1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rozmowa z filozofem zamiast z psychoterapeutą? Nowy trend na zachodzie!

Rozmowa z filozofem zamiast z psychoterapeutą? Nowy trend na zachodzie!

fot.123rf
fot.123rf
Spotkanie z filozofem może być bardziej pomocne niż z psychoterapeutą czy coachem, bo filozof umożliwi ci rozpoznanie i uporządkowanie wartości.

Zamiast wizyty u psychoterapeuty czy coacha, coraz więcej osób w Stanach Zjednoczonych i zachodniej Europie wybiera… rozmowę z filozofem. W jakich problemach może pomóc taka konsultacja, pytamy dr Justynę Smoleń-Starowiejską.

Niemoc twórcza, utrata pracy, odrzucenie to problemy, z którymi warto zwrócić się do filozofa – sugeruje The National Philosophical Counseling Association. Co według ciebie powinno kierować nasze kroki do doradcy filozoficznego?

Zacznę od tego, że funkcjonujące w Polsce określenie „doradztwo filozoficzne” jest nieco wprowadzające w błąd, bo jako filozof nie doradzam w tym znaczeniu, że komuś mówię, co jest etyczne, a co nie, co należy zrobić, a czego nie wolno. Moje zadanie polega na takim poprowadzeniu rozmowy i zadawaniu pytań, żeby rozmówca był w stanie spojrzeć na dany problem z innej perspektywy niż poprzez utarte przekonania, które mu utrudniają lub blokują właściwe rozpoznanie sytuacji i konstruktywne działanie. W takim sensie z doradcą filozoficznym możemy rozmawiać o każdym problemie.

Z każdym, kto się zgłosi?

Z każdym, kto wykazuje chęć racjonalnego rozważenia problemu oraz jest do tego w tym momencie zdolny. Weźmy na przykład lęk przed chorobą. Jeśli przychodzi do mnie ktoś, kto mówi, że boi się np. badania znamion i po raz kolejny odsuwa wizytę u lekarza, na początku zadałabym pytania, które pozwolą zorientować się, jaki to rodzaj lęku. Czy jest to lęk egzystencjalny związany z pytaniami o sens życia czy nerwicowy lub wręcz psychotyczny, który uniemożliwia codzienne funkcjonowanie? Jeśli to ostatnie, taką osobę poproszę o skierowanie się do psychoterapeuty czy psychiatry.

A jeśli to lęk racjonalny, bo związany z możliwością poważnej czy nawet śmiertelnej choroby?

Będę prowadziła rozmowę w taki sposób, żeby najpierw poznać jego istotę. Może się okazać, że lęk nie dotyczy samej diagnozy, tylko jest związany z funkcjonowaniem w rodzinie, społeczeństwie, że to lęk przed tym, iż zostawi mnie małżonek, zwolnią mnie z pracy, nie poradzę sobie finansowo, nie będzie kto się miał zająć starymi rodzicami, zostawię małe dzieci. Chodzi o to, żeby w procesie pytań i odpowiedzi osoba, która rozmawia z doradcą filozoficznym, dochodziła do własnych wniosków, odkrywała prawdę o sobie, o swojej sytuacji, a dzięki temu umiała znaleźć najbardziej adekwatne odniesienie i rozwiązanie.

Czasami nie ma dobrych rozwiązań, kiedy stoimy przed dylematem: ratować chwiejący się związek czy poświęcać czas chorej na raka matce.

To może stanowić ciężki dylemat moralny, nie tylko problem emocjonalny, kiedy chcesz pomóc, a – z racji własnej trudnej sytuacji osobistej – nie jesteś w stanie zamieszkać z rodzicem ani wziąć go do siebie. Ktoś podsuwa ci myśl, żeby znaleźć ośrodek opieki, ale ty z różnych względów masz opory wobec takiego rozwiązania, mimo że nie czujesz głębokiej więzi z tym rodzicem, bo są w tobie wciąż żywe niedobre doświadczenia z dzieciństwa. W takiej sytuacji spotkanie z filozofem może być bardziej pomocne niż z psychoterapeutą czy coachem, bo filozof umożliwi ci rozpoznanie i uporządkowanie wartości.

Czym to się różni od coachingu?

Podczas sesji coachingowych klient wyznacza cel, a coach, stosując różne narzędzia, pomaga ten określony przez klienta, często czysto pragmatyczny, cel osiągnąć. Filozof stawia pytania, niekoniecznie podążając za tym, co byłoby komfortowe dla rozmówcy. Zmusza do sięgania głębiej, do wyjścia z tzw. strefy komfortu, co czasem prowadzi do zredefiniowania celu, z którym do filozofa się przyszło. Nie narzucając swoich przekonań, prowokuje do myślenia. Zdarza się, że ktoś prosi mnie o przedstawienie różnych filozoficznych poglądów na temat tego, czym jest szczęście, prawda, samotność. Robię to tylko na prośbę i o ile taki element mentoringu prowadzi do pożądanego efektu. Może to się przydawać, gdy ktoś potrzebuje najpierw poznania innych stanowisk, by na ich tle zobaczyć własne położenie, np. w momencie, gdy ma rozterkę, czy wybrać drogę błyskotliwej kariery, ale z ryzykiem uszczerbku dla relacji z bliskimi, czy raczej pielęgnować relacje kosztem wolniejszego i nie tak szumnego rozwoju zawodowego. Zdarza się też, że moi rozmówcy, którzy chcą poznać szerszą perspektywę filozoficzną, są zdumieni, na jak wiele sposobów można realizować szczęście, i zmieniają swoje nastawienie.

Na jakich szkołach filozoficznych opierasz się w swojej pracy?

W doradztwie filozoficznym dobrze sprawdzają się nurty stoickie, bo to sposób widzenia świata, który pozwala wyćwiczyć w sobie mądrość praktyczną, choćby w sytuacjach trudnych. Filozofia stoicka prowadzi do harmonii i przeżywania np. żałoby czy choroby tak, żeby z pełną świadomością faktów przyjąć uczucia, które czujemy, ale bez popadania w rozpacz czy przerażenie, które nas blokują. Oczywiście nie każdemu to musi odpowiadać. Nie narzucam zmiany światopoglądu, tylko staram się pomóc rozmówcy w rozwiązaniu jego dylematów w zgodzie z tym, co dla niego jest w danej sytuacji najlepsze.

A metoda? Czy tak jak Sokrates irytujesz rozmówcę dociekliwymi pytaniami i drążeniem problemu?

Sokratejska metoda majeutyczna, czyli dialog, którego celem jest dotarcie do istoty rzeczy, to podstawa. To może być trudne i zawsze uprzedzam, że jeśli stanie się to zbyt niekomfortowe, rozmówca może przerwać. Odwołuję się też do metody fenomenologicznej, którą lubię najbardziej i którą zajmowałam się przez wiele lat naukowo. Chodzi o to, żeby skupić się na czystym oglądzie i opisie, wziąć w nawias naszą wiedzę czy uprzedzenia i stereotypy. Zadanie komuś tego ćwiczenia pozwala mu spojrzeć na sytuację świeżym okiem. Trochę jak dziecko, które po raz pierwszy musi opisać coś dla niego dotąd nieznanego.

DLA ZAINTERESOWANYCH: W Polsce kierunek „doradztwo filozoficzne” znajdziesz w programie uniwersyteckim m.in. na Uniwersytecie Śląskim i Opolskim. W Warszawie działa Centrum Praktyki Stoickiej i Filozoficzna Akademia Rozwoju Osobistego Ego Nimi; w Krakowie – Gabinet Filozoficzny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Metoda psychodynamiczna - gdy nie potrafisz wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych

Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Jestem stara, jestem brzydka. Nie stworzyłam związku, nie mam dzieci. Lata mijają... Czułam się ciężka i bezwolna jak ciasto na kluski – opowiada 40-letnia Maria. Siedem lat terapii metodą psychodynamiczną pozwoliło jej poznać siebie i wreszcie dorosnąć. 

Pewnego dnia stanęłam przed lustrem, spojrzałam na siebie i powiedziałam: „Nie jestem już młodą dziewczyną, ciało też już nie nastolatki. Nie stworzyłam trwałego związku z mężczyzną, nie mam dzieci. A na karku 32 lata”. I nagle poczułam się jak ciasto na kluski – ciężka, bezwolna, bez sił, żeby się ruszyć. Od tego momentu nad moją głową zaczęły gromadzić się czarne chmury.

Coraz częściej wpadałam w stany przygnębienia, smutku, apatii, beznadziei i braku sensu życia. Ale też frustracji i złości na siebie. Myślałam: „Kurczę, czas ucieka, a ja mam ciągłe poczucie niespełnienia, braku satysfakcji z czegokolwiek. Chcę, by moje życie wyglądało inaczej! Co jest ze mną nie tak? Dlaczego jestem sama?”.

Mijały lata, a ja nie żyłam, tylko trwałam, międląc wciąż jakieś smutne sprawy. Potem ból psychiczny przerodził się w fizyczny: pojawiły się migreny, bezsenność, kołatanie serca… Byłam sobą zmęczona. Podobnie jak moja przyjaciółka, która wreszcie mną potrząsnęła, mówiąc: „Słuchaj, Marysiu, już nie mam siły rozmawiać z tobą o tym, że nie masz faceta, bo zachowujesz się tak, jakbyś wcale nie chciała go mieć, i nie robisz nic, by go znaleźć. Myślę, że masz ze sobą jakiś problem i powinnaś pójść na terapię. Użalaniem się nad sobą niczego nie zmienisz”. I poleciła mi znajomego psychoterapeutę.

Zawarłam kontrakt

Z ciężkim sercem weszłam do gabinetu i opisałam bagaż, z jakim przyszłam. Terapeuta wysłuchał mnie spokojnie, po czym rozpoczął od przedstawienia zasad terapii: co najmniej 2, a najlepiej 3–4 sesje w tygodniu po 50 minut. Jeśli na którąś nie przyjdę, to i tak będę musiała za nią zapłacić. Każda sesja jest odliczana skrupulatnie co do minuty. Jak się spóźnię, to zabieram sobie cenny czas. Żadnego przekładania spotkań. I zwracamy się do siebie per „pan/pani”. Koniec, kropka.

Takimi sztywnymi, wręcz restrykcyjnymi zasadami charakteryzuje się metoda, w jakiej pracował mój terapeuta – psychodynamiczna, oparta na założeniach teorii psychoanalizy. Kiedy jednak na „dzień dobry” usłyszałam zestaw tych reguł i to, że mam ich bezwarunkowo przestrzegać, mocno się wkurzyłam: „Ten terapeuta chce na mnie zarobić! Mam stać się taką samą wariatką, jak bohaterowie filmów Woody'ego Allena i przez kilka lat przychodzić do niego z byle problemem, bo inaczej nie zrobię kroku do przodu?!”– pomyślałam. Ale czułam, że stoję pod ścianą. Zacisnęłam zęby i powiedziałam do siebie: „Teraz albo nigdy!”, a głośno: „Zgoda”. Byłam zdeterminowana, potrzebowałam pomocy, więc zaufałam. Zawarłam z terapeutą swoisty kontrakt. Później okazało się, że takim ustawieniem terapii zapoczątkowuje się proces leczenia, który w moim przypadku trwał prawie 7 lat.

Lustro prawdy

Terapeuta pracujący metodą psychodynamiczną nie mówi miłych słów, nie głaszcze po głowie, nie radzi, jak postąpić... Pełni rolę takiego lekko wycofanego lustra, na które rzutuję swoje nastroje, uczucia, przeżycia i wszystkie schizy, po czym odwraca je w moją stronę i pokazuje mi prawdziwe „ja”.

Tworzywem do analizy mogło być wszystko: moje spóźnienie lub to, że przyszłam za wcześnie, to, co mi się śniło lub mnie poruszyło, coś, co przeczytałam, zobaczyłam... Każde przeżycie, uczucie, emocja. Siadaliśmy zwróceni do siebie twarzą w twarz i rozmawialiśmy o sprawach bieżących, o tym, co się działo w moim życiu „tu i teraz”. Jeśli wracaliśmy do zdarzeń z dzieciństwa, z przeszłości, to jedynie po to, żeby pokazać, jaki wpływ wywarły na moje obecne zachowania czy wybory.

Na przykład: przychodziłam na sesję zdenerwowana i opowiadałam o zdarzeniu, które mnie rozzłościło. Z tej wypowiedzi terapeuta wyłapywał pewne elementy moich zachowań, emocji, które potem mi pokazywał. I ja nagle widziałam obraz dziewczyny niesympatycznej, nieznośnej, agresywnej lub prowokującej do agresji. To było dla mnie ogromnie trudne do przyjęcia, bo dotąd uważałam się za osobę łagodną, wrażliwą, delikatną, nie potrafiącą walczyć o swoje, podporządkowaną... Inny przykład: Mówiłam, że nie lubię pana K., bo jest oschły, zawistny, gburowaty, a tu nagle widzę, że ja też noszę w sobie takiego małego zgreda. Osłupiałam z wrażenia. Dlaczego go nie cierpię? Bo nie lubię tej części swojego „ja”. Terapeuta pokazywał mi ciemniejszą stronę mojej osobowości, cechy, które spychałam w podświadomość, skrywałam przed sobą, nie chciałam się do nich przyznać.

Momentami tak mnie to wkurzało, że miałam ochotę rzucić się na terapeutę z pięściami. Myślałam: „Boże, po co ja tu przychodzę?! Nie dość, że mnie gnoi, to jeszcze mu za to płacę. Zamiast mnie podbudować, wmawia mi jakieś okropne rzeczy. Jest jak moja mama – tylko mnie krytykuje i wytyka błędy”. Nasza relacja bywała niezwykle trudna, zwłaszcza na początku terapii. Ale to nie kto inny, tylko właśnie terapeuta wziął na siebie trud zderzania się z moimi nastrojami i emocjami. Był ze mną także w trudnych momentach, które wydarzyły się w moim życiu w czasie tych siedmiu lat terapii.

Nazywam się Narcyz

Kiedy wpadałam w depresyjny nastrój, czułam się jak w smole. Narzekałam: „Jestem stara, świat mnie odrzuca, wszystko jest dla młodych. Jestem brzydka, nie mam partnera, inni mają lepiej ode mnie”. I kołowrót negatywnych myśli szedł w ruch.

Kiedyś przyszłam na sesję i opowiedziałam o sytuacji towarzyskiej, w której dostałam po tyłku. I... ku mojemu wielkiemu zdumieniu – terapeuta uświadomił mi, że sama się w taką wepchnęłam. Więcej: czerpałam z tego jakąś perwersyjną satysfakcję! Zaczęłam więc przywoływać z pamięci i analizować różne relacje, w jakie wchodziłam z innymi, i dochodziłam do wniosku, że – istotnie – pewnym osobom pozwalałam się źle traktować, nawiązywałam destrukcyjne związki, sama siebie nie szanowałam i odbierałam sobie godność. Musiałam się zgodzić z terapeutą, że faktycznie mam skłonność do wchodzenia w rolę pokrzywdzonej – z niechęci do widzenia rzeczywistych problemów. Nie zdawałam sobie sprawy, że ucieczka od siebie może przybierać taką formę. Że przyjmuję rolę ofiary, a równocześnie mam w sobie cechy… narcyza.

Zawsze mi się wydawało, że jestem taką grzeczną dziewczynką, że muszę pracować nad tym, by bardziej walczyć o swoje. Dopiero na terapii zrozumiałam, że ja to potrafię, tylko tę waleczność stłumiłam. Od dzieciństwa nosiłam w sobie poczucie, że się wszystkim podporządkowuję, buntuję, ale podporządkowuję. Przeżyłam szok, kiedy terapeuta uświadomił mi, że mam ogromną potrzebę bycia wyjątkową, zawsze na świeczniku, na wysokim stanowisku. Że chciałabym, by świat kręcił się tak, jak mu zagram. Tylko wypycham to ze swojej świadomości. Nie wierzę w siebie. Wydaje mi się, że muszę zrobić Bóg wie co, by udowodnić sobie, że jestem coś warta. Nie potrafię zaakceptować tego, jaka jestem. Stąd mój narcyzm. Okropny stan, w którym pustkę wewnętrzną i żałobę po stłumionym „ja” wypełnia się osiągnięciami, budowaniem i desperacką obroną wizerunku osoby wyjątkowej.

Walka buntu z uległością 

Dopiero w wieku 36 lat odkryłam główne źródło swoich zachowań i wyborów. Nie sądzę, bym znalazła je bez pomocy terapeuty. Tym źródłem była bardzo mocna, a zarazem destrukcyjna więź z mamą. Pępowina, której nie potrafiłam przeciąć, stać się niezależną osobą i wziąć życie w swoje ręce. Wydawało mi się, że jestem samodzielna. Niezależność to był mój lejtmotyw. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo pozostaję uzależniona psychicznie od mamy. Dociągałam do czterdziestki, a nadal nie dorosłam.

Odkąd pamiętam, zawsze się przeciwko mamie buntowałam. Zapierałam się czterema łapami, żeby tylko nie zrobić tego, co ona chce. Kiedy byłam mała i nie mogłam buntować się otwarcie, stosowałam inne metody – najczęściej bierny opór lub ociąganie się. Nigdy nie podobało jej się to, co robiłam. We wszystkim mnie kontrolowała, wciąż krytykowała, wytykała błędy i potknięcia. Nie znosiłam być posłuszna. Może dlatego, że nigdy mnie nie przytulała, nie chwaliła, a tylko wciąż czegoś ode mnie wymagała i za najdrobniejsze nieposłuszeństwo obrażała? Bardzo krótko mnie trzymała, a ja potrzebowałam więcej swobody. I miłości. Na jej pochwałę lub uśmiech musiałam sobie zawsze zasłużyć. Recytowałam więc np. wierszyki na spotkaniach towarzyskich, choć tego nienawidziłam. Z oporami, ale robiłam, co mi kazała, choć często się we mnie gotowało. Ustępowałam.

Przez długie lata walczyły we mnie bunt z uległością. Kiedy opuściłam dom, przestałam podporządkowywać się jej woli, ale bunt pozostał. Mama codziennie do mnie dzwoniła, kontrolowała i oceniała moje życie. Myślałam, że już jestem wolna, że już nie ma nade mną władzy, że robię ze swoim życiem, co chcę. Jakże się myliłam. Nie założyłam rodziny, bo mama ciągle mnie pytała, kiedy wyjdę za mąż. Nie urodziłam dzieci, bo mama wciąż mówiła, że trzeba je mieć, no bo kto mi na starość poda szklankę wody – doprowadzało mnie to do pasji. Podświadomie byłam głucha na swoje potrzeby. Moje życie nadal obracało się wokół buntu przeciwko mamie, a stłumione potrzeby rozsadzały mnie od środka w postaci agresji, złości, frustracji. Skutkowały nieudanymi relacjami z mężczyznami...

Podczas terapii dotarło wreszcie do mnie, że dorosłość zaczyna się w momencie, kiedy już nie buntuję się przeciwko mamie, tylko przyznaję, że związek, rodzina, dzieci są dla mnie ważne. Nie rezygnuję z siebie i własnych potrzeb w imię utrzymania sztucznego wizerunku. Zrozumiałam też, że nie można wszystkiego zwalać na mamę i mówić np.: „A ja to jestem taka, bo mamusia mnie nie kochała” – to absurd! Coś od rodziców dostajemy, a czegoś nie, tak samo, jak oni coś dostali lub nie od swoich rodziców. I z tym, co wynieśliśmy z domu, możemy zrobić coś dobrego lub coś złego.

Wreszcie, po latach buntowania się, nakręcania mogę żyć spokojnie. Uniezależniłam się od mamy. Naprawdę dorosłam. Gorycz i złość spłynęły ze mnie podczas terapii.

Mam prawo do bycia sobą

Uświadomienie sobie czegoś nie oznacza, że automatycznie to przyjmiemy i od razu zaczniemy żyć inaczej. To dopiero pierwszy krok do zmian. Wszystko trzeba przepracować. Niektóre uczucia, postawy, zachowania czy schematy myślowe wychodziły na sesjach drugi, piąty czy nawet setny raz, ale już ten pierwszy uruchamiał we mnie pewien proces emocjonalny. Rodziła się większa akceptacja siebie – dziewczyny witalnej, ciekawej świata, empatycznej, odważnej, ale czasem też rozlazłej, leniwej, ze skłonnością do masochizmu lub narcyzmu. Ta ciemna część mojej osobowości potrafiła kiedyś storpedować entuzjazm, ciekawość i kreatywność tej drugiej. Boże, ile planów przez to nie zrealizowałam, odbierając sobie siły i nadzieję!

Teraz, kiedy czasami zalewają mnie czarne myśli, nie pozostaję wobec nich bezradna – uruchamiam narzędzia terapeutyczne, czyli pewną refleksję nad tym, co odczuwam, co się ze mną dzieje, dlaczego tak się dzieje, i potrafię powiedzieć sobie: „Stop! To do niczego nie prowadzi”. A jak spotykam się z zachowaniami, które mnie ranią lub złoszczą, to się wyzłoszczę, jak trzeba poprzeklinam, ale już się nie nakręcam, nie obracam w sobie tego w nieskończoność – dzięki temu emocje opadają i szybko się regeneruję. Dałam sobie prawo do bycia sobą. Jestem Marysią, a nie jakąś Jolą.

Najważniejsze: nauczyłam się doceniać i pielęgnować relacje z ludźmi – teraz są o wiele głębsze, cieplejsze. Stałam się bardziej uważna na to, co mówię i robię innym. Poświęcam im więcej czasu. Zmieniłam się. Nie tylko bardziej rozumiem i akceptuję siebie, lecz także lepiej odczytuję problemy tkwiące w innych ludziach. Mam dla nich więcej empatii, zrozumienia, współczucia, a mniej złości i agresji. I pielęgnuję w sobie tę pogodę ducha. Poznałam też mężczyznę, z którym stworzyłam szczęśliwy związek. Planujemy być ze sobą do końca świata i jeden dzień dłużej.

Dla ciekawych siebie

Terapia psychodynamiczna (analityczna, wglądowa) należy do metod wywodzących się z klasycznej psychoanalizy freudowskiej, ale korzysta także z późniejszych szkół nurtu. Jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. Terapeuci stosujący tę metodę odwołują się do freudowskiej teorii istnienia w ludzkiej psychice stłumionych, nieuświadomionych popędów i ich destruktywnej siły, lecz różnią się sposobem pracy z pacjentem. W terapii psychodynamicznej ważną rolę odgrywa relacja pacjent – terapeuta, dlatego na samym początku terapii następuje bardzo konkretne i rygorystyczne ustalenie warunków kontraktu. Omówienie zasad i cen, zaakceptowanie i ustalenie celu są już początkiem terapii. Podstawowym narzędziem pracy terapeuty jest rozmowa, ale – odmiennie niż w klasycznej psychoanalizie – pacjent nie leży na kozetce, lecz siedzi „twarzą w twarz” z terapeutą i rozmawia z nim o sprawach dziejących się „tu i teraz”.    

  1. Psychologia

Relacje są jak lustra – w drugiej osobie możemy zobaczyć nieznane aspekty siebie

Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów, mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Rozmowa z psychoterapeutą Michałem Dudą.

Czy można podać definicję relacji między kobietą a mężczyzną?
Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe. Na relację można się patrzeć w sferze funkcjonowania społecznego, osiągania jakichś celów. Można też spojrzeć na nią jak na konsekwencję różnych doświadczeń życiowych, które przeżyliśmy w przeszłości.

Po co są relacje?
Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności. Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi. To jest pesymistyczna wizja...

Wynika z niej, że jesteśmy razem z powodu psychicznych deficytów.
Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego tak się rysuje ten obraz. Oczywiście, związki mogą się też zmieniać, mogą się przeformułować pod względem ról, w jakie się wchodzi. Ale to zwykle jest wyzwaniem i wiele osób decyduje się na łatwiejszą wersję, czyli na zmianę obiektu uczuć. Kiedy relacja przestaje spełniać swoje funkcje dla danej osoby, szuka się już kogoś innego. Kogoś, kto będzie pasował do nowego mnie. Dlatego trzeba uważać – jak się człowiek chce zmienić, potencjalnie zagraża to związkowi, w którym jest.

Relacje odzwierciedlają nasze wnętrze, miejsce, w którym jesteśmy.
Tak. Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.

Na przykład?
Powiedzmy, że mamy kobietę, którą wychowała matka agresywna, zabierająca dużo przestrzeni, podporządkowująca sobie ojca i niespecjalnie licząca się z granicami innych. Córka, ta dziewczynka, musi coś z tym zrobić. Są dwa najczęstsze style radzenia sobie z taką sytuacją. W pierwszym dziewczynka się buntuje, kontestuje, walczy, próbuje jakoś matkę spacyfikować, obronić swoją godność. Jej partner najprawdopodobniej też będzie buntownikiem. Drugi styl radzenia sobie to wycofanie do wewnątrz, do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Taka dziewczynka będzie w ogóle unikała relacji albo będzie szukała symbiotycznych związków ze starszymi facetami, którzy mają znaczącą pozycję w świecie i którzy dają obietnicę, że ją obronią przed matką i rzeczywistością. To jest duże uproszczenie, ale mówię to po to, żeby zrozumieć wybory partnerów w kontekście radzenia sobie z przeszłością. Dziewczynka numer jeden raczej nie będzie z ustawionym mężczyzną w uzależnieniowym związku. Przeciwnie – będzie z mężczyznami walczyć, a jak będą czegoś od niej chcieli, raczej im się nie powiedzie. Dziewczynka numer dwa nie zwiąże się natomiast na stałe z jakimś kontestatorem, bo będzie szukała bezpieczeństwa jako alternatywy relacji z matką. Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.

Od pesymistycznej wizji przeszliśmy do optymistycznej. Takiej, w której dziewczynka numer jeden lub dziewczynka numer dwa rozwiąże swój problem.
Dziewczynka numer jeden i dziewczynka numer dwa są czymś więcej niż ta sytuacja z dzieciństwa. To prędzej czy później dochodzi do głosu, siłą rzeczy domaga się, żeby się urzeczywistnić, żeby to się mogło jakoś wydarzyć. One mają taką potrzebę...

Żeby już przestać być dziewczynką.
Albo chłopcem. Mężczyzn też to dotyczy. Ale to nie jest takie proste, bo wymaga spojrzenia na siebie z innej perspektywy.

Kiedy dziewczynki lub chłopcy są w swoich starych historiach, chyba nie są w prawdziwej relacji?
Mam poważną wątpliwość na temat tego, co jest prawdziwe, a co nieprawdziwe w relacji. Jak ktoś naprawdę czuje uczucia, to jest prawdziwe? Jak jest realne, uświęcone związkiem małżeńskim, wspólnym mieszkaniem, to jest prawdziwe?

A może jest prawdziwe, kiedy już nie szukamy w drugim dorosłym człowieku taty ani mamy?
I wtedy relacja jest już taka dorosła? Myślę, że prawdziwa jest taka, jaka jest na dany moment. Jeśli ktoś jest w miejscu, w którym szuka mamy czy taty, prawdziwe jest szukanie mamy i taty. Czy to jest dorosłe? Nie jest. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że na ten moment jedyne możliwe do urzeczywistnienia. Oczekiwanie, że ktoś nie będzie w tym miejscu, jest krytykowaniem tej osoby w sposób mało konstruktywny, bo ona nie jest w stanie tego tak „na pstryk” przeskoczyć. Teraz jest tak. Czy ten związek jest prawdziwy? Tak, chociaż oparty na braku świadomości uwarunkowań, które do niego doprowadziły. Ale nadal nie powiedziałbym, że to jest nieprawdziwe. Dla tych osób to jest prawdziwe. Kiedy taka osoba mówi, że kocha, to można powiedzieć, że się myli. Ale ona naprawdę coś czuje, ten ktoś jest dla niej ważny, tak to przeżywa. W pewnym sensie z zewnątrz można powiedzieć, że nie jest to do końca prawda, ale od wewnątrz, w doświadczeniu tej osoby, jest to stuprocentowa prawda.

Może chodzi o świadomość, że w relacji odgrywamy starą historię?
I jeszcze raz odgrywamy i jeszcze raz.

Może chodzi o to, żeby jednak nie za często?
Raz można, a nawet jest to nieuniknione. W końcu ludzie jednak się orientują, że to się powtarza. Kobiety często mówią – dlaczego ciągle spotykam takiego samego faceta. Mimo wszystko jednak, nie potępiałbym tych zbudowanych na starych historiach relacji.

Dlaczego?
Nie wydaje mi się, żeby one były tylko złudzeniem. Tam są zaangażowane realne uczucia i tworzą się realne więzi, te osoby są ważne dla siebie jakoś, na jakimś etapie. Łatwo jest je potępić tak intelektualnie, ale jak się na nie popatrzy z perspektywy czasu, to okazuje się, że były one głębokie, istotne. Każda relacja, nawet ta już następna, też daje się opisać w tych kategoriach.

Jak to?
Kogo wybiorę, gdy już jestem kimś, kto jest świadomy historii z przeszłości, które mną kierowały? To nie jest dowolny wybór. Raczej wybiorę kogoś, kto będzie pasował do tego miejsca w życiu, w którym jestem. Kogoś, kto będzie w stanie nawiązać ze mną kontakt adekwatny do języka, którym się posługuję, do sposobu myślenia, którego używam, do mojego rodzaju odczuwania rzeczywistości w tym momencie. I chociaż nie zwiążę się z kimś takim, jak poprzednio, to wybór nie jest przypadkowy.

Taka relacja czymś będzie się różniła od poprzedniej?
Dawna historia nie zagra już głównej roli, spotkamy się na innych płaszczyznach. Ale trzeba mieć świadomość, że każdy z nas ma historię, która nas wikła i że od czasu do czasu odradza się sen o tym, że spotkam kogoś, kto rozwiąże wszystkie moje problemy przez sam fakt bycia z nim w związku.

Taki sen mamy na stałe?
Tak. To się nie kończy, bo ma swoją energię. Ale można za tym iść, albo za tym nie iść. Albo temu uwierzyć, albo za czwartym razem się nauczyć, że to jednak nie do końca tak jest. Część osób radzi sobie z tym, przejawiając pewien rodzaj cynizmu i wpada na pomysł, że można tak żyć na zimno, racjonalnie, tak trochę osobno.

To chyba nie jest dobry pomysł.
To jest fatalny pomysł. Z drugiej strony myślę, że obsesja szukania idealnego związku prowadzi do problemów.

Jakie jest rozwiązanie?
Dobrze wiedzieć, że mam w sobie jakąś historię i że czasami ją w sobie rozpoznaję, a czasami nie. Czasami się zapędzam, czasami komuś zrobię awanturę albo się popłaczę nie wiadomo dlaczego. Ale to jest normalne, zwykłe, w jakiś sposób prawdziwe. Jest trend, żeby się z tego tak całkowicie wyleczyć, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Trzeba sobie pozwolić to mieć, nie karcić się za to, nie krytykować, nie mówić sobie, że jest się niedoskonałym. Jak się trochę zaakceptuje tę historię i swoją na nią reakcję, wtedy nie próbuje się poprzez relację jej rozwiązywać.

Rozwiązanie jest poza relacją?
Wydaje mi się, że tak. Wtedy nie ma już oczekiwań, że relacja rozwiąże moje osobiste problemy, bo pozwalam sobie je mieć. W codziennym życiu istotne jest, żeby w którymś momencie, będąc sobą zainteresowanym i znając siebie, zrezygnować z wizji, że wszystko będzie takie piękne.

I dorosłe, i dojrzałe.
Lepiej przyjąć, że czasem jesteśmy słabi, że można nas oszukać, że można nas zdradzić. To jest ludzkie, normalne. Oczywiście, mamy różne reakcje na to i czasami są one zbyt uciążliwe, żeby z nimi żyć i potrzebujemy pomocy. Ale wyczyszczenie tego do końca nie jest, moim zdaniem, możliwe. To jest tak, jakbyśmy mieli w ogóle wymazać tę część historii. Wtedy jakaś część naszego życia musiałaby zniknąć. Tak jakbyśmy sobie zrobili lobotomię serca (jeśli coś takiego istnieje).

To boli.
No właśnie. Lepiej pogodzić się z tym, że nigdy do końca nie będziemy tacy całkiem normalni. Takie podejście wydaje mi się bardziej akceptujące, kochające siebie i tę drugą osobę.

  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.
 

  1. Psychologia

Stoicyzm pandemiczny

Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze - mówi Marcin Fabjański, praktykujący stoik. (Fot. iStock)
Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze - mówi Marcin Fabjański, praktykujący stoik. (Fot. iStock)
Epiktet, Marek Aureliusz, Seneka – wszyscy oni twierdzili,że dopiero w zderzeniu z trudnościami mamy szansę kształtować swój charakter. I zdaniem filozofa Marcina Fabjańskiego warto brać przykład ze starożytnych stoików. Dziś może nawet bardziej niż kiedyś.

Czy to są dobre czasy dla stoików?
Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze.

Obawiałam się, że pan to powie...
A ja domyślałem się, że pani się obawia. Jeśli jednak mam odpowiedzieć prawdziwie, będzie to musiał być banał. Każde czasy są dobre dla stoików. Zaraz powiem dlaczego, i może to będzie mniej banalne. Celem życia stoika jest rozwinięcie pewnych cech charakteru, zwanych w starożytności cnotami. Jeśli przez chwilę spojrzymy na nasze życie z tej perspektywy – jako na materiał szkoleniowy czy pomoc naukową służącą do pracy nad sobą – to zrozumiemy, że jeśli nie byłoby na świecie żadnych problemów, to nie dałoby się tych cnót w ogóle wykształcić, bo nie byłoby do tego pretekstu. Cnoty rozwijają się bowiem w zetknięciu z trudnościami. Ale z drugiej strony, jeśli te trudności są bardzo przygniatające i radykalne, to nie jest to dobra sytuacja dla kogoś, komu bliżej jest do początkującego filozofa, a daleko od bycia mędrcem. Bo podział jest taki: człowiek pospolity, filozof, który dopiero rozwija swoje cnoty, oraz mędrzec, czyli ten, który już je rozwinął – przy czym nie wiemy, czy ów mędrzec istnieje naprawdę, czy jest tylko ideałem, do którego mamy dążyć.

Jakie cnoty stoicy uznawali za najcenniejsze? Cierpliwość? Wstrzemięźliwość?
Też, natomiast trzy fundamentalne cnoty w starożytności to: odwaga, mądrość i sprawiedliwość. Stoicy dodawali do tego jeszcze jedną – wytrwałość, choć myślę, że można ją traktować jako cnotę pomocniczą, taką praktyczną podpórkę do osiągnięcia trzech powyższych. Ponieważ o cnotach uczę od lat, logiczne, że po takim wstępie podawałem zwykle, która jest moją ulubioną. Długo myślałem, że jest nią mądrość. Ostatnio to się jednak zmieniło. W rozmowach ze studentami doszliśmy do wniosku, który dzielimy właściwie z antycznymi Grekami, że fundamentalną cnotą jest cnota odwagi, bo bez niej w ogóle nie można zacząć czegoś takiego jak projekt budowania siebie. Bo żeby to zrobić, trzeba się przeciwstawić swojemu środowisku. W łagodnych przypadkach skutkuje to tym, że zostajemy uznani za dziwaków, i by to znieść, też trzeba trochę odwagi. W sytuacjach skrajnych kończymy jednak jak Sokrates, czyli jeśli mamy się trzymać swojego, musimy popełnić samobójstwo, i do tego trzeba tej odwagi już trochę więcej.

Czemu przeciwstawiają się stoicy?
Oni buntują się wobec błędów w myśleniu. Stoicyzm to nie jest ideologia ani religia, nie wytacza więc dział przeciwko innym ideologiom czy religiom, tylko przeciwko egzystencjalnej naiwności człowieka pospolitego, czyli człowieka, który nie jest filozofem. Taki ktoś wszystko, co robią inni, i wszystko, co zostało mu zaaplikowane w tym społeczno-kulturowym pakiecie pod tytułem wierzenia, zwyczaje i poglądy, zasysa bezkrytycznie. I wobec tego właśnie buntują się stoicy.

Błędy myślenia, o których pan mówi, to na przykład oczekiwanie, że życie będzie toczyć się tak, jak ja chcę, albo że pewne problemy będą mnie omijać?
Są różne kategorie błędów myślenia. To, o czym pani mówi, dotyczy postawy życiowej. Generalizując, błędy myślowe polegają na tym, że ulegamy różnym rozdrażniającym nas emocjom i zamiast stworzyć wobec nich rodzaj dystansu i – jak mówi Epiktet – wejść w dialog ze zdarzeniami, my reagujemy mechanicznie. Tak jak nam każą emocje i tak jak reagują inne osoby z grupy, w której się wychowywaliśmy. Czerpanie z tradycji mechanicznie nie jest krytycznym myśleniem, nie jest budzeniem refleksji.

Czyli chodzi o trwałą zmianę perspektywy. Jak rozumiem, to następuje powoli... A może tylko się pocieszam, bo ciężko mi to na razie przychodzi?
To nie jest coś, czego można się nauczyć na weekendowym kursie, to ma być trudne. Dlatego pedagogika stoicka, jak zresztą pedagogika innych szkół filozoficznych, jest pomyślana jako projekt na całe życie. I też nie wiadomo, czy tego życia nam starczy, by doprowadzić go do końca. Ale gdyby to było łatwe i nie wymagało ogromnej odwagi, to nie byłoby takie ekscytujące i nie przyniosłoby owoców, które obiecuje stoicyzm w postaci ataraksji – psychofizycznego stanu, który ja nazywam „dostrojeniem do procesu życia”. To stan, w którym nie podlegamy już żadnym błędom myślenia grupy (pytanie, czy jest osiągalny, czy jest tylko ideałem), tylko czemuś, co jest rozumem w nas, ale jednocześnie jest rozumem we wszechświecie; czyli czemuś, co kieruje nami w bezwysiłkowy, mądry sposób. Z punktu widzenia jednostki, czyli wytrenowanego stoika, który został mędrcem, te trzy cnoty realizują się w nas wtedy w sposób spontaniczny. Taki ktoś nie musi się starać, bo zharmonizował się, dostroił do rozumu i jest jego wyrazem.

A wszyscy inni go nie cierpią...
Większość – zapewne tak. Bo jest żywą, chodzącą obelgą dla tych, którzy twierdzą, że posiedli prawdę, że ich ideologia i sposób myślenia są jedynymi właściwymi.

A czy pan ten stan już osiągnął? Jest momentami do niego bliżej?
Momentami – tak. I proszę podkreślić słowo „momentami”. Bo to nie jest linearny proces, czasem ten stan przychodzi, a czasem odchodzi. Ale nawet gdyby nie był w pełni osiągalny, warto iść ścieżką cnót, bo samo jej pokonywanie sprzyja refleksji i dodaje nowej perspektywy naszemu życiu. To jest właśnie główny cel istnienia filozofii – przeciągnąć ludzi na stronę świadomego życia. Dla mnie przedsionkiem filozofii było science fiction, które jest opowieścią o innych światach niż ten, który zasysamy automatycznie. Zawsze miałem w sobie impuls, który kazał szukać tajemnicy pod powierzchnią rzeczy.

Czy stoicyzm jest w stanie ograniczyć ilość cierpienia w naszym życiu?
Nie jest w stanie zmniejszyć bólu, ale reakcję na ból, czyli cierpienie – już tak. To też jest jedno z fundamentalnych zadań filozofii. Oczywiście filozofia jest umiłowaniem mądrości i zdziwieniem światem, ale jest też odpowiedzią na ludzkie cierpienie. Ktoś kiedyś zauważył, że cierpienie nie jest nam dane, a zależy od naszej postawy. To, jak reagujemy na egzystencjalny ból, jaki nam serwuje świat, może nasze cierpienie zwiększać lub zmniejszać. I tak powstała sztuka bycia, zwana filozofią.

Jaki jest ten świat według stoików? Fascynujący? Logiczny? Sprawiedliwy?
Jest rozumny, czyli nie jest chaosem. Jest zbudowany według pewnych reguł i dobrze te reguły poznać, bo wtedy mamy szansę na rozkwitnięcie, na szczęście i na odklejenie się od naszych różnych udręk psychicznych. Kiedy nie znamy reguł, projektujemy na świat rzeczy, których nie ma. Tak naprawdę o wiele częściej walczymy z naszymi konstruktami mentalnymi niż z rzeczywistością. Czyli najpierw budujemy pewną fikcję, a potem nie możemy żyć spontanicznie i spokojnie, bo bez przerwy ją fortyfikujemy. Ale to nie może się udać; nasze fikcje prędzej czy później polegną w starciu z rzeczywistością. A najpewniej wtedy, gdy wydarzy się coś istotnego egzystencjalnie: choroba czy zbliżająca się śmierć, i nie będziemy już w stanie dokarmiać naszych fałszywych przekonań. Na przykład takiego, że jesteśmy nieśmiertelni... Pierwszym krokiem stoickiego rozwoju byłoby więc rozpoznanie tego, czym ta rzeczywistość jest. Drugim – dostrojenie się do niej. Czyli zgoda na to, by ten sam rozum, który rządzi całym wszechświatem, rozświetlił się również w nas.

Jak zatem rozumnie wytłumaczyć pandemię?
Pandemia jest rozumna. By to udowodnić, nie musimy odwoływać się wcale do stoicyzmu. Przede wszystkim jest wynikiem naturalnych procesów, a nie skazą na rzeczywistości, jak lubimy teraz myśleć. Wirus SARS-CoV-2 to nie jest złośliwa istota, która przeciwstawia się człowiekowi, tylko efekt dynamiki organicznej rzeczywistości wokół nas. Logiczne następstwo pewnych procesów. Na przykład już teraz wiemy, dzięki rozwiniętej nauce eksperymentalnej, że jedną z przyczyn pandemii jest niszczenie bioróżnorodności na naszej planecie, która pełni funkcję zbiorowego mechanizmu immunologicznego. Stoickie podejście polega na tym, by starać się jak najlepiej zrozumieć ten mechanizm. Natomiast podejście człowieka pospolitego, bezrefleksyjnego jest takie, że pandemia to jakiś kłopot, który sprowadził zły los, źli ludzie, bogowie albo jakiś spisek i który odbieramy jako osobistą obelgę. Co więcej, jeśli się zaszczepimy, będzie po problemie, bo przechytrzymy pandemię. Ja nie jestem przeciwnikiem szczepień, już raczej ich zwolennikiem, chcę tylko zwrócić uwagę na to, że takie myślenie jest bardzo ograniczone. Zaszczepimy teraz rzesze ludzi, które potem pójdą dalej wycinać hektary lasów, budować na ich terenie kolejne osiedla i produkować kolejne miliony dóbr niepotrzebnych. Jeśli jako stoik miałbym już jakoś antropomorfizować tę pandemię, to nie jako wroga, ale nauczyciela. Z punktu widzenia rozwoju cnót jest to doskonała okazja.

W nowym wydaniu pana „Stoicyzmu ulicznego” można znaleźć rozdział o przeziębieniu. Pisze pan, że nie ma co wściekać się na to, że jesteśmy chorzy, bo wirus grypy działa tak, jak został skonstruowany, zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Podobnie komputer psuje się dlatego, że jedną z cech maszyn jest to, że mogą się psuć.
Bo to leży w ich naturze. W tym rozdziale cytuję Marka Aureliusza: „Każde zdarzenie jest tak zwykłe i znane jak róża na wiosnę i owoc w jesieni. Czymś takim jest bowiem i choroba, i śmierć, i potwarz, i zasadzka, i wszystko to, co głupców cieszy i smuci”. Marek Aureliusz radzi, żebyśmy nie rozwijali neurotycznej, czyli opartej na namiętności, relacji z takim naturalnym zdarzeniem, jakim jest przeziębienie lub nawet COVID-19. To nie znaczy, że mamy się nie leczyć czy nie szczepić. Wprost przeciwnie, kiedy ujrzymy w wirusie logikę rzeczywistości, będziemy mogli zadziałać na niego w inteligentny sposób. Inaczej będziemy działać w sposób magiczny, przedfilozoficzny, naiwny. Będziemy wymyślać covidowi, uznawać, że jest osobiście skierowany przeciwko nam.

Książka po raz pierwszy ukazała się 11 lat temu, ale na opisane w niej przykłady można też spojrzeć przez pryzmat pandemii albo niezależnie od niej. Nadal się przecież irytujemy, stojąc w korku czy słuchając nieuprzejmej ekspedientki. Nadal pytamy siebie czasem: czemu właśnie mnie to spotyka? Ja łączę to z rozrostem ego w naszych czasach. Mamy problem z ujrzeniem siebie jako kropelki w morzu, do czego namawiają stoicy.
To nie jest tak, że w antyku ludzie mieli mądrość na zawołanie. Mimo że stoicy byli podziwiani i stawiani za wzór, to przecież filozofowie są zawsze outsiderami, ułamkiem społeczeństwa. Jak się czyta pisma dawnych stoików, to wydaje się, że tak samo trudno było starożytnym Rzymianom jak nam dzisiaj. Człowiek wyciągnięty z natury, będący władcą samego siebie i udający, że nie podlega żadnym uwarunkowaniom zewnętrznym, jest pewnie dzisiaj bardziej popularny, choć nie był nieznany w starożytności. Wystarczy spojrzeć na niektórych cesarzy rzymskich czy dowódców greckich, jak Aleksander Wielki. Im wydawało się przecież, że są bogami. I to myślenie dzisiaj też jest nam bliskie.

Przypuszczam, że nie zmienił się też bardzo taki obrazek z pana książki: dziecko dopomina się o naszą uwagę, a my przecież jesteśmy bardzo zajęci. Wiele osób zamkniętych w domu z rodziną mogło ostatnio wyjątkowo utożsamić się z tym przykładem.
I to jak! Zagonieni w codziennym pędzie sądzimy, że aktywnie uczestniczymy w życiu. Ale bycie zajętym to jest bardzo często strategia służąca temu, by uciekać od życia. Po to mamy obowiązki, by nie musieć stawać twarzą w twarz z naturą, która w tym przypadku ma postać dziecka. Bo dziecko naturalnie żąda naszej uwagi. A dotychczasowe wymówki, że musimy dłużej zostać w pracy czy jechać w podróż służbową, w pandemii już nie obowiązują. Podczas lockdownu zapukała do naszego życia natura, również w takiej fundamentalnej postaci naszej biologiczności, jaką jest ciało. Na co dzień zwykle je ignorujemy: służy nam do tego, by wykonywać zadania, przenosić nas z miejsca na miejsce. Będąc w domu, mamy więcej okazji, by temu ciału przyjrzeć się w lustrze, zobaczyć, ile przybyło mu zmarszczek czy kilogramów, ale też o nie bardziej zadbać.

A czy ta nasza irytacja nie jest spotęgowana tym, że chcemy robić zbyt wiele rzeczy naraz?
Jak najbardziej. Mamy przecież naturalną potrzebę, by kończyć rzeczy, a nie tylko je zaczynać. Nasza uwaga też ma potrzebę, by pobyć jakiś czas z jednym przedmiotem. To potrzeba kontemplacyjna, którą kiedyś ludzie realizowali, będąc w lepszym i bliższym kontakcie z przyrodą lub stosując różne techniki kontemplacyjne. Dziś zabieramy naszej uwadze taką możliwość. Idealnym sposobem na jej odbudowanie jest wybranie się do lasu czy do parku. A że rzadko mamy taką okazję, po to jest moja książka. Pozwala zastosować szybkie interwencje przeciwko podrażnieniu, tak szybkie, jak szybkie jest nasze życie. Te interwencje są czasem sekundowe. Moja studentka opowiadała mi, że jedną z nich z powodzeniem stosuje, kiedy jedzie z mężem przez miasto i jakiś samochód wciska się na ich pas. Jej mąż bardzo się na to wkurzał, do momentu aż przypomniała jemu i sobie moją radę, by nie patrzeć na czyjeś denerwujące zachowanie jako na obelgę skierowaną przeciwko nam, tylko jak na schorzenie. Jeśli ktoś jest chory, to nie mamy mu za złe, że kaszle. Zatem jeśli spojrzymy na czyjeś przykre słowa jako na przykład choroby, nie fizycznej, tylko mentalnej, i potraktujemy je jak kaszel wychodzący od tego człowieka – to złość nam minie. Moja książka jest zachętą do zabawy różnymi technikami i sztuczkami stoickimi. Wierzę, że stosując je na co dzień, możemy, ku własnemu zaskoczeniu, za jakiś czas zorientować się, że suma naszych podrażnień życiowych bardzo się zmniejszyła.

A co jeśli taka „chora” osoba jest w naszym życiu na stałe? Spotykamy ją codziennie w pracy, jest członkiem naszej rodziny, sąsiadem...
Czy to nie cudowne, że dostarcza nam na co dzień – bez konieczności płacenia za drogie kursy – okazji do samodoskonalenia i rozwijania cnót?! To jedna ze zmian perspektywy, jakie proponują stoicy. Nie każdemu może jednak przypaść do gustu. Prawdopodobnie chcielibyśmy zrobić coś więcej, także ze względu na tę osobę. Bądźmy tego pewni, ona też cierpi, może nawet bardziej niż my, którzy dostajemy „odłamkami” jej cierpienia. Stoicy na pewno by nie założyli, że czyjaś złośliwość bierze się z niczego. Oczywiście nasz wpływ na innych jest znikomy, możemy kontrolować jedynie siebie. Zatem jeśli ta osoba zobaczy, że nie wywołuje w nas już tak łatwo irytacji, a wprost przeciwnie – radość, że możemy rozwijać nasze cnoty, to straci motywację. Jej zachowaniem może bowiem nieświadomie kierować chęć zwrócenia na siebie uwagi. Jeśli jej nie dostaje, traci impet. To coś, co nazywa się pasywną zmianą sytuacji – nie wymaga od nas konkretnej interwencji, zwłaszcza jeśli nie wiemy, jak się zachować, a polega jedynie na zmianie postawy.

W jednym miejscu cytuje pan Senekę, który mówi, że aby nauczyć się życia, potrzeba wysiłku i czasu. Czy zatem postawa stoicka może przyjść do nas z wiekiem?
Myślę, że czynnik wieku, starzenia się i nabierania doświadczenia jest uwzględniony w pedagogice stoików, ale radziłbym nie czekać na starość i zacząć wcześniej. Stoicyzm zakłada, że życie jest ewolucyjnym procesem, a postawa, którą mamy w sobie wykształcić – czymś intymnym. To nie jest coś, co możemy sobie przyswoić teoretycznie, to musi się stać naszym instynktem, co wymaga czasu, prób i wielu doświadczeń. Ta umiejętność może w nas rosnąć i słabnąć, dojrzewać i zanikać. Tak długo, jak żyjemy, tak długo uczymy się tego życia. Ale też jak mówi Seneka, „nic nie jest bardziej obce dla człowieka zajętego niż życie”. Czyli możemy być na tej planecie 80 lat i równie dobrze nie pożyć ani dnia, bo tak bardzo byliśmy zajęci. 

Marcin Fabjański, praktykujący stoik, założyciel szkoły filozoficznej we Włoszech, autor bestsellera „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, po ponad dziesięciu latach wraca z kultową już książką „Stoicyzm uliczny”.

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem?
Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań?
Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli?
Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą?
Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni?
Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny…
Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają?
Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy?
Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze...
Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy?
Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw?
Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.