1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego kariera nie jest pasmem samych sukcesów?

Dlaczego kariera nie jest pasmem samych sukcesów?

fot. iStock
fot. iStock
Tradycyjne wyobrażenie kariery jest takie: szczebel po szczeblu pniesz się w górę, aż osiągasz wyżyny w swoim zawodzie. Tymczasem prawdziwa droga życiowa rzadko przebiega w ten sposób. Częściej pojawia się na niej i skok w bok, i czasowa równina, a nawet zejście w dół. Bo to nie droga na szczyt. To raczej wędrówka po górach.

Świadectwo pracy przyszło pocztą: jedna stroniczka A4. Dekadę życia Katarzyny (w dalszej części tekstu zdradzimy, dlaczego nie możemy ujawnić jej nazwiska) streszcza punkt numer dwa. Czytamy w nim: „Analityk biznesowy, konsultant 1, konsultant 2, konsultant 3, starszy konsultant 1, starszy konsultant 2, starszy konsultant 3, menedżer 1, menedżer 2, menedżer 3”. – Jak litania – mówi Katarzyna. W każdym słowie tej wyliczanki kryje się rok jej życia, starań, frustracji i sukcesów. Wspomina kolejne stopnie: coraz większa odpowiedzialność, lepsza pensja i nawet wygodniejszy fotel biurowy. – Dalej w tej litanii powinny być trzy stopnie starszego menedżera i wreszcie stanowisko dyrektorskie. A po kilku latach może nawet weszłabym do zarządu? Ukoronowaniem byłaby posada prezesa, ale prezes jest tylko jeden, a takich jak ja są szeregi – dodaje Katarzyna.

W górę pięła się także prawniczka Barbara Garlacz (w dalszej części tekstu zdradzimy, dlaczego jej nazwisko możemy podać bez problemu). Studiowała w Krakowie, ale jak mówi, po studiach zrobiło się tam dla niej ciasno. – Warszawa była dla mnie miejscem trochę jak Nowy Jork. Miasto otwarte, jeśli chcesz gdzieś dojść, pracujesz nad tym ciężko i umiesz dobrze rozegrać karty – możesz to zrobić. Aplikowałam z ulicy do korporacji, o której marzyłam jeszcze na studiach. We wtorek miałam rozmowę kwalifikacyjną, w piątek dostałam telefon, że mnie przyjmują. To był dobry moment na rynku, 2006 rok: kancelarie biły się o prawników, dawały dobre stawki. Pomyślałam: „To jest to!”. Pamiętam, jak szłam Marszałkowską dumna, wydawało mi się, że świat stoi otworem.

Wkrótce jednak okazało się, że Barbara nie może zajmować się tym, co ją interesuje. Przeszła do innej korporacji, potem do jeszcze następnej. Pracowała ciężko, awansowała, ale czuła, że to nie jej ścieżka. – Szłam jak burza, do pewnego stopnia było pole do rozwoju. Ale uświadomiłam sobie, że w kancelariach pewne stanowiska są już obsadzone. Dojście do pozycji partnera wiąże się między innymi z bardzo długim czasem oczekiwania. Nie mówię, że to niemożliwe, ale trzeba pracować wiele lat. A cierpliwość nie jest moją cnotą.

Gdyby Barbara i Katarzyna traktowały swoje drogi zawodowe jako drabinę, pięłyby się dalej. One jednak zrobiły coś, co zaskoczyło wszystkich.

Skok w bok

Krzywa Gaussa – używa się jej często, aby zobrazować schemat kariery. Pniesz się w górę, potem w pewnym momencie osiągasz swój pik i dalej czeka cię już tylko schyłek.

Taki schemat sprawdzał się w czasach, gdy pracę zaczynało się i kończyło w jednej firmie. Czas rozkwitu przeżywało się między czterdziestką a pięćdziesiątką, a koło sześćdziesiątki wegetowało się już przed emeryturą. Jednak dziś w wielu przypadkach, gdyby narysować wykres obrazujący prawdziwą drogę zawodową, jej krzywa kluczyłaby w sposób kompletnie nieregularny. To wznosiłaby się, to opadała, na długie okresy pozostawałaby płaska, z sinusoidalnymi wychyleniami. Czasem skokowo unosiłaby się w górę (awans, nagroda) lub zjeżdżała pionowo w dół (zwolnienie lub rezygnacja z pracy). Czasem wręcz urywałaby się, by podjąć bieg w innym miejscu. Roczny wyjazd dookoła świata, urodzenie dziecka, przerwa w pracy na podjęcie nowych studiów, przeprowadzka na wieś, zamiana posady nauczycielki na prowadzenie sklepu ze zdrową żywnością – to akcje, które przestawiają drogę zawodową na inny tor.

Dlatego lepiej niż dzwon Gaussa karierę opisuje metafora wędrówki po górach. Owszem, pniemy się wzwyż, ale potem maszerujemy dłuższy czas przełęczą. Nieuniknione są też zejścia – i czasem wręcz zbiegamy, toczymy się w dół. Ale może to daje nam rozbieg do podejścia pod kolejne wzniesienie? Czasem wreszcie trafiamy na równinę, która wydaje się ciągnąć latami – aż pojawi się na niej zakręt i widok na zupełnie inne pasmo górskie. I – tak, tak – zdarza się, że budujemy dom na tym zakręcie. Katarzyna trzymała w ręku świadectwo pracy, bo złożyła wypowiedzenie i zdecydowała się zejść ze szlaku. Jej skokiem w bok okazała się wymarzona od lat podróż do Ameryki Łacińskiej. Pojechała na dziewięć miesięcy.

Beata Rycembel, coach z dziewięcioletnim doświadczeniem (wcześniej 12 lat pracy w działach HR dużych korporacji), komentuje: – Przed podjęciem takiej decyzji ważne jest uświadomienie sobie, czy to coś, co chcę naprawdę robić, czy może ucieczka przed czymś, co mi doskwiera. Bo jeśli ucieczka, jest duże ryzyko, że ciągniemy problem za sobą.

Jak to zdiagnozować?

– Podstawą jest to, aby człowiek zmierzył się z własnymi wartościami – mówi Rycembel. – Trzeba dotknąć siebie w środku. Dowiedzieć się, kim jestem naprawdę. Nie kim powinnam być, kim moi rodzice, mąż czy dziecko chcieliby, żebym była. Czasami ludzie dopiero po 30, 40 latach życia zawodowego odkrywają, że realizują cudzy scenariusz. Można to odkrycie potraktować jako szansę na zmianę.

Beata Rycembel pracuje głównie w środowisku korporacyjnym. – Czasem ludzie pierwszy raz w życiu stykają się z pytaniem: Co jest dla mnie tak naprawdę ważne? Odpowiedzią jest uświadomienie sobie i nazwanie wartości. Jeżeli dokonuję życiowych wyborów lub zmian w zgodzie z wartościami, szanse na powodzenie są dużo większe. Istnieje kilka metod, które pozwalają się przyjrzeć marzeniom o sobie samym. Dla osób, którym to odpowiada, może to być na przykład wizualizacja. Najprostsza to pytanie: Gdybyś od dziś nie musiała pracować, miała taką szansę, aby nie martwić się o pieniądze, gdybyś mogła realizować siebie, cokolwiek to znaczy, jak by wyglądało twoje życie?

Pierwsza rzecz, o której człowiek mówi, to marzenia. Te najbardziej pierwotne, które domagają się: „Zauważ mnie!”. A za marzeniami stoją niezaspokojone potrzeby.

Cofnąć się, żeby wziąć rozbieg do skoku

Barbara zagrała va banque: w wieku 29 lat zdecydowała, że zakłada własną kancelarię. Zrezygnowała z ciepłej, dobrze płatnej posady i prestiżu, jaki daje praca w jednej z najlepszych korporacji prawniczych. – Rzucałam coś, co było bardzo wygodne. Przychodzić do pracy, wykonać swoje zadanie, nie zastanawiać się, czy są klienci, czy ich nie ma, czekać na pensję. Pewnie, że na początku bałam się niestabilności. Teraz jest ona absolutnie naturalnym elementem. Na pewno miałam za mało pokory, za szybko chciałam wszystko osiągnąć. Widzę to dopiero z perspektywy czasu.

Beata Rycembel podkreśla, że zmiana jest najczęstszym owocem pracy z coachem. Tylko jak ocenić, czy zmiana, która z pozoru jest degradacją, w długim okresie okaże się dobra?

– W momencie podejmowania decyzji trudno o pewność. Każda zmiana to wyjście ze strefy komfortu. Im więcej można sprawdzić wcześniej, tym lepiej. I jeśli przechodzimy do mniej prestiżowej firmy, na mniej płatne stanowisko – ważne, aby nie stawiać siebie w pozycji ofiary. Kogoś, kto teraz będzie cierpiał. Warto popatrzeć na tę zmianę z perspektywy tego, co mogę zyskać. Trzeba zdawać sobie sprawę, jakie wartości za tym stoją. Na przykład: będę mieć więcej czasu dla rodziny. To często są kompromisy.

– Wolę słowo „konsensus”. Jeśli mówimy „kompromis”, koncentrujemy się na tym, z czego rezygnujemy, co poświęcamy. A lepiej skupić się na tym, co jest ważne, na wybranej wartości. Może to brzmi banalnie, ale wiem, że działa – śmieje się Beata.

Czy trzeba wybierać? „Kobiety nie mogą mieć wszystkiego” – to teza słynnego już artykułu Anne Marie-Slaughter. Autorka opowiada w nim, dlaczego zrezygnowała z posady, która była ukoronowaniem jej marzeń: była dyrektor do spraw planowania polityki w departamencie stanu Białego Domu. Decyzję o odejściu podjęła, gdy bawiła na przyjęciu u Obamy – i zamiast upajać się własnym sukcesem, szampanem i pogawędkami z dygnitarzami, myślała tylko o tym, co robi jej 14-letni syn. Bo od kilku tygodni był w trudnym okresie. A ona widywała jego i jego 12-letniego brata tylko w weekendy – i trudno jej było znaleźć z chłopcem wspólny język. Na co dzień zajmował się dziećmi ojciec, profesor na spokojnej posadzie nauczyciela akademickiego w Princeton. Slaughter po tamtym przyjęciu rzuciła pracę. Rozpoznała własne wartości i rodzina stała w nich wyżej niż Biały Dom. Zostawiła sobie wiele zajęć zawodowych, ale wyjechała z Waszyngtonu. Ze szczytu zbiegła na równinę. I pisze: „Myślę o tych równinach jako o przerwach na inwestycję”. Wspomina też, jak z mężem i synami wyjechali na dziesięć miesięcy do Chin w roku wyborów prezydenckich, gdy wielu jej kolegów doradzało kandydatom w sprawach polityki zagranicznej. Ona jednak wolała zainwestować w czas rodzinny, poznać Azję i nauczyć synów mandaryńskiego.

Czasem motorem zmian jest decyzja, która przyszła z zewnątrz. Nawet takie chwilowe trzęsienie ziemi jak zwolnienie z pracy to okazja do nazwania swoich wartości i budowania na nich nowej drogi zawodowej. Zapytania samej siebie o marzenie i danie sobie szansy na jego realizację. Warto mieć też zaufanie do czasu. To z jego perspektywy możemy ocenić, który krok w trakcie górskiej wędrówki prowadził nas ku najpiękniejszym widokom. Przekonała się o tym Katarzyna. W swojej podróży zrozumiała, że praca w korporacji dawała jej jednak satysfakcję. Było tylko kilka spraw, które nieznośnie ciążyły. Po powrocie Katarzyna zaczęła więc szukać nowej posady w swojej branży, ale już na własnych warunkach. Znalazła etat – w konkurencyjnej korporacji. Po bardzo długiej przerwie kontynuuje wędrówkę. Dlatego woli jednak nie ujawnić nazwiska.

Barbara Garlacz w ramach kancelarii ze wspólnikami sama organizuje sobie pracę. – Te cztery lata działania na swoim dały mi szansę na zrealizowanie pragnień, na które nie miałam wcześniej czasu. Regularnie jeżdżę konno, dużo wyjeżdżam. Nauczyłam się windsurfingu. Zrobiłam kurs żeglarski. Nigdy wcześniej nie marzyłam o własnej firmie, ale czasami wydaje mi się, że odejście z korporacji było mistrzowskim posunięciem. Nie pojawiam się przed 11.00 w kancelarii – co nie znaczy, że rano nie pracuję, bo czasem wstaję o czwartej. Mam wolność. I mam już pomysł na kolejny biznes. Tym razem niezwiązany z prawem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pracoholizm - kiedy sukces niszczy

Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
"Kiedy twoje życie prywatne jest zagrożone, to znak, że w pracy cię doceniają. Kiedy legnie w gruzach – pora na awans" – to kluczowe zdanie z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. Film był komedią, rzeczywistość nie jest już taka wesoła.

Mobbing, wypalenie zawodowe, szef despota, toksyczne relacje w firmie – brzmi jak grypa w sezonie jesienno-zimowym albo żywność GMO. Jesteśmy nad wyraz zapracowanym narodem. W pracy spędzamy ponad 40 godz. tygodniowo. Shawn Achor, wykładowca psychologii pozytywnej na Harvardzie, ostrzega: „Większość firm i szkół wierzy w ten sam przepis na sukces: im ciężej będziesz pracował, tym większy sukces osiągniesz. A im większy będzie sukces, tym będziesz szczęśliwszy. Tyle że ilekroć odnosisz sukces, podświadomie podnosisz poprzeczkę tego, co będziesz uznawał za sukces w przyszłości”.

No właśnie, pracujemy w imię sukcesu. Ale sukces to nie tylko awans, wypłata z dużą ilością zer, służbowy laptop i samochód czy złota karta kredytowa, ale także trudne wybory… Również ten – nieuświadomiony i najważniejszy – czy tkwić w roli ofiary krwiożerczego kapitalizmu, czy zmierzyć się z własnym cieniem.

Brudne pieniądze

42-letnia Mirka trafiła do mnie, niemal siłą przyprowadzona przez matkę. Od trzech lat cierpi na depresję. Zaraz po studiach założyła z kolegą agencję reklamową. Przez pierwsze lata pracowała po kilkanaście godzin na dobę. W międzyczasie miała romans z żonatym mężczyzną, zaszła w ciążę i urodziła synka. Mężczyzna wrócił do żony. Rodzice Mirki zajęli się dzieckiem. – Obiecałam im, że do czterdziestki zarobię tyle, że potem nie będę musiała pracować – opowiada. I obietnicę spełniła. Dziś ma pieniądze, ale choroba nie pozwala jej cieszyć się życiem. Kiedy bierze antydepresanty, wraca do pracy. Odstawia leki i po dwóch tygodniach zalega w łóżku.

Mirka ucieka od życia: do pracy albo w chorobę. Za każdym razem jest to ucieczka od siebie, a jej sukces, choć jest cudownym wytłumaczeniem zaniedbywania dziecka (samotna matka musi zarobić na rodzinę), jakoś szczęścia nie daje. – Wie pani, praca w reklamie to nie zawsze czysta gra – przyznaje. – Te pieniądze wcale mnie nie cieszą. Czasami wstydzę się sposobu, w jaki doszłam do tego wszystkiego, co mam.

Mirka realizuje życiowe mity, którymi nasiąkamy od najmłodszych lat. Choćby takie: „Uczciwą pracą jeszcze nikt się w tym świecie nie dorobił”, „Praca to ciężki obowiązek” czy „Odpoczniesz na emeryturze”.

Pracoholik na wagę złota

Pracoholik to nie to samo co entuzjasta pracy – pisze w miesięczniku „Benefit” Joanna Rubin. – Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego – ostrzega autorka. Pasjonat pracy z radością angażuje się w swoje obowiązki, ale pielęgnuje także inne sfery życia i nie zapomina o odpoczynku. Wiedzą o tym doskonale pracodawcy, którzy chętnie zatrudniają pracoholików, ale równie łatwo się ich pozbywają, kiedy ci np. zaczynają chorować. A pracoholizm to choroba – uzależnienie, takie samo jak alkoholizm czy kompulsywne objadanie się. Kluczem do sukcesu nie jest praca po 10 godzin na dobę, pełna dyspozycyjność czy rezygnacja z urlopu, tylko rozsądek i równowaga, ale… zanim je osiągniemy, bywa, że korporacyjną epidemię, czyli mobbing, wypalenie, toksyczne relacje – będziemy pewnie musieli zaliczyć.

Korporozwodnicy

Rozwody z korporacją bywają spektakularne. Pewnie znasz „szczęśliwców”, którzy porzucili firmę i uciekli w Bieszczady hodować kozy albo zamienili kancelarię prawniczą na rękodzieło. Zwykle prędzej czy później okazuje się, że korpo porzucili, a problem pozostał.

Agnieszka zrezygnowała z etatu i zaczęła pracować w domu. Przez miesiąc odpoczywała od pracy w firmie, a oszczędności powoli topniały. Po dwóch kolejnych z lęku przed niewypłacalnością rzuciła się w wir obowiązków zawodowych. – Były dni, kiedy nie wychodziłam z łóżka, nie miałam czasu zjeść ani się umyć, tylko ślęczałam nad komputerem – opowiada. Kiedy trafiła na ostry dyżur z silnym bólem brzucha, zdała sobie sprawę, że „na swoim” pracuje ciężej i więcej.

Dominika była zatrudniona w firmie szkoleniowej. – Znudziły mi się tzw. dupogodziny, postanowiłam założyć swoją firmę. Jestem dobrym szkoleniowcem, mam bazę stałych klientów – opowiada. Dziś pracuje kilka dni w miesiącu, głównie na wyjazdach. Ale nie umie zagospodarować czasu wolnego: albo pracuje, albo leży na kanapie przed telewizorem. – Kiedyś było lepiej, przynajmniej byłam wśród ludzi – wyznaje.

Zrozumieć problem

Przekonanie, że musisz pracować ponad siły, bo masz kredyt do spłacenia, a dziś wszyscy tak ciężko pracują, albo strach, że w dobie kryzysu nie znajdziesz innej pracy – to jedna wielka iluzja. Mobbing, toksyczne relacje czy wypalenie zawodowe to zjawiska, które oczywiście istnieją, jednak być może są dobrym, społecznie aprobowanym usprawiedliwieniem, przykrywką twoich głębszych, bardziej bolesnych problemów. Ucieczka w pracę to często ucieczka od niesatysfakcjonującego związku czy lęku przed samotnością. Pracoholizm bywa sposobem kontrolowania życia.

Nie szukaj winnego na zewnątrz, po prostu przyjrzyj się sobie. Usiądź spokojnie na kanapie albo idź na długi spacer i zastanów się, czym dla ciebie jest sukces. Czy chodzi o pieniądze, a może o podziw albo uznanie? Zastanów się, jakie są twoje mocne, ale też słabe strony. Odkryj swój rytm, zacznij od spraw podstawowych. Kiedy jesteś najbardziej wydajna: rano czy wieczorem? Jak lubisz odpoczywać, co cię najbardziej męczy, ile godzin snu potrzebujesz, czy lubisz współpracować, a może wolisz samodzielną pracę? Ile potrzebujesz pieniędzy, żeby żyć wygodnie? Wyobraź sobie siebie za 5, 10 lat. Jak wyglądać będzie wtedy twoje życie? To nie praca cię niszczy, to ty niszczysz samą siebie. Chcesz to zmienić?

  1. Styl Życia

Praca w życiu człowieka - czym jest i jaką pełni dziś rolę?

Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz. Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lek. (Fot. iStock)
Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz. Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lek. (Fot. iStock)
Obecny kryzys zmusił nas do restartu kariery. Musieliśmy obniżyć poprzeczkę zarobków, ale i oczekiwań. Stanąć w obliczu nowych wyzwań, a także zadać sobie niewygodne pytania. Czy da nam to inne spojrzenie na rolę pracy w naszym życiu – pytamy coach Kamilę Rowińską. 

Wszyscy znaleźliśmy się dziś w nowej sytuacji zawodowej. Jeśli udało nam się utrzymać pracę, którą mieliśmy przed pandemią, to bardzo rzadko na takich samych warunkach. Mamy obniżone pensje albo dołożone obowiązki. Może musieliśmy zacząć świadczyć usługi, których wcześniej nie świadczyliśmy, może byliśmy na przymusowym i bezpłatnym urlopie. A może tę pracę straciliśmy – i to właściwie bez naszej winy. Wielu z nas czuje się przez ten kryzys oszukanych. Ale przecież nic nam nie zostało dane na zawsze. Wszyscy jesteśmy częścią jednego ekosystemu i jeśli zmienia się w nim jedna, choćby niewielka rzecz – ma ona wpływ na pozostałe elementy. Także to, co mamy dziś, tylko w założeniu jest na zawsze. I tak jak nauczyliśmy się akceptować wszystkie zmiany na lepsze, a często wręcz ich nie zauważać – mam na myśli rozmaite profity typu karty Multisport, wycieczki zagraniczne czy owocowe środy w pracy – tak samo powinniśmy pogodzić się z tym, że zmiany bywają też na gorsze.

Poza tym nie tylko pracownicy są obecnie w momencie wielkich zmian, ale i pracodawcy. Oni też zostali zaskoczeni. Celowo unikam tu sformułowania, którego pani użyła: „oszukani”. Oczywiście możemy się czuć oszukani, ale pytanie: przez kogo? Najwłaściwszą odpowiedzią byłoby: przez samych siebie. Bo zakładaliśmy, może jednak błędnie, że pewne rzeczy mamy zagwarantowane.

Tymczasem to zmiana jest jedyną pewną rzeczą w naszym życiu. Lubię powtarzać, że życie jest treningiem, ale jest też testem. Trenujemy i trenujemy, pracując albo prowadząc przedsiębiorstwo, odrabiamy zadania domowe z innowacyjności, umiejętności inwestycji, prowadzenia zespołu czy bycia zaangażowanym i proaktywnym. Aż nagle przychodzi egzaminator i robi nam test – może być nim choroba, kryzys gospodarczy lub taka zmiana, na jaką nikt z nas nie był chyba gotowy, czyli pandemia. W ten sposób egzaminator sprawdza, jacy tak naprawdę jesteśmy i jak sobie radzimy w trudnych sytuacjach. I to jest dla nas ogromna szansa na rozwój. Wymagająca wysiłku, ale proces rozwoju z reguły jest niewygodny.

Moja firma również musiała poszerzyć swoją strefę komfortu. Ja i moi pracownicy przez ostatnie trzy miesiące – u nas akurat nie zmieniły się wynagrodzenia – musieliśmy dać z siebie więcej, żeby zarobić tyle samo. I godzę się z tym – uznałam, że mieliśmy czas dobrobytu, teraz nadszedł czas sprawdzianu i nie jest wcale powiedziane, że ten dobrobyt nie wróci – a u niektórych nadal trwa. Dlatego proponowałabym, by spojrzeć na aktualną zmianę jako na ciekawe doświadczenie – jeśli pracodawca sprawiedliwie nas traktuje, a pandemia nie jest tylko pretekstem, żeby nam obciąć jakieś przywileje, to wszyscy musimy się teraz trochę powstrzymać z oczekiwaniami. I to moim zdaniem jest OK.

Sądzę, że obecna sytuacja w wielu branżach doprowadzi do urealnienia zarobków – choćby w sektorze IT. Już wcześniej były głosy, że doszło tu do zbyt dużego rozpasania. Aż przykro było patrzeć na to, jak wyśrubowane pensje mają programiści w porównaniu z tym, ile zarabiał na przykład profesor na uczelni.

Poruszyła pani temat pracodawców. Dla wielu młodych przedsiębiorców jest to pierwszy większy kryzys w ich karierze, muszą sobie poradzić z koniecznością zwalniania pracowników. Co jest dla nich najtrudniejsze? Niepewność. Niektórzy zostali zmuszeni do tego, by planować swój biznes z tygodnia na tydzień, a dla przedsiębiorcy funkcjonowanie bez długoterminowej strategii jest bardzo trudne – nie wie, na ilu pracowników będzie go stać i jak długo uda mu się utrzymać zespół. Powiem tak: zgrane i kreatywne zespoły, które razem wzięły odpowiedzialność za zmianę; gdzie każdy pracownik wyszedł poza to, co zwykle robi, i dołożył swoją cegiełkę do wspólnego wysiłku – poradzą sobie w kryzysie najlepiej. I mam tu na myśli także firmy gastronomiczne, najbardziej dotknięte przez pandemię. Powtórzę to znowu: dla mnie ten, ale i każdy inny kryzys jest ogromną szansą.

Ja upatruję w nim szansę na to, by zmienić folwarczny sposób zarządzania ludźmi, w którym pracownik nie ma nic do gadania, bo szef mu każe. Kończyłam zarządzanie w 2004 roku i już wtedy uczono mnie, że ludzie nie bez powodu stanowią zespół i że każdy odpowiada za to, jaki jest sukces firmy. Żeby ludzie czuli się zaangażowani, muszą mieć jednak większy obraz: znać nie tylko wizję, misję i cel działania firmy, ale też wiedzieć na co dzień, jak to wszystko, co robią, przekłada się na ten cel.

W obliczu nagłych zmian to odzyskanie poczucia sprawstwa, o którym pani mówi, jest szczególnie ważne. Jeśli jako pracownik mam poczucie, że ode mnie też zależy los przedsiębiorstwa czy istnienie mojego stanowiska – mam większą motywację do pracy. Gdyby tylko udało się nam to zachować na stałe. Na przykład mój zespół jest budowany właśnie w ten sposób. Ja pracuję z Gdyni, część zespołu jest w Warszawie, a część w Gliwicach. Kiedy wybuchła pandemia, każdy z tych zespołów miał sam ustalić, w jaki sposób może ciąć koszty oraz być bardziej produktywny. Czyli każdy pracownik dostał zadanie: „pomyśl, jak możesz na siebie zarobić w tym trudnym okresie”. Sądzę, że ważne jest, by raz na jakiś czas zadać sobie pytanie: po co ja to robię? Nawet jeśli pracuję na tzw. początkowym czy podstawowym stanowisku i nie mam za sobą awansu. Przypomnieć sobie, czy i jak istotna jest moja praca.

Dobrze byłoby, gdybyśmy częściej zadawali sobie to pytanie, zamiast wciąż tylko biec po więcej. Mam wrażenie, że przez ostatnie 10 lat przesyciliśmy się wszystkim: ilością bodźców, doświadczeń, podróży, relacji, informacji... Może teraz znajdziemy czas na to, by zastanowić się, co tak naprawdę jest ważne. Wiele osób, które miało przydomowe ogrody, dopiero podczas lockdownu mogło zaobserwować, jak ten ogród rośnie, jak zmienia się każdego dnia. Mieliśmy okazję zobaczyć, czego naprawdę uczą się nasze dzieci, gdzie się uczą i czy nam taka szkoła odpowiada. Albo podróże – ciągle dokądś jechaliśmy lub lecieliśmy, bo było to względnie tanie. Ale nie wszystko, co jest tanie, jest nam potrzebne.

Mam wrażenie, że robiliśmy i doświadczaliśmy więcej, ale na płytszym poziomie. Oglądaliśmy jakiś film, ale już się nie zastanawialiśmy, kto go nagrał i dlaczego, jaka historia za tym stoi – bo włączaliśmy kolejny. Dlatego nawet jeśli będziemy mieć teraz mniej pieniędzy, bardziej nas to ubogaci. Zwrócimy wreszcie uwagę na to, na co je wydajemy. Może przestaniemy marnować jedzenie? A zamiast wizyty w galerii handlowej pójdziemy do lasu? Może na wakacje pojedziemy do małego pensjonatu, a nie do hotelu z opcją all inclusive?

I może też ustalimy wreszcie, jakie miejsce w naszym życiu zajmuje praca. Bo mam wrażenie, że oczekiwaliśmy od niej zbyt wiele. Na przykład, że będzie stanowić o naszej wartości. Żyjemy w kapitalistycznym świecie, gdzie sukces dla wielu osób ma jedno imię – ja mam trochę odmienną wizję sukcesu, ale dla większości osób oznacza on zamożność i spełnienie zawodowe. Teraz dowiedzieliśmy się, że wystarczy, że jedna rzecz się zmienia i już nie jesteś potrzebny czy potrzebna. Nie wiem, czy przykład, który podam, jest fortunny, ale okazało się, że w kryzysie nie bardzo potrzebni są nam celebryci, do tej pory zarabiający niestworzone pieniądze. Zaczęliśmy doceniać ludzi, na których naprawdę możemy liczyć, a nie wirtualnych znajomych. Zobaczyliśmy coś więcej poza pracą, bo zostaliśmy wydarci z delegacji, wyjazdów integracyjnych, bankietów, kawek, biznesowych lunchów czy wielogodzinnych bezsensownych narad, które można odbyć teraz o wiele szybciej na Zoomie czy Teamsie. Przekonaliśmy się, że wiele ruchów, które wykonujemy w naszym życiu, jest zupełnie bezcelowych. To takie bieganie z pustymi taczkami.

Wielu musiało się też pożegnać z marzeniem o zmianie pracy i cieszyć się, że utrzymało starą. Podam tu przykład mojego męża, który był właśnie na takim etapie. Miał doskonałą posadę w Komisji Europejskiej, ale wziął bezpłatny urlop, by zrealizować swoje marzenie o byciu pilotem linii lotniczych. W kwietniu rozpoczynał już swoje pierwsze loty jako stażysta – miał mundur, czapkę i grafik. I nagle po sześciu latach katorżniczej pracy i wydaniu masy pieniędzy, a nawet całkowitym przeorganizowaniu naszego życia – LOT poinformował, że na razie zawiesza rejsy i dopiero za kilka miesięcy dowiemy się, co dalej. Być może mój mąż będzie musiał pogodzić się z tym, że już tym pilotem nie zostanie. Kiedy patrzę na niego, to widzę, jak bardzo jest tym rozczarowany, ale też jak bardzo ważny jest to moment w jego wewnętrznym rozwoju.

Kamila Rowińska, trenerka i coach. Prezeska i założycielka Fundacji Kobieta Niezależna. 

Kiedy rzeczywistość się zmienia

Życie brytyjskiego dziennikarza George‘a Monbiota z dnia na dzień przekręciło się o 180 stopni. Wszystko za sprawą diagnozy raka prostaty. A jednak, jak twierdzi, mimo że to był dla niego ogromny cios, twórczo sobie z nim poradził. Stosował się bowiem do trzech zasad dobrego życia, które odkrył w tym trudnym dla siebie czasie:

  • Myśl raczej o tym, o ile mogłoby być gorzej, niż o tym, o ile mogłoby być lepiej.
  • Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz.
  • Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lęk.
Źródło: Ulrich Schnabel „Siła wewnętrznej wolności” (wyd. Muza)

Strategia wspaniałej piątki

Jak utrzymać wewnętrzną kontrolę, kiedy czujesz, że wszystko się wali? Coach Jens Corssen poleca pewną strategię:

  • Wyrzuć z siebie emocje.
  • Powiedz: „Tak bywa”.
  • Postanów sobie, że ta sytuacja cię czegoś nauczy.
  • Wymyśl osiem możliwości poradzenia sobie z tą sytuacją.
  • Rozważ wszystkie osiem opcji i świadomie wybierz jedną z nich.
Źródło: Ulrich Schnabel „Siła wewnętrznej wolności” (wyd. Muza)

  1. Psychologia

Zmiany w życiu zawodowym: do kogo warto zwrócić się o radę?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zakładając własną firmę lub podejmując inne decyzje dotyczące spraw zawodowych, chcielibyśmy poradzić się kogoś mądrzejszego, z doświadczeniem. Jak rozpoznać, kto nam dobrze życzy, a kto tylko zniechęca? – Po pierwsze, odrzućmy malkontentów – radzi coach Karolina Cwalina.

Uważasz, że powinniśmy słuchać rad innych? Gdy przygotowywałam się do naszej rozmowy, przejrzałam mnóstwo blogów i tekstów na ten temat. Znalazłam skrajne opinie. „Ufaj tylko sobie” albo: „To dzięki wskazówkom innych odniesiesz sukces”. Kto ma rację?
Moim zdaniem nie powinniśmy słuchać wszystkich, ale mądrzejszych od nas – już tak. Chociaż, oczywiście, czasem trudno przyznać się nawet przed sobą, że ktoś jest od nas mądrzejszy.

Ale co to znaczy? Kim jest ktoś mądrzejszy od nas? Jak to zweryfikować?
Powinien być to ktoś, o kim wiemy na pewno, że życzy nam dobrze, dopinguje nas, wspiera. Przeczytałam niedawno tekst, który powstał po rozmowach z kilkudziesięcioma odnoszącymi sukcesy biznesmenami. Zadano im jedno pytanie: „Jaka jest najlepsza rada, jaką otrzymałeś w swoim życiu?”. I choć rady były różne, większość z nich usłyszała je od kogoś z rodziny – matki, ojca, ukochanej babci, ciotki czy wujka. Na przykład T. Boone Pickens, amerykański biznesmen, przewodniczący zarządu BP, którego majątek szacuje się na 1,4 miliarda dolarów, wyznał, że przez całe życie pamiętał radę swojej babci, która powtarzała, że w drodze na szczyt nie ma sensu obwiniać innych za porażki, bo najczęściej to my zawodzimy. Ktoś inny usłyszał od mamy: „niczego nie żałuj” i dlatego odważnie podejmował decyzje.

Tylko czy to są konkretne rady, czy raczej wskazówki, które potem stają się naszymi przekonaniami?
Ale te wskazówki są bardzo ważne. Spójrzmy na przykład na założenie firmy – jak było w moim przypadku. Wiadomo, że nikt ze starszego pokolenia nie będzie raczej się znał na temacie budowania wizerunku na Facebooku, fanpage’ach czy YouTube, ale jeżeli chodzi o życiowe sprawy, będzie wiedział znacznie więcej: co jest istotne, na co zwracać uwagę. Dlatego ważne, żeby umieć słuchać rad, a nie złościć się, obrażać. Zawsze warto przypomnieć sobie siebie sprzed 10 lat. Czy nie mieliśmy wtedy poczucia, że wszystko potrafimy? Prawie zawsze okazuje się, że tak. Dziś z perspektywy czasu widzimy swoje błędy w myśleniu. Często powtarzamy. „Ale byłam głupia”, „Jak tak mogłam?”.

Dlaczego to jest takie ważne?
Bo największą inspiracją do działania są ludzie. Jeśli potrafimy mądrze słuchać, to czerpiemy z tego ogromne korzyści. Są tacy, którzy kompletnie nie potrafią słuchać innych i źle na tym wychodzą. Ważne jest znalezienie złotego środka, bo tak jak już kiedyś mówiłyśmy, są tzw. przyjaciele, którzy mówią, że coś robimy źle, że to nie się nie uda – a wcale nie mają racji.

Rozumiem: „to jest złe, to się nie uda” – to żadna rada, bo nic nie wnosi.
Nie traktujmy poważnie opinii osób, które wiecznie narzekają, a same nic nie robią ze swoim życiem. Jestem zwolenniczką teorii, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Poza tym zobacz, jak to brzmi: „To się nie uda”. Nawet mówiąc to zdanie, czuję w sercu ciężar. Ale to samo można wyrazić zupełnie innymi słowami: „Przemyśl dwa razy, czy to na pewno dla ciebie, czy to jest ten moment. Rozważ wszystkie za i przeciw”. Autorytetem może być dla nas ktoś, kto odniósł sukces w dziedzinie, która nas interesuje. Pytasz przyjaciółki: „Zakładać własną firmę czy nie?”. Ona się na tym nie zna, ale jej siostra tak, bo sama kilka lat temu założyła portal kulturalny, dostała dotacje z Unii. Dobra przyjaciółka wtedy nie stopuje, tylko od razu wpada na pomysł, żeby porozmawiać z jej siostrą. A gdy masz problem w związku, to do kogo zwrócisz się o pomoc? Przecież nie do przyjaciółki singielki, która skwituje krótko: „rzuć go”, tylko raczej do koleżanki, która ma poukładane życie osobiste. Wybierajmy tych ludzi, o których wiemy, że na dany temat mają wiedzę większą od nas. Tak jak do mnie przychodzą kobiety, które chcą zmienić swoje życie. Mogą mi zaufać, bo wiedzą, że ja zrobiłam rewolucję w swoim. Czyli moje doświadczenia sprawiły, że jestem dla nich bardziej wiarygodna.

Ale gdzie jest ta granica? Na pewno masz klientki, które wychodzą od ciebie zafascynowane, gotowe na zmianę, pełne energii, a następnego dnia porozmawiają z kimś sceptycznym i od razu tracą tę siłę.
Jako coach pracuję z takimi kobietami nad umacnianiem ich poczucia własnej wartości. Jeśli je masz, to nie zachowujesz się jak chorągiewka na wietrze. Masz wobec innych postawę życzliwą, ale nie czołobitną. OK, niech inni nam doradzają, słuchajmy mądrzejszych od siebie, ale jednocześnie filtrujmy wszystkie rady, które dostajemy. Jeśli przychodzi do mnie klientka i ja widzę, że ona bardzo chce coś zrobić, to moim zadaniem jest jej nie oceniać. Najwyżej się sparzy. Nigdy nie będzie wiedziała, jeśli nie spróbuje. Natomiast gdy z czegoś rezygnujemy pod wpływem innych, zostaje w nas takie uczucie smutku i żalu: „miałam szansę, nie wykorzystałam jej, a co by było, gdyby…”. To uczucie jest znacznie gorsze.

Tylko że nawet ludzie, którzy osiągnęli sukces w danej dziedzinie, dochodzili do tego różnymi drogami, mają różne osobowości – każdy więc może mówić co innego.
Usłyszałam ostatnio od kolegi bardzo mądrą rzecz. Że on nie patrzy na konkurencję, bo gdyby to robił, to od każdego by chciał coś „wziąć” i w rezultacie nie zrobiłby nic swojego. Dlatego tak ważne jest przefiltrowanie każdej rady. Musimy patrzeć na siebie: czy taka wskazówka będzie mi służyć, czy mam osobowość podobną do radzącego, czy kompletnie nie. Co mogę – mimo wszystko – wyciągnąć z tego dobrego dla siebie.

Załóżmy, że rozmawiasz z kolegą menedżerem i on ci mówi: „Odniesiesz sukces, jak będziesz zarządzała twardą ręką”. A to do ciebie nie pasuje, bo jesteś empatyczna, stawiasz na porozumienie w zespole. Nie możesz wziąć tej rady całkiem do siebie. Ale już zastanowić się, co ci się z tego przyda – tak. Może są obszary, gdzie możesz być twardsza, bardziej konsekwentna, wyraźniej stawiać współpracownikom granice. Albo radzisz się babci, która przeżyła szczęśliwe 60 lat z dziadkiem. Ona mówi: „Najważniejszy jest kompromis, elastyczność, wybaczanie”. To się, oczywiście, kłóci z dzisiejszym trendem, który można określić hasłem: „ja, moje, dla mnie”. Ale coś możesz z tego wynieść. To nie znaczy, że masz nagle akceptować zdrady i przymykać oko na wszystkie słabości, ale może dzięki babci przesuniesz trochę swoje granice. Zrozumiesz, że żaden związek się nie uda bez pewnej miękkości i akceptacji. Mniej będziesz ulegała przyjaciółkom, które często lekko rzucają: „stać cię na więcej”. Tylko co to znaczy „więcej”?

Przeczytałam gdzieś: rady kogoś, kto już osiągnął sukces, są bezcenne na samym starcie.
Tak. Bo choć możemy wybrać inną drogę, pewne wskazówki są bezcenne. Jeśli chcesz być pisarką – od innych pisarzy możesz czerpać wiedzę, do jakich wydawnictw się odzywać, jak się nie zrażać, zdyscyplinować. Zbieramy historie innych, a potem wyciągamy coś dla siebie. Wychodzi z tego też dużo „ogólnych” prawd dotyczących niepoddawania się, wysiłku, który najczęściej trzeba włożyć, momentów zastoju, reakcji znajomych, innych pisarzy i tak dalej. Mnie kiedyś przyjaciółka, która ma duże doświadczenie w biznesie, spytała, jakie mam profity z tego, co robię. A potem zaczęła mi radzić, jak pomysł zamienić w pieniądz. Była w tym bardzo ostra i konkretna. Nie obraziłam się, nie powiedziałam: „Moja sprawa”, tylko posłuchałam. Opracowałam strategię, kolejne plany – wszystko dzięki niej. Z drugiej strony, kiedyś nie posłuchałam tych, którzy mi mówili, że „Sexy zaczyna się w głowie” to infantylne hasło. I wciąż uważam, że miałam rację.

Kogo na pewno nie słuchać?
Ludzi zawistnych i zazdrosnych, którzy boją się wyjść poza swoją strefę komfortu i nic nie robią, tylko narzekają, źle życzą innym.

Nie jesteś zbyt krytyczna? Czasem te osoby udzielają takich rad z dobrej woli.
Być może. Ale dla mnie to jest pseudodobra wola. Jak można radzić komuś dobrze w sferze, o której nie ma się pojęcia? Co nam z tego, że usłyszymy: „Ja na twoim miejscu nie zaryzykowałabym, czasy są ciężkie”. Taki człowiek mówi o czymś przez pryzmat własnego doświadczenia. Mówi o nas, naszej sytuacji, a wyraża w tym własny lęk przed zmianą, porażką. Przyjrzyjmy się osobom, które nam doradzają. Kim są, jaka jest ich osobowość, jak wiele zdobyły w dziedzinie, która jest dla nas ważna.

Karolina Cwalina ECPC, coach, autorka programu „Sexy zaczyna się w głowie”, www.sexyzaczynasiewglowie.pl

  1. Styl Życia

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"

Kasia Sokołowska - reżyserka pokazów mody. Studiowała aktorstwo i reżyserię w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jurorka w programie „Top Model”, prowadząca „Projekt na sukces” w TVN Style. (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Kasia Sokołowska - reżyserka pokazów mody. Studiowała aktorstwo i reżyserię w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jurorka w programie „Top Model”, prowadząca „Projekt na sukces” w TVN Style. (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał – mówi Kasia Sokołowska.

Własny program w telewizji to marzenie i wyzwanie jednocześnie. Dlaczego zdecydowała się pani poprowadzić „Projekt na Sukces” w TVN Style? Bo ten format jest ze mną w stu procentach kompatybilny. A mam taką zasadę, że wchodzę tylko do tych rzek, które są „moje”, które „czuję”, taka filozofia zawsze się w moim życiu sprawdzała. Selektywne podejście do wszystkiego, co przynosi los, zdecydowanie procentuje, takie jest moje doświadczenie.

I zawsze jest pani konsekwentna w swoich wyborach? Swoją drogę zawodową zaczęłam od mody – już podczas studiów dostałam propozycję wyreżyserowania dyplomowego pokazu mody, to był mój pierwszy raz, odnalazłam się w mig, pamiętam dokładnie tamtą błyskawicę – myśl, która przeleciała przez głowę: „To jest to!”. I tak oto od 25 lat reżyseruję pokazy mody. Jestem też producentką, dyrektor kreatywną rozmaitych projektów. Swobodnie czuję się też w świecie designu, włączyłam się na przykład w projekt hotelu Lake Hill Resort and SPA w Karkonoszach. Z czasem moja droga rozszerzyła się także na działalność w telewizji, bo zaczęto postrzegać mnie jako eksperta w mojej dziedzinie. Okazało się, że na ekranie poczułam się bardzo swobodnie, publiczność zaakceptowała mnie jako jurora w programie „Top Model”. Nie bez przyjemności odnalazłam się również w biznesie – stworzyłam swoją markę butów Emeralds and Crocodiles, niszowy start-up, który właśnie połączył się z potentatem, jakim jest firma obuwnicza Kazar. Udało mi się więc dość płynnie i owocnie wejść w świat mediów i biznesu.

Czyli „Projekt na Sukces” to program skrojony pod panią. Dokładnie tak. Dotyczy ludzi, niekoniecznie młodych, którzy mają jakiś pomysł – klarowny, przemyślany – ale brakuje im mocy, wiedzy i narzędzi, by wcielić swoją wizję w życie. Albo tych, którzy już ją wcielili, ale z rozmaitych powodów nie potrafią zrobić kolejnego kroku. Potrzebują wsparcia, rady, kontaktu z ekspertami, mentorami, których zapraszam do programu. W tych ludziach jest pasja, ale gotowi są też, by pracować pełną parą. I to mi się bardzo podoba.

Pasja jest najważniejsza? Tak, ale pasja to nie wszystko. Oprócz niej w życiu trzeba się trochę namęczyć. Myślę, że mam „prawo”, by mówić ludziom, że warto się wysilać, bo moja droga jest tego dowodem. Oczywiście, wiele zależy od siły wyobraźni, woli, od warunków zewnętrznych, od wsparcia, szczęścia, ale nudna prawda jest taka, że to żmudna praca najbardziej popłaca…

A pani tę pasję do pracy ma we krwi? Nie wiem, czy we krwi, czy tak ukształtowało mnie dzieciństwo. Było ściśle związane z muzyką, ze sceną i rzeczywiście – z ogromną dyscypliną. Przez 15 lat koncertowałam z muzyką dawną, klasyczną, współczesną, chóralną, kameralną. Miałam siedem lat, kiedy po raz pierwszy wyruszyłam w trasę z moim zespołem. To nauczyło mnie radzić sobie w różnych warunkach, nauczyło mnie samodzielności. A jednocześnie od wczesnych lat byłam przyzwyczajona do takich ciągłych artystycznych uniesień. Uwrażliwiona na to, co oddziałuje na emocje, a to jest jak nałóg – kiedy się tego raz zazna, chce się więcej, tego rodzaju uderzenia adrenaliny człowiek chce już zawsze.

Ale pomiędzy tymi uniesieniami jest nic innego jak codzienna praca właśnie. W moim życiu dość płynnie romantyzm przeplata się z pozytywizmem. Jedną i drugą potrzebę – „odlatywania” i „pracy u podstaw” – mam w sobie głęboko zakorzenioną i ciężko byłoby się którejkolwiek z nich pozbyć. Nawet gdybym chciała…

Kasia ma na sobie: limonkową marynarkę Paprocki & Brzozowski, sukienkę Hervé Léger/Moliera, szpilki Emeralds and Crocodiles Kasia ma na sobie: limonkową marynarkę Paprocki & Brzozowski, sukienkę Hervé Léger/Moliera, szpilki Emeralds and Crocodiles

Należy pani do tych, o których bez cienia wątpliwości mówi się: kobiety sukcesu. Jak pani, na własne potrzeby, definiuje sukces, czym on jest? Chyba nigdy nie zastanawiałam się, dokąd zmierzam, istotny był sam proces, on mnie nakręca, daje satysfakcję. Ja lubię iść. Nie mam potrzeby, by znać dokładny adres mojego celu. I podobnie mam z sukcesem – nie wiem, czy go osiągnęłam, bo nigdy nie nazwałam, co nim dla mnie będzie. Ale, tak na gorąco, mogę powiedzieć, że dobrze mi tu, gdzie jestem – w „tym” miejscu, w „tym” czasie, z „tymi” ludźmi.

I to jest sukces według mojej osobistej definicji. Więc tak, według takiej definicji – czuję się kobietą sukcesu!

Nigdy nie miała pani chwil zwątpienia? Nie zdarzały się błędy, potknięcia? Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i – a może przede wszystkim – determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał.

To wymaga ciągłej czujności, mobilizacji… Ale dzięki temu dziś nadal się rozwijam i – tak się jakoś szczęśliwie układa – ciągle trafiam przed kolejne drzwi, które mogę otwierać, czasem ze strachem, ale głównie z ciekawością. Jestem życia bardzo ciekawa. Mam 47 lat i wciąż kręci mnie to, co przede mną, to bardzo przyjemne uczucie.

Według mnie nie ma mowy o sukcesie, jeśli zapominamy, kim jesteśmy i od czego to wszystko się zaczęło. Ja muszę wciąż czuć ten dreszcz, który czułam, kiedy pierwszy raz reżyserowałam pokaz. Ten sam, który czuła siedmioletnia dziewczynka, stojąc na scenie. To charakterystyczne mrowienie jest moim barometrem. Dopóki się pojawia, wiem, że wszystko jest w porządku.

Ale jeśli mowa o sukcesie, to ma on według mnie jeden wymiar, o którym w ogóle się nie mówi, a mnie on przysparza sporo kłopotu.

To znaczy? Równie ciężko, przynajmniej ja tak mam, jest znieść ten czas, kiedy telefon milczy, jak też ten, kiedy wciąż dzwoni. Wielu się pewnie teraz uśmiechnie: „Jasne, nie ma większych problemów, woda sodowa uderzyła jej do głowy”, ale to nie kokieteria, trzeba wielkiej dojrzałości, by bez żalu dokonywać selekcji, nie żałować utraconych szans. Kiedy praca kręci tak bardzo, jak mnie kręci moja, trudno – nie komuś, ale samemu sobie – powiedzieć: „nie”. Pierwszą śluzą przy dokonywaniu wyboru są, oczywiście, wspomniana intuicja i przeświadczenie, czy coś „czuję”, ale potem jest naprawdę ciężko. Nie tylko wypalenie zawodowe prowadzi do frustracji. Natrętne myśli: „Czy na pewno dobrze wybrałam?”; „Czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że odmówiłam?”, potrafią solidnie zatruć życie. Więc tego, jak radzić sobie z poczuciem tracenia, rezygnowania, wciąż się uczę. Zresztą mam wrażenie, że w ogóle dojrzałość polega na tym, by bezboleśnie dokonywać w życiu rozmaitych selekcji, zostawiać za sobą kolejne „okazje” bez żalu. Bo nie tylko o pracę chodzi, ale też o kontakty z ludźmi – umieć nie wchodzić w te, które nam nie służą, bądź nie tkwić w nich. Nie zawsze i nie z każdym jest nam po drodze. Nie zgadzamy się w różnych ważnych kwestiach i zwyczajnie nie trzeba wtedy szukać na siłę porozumienia.

Kasia ma na sobie: kurtkę i kombinezon MMC Kasia ma na sobie: kurtkę i kombinezon MMC

A z kim zdecydowanie nie jest pani po drodze? Nie lubię takiego swojskiego poklepywania się wzajemnie po plecach, to nie moja bajka. Cenię sobie szacunek i dystans. Nawet jeśli jestem z kimś w jakiejś zażyłości, to nie daje mi prawa, by przekraczać granice, wkraczać w jego przestrzeń. Kilka razy zarzucano mi właśnie, że się nadmiernie dystansuję od różnych osób, spraw. Ludziom dystans kojarzy się bardzo negatywnie. Nie rozumiem tego, dla mnie umiejętność zachowania go, respektowanie go jest oznaką psychicznego zdrowia. To coś, co nazywam życiową higieną. Im jestem starsza, tym mocniej czuję, jak ważne jest, by o nią na co dzień dbać.

Mówi pani o życiowej higienie, a podobno jest pani pracoholiczką… Jestem, to prawda. I akurat z tym przestałam walczyć. Mam w sobie sprężynę, której nie da się wyłączyć. Ale to też jakiś dar. Zaczęłam to postrzegać właśnie w takich kategoriach. Choć przyznam, że był czas, kiedy myślałam, że moja nadaktywność jest przekleństwem. Dziś cenię tę swoją sprężynę, tylko uczę się korzystać z niej rozsądnie. Świadomość i doświadczenie, czyli nic innego jak płynący czas, mi w tym pomagają. Pomagają mi ją okiełznać. Kiedyś mnie bardziej nosiło, dziś potrafię sprawniej kanalizować energię, odróżniać to, co mnie stymuluje, od tego, co wprowadza mnie w mrok.

A odpoczynek? Potrafi pani odpoczywać? Odpoczynek to trudna sztuka. Nie jestem w niej mistrzem, ale już umiem się wyłączać raz na jakiś czas. Podróżowanie daje mi poczucie wolności. Czasem to bezmyślny „plażing”, ale zdecydowanie częściej to „podróż awantura”, tak ją nazywam, kiedy jest niewygodnie, kiedy nie ma planu. Właśnie wtedy, paradoksalnie, potrafię się naprawdę wyłączyć, wyciszyć. Nie męczy mnie duża liczba bodźców, wręcz przeciwnie. Czasem podróżuję sama, czasem w towarzystwie, dobrym towarzystwie. Ale samo słowo „odpoczynek” tak naprawdę najbardziej kojarzy mi się ze słowem „równowaga”.

Kasia ma na sobie: pomarańczowy garnitur Boss, T-shirt Ralph Lauren, buty Kazar Kasia ma na sobie: pomarańczowy garnitur Boss, T-shirt Ralph Lauren, buty Kazar

Jak żyje się w równowadze? Przede wszystkim nie wolno robić zamachów na samą siebie. Takim zamachem jest dla mnie na przykład wchodzenie w konflikt. Konflikt mnie nie oczyszcza. Konfrontacje, rozwiązania siłowe nie wchodzą w grę. Niektórym ludziom pomaga, kiedy otwarcie wykrzyczą swoje emocje, żale. A mnie to dodatkowo osłabia, potrzebuję innych, mniej inwazyjnych sposobów rozwiązywania problemów. Przemoc i agresja w każdym wydaniu bardzo mi szkodzą. Szkodzi mi też brak tolerancji, widzę, że tak bardzo lubimy się wzajemnie oceniać, i bardzo siebie pilnuję w tej kwestii.

Powiedziała pani, że aby coś osiągnąć, najważniejsza jest po prostu zwykła codzienna praca, ale sama wspiera pani innych na ich drodze, choćby w nowym programie. A ile wsparcia pani dostała w życiu? Uważam, że aby dostać wsparcie w dorosłym życiu, trzeba coś najpierw światu zaproponować. I to jest fair. Ja zawsze najwięcej wymagałam i nadal wymagam od siebie. Ale świata nigdy nie zdobywa się w pojedynkę. Generalnie mam szczęście do ludzi, choć bywały momenty, kiedy byłam bardzo samotna, smutna, przekonana, że potraktowano mnie niesprawiedliwie. Jednak dość dobrze radzę sobie z huśtawkami, jakie funduje mi życie, z przyjemnym wyrzutem adrenaliny, ale też z jej gwałtownym spadkiem.

Siłaczka z pani… Mam wrażenie, że jestem silną osobą. Ale to się nie wzięło znikąd. Bo ja dostałam bardzo duże wsparcie na początku drogi. Rodzice obdarowali mnie ogromnym zaufaniem. Potrafili ze mną mądrze rozmawiać i mądrze mną kierować. A potem trafiłam na wspaniałych dyrygentów, moich najważniejszych nauczycieli muzyki, ale też wychowawców. W dorosłym życiu także miałam przywilej spotkania kilkorga wyjątkowych osób. A że rodzice nauczyli mnie także otwartości, umiałam z tego wszystkiego skorzystać. Dostałam wiele dobrego. I teraz mam się czym dzielić.

 

Zdjęcia: Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, makijaż: Kamila Wiedeńska, fryzury: Adam Szaro). Dziękujemy firmie High Level  Sales & Marketing za użyczenie apartamentu w rezydencji Park Lane przy ul. Podchorążych 83 w Warszawie. Zdjęcia: Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, makijaż: Kamila Wiedeńska, fryzury: Adam Szaro). Dziękujemy firmie High Level  Sales & Marketing za użyczenie apartamentu w rezydencji Park Lane przy ul. Podchorążych 83 w Warszawie.

 

 

 

 

  1. Styl Życia

Nie wiesz jak osiągnąć sukces? Sprawdź, co cię blokuje

Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mówi się, że niektórzy ludzie przyciągają powodzenie. To prawda, podobnie jak to, że niektórzy je odpychają. Pora zdemaskować największe blokady sukcesu.

Wiele się dziś mówi o tym, jak pochodzenie, wykształcenie, a nawet płeć blokują możliwości rozwoju zawodowego. Największe blokady naszych sukcesów to jednak nie żaden szklany sufit, czyli zewnętrzne okoliczności, ale przekonania tkwiące w naszych głowach. Chcesz się przekonać, jakie są twoje? Zacznijmy od paru pytań. Zastanów się, czy zgadasz się z którymś z tych stwierdzeń:

  • W Polsce dostać pracę bez znajomości? Niemożliwe!
  • Talent to podstawa sukcesu.
  • Człowiek jest kowalem własnego losu? Bzdura! Pewnych rzeczy nie przeskoczysz.
  • Mało kto osiąga dziś sukces, a nawet jeśli, to kosztem zdrowia lub rodziny.
Jeśli choć raz kiwnęłaś głową, należysz do osób, które uważają, że w życiu o wszystkim decyduje zespół czynników zewnętrznych, a nie my sami. Tylko jak w takim razie zamierzasz odnosić sukcesy? Przekonania decydują o naszym życiu bardziej niż czyny. Dlatego zacznij od solidnych porządków swojej głowie. Doceń siłę twoich myśli.

Moc wyobraźni

O czym lubisz fantazjować? Wyobrażasz sobie, że wygrywasz w lotto czy raczej, że kończysz drugie studia i rynek pracy o ciebie zabiega? Między tymi dwoma marzeniami jest ogromna różnica. Taka jak pomiędzy byciem biernym obserwatorem swojego życia, a jego kreatorem. Możesz marzyć, że jesteś już na emeryturze i masz święty spokój lub że rozkręcasz nowy biznes. Pragnienia napędzają naszą podświadomość, sterują nią i ustalają azymut działań. Jeśli śnisz o emeryturze, nie dziw się, że sukces w twoim życiu się nie zjawia. Marzenia to magnes wydarzeń, ale też ich skuteczna blokada. Kiedy snujesz swoje wizje przyszłości, uważaj, w jakiej roli się w nich stawiasz.

Cień przeszłości

Rozbita rodzina, wymagający ojciec, nadopiekuńcza matka… Dość wyliczania, czego nie dali ci rodzice, o ile miałaś gorszy start. To tylko usprawiedliwienie niechęci do wysiłku. Co było, się nie odstanie. Teraz ty i tylko ty decydujesz o swoich życiowych wyborach. Nawet brak miłości w dzieciństwie czy toksyczni rodzice nie mają już nic wspólnego z tym, że zamiast poświęcać choć godzinę dziennie na własny rozwój (naukę języka, kurs czy warsztat), oglądasz na kanapie seriale, jedząc czipsy.

Strefa komfortu

Chcesz być lepsza – musisz odrzucić strategie, które stosowałaś do tej pory, zejść z utartej ścieżki. Pragniesz założyć własną szkołę jogi? Będziesz musiała zrezygnować z etatu, uciąć to, co dawało ci poczucie bezpieczeństwa. Porzucenie strefy komfortu jest absolutnie konieczne, aby w twoim życiu nastąpiły zmiany. Jeśli jesteś mniej więcej zadowolona ze swojego związku, mniej więcej starcza ci pieniędzy od wypłaty do wypłaty, masz miej więcej satysfakcjonujące życie – to jesteś w strefie komfortu. Żeby stać się człowiekiem sukcesu, trzeba ryzykować. Bez tego drepcze się w miejscu.

Lęk przed samotnością

Ludzie sukcesu zawsze są samotni, narażeni na surowe oceny, plotki, zawiść i wielką ludzką niechęć. Owszem, jest w tym dużo racji. Osoby, które spełniają swoje marzenia, skupiają na sobie wiele negatywnych emocji, ponieważ są uosobieniem wysiłku, którego innym nie chciało się podjąć. Boisz się, że jeśli odniesiesz sukces, przyjaciele się odwrócą? Pomyśl, co ci po relacji z kimś, kto jest dla ciebie serdeczny tylko dlatego, że w niczym go nie przewyższasz?

Rachunek zysków i strat

Żeby dostać – trzeba dać, żeby zarobić, trzeba zainwestować. W przyrodzie panuje harmonia, tylko czasem nie chcemy jej dostrzec, bo obnaża nasz strach przed błędnym inwestowaniem: czasu, sił, pieniędzy. „Nie wiem, czy jest sens robić te uprawnienia, komu to dziś potrzebne?” – taki styl myślenia sprawia, że nawet gdy sukces zapuka do twoich drzwi, nie wpuścisz go do środka. Pomyśl, sportowcy ćwiczą całymi dniami, bez żadnej pewności, że ich trud się opłaci.

Niechęć do nauki

To nie tak, że jak już skończyłaś studia: jedne, drugie czy trzecie, to masz już spokój do końca życia. Bez względu na dziedzinę, w jakiej chcesz osiągnąć sukces, powinnaś cały czas uczyć się czegoś nowego. Ludzie sukcesu gromadzą jak najwięcej wiedzy i umiejętności. Poza tym, jeśli wykształcisz w sobie nawyk stałej nauki, cokolwiek się stanie, będziesz spokojna. Bo skoro wszystkiego można się nauczyć w krótszym lub dłuższym czasie, nie ma co obawiać się zmian, reorganizacji, nowych wyzwań. Dlatego tylko pozornie nauka salsy nie ma nic wspólnego z awansem w banku. Ma! Ci, którzy lubią się uczyć, inaczej pracują i mają inne podejście do zadań, a świat to wyczuwa.

Ludzie w twoim otoczeniu

To niezwykle ważne, z kim się codziennie kontaktujesz. Styl myślenia innych, tematy rozmów, widzenie świata, obszary zainteresowań – są zaraźliwe i sprawiają, że jesteś (lub nie) gotowa na sukces. Warto zwrócić uwagę, że są takie środowiska, szkoły czy kluby, gdzie wychowuje się zwycięzców. Dlatego uważnie dobieraj znajomych. Stroń od ludzi, którzy ciągną cię w dół. Przebywanie wśród osób, które są otwarte na sukces, zmieni twoje podejście do zwycięstwa.

Pozycjonowanie

Ten termin, zaczerpnięty z psychologii sukcesu, oznacza ustawianie samego siebie w konkretnej roli. Pozycjonowanie dotyczy wszystkich obszarów życia. Swoje działania, stopień zaangażowania, ilość poświęconego im czasu i uwagi, dobieramy do tego, jak sami się postrzegamy. Wszystko jedno, czym się zajmujesz, w każdym zawodzie możesz być „taka sobie” albo „znakomita”. Określają cię nie tyle same okoliczności, sytuacja na rynku pracy, predyspozycje czy inni ludzie, co ty sama.