytorycznej stronie wypowiedzi. Najlepiej zacząć od ćwiczeń w życzliwym środowisku, z bliskimi albo z przyjaciółmi pełniącymi rolę widowni. Jeśli poczujesz tremę, nie panikuj ¬ skup się na ciele. Gdzie czujesz napięcie? Czy to uścisk w klatce piersiowej, ścisk żołądka, a może drżą ci ręce? Tak ciało reaguje na niebezpieczeństwo. Skup się na oddychaniu: weź pięć powolnych głębokich oddechów. W ten sposób przekonasz mózg, że nie ma powodów do obaw. Jeśli podobna reakcja przydarzy ci się w pracy, będziesz umiał ją rozpoznać i odpowiednio zareagować.

Introwertyzm i wystąpienia publiczne

Właśnie dostałam ciekawą propozycję zawodową, która bardzo mnie stresuje. Od zawsze byłam introwertyczką i między innymi dlatego zostałam bibliotekarką. Do tej pory faktycznie mogłam pracować w spokoju, ale nasza biblioteka dostała dofinansowanie na promocję czytelnictwa i kierownik zaproponował mi organizowanie spotkań z ciekawymi ludźmi, w większości pisarzami. Z jego perspektywy to dla mnie nagroda – dla mnie oznacza też dodatkowe pieniądze, których potrzebuję. Problem polega na tym, że bardzo boję się wystąpień publicznych. Czy jest jakaś metoda na przezwyciężenie tego lęku? - Maja, 32 lata

M.K.: Zacznijmy od tego, że twój problem wcale nie musi wynikać z introwertyzmu, czyli z typu twojej osobowości. Warto mieć świadomość, że zarówno introwertycy, jak i ekstrawertycy przeżywają niepokój związany z wystąpieniami publicznymi. Jego źródłem mogą być dawne traumy, kompleksy, brak pewności siebie, brak przygotowania i wiele innych. Wynika on najczęściej z wysokiego poziomu lęku. Można jednak przyjąć, że introwertycy gorzej radzą sobie z publicznymi wystąpieniami niż ekstrawertycy.

Domyślam się, że dotychczas w pracy obcowałaś raczej z książkami niż z ludźmi. W opinii szefa złożył ci prawdopodobnie ciekawą propozycję, ale czy tobie ta zmiana odpowiada? Bo może wcale nie. Warto spróbować, żeby się o tym przekonać. Myślę, że jako introwertyczce będzie ci łatwiej poprowadzić spotkanie, jeśli wcześniej poznasz gościa. Gdy nawiążesz z nim bliższą relację i oswoisz siebie w kontakcie z nim, podczas spotkania będziesz się mniej obawiała jego zachowania czy reakcji. Introwertycy wolą być przygotowani, dlatego warto wcześniej dokładnie ustalić szczegóły dotyczące spotkania. Im lepsze przygotowanie, tym większa pewność siebie – to dotyczy każdego wystąpienia publicznego. Spisz dokładnie, co chcesz powiedzieć i przećwicz występ przed lustrem czy rodziną. Ważne, żeby scenariusz rozmowy był zgodny z twoimi przekonaniami. Jeśli będziesz wierzyć w to, co mówisz, będziesz też bardziej odporna na reakcje publiczności, kiedy ktoś na przykład zakaszle albo wyjdzie, bo mu zadzwoni telefon. Nie odbierzesz tego osobiście.

Zastanów się, czego konkretnie się boisz – oceny, krytyki, tego, że nie nawiążesz kontaktu z ludźmi? Lepiej, żebyś wcześniej zmierzyła się z tym wewnętrznie. Wreszcie pomyśl nad poproszeniem o pomoc bardziej doświadczonej osoby, kogoś w rodzaju mentora. Nie każdy nadaje się do tego, żeby go od razu wrzucać na głęboką wodę.

Małgorzata Kniaź: ekspert w dziedzinie przywództwa i zarządzania, certyfikowana trenerka biznesu, mentorka i coach

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Sięgnij w głąb pokoleń – o tym, jak ważna jest relacja z przodkami

Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Z Alicją Bednarską, specjalizującą się w ustawieniach rodzinnych według metody Hellingera, o tym, jak ważna jest relacja z przodkami – rozmawia Katarzyna Droga.

Artykuł archiwalny

Jak głęboko warto sięgnąć w dzieje pokoleń w ustawieniach rodzinnych?
Moim zdaniem, pierwsze i drugie pokolenie wstecz człowiek powinien sobie uporządkować, zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Ja sprowadzam sens ustawień do odzyskania prawidłowych relacji z rodziną i wiem z doświadczenia, że najczęściej nasze problemy w związkach czy z dziećmi wynikają z nieprzyjęcia własnych rodziców. A jeśli nie ma zdrowych relacji z rodzicami, to nie ma co szukać w głębi pokoleń – przyczyna tkwi dużo bliżej. Dlatego najpierw należy przyjrzeć się relacji z najbliższymi – mamą, tatą. Popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy – na przykład poprzez odwrócenie ról, nadopiekuńczość i poświęcenie.

Poświęcenie się matce może być aktem jej odrzucenia?
Tak, bo nie akceptujemy jej taką, jaka jest. Kobiety często mówią: „jest słaba, bezradna, muszę się nią opiekować, bo sobie nie poradzi”. W taki sposób nie przyjmują od matki życia. To widać na ustawieniach: córka stoi twarzą do matki i patrzy na nią z pozycji osoby silniejszej. To też pozycja partnera – czyli córka nie na swoim miejscu. Cały czas jest zwrócona do przeszłości, do całego szeregu przodków, a do swojego życia odwróciła się plecami. I dopiero jak pokłoni się matce, powie: „dziękuję ci za dar życia, przyjmuję cię taką, jaka jesteś, ale to ty jesteś duża, ja jestem mała, jestem tylko dzieckiem”, i odwróci się, by mieć jej wsparcie za swoimi plecami – wtedy wejdzie w swoje życie. A mama sobie poradzi. Jeśli ktoś nie wierzy – to ustawiam go w pozycji zależnej od własnego dziecka. Co byłoby, gdyby ono mówiło: „jesteś słaba, nie dasz rady beze mnie”. To pomaga.

Jeśli niesie się za matkę jej ciężar – bo ona choruje, ojciec był dla niej niedobry, pił, bił – to bierze się na swoje barki jej los. To dotyczy zresztą obojga rodziców – trzeba być ich dziećmi – nie partnerami czy opiekunami.

Tak naprawdę wszystkim rodzicom można coś zarzucić…
Nie warto. Wspominanie krzywd doznanych od rodziców to utknięcie w przeszłości. Stoi się twarzą do nich, a tyłem do swojego życia. Jeżeli ustawimy, nawet mentalnie, swoich przodków za sobą, to dadzą nam siłę, widok na własną przestrzeń. A jeśli cały czas wspominamy, że mama mnie nie przytulała, to nie idziemy do przodu.

Niektórzy piszą listę zarzutów do rodziców, a potem ją niszczą, ale ja nie zalecam tego ćwiczenia. Ono zmusza, by wspominać to, co złe – nawet jeśli potem mamy to podrzeć i wyrzucić. Nie tędy droga. Ja wierzę w list wdzięczności do ojca lub matki. „Nie mam za co być wdzięczna” – słyszę często. „Mój ojciec pił, musiałam nocą uciekać z mamą z domu”. „Masz do zawdzięczenia życie” – mówię wtedy – „I nawet jeśli tylko to, jest to dar największy”.

Niełatwo czasem wybaczyć.
Trzeba oddzielić człowieka od jego postępków. Nie musimy godzić się na przemoc ojca, ale uznać, że jest tylko człowiekiem, coś się złożyło na jego czyny. Nie chodzi o to, by akceptować, ale krytyka nie pomoże, tylko pomnoży zło. Według Hellingera, dzieci, też dorosłe, nie powinny wtrącać się w sprawy rodziców, bo wchodzą w cudze życie i tracą obraz swojej rodziny. Widać to w ustawieniach – człowiek zwrócony twarzą do rodziców, własną rodzinę ma za plecami.

Co jeśli dziecko nie spełnia ambicji rodziców lub im nie dorównuje?
Czyli mama lub tata są silni, a my do nich nie dorastamy? Wtedy jest dużo trudniej. Jedyne co można wtedy zrobić, to pokłonić się im. Powiedzieć np.: „Mamo – za wysoko ustawiłam poprzeczkę. Nie mogę jej dosięgnąć. To nie jest moje wyzwanie, lecz twoje. A to, co twoje, z całą miłością zostawiam przy tobie”. Ale nie należy sądzić, że problem zaraz zniknie. Bo jeśli ktoś ma niską samoocenę, to rzadko przyczyną jest tylko relacja z rodzicami, trzeba poszukać głębiej. Doradzam wtedy pracę nad sobą i włączenie innych terapii.

Bywa też, że w rodzinie faworyzuje się chłopca, a siostra, nawet starsza, żyje w jego cieniu. Te dziewczyny najczęściej nie mają same dzieci, nie mogą dać sobie rady, dopóki nie pogodzą się z tym, co było. Nie dopuszczają myśli, że są zazdrosne, bo to źle o nich świadczy. A muszą wybaczyć matce, by wziąć od niej życie.

Dlaczego dzieci zdradzonych często też są zdradzane?
Dzieci zdradzonej matki czy ojca – często, choć nie zawsze, przyciągają zdradę do siebie. Bo kobiety odrzucają lub uwielbiają ojca, który zdradza matkę – i przez tęsknotę za nim, za jego doskonałością, będą szukać podobnego mężczyzny. I znajdą. To jest w nich. Jeżeli z kolei mężczyzna ma takie relacje z mamą, że wchodzi w rolę jej partnera, na przykład wspiera ją, gdy jest zdradzana, nie stworzy zdrowego związku z kobietą. On ma już partnerkę – w mamie. Może być świetnym kochankiem, nawet bawidamkiem, ale nie mężem.

Czy mężczyzna wybiera partnerkę podobną do matki?
Raczej podobną do cech, za którymi tęskni – nie tylko mężczyzna, kobieta również. Ale może być też tak: mężczyzna ma silnego ojca, zdominowaną przez niego matkę i bierze za żonę kobietę mocną, zdecydowaną. Kieruje nim tęsknota za cechami ojca, szuka ich w żonie. To samo dotyczy „córeczki tatusia” – jeśli u boku ojca zajęła rolę partnerki – będzie jej trudno stworzyć zdrową relację będzie szukać w mężu ojca.

Ukochany dziadek okazał się przybrany. Czy to ma znaczenie?
Jest to zagadnienie osoby wykluczonej z rodziny. Kiedy okazuje się, że dziadek nie jest biologicznym ojcem naszego rodzica – ten prawdziwy, nieznany staje się osobą wykluczoną, zastąpioną przez kogoś innego.

Jeśli w jakimś pokoleniu znajduje się osoba wykluczona – także przez śmierć czy ułomność – to potem, w następnym, ktoś będzie powtarzał ten los. Bo to są dusze, które należą do rodziny, system chce je przywrócić, następuje zjawisko identyfikacji. Jeśli wykluczony jest dziadek, to wnuczka może powtarzać los pozostawionej babci, i trudno jej będzie znaleźć w życiu partnera.

Mam własną teorię: że osoby, które muszą gdzieś wyjechać, zostawiają rodzinę, wyruszają w świat – to są osoby, które powielają los osoby wykluczonej. Same eliminują się z rodziny, uciekają.

Jak tajemnice i zbrodnie wpływają na los rodzin?
Bywa, że tajemnica jest tak skrywana, że ujawnia się dopiero w ustawieniach. Ale nawet jeśli o niej nie wiemy, to wpływa na nasze życie. Może być źródłem chorób, zachwianych relacji. Trzeba wtedy popatrzeć wysoko, ponad głowami i dziejami rodziny, na los, który jest większy od nas. Postarać się pogodzić z tym, co się stało. Wtedy dopiero można wrócić do swojego życia. Szczególnie jednak bywa trudno, gdy tym zdarzeniem jest na przykład zbrodnia.

W przypadku morderstwa psychoterapeuta Otto Brink ustawiał ofiarę i kata naprzeciwko siebie, bo ofiara i kat należą do siebie, są jednym. Kłaniają się sobie nisko i długo. To spojrzenie pojednania. Jeśli osoba, która nosi w sobie obraz morderstwa, powie: „zgadzam się na to, przyjmuję, że tak było”, uwolni się od tego obrazu i może dostanie coś nowego od życia.

Skoro matka jest tak ważna, to jak na dziecko działa jej utrata?
Kiedy umiera matka i zostawia swoje dziecko, to ono będzie tęsknić zawsze. I czego by w życiu nie osiągnęło, odczuwa ból, że mama tego nie widzi.

Na warsztatach ustawiam takie dziecko twarzą w twarz z mamą. To trwa. Ale kiedy ono powie: „mamo, tak bardzo mi ciebie brakuje”, kiedy przytuli się i wypłacze, to wyzna: „zawsze będziesz miała miejsce w moim sercu, pozwalam ci odejść do światła, ale pobłogosław mnie i wspieraj w dalszym życiu”. Bo pozwolenie na odejście nie oznacza, że mamy już ze mną nie będzie.

Bardzo pomaga wspominany list wdzięczności, lista wszystkiego dobrego, co dostało się od matki – to sprawia, że w pamięci ożywają dobre zdarzenia. Gdy je wypiszemy, zrównoważą te niedobre albo sprawią, że tamte zbledną.

Lepiej będzie nam w życiu, jeśli uświadomimy sobie, że to my sami bierzemy od rodziców dobro, radość, miłość lub smutek czy żal. Bo jeśli tak na to spojrzymy, wciąż możemy coś z tym zrobić, nie jesteśmy bezradni. To jedna z najważniejszych nauk.

Systemowe Ustawienia Rodzinne Berta Hellingera wywodzą się z założenia, że każda rodzina jest systemem, w którym panuje określony porządek i od którego nie można się odciąć. Zaburzenie powoduje zakłócenia i wpływa negatywnie na życie członków rodziny. Symboliczne przywrócenie rodzinnego porządku pozwala wprowadzić ład i uzdrowić relacje we własnym życiu i rodzinach.

Alicja Bednarska, trener rozwoju potencjału osobistego, praktyk NLP, integracji i transformacji oddechem. Uczennica m.in. Berta Hellingera, Otto Brinka, Daana van Kampenhouta. Praktykuje ustawienia hellingerowskie. Prowadzi ośrodek rozwoju Berckana.

  1. Psychologia

Mężczyzna udający dominującego władcę – takiemu panu już dziękujemy

Są mężczyźni, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, co zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. (Fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, co zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. (Fot. iStock)
Granie dominującego władcy jest udawaniem kogoś, kim w głębi nie jesteśmy. Cóż to za siła, skoro trzeba cały czas udowadniać, że się ją ma? – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt Dziurdzikowską.

Nie daj Boże o coś go zapytać: będzie tłumaczył i wyjaśniał od stworzenia świata i nie da sobie przerwać. Bo mężczyzna zna się na wszystkim. Kroczy, zasiada i przemawia. Naucza. Poucza. Niewerbalnie komunikuje: słuchaj mnie, ja wiem, wiem, co jest dla ciebie dobre. Pozwala. Albo nie pozwala. Czasem dochodzi do absurdalnych sytuacji, bo on arbitralnie zarządza pieniędzmi, które ona zarabia. Zna się nie tylko na finansach, komputerach i motoryzacji, wie także, jak urządzić dom, jakie leki są właściwe i jaki styl życia przyniesie szczęście rodzinie. Uwielbia, gdy go słuchać i potakiwać, wtedy rośnie. Tylko że my, kobiety, już nie chcemy słuchać, już nie chcemy dmuchać w jego ego, wzmacniać męskiej pychy. Patriarchalny, dominujący macho na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z naszymi współczesnymi, wrażliwymi mężczyznami. A jednak ta sztywna struktura trzyma się mocno.
To mi przypomina odgrywanie roli pana domu, przestarzałe czasy. Dawno temu pan domu to był jakiś właściciel ziemski albo właściciel fabryki. Służba mówiła: „Pan jeszcze nie wrócił”, ale mówiła też: „Pani jest w salonie”.

Symbolicznym wyrazem dominacji jest sposób, w jaki mężczyzna zachowuje się w sytuacji, gdy kobieta prowadzi samochód: łapie się za głowę, blednie, syczy, kurczowo przywiera do fotela. Te zachowania nie mają nic wspólnego z rzeczywistością: kobiety są bardzo dobrymi kierowcami, jeżdżą bezpieczniej niż mężczyźni, powodują mniej wypadków. On potrzebuje być ważny, bardzo. Jakie to męczące.
Potrzebuje czuć się autorytetem. Nie wydaje mu się, że cokolwiek narzuca – myśli, że tak jak on uważa, jest dobrze, i nie ma się czego czepiać. Jeżeli życie rodzinne układa się tak, jak on chce, zyskuje trochę spokoju.

Kontrolowanie daje spokój? Ostatnio słyszę o młodym mężczyźnie, który upiera się przy zakupie pomarańczowych kubków!
Zawsze to jakiś rodzaj stabilności, porządku: mówię i tak jest. Świat wydaje się wtedy chociaż trochę opanowany i przewidywalny. Gdy mężczyzna powie: „U mnie w domu wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku”, może mieć poczucie wewnętrznego komfortu. Niestety na krótko.

Współczesny świat jest wysoce nieprzewidywalny. Jest tak pełen zmian, zaskakujących zwrotów, że poczucie bezpieczeństwa mężczyzny jest bardzo ograniczone. Lokowaliśmy pieniądze w funduszach inwestycyjnych, graliśmy na giełdzie, zaciągaliśmy kredyty w przekonaniu, że damy radę spłacać raty: wszystko pod kontrolą, raty rozłożone na lata, stała wysokość spłat. I nagle kryzys, mnóstwo ludzi straciło pracę. Przykład trywialny, a jednak dotyczy bardzo poważnej kwestii. Jaki sygnał płynie ze świata w związku z tym kryzysem? Nie możemy być pewni jutra, przyszłości naszej rodziny, przyszłości zawodowej. Mężczyzna, który nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka jutro, żyje w potwornym stresie i to jest bardzo głęboko zakorzeniony lęk o charakterze egzystencjalnym – będę czy nie będę, będziemy czy nie będziemy…

Co ja mam do dania mojej rodzinie, skoro wszystko jest takie niepewne?
I może rodzina, dom są ostatnim bastionem, gdzie mogę powiedzieć, jak to ma być; i tak ma być. To mi daje namiastkę poczucia kontroli i bezpieczeństwa. Nawet gdyby nie było kryzysu, i tak zmiany w świecie postępują w oszałamiającym tempie, zmienia się rynek, konkurencja, opcje polityczne. Zmieniają się przepisy, przychodzi jeden rząd, dyktuje swoje pomysły, przychodzi następny, dokonuje wymiany pomysłów na własne. Mamy globalne ocieplenie, świńską grypę, a ledwie skończyła się ptasia. Jak się w tym wszystkim znaleźć? Jak zabezpieczyć rodzinę wobec tych zewnętrznych wyzwań?

Ale jest też inny aspekt tego tematu; ostrzejsza wersja męskiej dominacji. Mam na myśli mężczyzn, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, ponieważ to zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. Także w domu. Ten narcystyczny styl można rozpoznać po tym, że trudno się zatrzymać i rozluźnić. W tym przypadku bardziej niż świat zewnętrzny zagraża ten świat, który nosimy w sobie. Podstawowym etapem pozytywnej zmiany byłoby tutaj oczywiście otwarcie się na swój smutek, lęk, poczucie bezradności, złość na różne czynniki zewnętrzne, które powodują, że moje życie nie wygląda tak, jakbym chciał; że mam bardzo ograniczoną kontrolę nad tym, co się dzieje, bo wiele rzeczy nie zależy ode mnie.

Im twardsza skorupa siły i omnipotencji, tym w środku więcej niepewności i bezradności. To takie straszne przyznać się, że czasami czuję się bezradny, słaby, zrozpaczony?
Mężczyzna czuje, że oczekuje się od niego siły; że jeśli zasypią jedną jaskinię, to on ma być tym, który znajdzie drugą, jeśli w tym rewirze upoluje już wszystkie zwierzęta, ma pójść łowić gdzie indziej. Dramat mężczyzn polega na tym, że na ogół nie doceniają swojej siły, dlatego tak bardzo muszą się starać, żeby udowadniać, że ją mają. Nie doceniają tego, jak wiele różnych aspektów może mieć siła. Wydaje nam się, że gdy puścimy kontrolę, stracimy autorytet i szacunek kobiety. Umiejętność przyznania się do tego, że nie na wszystko mam wpływ i czasami sobie nie radzę, jest przejawem potężnej siły. Słaba jednostka tego nie zrobi. Słabi bardzo często próbują w sposób beznadziejny do końca udowodnić, że są silni, ale prawdziwie silny nie musi niczego udowadniać. Tak bywa, że małe psy szczekają, duże i silne nie muszą. Cóż to za siła, skoro trzeba cały czas udowadniać, że się ją ma? Cóż to za autorytet, który cały czas musi sam siebie potwierdzać i o siebie walczyć?

Mężczyzna, który się spina, autorytarny, nie zapewnia rodzinie bezpieczeństwa.
Traci mnóstwo energii na to, by wszystko szło po jego myśli; a i tak nie idzie. Sztywność utrudnia elastyczne nadążanie za zmianami, które się dokonują. Jesteśmy istotami dynamicznymi. Nasi bliscy zmieniają się, zmieniają się też ich potrzeby. Im bardziej bronimy status quo, chronimy swój wizerunek kogoś, kto wie najlepiej i sobie poradzi, tym bardziej tracimy elastyczność, a co za tym idzie – poczucie stabilności, bezpieczeństwa. Zarówno w świecie, jak i w domu z każdą chwilą pojawia się mnóstwo nieprzewidzianych, nowych elementów. Walka z nimi to jak walka z wiatrakami, zawracanie kijem Wisły. Mężczyźni szarpią się, próbując tę rzekę zawrócić, może nawet jakąś tamę wybudują i zatrzymają nurt, ale to są doraźne działania okupione potwornym wysiłkiem.

Gdy mężczyzna zarządza, kobieta czuje się tak, jakby dla niego nie istniała.
Mężczyzna zamyka się w swoich wyobrażeniach o tym, jak ma być – w psychologii nazywa się to pierwszą pozycją percepcji – czyli patrzy na świat swoimi oczyma, kieruje się własnymi kryteriami, ocenami i potrzebami. To jest źródło cierpienia, problemów. Bo jak budować relacje oparte na miłości, serdeczności, wzajemnym zrozumieniu, gdy zamykamy się na punkt widzenia bliskiej osoby, nie bierzemy go pod uwagę. Oceny, opinie, sposoby reagowania inne od naszych są okazją do poszerzenia własnych horyzontów, do zwiększenia swojej elastyczności. Każdy ma prawo widzieć rzeczy po swojemu. Gdy to szanujemy, wtedy świat nie jest już tak przewidywalny, nie kontrolujemy go w takim stopniu jak do tej pory, ale z całą pewnością jest ciekawszy. Bogactwo świata przejawia się właśnie w różnorodności. Jesteśmy obdarowani tym bogactwem także poprzez inność naszych bliskich. Są mężczyźni, którzy nie tylko zaakceptowali ową zmienność, niepewność, płynność, ale też nauczyli się w niepewności znajdować szansę i możliwości; u których ciekawość przeważa nad lękiem. Oni przypominają surferów płynących na desce, fala ich niesie, a oni wykorzystują jej energię.

Aby zaakceptować inność bliskiej osoby, zmienność i niepewność świata, potrzeba odwagi, wewnętrznego bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości, otwarcia. W jaki sposób mężczyzna miałby zbliżyć się do tych aspektów siebie?
Pierwszy krok w tę stronę to słuchać, pytać o zdanie, o opinię, o potrzeby, punkt widzenia kobiety – pytać o wszystko, co jest dla niej ważne. Co o tym myślisz? Czy będzie ci to odpowiadało? Jakie jest twoje zdanie? Czy masz jakieś pomysły, preferencje? Pytanie to absolutna podstawa. Mam wrażenie, że mężczyźni nie doceniają swoich kobiet jako źródła wiedzy, inspiracji i motywacji. Kolejnym krokiem byłoby trenowanie siebie w tym, by próbować dokonywać ocen różnych sytuacji z jej punktu widzenia. Jeżeli na przykład idziemy do sklepu i mamy kupić sztućce, zastawę stołową czy cokolwiek innego, to dobrze by było, gdyby mężczyzna zadał sobie wtedy pytanie: jakiego wyboru dokonałaby moja partnerka, czym by się kierowała? Albo przy okazji jakiegoś zdarzenia: w jaki sposób mogłaby się zachować w takiej sytuacji? Mężczyźni intuicyjnie robią to w biznesie, bo żeby negocjacje mogły być udane, trzeba wejść – jak mówią Anglicy – w buty partnera, by zorientować się, co jest dla niego ważne, jakie mogą być jego oczekiwania. Nieszczęście polega na tym, że mężczyzna wraca z pracy do domu i traci dostęp do tych umiejętności, które wykorzystuje w kontekście profesjonalnym, tak jakby zakładał z góry, że tutaj już nie musi się starać.

Jeszcze jeden pomysł przychodzi mi do głowy – żeby od czasu do czasu zamiast kina akcji, horroru czy meczu mężczyzna obejrzał film taki jak „Czego pragną kobiety?”. Bo wtedy poznaje, odkrywa, jak wygląda świat z punktu widzenia kobiet. Niewiele wymagający trening, a przynosi wiele pożytku.

Zobaczyć i usłyszeć kobietę, zanim się ją straci.
Zakładamy z góry, co jest potrzebne drugiej osobie – wszyscy wpadamy w tę pułapkę. Mężczyzna wierzy, że to, co on myśli i planuje, będzie odpowiadało kobiecie. Z tym jest związana bardzo pozytywna intencja: biorę to na siebie, żebyś nie musiała zawracać sobie głowy. Gdy kobieta się denerwuje, bo nie tego oczekiwała, mężczyzna czuje się niedoceniony, zraniony, bo przecież tak się starał. Gdy jeszcze słyszy: „Jesteś taki jak wszyscy faceci”, zamyka się. Mężczyźni nie znoszą, kiedy im się mówi, że są tacy jak inni, bo czują się wyjątkowi. To samo dotyczy kobiet – każda kobieta jest wyjątkowa. Jeżeli mężczyzna tego nie widzi, nie rozumie, to naprawdę niedobrze.

Mam wrażenie, że mężczyznom trudno nadążyć za wyzwaniami, jakie niesie współczesny świat, nie tylko za nowymi technologiami, ale także za zmianami społecznymi, za zmianami, jakie dokonały się w kobietach. Widzę tu ogromną rolę kobiet w uświadomieniu mężczyznom, w jakich stereotypach ciągle tkwią.

Trudno to robić spokojnie, bo natychmiast uruchamiają się złość i bunt, kobieca furia.
Jeśli kobiety nie będą zwracały uwagi mężczyznom, to oni nadal będą brnęli w swój paternalistyczny narcyzm. Jeśli kobiety tego nie zrobią, to kto?