1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na czym polega synchronizacja kwantowa? Jakie daje korzyści?

Na czym polega synchronizacja kwantowa? Jakie daje korzyści?

fot.123rf
fot.123rf
Synchronizacja kwantowa łączy naukę o  fizyce kwantowej z  wiedzą medytacyjną filozofii Wschodu – dwa najmodniejsze tematy w dziedzinie rozwoju osobistego. Pozwala „medytować bez medytacji” zabieganemu człowiekowi Zachodu, a nawet zmniejszać fizyczny ból. To zestaw ćwiczeń, które pomogą przywrócić w życiu harmonię.

Podobno przyspiesza gojenie ran, łagodzi stany zapalne, prostuje kręgosłup… Doktor Frank Kinslow, światowej sławy lekarz, twierdzi, że synchronizacja kwantowa wzmacnia też poczucie własnej wartości – za jej pomocą możesz znaleźć lepszą pracę, zakochać się, poczuć się szczęśliwszą osobą. W  dodatku wymaga od ciebie jedynie znalezienia luki w swoich myślach. Jak to możliwe?

Bez wysiłku

Doktor Frank Kinslow jest siwowłosym, pełnym życia i humoru mężczyzną. Podczas jego warsztatów świetnie się bawimy. Właśnie dowiadujemy się, że w tej metodzie o to właśnie chodzi – aby dobrze się bawić, doświadczać radości, przyjemności i  lekkości. Synchronizacja kwantowa działa tylko wtedy, gdy nic nie robimy. Nic. To nie żarty. Ta metoda działa poprzez bezruch, nicnierobienie, a  ściślej – doświadczanie siebie jako czystej świadomości, pustki, niczego. Ciało przechodzi uzdrawiającą transformację dzięki stanowi świadomości, w  który wprawił się tzw. inicjator procesu uzdrawiania – spokojnej radości. Możesz być jej inicjatorem, ale równie dobrze odbiorcą. Co musisz zrobić? – Nic, zupełnie nic – tłumaczy prowadzący. – Wchodząc do tego pomieszczenia, wnieśliście wszystko, co jest wam potrzebne, żeby uruchomić możliwości leczenia i wewnętrznej transformacji. To, czego się nauczymy, to jak wykorzystywać świadomość, aby płynęła w określonym kierunku i tworzyła warunki do harmonijnego i radosnego życia.

„Ta metoda nie wymaga żadnego wysiłku” – z przyjęciem tego stwierdzenia w większości mamy problem, ponieważ uczono nas, że skuteczne może być tylko to, co wymaga ciężkiej pracy. Frank opowiada o swojej drodze – przez 40 lat jeździł po świecie w  poszukiwaniu harmonii i wewnętrznego spokoju. Tygodniami i miesiącami medytował w klasztorach na szczytach gór. Wszystko po to, aby pozbyć się wewnętrznego uczucia, że w jego życiu czegoś brakuje, że jest ono niepełne, niekompletne. W końcu zmęczony zaprzestał poszukiwań i doznał olśnienia: zdał sobie sprawę, że wysiłek, który włożył w znalezienie rozwiązania problemu, powstrzymywał go przed doświadczaniem piękna i doskonałości życia. Że wszyscy możemy właśnie teraz, w tej i w każdej chwili, cieszyć się wszystkim, co już w nas jest i zawsze w nas było. Możemy przypomnieć sobie, że jesteśmy ludźmi, a nasze najprawdziwsze „ja” to wewnętrzny spokój, radość, czułość, błogość, dobrostan, wdzięczność.

Eufouczucia

Metoda Kinslowa polega na przesunięciu perspektywy – pozwala postrzegać samych siebie jako istoty, których najgłębsza natura to odprężenie, spokój i łagodność. Kiedy doświadczamy tych stanów, one oddziałują pozytywnie na nasze ciała, na połączenia neurologiczne w mózgach i harmonizują wszystkie sfery życia. Uzdrowienie następuje automatycznie, samoczynnie, bez wysiłku. – Codzienny, zwyczajny stan naszego umysłu to paskudne miejsce do życia – mówi Frank. – Identyfikujemy się ze strumieniem myśli w naszych głowach, a to sprawia, że doświadczamy bólu.

Synchronizacja przenosi świadomość poza myśli do poziomu czystej, pełnej świadomości – i to przeniesienie percepcji sprawia, że zaczynamy doświadczać euforycznych stanów, które Frank Kinslow nazwał eufouczuciami. Sprawiają one, że możemy odpocząć najgłębiej jak to możliwe. – Za każdym razem, gdy dostajemy się do poziomu świadomości poza myślą, odpoczywamy, kąpiemy się w eufouczuciach, odnawiamy ciało i umysł – przypomina Frank.

Jak tam się dostać? Frank prosi, abyśmy zamknęli oczy i przez chwilę poobserwowali strumień przepływających myśli; zdali sobie sprawę z tego, że przychodzą i odchodzą. Następnie zadajmy sobie kilka prostych pytań i zaobserwujmy, co się wydarzy. Oto pytania: „Skąd będzie pochodzić moja następna myśl?”, „Jak będzie wyglądała moja następna myśl?”, „Jakiego koloru będzie moja następna myśl?”. Teraz mamy powoli otworzyć oczy i uświadomić sobie, co się stało. Myśli spowolniły, a nawet się zatrzymały. Odczuliśmy lukę między myślami. Poczuliśmy się spokojniejsi, zrelaksowani, wypoczęci. I to stało się automatycznie. –  Co było w przerwie między myślami? – pyta Frank. Odpowiadamy: – Nic! Niczego nie było w tej przerwie. – A przecież nie spaliście, byliście przytomni, świadomi, prawda? Dotknęliście „niczego” – czystej świadomości! – mówi.

Zejść sobie z drogi

Czystą świadomość bardzo trudno zdefiniować, jednak można jej doświadczać. – Gdy tylko zaczniecie ją odczuwać, będziecie też uzdrawiać i zmieniać rzeczywistość – obiecuje Frank.  Czysta świadomość jest przez naukowców nazywana próżnią kwantową – to tu właśnie jest najwięcej energii, kreacji, najwięcej porządku i harmonii. Z tego miejsca następuje tworzenie i rozkwit. – Synchronizacja kwantowa to dzielenie się sobą, swoim prawdziwym „ja”, czystą świadomością, miłością i spokojem. To otwarcie na to wszystko, co najlepszego może się wydarzyć – mówi Frank. I zapewnia, że ta metoda zawsze odnosi skutek, ale niemal nigdy nie odbywa się to w sposób, w jaki według nas powinno się odbyć. Gdy łączymy się z czystą świadomością, gdy odczuwamy eufouczucie, zmiana, która napływa do naszego życia, jest tym, czego naprawdę potrzebujemy, a nie tym, czego chcemy. Ta przemiana działa poza intelektem i zachciankami naszej egotycznej osobowości.

Praktykujący tę metodę twierdzą, że są bardziej witalni, mają lepsze relacje z ludźmi, a ich praca coraz bardziej odzwierciedla to, kim są. Mówią, że wystarczy nie przeszkadzać, zejść sobie z drogi.

Zobacz Jak wykonywać synchronizację kwantową?

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się szczęścia

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Czy sugerujesz, że boimy się szczęścia?! – spytacie. Ja nie sugeruję. Ja to wiem. Tak jak już dawno temu wiedział Adam Asnyk, autor tego wdzięczno-gorzkiego wierszyka:

Siedzi jamnik na drzewie I ludziom się dziwuje: Czemu żaden z nich nie wie, Gdzie się szczęście znajduje?

Wielu myślicieli twierdzi, że człowiek wręcz nie chce być szczęśliwy. Jak to jest, przecież większość deklaruje, że chce. Świadomie tak, ale nieświadomie albo w szczęście nie wierzy, albo się go boi. Jeśli za długo jest dobrze, zaczynam się zastanawiać, kiedy i jak się zepsuje: bo to niemożliwe, bo na to nie zasługuję, bo trzeba będzie za to drogo zapłacić, bo inni będą mi zazdrościć, bo lepiej się nie przyzwyczajać (właściwe podkreślić). Dla poczucia kontroli lepiej już ten niebezpieczny spokój samemu zburzyć. Żeby już się stało. A potem znów pomarzyć sobie o szczęściu. Czy więc nie ma szczęśliwych ludzi? Są. Ale przyznaje się garstka.

„Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem – usłyszałam od pogodnego, ciepłego mężczyzny. – Robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą. Mam gdzie mieszkać. Jestem sam, ale to odpoczynek po pracy pełnej ludzi. Lubią mnie ci, dla których pracuję. Zarabiam tyle, ile mi wystarcza. Ale nie mów moim kolegom z pracy, że ci powiedziałem, że jestem szczęśliwy. Oni mnie nie znoszą. Oni niczego nie lubią, na wszystko narzekają. Zatruliby mi życie”.

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? Wszyscy znamy stany, które nazywamy szczęściem: kiedy mija ból, fizyczny lub psychiczny. Kiedy znaleźliśmy dobrą pracę, wygraliśmy pieniądze, dostaliśmy spadek, ktoś nas pochwalił itp. Kiedy się zakochamy z wzajemnością. Jest takie śliczne powiedzenie: „Szczęście ty moje”, do ukochanej osoby lub do dziecka…

Mówimy też: jakie to szczęście, że złamałam lewą rękę, a nie prawą (praworęczni), że mama umarła spokojnie i nagle, a nie w długich męczarniach… To tak zwane szczęście w nieszczęściu. W pierwszych latach mojej pracy terapeutycznej oddałam jej się tak bardzo, aż się poważnie rozchorowałam. Gdy już na nic nie miałam sił, poczułam, jak to dobrze, że przyszła ta choroba, bo inaczej bym się wykończyła. Wtedy odkryłam parę wspaniałych paradoksów. Choroba może być ratunkiem, istotnym sygnałem. Mogę jednocześnie cieszyć się, że coś minęło i że było. Mogę jednocześnie gratulować sobie takiego oddania pracy, gdyż wiele się nauczyłam, dowiedziałam się od samej siebie, jak jest ona dla mnie ważna, a jednocześnie jak uchronić się przed przeciążeniem na przyszłość, nie tracąc radości i entuzjazmu. Odkryłam, jak nierozerwalnie wszystko się ze sobą w życiu łączy. Jak nie ma lewej strony bez prawej, jasnej bez ciemnej. I, co istotne, że ciemna nie jest właściwie ciemna. Że tyle przynosi darów.

Są ludzie, którzy gardzą szczęściem. Nawet jego pojęciem. Określają je jako infantylną potrzebę, płytką emocjonalność, ucieczkę od prawdziwego życia i zupełnie durną antyintelektualną postawę. Lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowoloną świnią – twierdzą. Na studiach filozoficznych zajmowałam się przede wszystkim etyką. Niepokoiło mnie długo to zdanie. Dziś nie mam wątpliwości: zarówno wiecznie niezadowolony, jak i wiecznie zadowolony Sokrates (jak każdy z nas) ma, co najmniej, tendencje do sztywności. Pełny człowiek zna wszystkie możliwe ludzkie stany. I nic do tego nie ma inteligentne, lubiące czystość stworzenie, jakim jest świnia.

Dziś mogę powiedzieć, że ci „myśliciele” to ludzie NIESZCZĘŚNI. Używają wiedzy i inteligencji do podtrzymania epidemii poczucia niskiej wartości przy jednocześnie wielkiej ambicji nadwartości, na którą choruje ludzkość. Są szkodliwi dla siebie i innych. Wierzą im ci, którzy jeszcze nie wierzą sobie i nie wiedzą, że to możliwe...

Mimo to szczęście się trzyma. Tych, którzy się go świadomie uczą, tych, którzy je szanują i nie mylą z ciągłym przeżywaniem przyjemności. Tych, którzy siebie nie zostawiają, gdy jest trudno. Niektórzy twierdzą, że szczęście tylko BYWA. Bardzo chcę wam przekazać, że JEST, bo to po prostu przeżywanie własnego życia. I szczęściem jest pisać do was.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Codziennie dobre życie - praktyki, które pomogą być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami

Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie – twierdzi Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka Good Life Academy. Katarzyna Droga wybrała się do niej po praktyki, które można wprowadzić do swojej codzienności bez długotrwałych sesji i treningów. Może skorzystasz?

Przyznaję, że odkąd przeniosłam się na wieś, jestem o wiele bliżej życiowej harmonii, niż kiedy mieszkałam, pracowałam, a głównie stałam w korkach w wielkim mieście. A jednak: stresy i lęki, ale też napięcia w ciele i inne dolegliwości najwyraźniej nie zależą od miejsca zamieszkania. Na szczęście na wszystko są sposoby – jak uspokaja mnie Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka centrum terapii holistycznych Good Life Academy w Warszawie.

Diana pracowała wiele lat w korporacjach, ale już wówczas pociągały ją zdrowy styl życia, wschodnie filozofie i szamanizm. Teraz inspiruje do rozwoju inne kobiety. W Good Life Academy można znaleźć wiele aktywności: jogę, TRE, masaże, gimnastykę słowiańską, warsztaty czy kręgi kobiet. Ja przyszłam tu po zastrzyk energii i sporą dawkę spokoju. Wszystkie techniki, które poznałam, działają szybko, a zajmują kilka minut.

Po pierwsze: Pauza dla umysłu

Dowiaduję się, że aby uspokoić galopujące myśli o sprawach bieżących, wcale nie muszę odcinać się od świata. Że medytacja, której rygoru się obawiam, niekoniecznie jest tak wymagająca. – Na przykład mindfulness polega na tym, że właśnie jesteśmy zanurzeni w świecie zewnętrznym, dostrzegamy wszystkie odgłosy, jakie z niego płyną – mówi Diana. Sama przez lata medytowała 20 minut rano i wieczorem, bo tak jest przyjęte w medytacji transcendentalnej. Teraz wykorzystuje każdą wolną chwilę. Siada i wchodzi w siebie. – Kiedy pracowałam w korporacji, szłam do toalety, zamykałam oczy i spędzałam dwie minuty, oddychając i wracając do siebie. Wychodziłam jako nowy, odświeżony człowiek.
  • Myśli galopują? Poobserwuj je, po czym zadaj sobie pytanie: „Jaka będzie moja następna myśl?”. To spowoduje, że umysł na chwilę się zatrzyma, zawaha. Niech to będą dwie, trzy sekundy – wystarczy. Jeśli będziesz praktykować regularnie, te chwile wydłużą się i umysł naprawdę odpocznie.
  • „20 oddechów” – to ukochana technika Diany. Jak sama nazwa wskazuje, robisz 20 oddechów. Zaczynasz od oddechów o silnym rytmie, potem spokojniejszych, podczas których skanujesz swoje ciało, emocje, myśli. Całość zajmuje dwie minuty. Diana nazywa to ćwiczenie „powrotem do siebie”, bo spotykasz się ze sobą, świadomie sprawdzasz, w jakim jesteś stanie i co odczuwasz. Rozluźniasz mięśnie i rozpuszczasz napięcia w ciele.
  • Dopadł cię stres? To teraz ty go dopadnij z donośnym: „Haaaa!”. Minitechnika „Haaaa!” polega na uniesieniu wysoko ramion, opuszczeniu ich i wypowiedzeniu właśnie tego dźwięku. „Haaaa!” przynosi relaks i ulgę, bo często przez stres mamy spięte barki.
  • Ululanie pomaga na stres i chwilową melancholię. Diana demonstruje: głaszcze się po głowie, poklepuje po ramionach, wykonuje gest „ulu ulu”, czyli obejmuje się ramionami i kołysze jak dziecko. – To, czego oczekujemy od innych, możemy dać sobie sami.
  • Masz zaciśnięte dłonie? Możesz je strzepywać, potrząsać nimi… Okazuje się, że znakomitym narzędziem, które mamy zawsze przy sobie, jest własny palec wskazujący. Przykładamy palec do czoła, w punkcie między brwiami. Skupiamy uwagę tylko na tym punkcie. Mija w ciszy 20 sekund, istnieje tylko ten punkt, nic innego. Gonitwa myśli, ból głowy znikają.
  • Lekka dekoncentracja? Świetną rzeczą na koncentrację, zamiast picia piątej kawy, jest mocne natarcie uszu. – Bierzemy małżowiny między palce i mocno pocieramy. Od razu wraca nam energia – pokazuje Diana. Pocieram uszy i rzeczywiście to czuję.
  • „Skreślam, skreślam” – genialny sposób na negatywne myśli i obrazy. Na przykład kiedy boisz się, że stanie się coś okropnego, łapiesz tę myśl, skreślasz ją i zastępujesz wizualizacją pozytywną. Tym, co chcesz, żeby się zdarzyło. – To ćwiczenie działa zawsze, bo naprawdę mamy wybór w sprawie tego, co myślimy – mówi Diana.
– Bardzo polecam zatrzymanie się na chwilę, by zobaczyć, co mam w głowie i czy to jest w ogóle moje. Skąd mi się wzięło, może ja tak w ogóle nie myślę? Jeśli widzę, że negatywne myśli przyszły „skądś” – to tam je odsyłam. Wybieram rzeczywistość, jakiej chcę, a czy nadejdzie – to inna sprawa. Przychodzą czasem rzeczy, które według nas nie są najlepsze. Pozornie, bo wszechświat działa zawsze na naszą korzyść.

Po drugie: Zbawienny śmiech

Jest jeszcze coś, co mamy zawsze przy sobie. Śmiech. Na przykład na początek dnia, przydatny zwłaszcza dla tych, co jak ja – rano nie tryskają humorem. – Zacznij dzień od tego, by się roześmiać – radzi Diana, która jest też instruktorką jogi śmiechu. Tę technikę opracował hinduski lekarz Madan Kataria. Zauważył, że śmiech niesie wiele dobrodziejstw, a mózg nie odróżnia śmiechu naturalnego od wywoływanego sztucznie. – Sprawdziłam to wielokrotnie na sobie – opowiada Diana. – Jestem sową, czyli późno się kładę, a rano nie jestem w stanie zwlec się z łóżka. Odkąd praktykuję jogę śmiechu, gdy dzwoni budzik, nastaje godzina śmiechu.
  • Zacznij się śmiać, wykonując mocne „ha ha ha ha”, wydychając powietrze harmonijnie tak jak przy naturalnym śmiechu. Potem sam popłynie. – W minutę ożyjesz – zapewnia Diana. Śmiech na zawołanie? Tak, bo każdy może się śmiać i nie musi się dziać akurat nic śmiesznego. By praktykować jogę śmiechu, nie musimy nawet mieć poczucia humoru.
  • Śmiech do lustra – kolejne bardzo proste ćwiczenie. Stajesz przed lustrem, patrzysz na siebie z miłością. Widzisz, że to jest twoja najukochańsza, najdroższa twarz, cudownie, że jest właśnie taka. Jeśli potrafisz się zaśmiać do takiej siebie w lustrze, momentalnie otwierasz swoje serce.
Diana zaprasza mnie do próby śmiechu. – Po prostu podejmujesz taką decyzję: chcę się śmiać – tłumaczy, widząc moją sceptyczną minę. – Ja liczę: raz, dwa, trzy i na cztery śmiejemy się obie, OK?

Raz dwa, trzy, cztery! Diana odchyla się w tył i wybucha głośnym, silnym śmiechem. Kilkakrotnie nabiera powietrza, i... kolejna kaskada śmiechu. Ja niepewnie podążam za nią. Na początku to niełatwe, okazuje się, że nie tylko dla mnie. – Robię te sesje także w korporacjach, żeby zespoły lepiej ze sobą współpracowały. Bo ludzie, którzy się ze sobą śmieją, lepiej ze sobą pracują, wzrasta kreatywność, możliwość rozwiązywania problemów. Po olbrzymim oporze uczestnicy wchodzą w to jak w masło i poważni panowie w garniturach, zaśmiewając się, robią pozycję „sikającego psa”.

Główną mantrą jogi śmiechu jest: „świetnie, świetnie, świetnie, hej!”. Diana przy każdym „świetnie” energicznie klaszcze w otwarte dłonie, a przy „hej” wyrzuca ramiona w górę. Zwłaszcza to „hej” podnosi energię. – Powinno się w szkołach wprowadzać taką jogę śmiechu – stwierdzamy zgodnie. To byłoby świetne antidotum na narodowe narzekanie. Tym bardziej że joga śmiechu pomaga na życiowe problemy.

– Kiedy mój syn po wypadku znalazł się w szpitalu, odwiedzałyśmy go z córką i zaśmiewałyśmy się w głos. Pacjenci początkowo patrzyli na nas z przerażeniem, ale pomagało – opowiada Diana. Dodaje: – Szczerze polecam śmiech na kłopoty, dzięki niemu zyskasz dystans. Jeśli się czymś bardzo przejmujesz, przede wszystkim zacznij się śmiać. To w pewnym sensie twój wybór: czy w tym, co cię spotkało, widzisz tragedię i się załamujesz, czy szukasz rozwiązania i pytasz, co może wyniknąć z niej dobrego, bo może.

Śmiech przełamuje tabu, pomaga też pokonać nasz największy lęk.

  •  „Umieranie ze śmiechem” – to jedno z trudniejszych ćwiczeń Diany. Polega na tym, że wyobrażamy sobie siebie na łożu śmierci. Widzimy dookoła naszych bliskich i ich smutne miny, a nasz przekaz jest inny: „miałam cudowne spełnione życie, umieram ze śmiechem i chcę, żebyście się mogli cieszyć ze mną”. – Ta wizualizacja sprawia, że ludzie zaczynają inaczej patrzeć na śmierć – przekonuje Diana.

Po trzecie: Szczypta szamanizmu

Diana od lat zasiada w kręgu szamańskim Joanny Rus, jest także uczennicą szamanów z USA. – Szamanizm to bliski kontakt z naturą i czerpanie z jej energii, z ziemi, ze słońca, z żywiołów – twierdzi. – Nie chodzi tylko o ceremonie i rytuały, lecz o inne spojrzenie na to, co nas otacza. Kiedy zaczniemy patrzeć na świat w sposób szamański, zobaczymy, że on cały czas do nas mówi. Robiłam takie eksperymenty: miałam problem, więc szłam w teren z otwartymi oczami i wszystko dawało mi odpowiedź. Cały czas dostajesz jakieś informacje, wsparcie czy ostrzeżenie. To mogą być słowa, wiatr, ptaki.

Esencją szamanizmu jest kontakt ze światem, z wykorzystaniem nie tylko umysłu, ale emocji i zmysłów. Tu chodzi o ciągłą wymianę energii, o dawanie i branie, o wdzięczność. Ale uwaga – nie oczekuj, że jeśli coś komuś dajesz, to dostaniesz zwrot z tego samego źródła. Często odpowiedź przychodzi z zupełnie innej strony.

  • Obejmij drzewo – pomaga, kiedy czujesz się źle.
  • Weź do ręki kamień – w Himalajach w chwilach zmęczenia przykładałam dłonie do kamieni i energia wracała – opowiada Diana. – Kamienie nie są martwe, zawierają historię ziemi i kosmosu, możemy doświadczać z nimi wymiany energetycznej
  • „Kotwica” – czyli codzienna praktyka wdzięczności. Polega na tym, że przypominasz sobie dwie, trzy dobre rzeczy, które ci się dziś przydarzyły. Smak, twarz, spotkanie, cokolwiek, co wprowadziło cię do tzw. happy place, czyli szczęśliwego miejsca. Zakotwicz się w tym miejscu. – Wibracje się podnoszą, uśmiech wraca, radość wchodzi do serca, jakbyś się przeniósł na plażę, pod palmę – zapewnia Diana.
Diana Poteralska-Łyżnik, coach, trenerka rozwoju osobistego, arteterapeutka, liderka jogi śmiechu, instruktorka gimnastyki słowiańskiej, doula, prowadzi kręgi i warsztaty dla kobiet.

  1. Psychologia

Jak odnaleźć w sobie moc i motywację? – Wypróbuj 9 deklaracji Burcharda

Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji.

Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji. Brzmią one jak własna deklaracja niepodległości:

Nazbyt często gubimy się w otchłani nieświadomości. Zachowujemy się tak, jakbyśmy w danym momencie chcieli być gdzieś indziej i coś innego robić. Rozmijając się z rozkoszą tego, co dzieje się teraz. A wrogiem życia wcale nie jest odległa śmierć, tylko oderwanie od rzeczywistości. Dlatego, jeśli pragniemy w pełni skorzystać z własnego potencjału, podejmijmy świadomy wysiłek zanurzenia umysłu w chwili bieżącej. Zadecydujmy, że oto pragniemy ponownie czuć. Skoncentrujmy się na relacjach ze światem: nawiążmy kontakt z innymi i ze sobą. Bez tego rzeczywistość będzie nas niemiło zaskakiwać i rządzić nurtem wydarzeń.

1. Dlatego deklaruję iść przez życie w pełni obecna i silna.

Zbyt wiele czynników rozpraszających uwagę sprawia, że zatraciliśmy dążenie do wyższych celów. Kolejne codzienne zadania wypełniają czas od świtu do zmierzchu, mimo że to bynajmniej nie one stanowią istotę naszej egzystencji. Większości z nas brakuje inspirującej definicji sensu życia. Nie budzimy się rano z żarliwym pragnieniem jego realizacji. Radość, moc i satysfakcja czekają tych, którzy podchodzą do kształtowania swojego życia świadomie.

2. Dlatego deklaruję odzyskać kontrolę nad własnymi planami.

Wewnętrzne demony trują nas jadem troski i strachu, bezwzględnie wykorzystując chwile słabości, hamując nasz wzrost i pozbawiając sił życiowych. Demony te noszą różne imiona: zwątpienie, lęk, niskie poczucie własnej wartości, wstyd. Powstrzymują nas przed podejmowaniem nowych wyzwań, nie chcą, byśmy narazili się na trud osiągnięcia czegoś niesamowitego. Nasz los zależy od tego, na ile dobrze znamy te demony i ile bitew z nimi każdego dnia toczymy. Chodzi tu o wewnętrzne panowanie nad sobą, które pozwala przekroczyć granice własnego jestestwa.

3. Dlatego deklaruję pokonać swoje demony.

Czekamy i czekamy, żeby poznać własną tożsamość, jasno sprecyzować swoje pragnienia, otworzyć się na życie. Brakuje nam odwagi. A przecież nikt poza nami samymi nie wyda nam zgody na śmiałe dążenie przed siebie. Większość z nas nie wie, że zmiana wymaga odrobiny szaleństwa. Idealne okoliczności do postawienia kroku w nieznane nie nadejdą nigdy. Dlatego dobrze wykazywać się brakiem rozsądku i niefrasobliwością. Każdy z nas jest sumą swoich działań, nie zaś sumą zamiarów. Uratować mogą nas jedynie odwaga i dyscyplina w podnoszeniu świadomości o sobie i swoim życiu.

4. Dlatego deklaruję konsekwentnie kroczyć naprzód.

Jesteśmy wyczerpani, świat zdaje się tracić energię emocjonalną. Nie dbamy o swoje samopoczucie. Wolimy sukces niż zdrowie psychiczne, nabraliśmy chłodnego stosunku do życia. Brakuje entuzjazmu, śmiechu i umiłowania egzystencji. Gdzie szalona determinacja, żywa pasja, kroczenie ku temu, na czym naprawdę nam zależy? Gdzie są radośni ludzie z charyzmą? Co się stało z docenianiem żaru życia? Czas pochylić się nad kwestią naszego stosunku do niego, by na nowo rozbudzić w sobie jego magię.

5. Dlatego deklaruję odczuwać radość i wdzięczność.

Zbyt łatwo godzimy się na życiowe kompromisy, bez walki wyrzekamy się indywidualizmu. Ludziom się często wydaje, że są silni. Ale gdyby uczciwie przyjrzeli się swojemu życiu, ujrzeliby ciąg przedwczesnych kapitulacji. Często poddajemy się na krok przed urzeczywistnieniem marzeń. Robimy to dla znanej wygody, dla podporządkowania się czemuś lub komuś. Wycofujemy się ze świata i wyrzekamy się tego, co dla nas ważne. To uleganie pokusie słabości i odmawianie potrzebom serca. Właściwa droga zaś wiedzie ku prawdziwym wartościom, które indywidualnie wyznajemy.

6. Dlatego deklaruję dotrzymać wierności zasadom.

„Chronić własne serce” – to powszechna histeria. Zamiast w pełni odczuwać miłość, pozwalamy jej co najwyżej się sączyć. Boimy się bólu, podczas gdy miłość istnieje niezależnie od niego. Bo to tylko ego doznaje krzywdy. Miłość jest zawsze i wszędzie, w swoim bezmiarze korzystając z pełnej swobody. Miłość to duchowa energia, która płynie przez wszystko we wszechświecie, przez tak zwanych wrogów też. Nie możemy jej posiąść ani stracić. Problem polega na tym, że przyjęliśmy węższą definicję miłości i sprowadziliśmy na siebie cierpienie. Potrzeba nam emocjonalnego otwarcia się na miłość, co oznacza uwolnienie serca od lęku przed krzywdą oraz rezygnację z oczekiwania wzajemności.

7. Dlatego deklaruję wzmocnić miłość.

Poszum przeciętności, podglądactwo, zaspokajanie podstawowych potrzeb zmysłowych zastąpiły miejsce kreatywności.

8. Dlatego deklaruję dążyć do wybitnych osiągnięć.

Światem rządzi pośpiech. Tymczasem życie nie powinno nas omijać. Z powodu zmęczenia i stresu odrywamy się od chwili obecnej. Płacimy za to wysoką cenę – chwile nie nabierają ostrości, gromadzą się tylko jedna za drugą w postaci chaotycznych dni. Sprowadzamy na siebie katastrofę pozbawionego radości życia, którego tak naprawdę nie przeżywamy. Kiedy ostatnio śmiałaś się do rozpuku? Kochałaś bez opamiętania? Tańczyłaś do utraty tchu? Żeby życie stało się żywym doświadczeniem, musimy zwolnić. Każdym dniem powinniśmy się cieszyć jak chwilą wytchnienia nad chłodnym strumieniem w upalny dzień.

9. Dlatego deklaruję spowolnić czas.

Brendon Burchard jest założycielem High Performance Academy, autorem książki „Energia”, która znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”, a także książki „Life’s Golden Ticket”. Jego sesje szkoleniowe oraz kursy wideo inspirują miliony ludzi do odnajdywania w sobie nowego ładunku energetycznego, dokonywania pozytywnych zmian w życiu oraz dzielenia się z innymi swoimi doświadczeniami.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Męska radość. Czym dla mężczyzn jest szczęście?

Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę, coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. Cieszmy się tym! – mówi Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Drobne zwycięstwa, miłe chwile, rocznice, wspomnienia… Życie domaga się świętowania.
To się mężczyznom w głowie nie mieści.

„Będę się cieszył jak głupi?”
„Z powodu jakichś dupereli?” – mężczyźni przyzwyczaili się, że oczekuje się od nich nadzwyczajnych rzeczy, osiągnięć. Są wobec siebie bardzo wymagający. Mogą świętować awans albo zarobiony milion, dokonanie odkrycia w nauce, zdobycie pucharu w sporcie, złowienie naprawdę potężnego suma… Potrzebny jest jakiś rzeczywisty powód. No i żyją w permanentnym napięciu i stresie, ze ściśniętym sercem walczą o byt, a świętowanie to przecież odprężenie, przyjemność, zanurzenie się w radości, w tej chwili, która trwa. Trudno czuć napięcie i świętować.

A jednak mentorzy namawiają do świętowania. Doktor Rick Hanson, neuropsycholog, mówił, że bez ćwiczenia się w radości, docenianiu i wdzięczności skazujemy nasz mózg na kurczenie się i stagnację. Świętowanie jest wyzwaniem ewolucyjnym.
Hanson mówi i pisze o „zanurzaniu się w dobru” lub „nasycaniu się dobrem”. To jest rozwijanie w sobie postawy wobec życia, wobec siebie i wobec innych. Gdy robimy to konsekwentnie, rozwijamy swój „szczęśliwy mózg”. To bardzo atrakcyjny cel.

Kłopot w tym, że na razie nasz mózg jest – jak pisze Hanson – rzepem na złe wiadomości, a teflonem na dobre. Wystarczy kilka sekund, aby zła wiadomość przeszła do pamięci długotrwałej i aż 30 sekund, żeby utrwaliła się dobra informacja.
To jest spuścizna ewolucyjna związana z przetrwaniem. Nasz mózg, a konkretnie ciało migdałowate, ma tendencje do wychwytywania wszelkich zagrożeń, ponieważ nasi przodkowie musieli szybko i dobrze zapamiętać to, czego unikać, aby przetrwać. Nasza ewolucja cywilizacyjna i kulturowa dokonała się w tempie szybszym niż rozwój naszych mózgów.

Na poziomie fizjologicznym i psychologicznym pozostaliśmy w jaskiniach.
To, co proponuje Hanson, jest metodą nasycania mózgu, ale też całego organizmu, ciała, biologii tym, co dobre. Właśnie tak się dzieje, gdy świętujemy; nasycamy się przyjemnością i odprężeniem. Ważne, abyśmy ćwiczyli się w świętowaniu drobnych rzeczy, nabrali odruchu i nawyku zwracania uwagi na to, co pozytywne. Im łatwiej i częściej zanurzamy się w radości, tym bardziej rozwijamy neuroplastyczność mózgu, czyli zdolność do tworzenia nowych połączeń między komórkami nerwowymi. Świętując, dosłownie tworzymy nowe neurony. Mózg staje się coraz szczęśliwszy. Zdolność neuroplastyczności zachowujemy do końca życia. Stale więc jesteśmy twórcami naszych szczęśliwych mózgów.

Z czego więc mężczyzna może się ucieszyć?
Możemy świętować, bo po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę. Udało się coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. A nawet, jeżeli zachorowaliśmy, to wyzdrowieliśmy.

Siły życia znowu zwyciężyły.
Jeśli myślimy w taki sposób, zdarzenia nabierają nowego znaczenia, a my utrwalamy nawyk dostrzegania tego, co pozytywne. Praktyka czyni mistrza; za chwilę w sposób naturalny i spontaniczny zaczniemy widzieć coraz więcej dobra i się nim cieszyć. Właściwie wszystko może być powodem do świętowania. Miałem klienta, który postawił sobie cel – zarobić 200 tysięcy dolarów. Stracił pracę i celu nie osiągnął. Był zdruzgotany: „przegrałem!”. A przecież w tym czasie miał kochające go osoby, udany związek z kobietą, świetne dzieci. Miał co świętować także w sensie materialnym – dom, samochód.

Dzieci kochają wspólne z rodzicami świętowanie.
Możemy świętować w rodzinie to, co wydarzyło się w pracy, w szkole, między nami. Dobrze jest znaleźć przestrzeń do rodzinnego świętowania – jakiś miły kącik w domu, pokój. To miejsce z czasem staje się pozytywną kotwicą. Wystarczy, że się tu znajdziemy, i już odczuwamy przyjemność i radość.

Od czego zacząć budowanie nawyku świętowania?
Zapisujmy to, z czego jesteśmy zadowoleni; zdarzenia, osiągnięcia. Nienotowane umykają, ponieważ w międzyczasie napływa wiele różnych tematów, które wypierają z naszej świadomości te znacznie bardziej subtelne, delikatne. Do zapisków zawsze możemy powrócić. Przez tydzień całkiem sporo może się tego uzbierać. Teraz podzielmy się z bliskimi tym, co chcemy uświęcić, świadomie zanurzając się w radości i przyjemności. Odczuwanie jest tu kluczowe. Mówiąc, odczuwając, skupiamy uwagę – jeśli zrobimy to przez co najmniej pół minuty, wewnętrzny stan radości utrwali się; zostaną zbudowane nowe połączenia neurologiczne w mózgu. To jest kształtowanie postawy i jakości życia.

Można też świętować w samotności.
Gdy jednak jesteśmy z bliskimi, energia staje się o wiele mocniejsza, spotęgowana wspólną radością. Łączymy serca i umysły, a wtedy przyjemne drobiazgi nabierają większych rozmiarów; nawyk świętowania szybciej się utrwala.

Odcinek dokumentalnej serii „Droga na skraju nieba” o mieszkańcach Himalajów otwiera na celebrowanie życia.
Przez kilkanaście dni, narażając życie, mężczyźni wędrują przez Himalaje z setką objuczonych workami z solą zwierząt – jaków. Wreszcie docierają do odbiorców soli, mieszkańców innych himalajskich wiosek. Wymieniają sól na herbatę, fasolę, ziemniaki. To, co w tym filmie najbardziej poruszające, to sposób, w jaki ci ludzie traktują siebie nawzajem: serdecznie się witają, cieszą się ze spotkania, śpiewają przy ognisku, ucztują, opowiadają o podróży, uśmiechnięci, odprężeni. Żegnają się i wiedzą, że za rok, gdy dobrze pójdzie, spotkają się znów, więc posyłają sobie dobre życzenia, żeby się spotkać i znów poświętować. Tak, sposób, w jaki celebrują życie, istnienie, może odmienić nasze postrzeganie biedy i bogactwa.

Nam, mieszkańcom Zachodu, trudno sobie nawet wyobrazić, w jakim materialnym ubóstwie żyją ci ludzie. A przecież patrzymy na nich z zachwytem.
Czym jest świętowanie? Zatrzymaniem się. Bez zmartwień, planów, bez myślenia o tym, co zrobimy, żeby sobie poradzić, przetrwać. Zatrzymujemy się i doceniamy właśnie tę chwilę – że jesteśmy razem, że coś się udało, że rozmawiamy o tym.

Świętujemy ludzi.
Z jaką intencją przychodzimy do kogoś? Czy myślimy o tym, żeby mieć przyjemny wieczór i relaks – pogadamy, pośmiejemy się, coś obejrzymy. Czy to dla nas jedynie miła forma spędzenia czasu, czy raczej chcemy uświęcić tę osobę, naszą znajomość, więź, kontakt, przyjaźń, to, co wzajemnie sobie dajemy, kim dla siebie jesteśmy; jak nasza relacja nas rozwija, wpływa na wybory, postawy, przeżywanie życia. A przy okazji, oczywiście, mile spędzamy czas.

Znam młodego mężczyznę, który co kilka dni przynosi swojej żonie kwiaty.
Te kwiaty to niewerbalny wyraz pamięci, uwagi, adoracji, potwierdzenia – tak, moje uczucia trwają. Moglibyśmy powiedzieć, że ta para codziennie ćwiczy ciało migdałowate w mózgu. Tworzy się nawyk widzenia, odczuwania i wzmacniania miłości w ich małżeństwie. Jeden z moich klientów, 40-latek, uczył się widzieć i wyrażać dobre rzeczy w stosunku do kobiet. Zaczął od koleżanek w pracy, w rodzinie. To radykalnie zmieniło jakość jego życia. Wreszcie związał się z dziewczyną, którą pokochał.

Taki jest też sens świętowania kolejnych rocznic poznania się, ślubu, urodzin dzieci – odświeżamy związek i uczucia.
Powracamy do chwil składających się na historię naszej relacji. Przywołujemy najpiękniejsze wspomnienia. Pojawia się radość, wdzięczność. W ten sposób związek jest nieustannie ożywiany.

Jest jeszcze jeden rodzaj świętowania – tak zwanych porażek. Wyobraźmy sobie: mężczyzna traci pracę, a rodzina urządza z tego powodu święto…
Dlaczego nie? Możemy rodzinnie świętować przepracowane w firmie lata: to wszystko, co się wydarzyło, dokonało, co było ważne dla nas i dla rodziny. Możemy świętować też następną pracę, której jeszcze nie znamy. I okazję do czegoś, czego być może na razie nie rozumiemy. Tak naprawdę świętujemy tu siły życia, które zapraszają w nowe miejsca, dają szansę na nowe doświadczenia. I co najważniejsze: świętujemy naszą otwartość i zaufanie.

Przyjemności na zdrowie.
Kiedy odnajdujemy w życiu przyjemność, to nie znaczy, że wypieramy rzeczy, które są trudne lub bolesne. Otwieramy się po prostu na te wspaniałości, które już nas otaczają, a następnie się w nich zanurzamy, pławimy i nimi rozkoszujemy. Nie szczędźmy na to czasu! Pozwólmy im wypełnić ciało i umysł. Niech przyjemność przesiąknie nas na wskroś. Zwróćmy uwagę na wszelki opór wobec świetnego samopoczucia, na myśli, że to głupie czy złe; spróbujmy odpuścić te myśli. W ten sposób aktywujemy, uspokajamy i koimy przywspółczulną część autonomicznego układu nerwowego oraz wyciszamy część współczulną odpowiedzialną za reakcję walcz – uciekaj i jej hormony stresu. Poprawiamy swój nastrój, koimy lęki. Zanurzanie się w przyjemności niesie także korzyści zdrowotne: wzmacnia układ odpornościowy, poprawia trawienie i równoważy hormony.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.