1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co decyduje o szczęściu?

Co decyduje o szczęściu?

fot. iStock
fot. iStock
Szczęście w 50% zależy od naszych genów, 10% od czynników zewnętrznych, a w 40% od tego, jak funkcjonujemy w świecie, wnioskujemy i analizujemy życie – to nasze codzienne wybory i decyzje. Każdy chce być szczęśliwy, a wciąż niewielu zastanawia się, czym dla nich jest szczęście. Znalezienie odpowiedzi jest natomiast pierwszym krokiem do tego, by osiągnąć ten stan.

Szczęście nie jest chwilowym, krótkim momentem hedonistycznej przyjemności. To konkretny stan rozumiany jako pełnia i akt woli. I choć istnieją jego pewne uniwersalne aspekty, to jednak każdy z nas rozumie je trochę inaczej.

Ludzie szukają szczęścia tam, gdzie go nie ma i gdzie go nie znajdą. Tymczasem istnieją naukowo sprawdzone sposoby, jak pracować nad dobrostanem, rozumianym jako pełne, dobre życie. Cywilizacja sugeruje nam: Będziesz szczęśliwy, jeśli…(np. osiągniesz sukces). Nauka dowodzi, że jest odwrotnie. Najpierw szczęście, potem reszta – mówi Piotr Bucki, autor zestawu fiszek „Jak znaleźć szczęście?” z codziennymi zadaniami lub przemyśleniami. Dodaje: Fakt, że mamy 40% wpływu na to, czy jesteśmy szczęśliwi, to wbrew pozorom bardzo dużo. Jest szereg małych nawyków, które regularnie powtarzane, potrafią wpłynąć na nasz poziom szczęścia. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok – określić, czym jest dla nas szczęście, a następnie ustalić plan, jak je chcemy osiągnąć.

Największym wrogiem szczęścia jest ślepa pogoń za nim. Aby być w pełni szczęśliwym, nie powinniśmy nieustannie porównywać się z innymi, zrównywać szczęścia z chwilowymi przyjemnościami, które są jedynie jednym z jego wielu elementów. Powinniśmy stworzyć własną definicję szczęścia.

Projekt szczęście – opracuj plan i działaj

Szczęście to cała gama czynności i zachowań, które regularnie powtarzane stają się nawykiem. A każdy dobry nawyk przybliża nas do poczucia pełni szczęścia, którego szukamy na  każdej płaszczyźnie naszego życia, zarówno w życiu prywatnym, jak i w miejscu pracy. Poziom szczęścia Polaków w pracy zbadała agencja pracy Jobhouse i ku zdziwieniu wielu – wyniki jasno pokazały, że poza aspektem finansowym niezwykle ważne są dla ludzi relacje i możliwość realizacji pasji.

Jestem głęboko przekonana, iż osoba, która jest szczęśliwa w pracy, ma także większe szanse na zadowolenie z życia prywatnego. Te dwie płaszczyzny bardzo się przenikają i mają wpływ na siebie nawzajem. Przygotowaliśmy badanie „Szczęście w pracy Polaków”, by skłonić pracowników do zastanowienia się, czy aktualne miejsce pracy daje im poczucie spełnienia i satysfakcji, czy jest wręcz źródłem frustracji mówi Natalia Bogdan, właścicielka firmy rekrutacyjnej Jobhouse. Dodaje: Badanie wykazało, że Polacy są umiarkowanie szczęśliwi w pracy (w skali od 1 do 10 swój poziom szczęścia określili na 6,3). Czynniki, które wymienili jako wpływające na ich ocenę to: dobre wynagrodzenie, współpracownicy, na których można liczyć, oferowane możliwości rozwoju, zachowanie równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym oraz czas dojazdu do pracy.

Warto więc do tematu szczęścia podejść nieco głębiej i wsłuchać się w swoje prawdziwe potrzeby, zamiast ulegać modnym trendom i komercyjnym przekazom. Niestety, czasami łatwo dajemy się zmanipulować i przyjmujemy cudze definicje szczęścia. To nie inni mają odpowiedzieć na pytanie: co jest dla mnie naprawdę ważne?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje?

Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Relacja, podobnie jak drzewo, rośnie długo. Przez ten czas pojawia się rodzaj powiązania, którego nie sposób osiągnąć w romansie. Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje – pytamy Michała Dudę, psychoterapeutę pracującego w nurcie psychologii zorientowanej na proces.

Czy chęć bycia szczęśliwym jest dobrą motywacją do wejścia w związek? Nie wiem, ale faktem jest, że tego ludzie szukają w relacji. Kiedy szczęście staje się założeniem, oczekiwaniem – najczęściej ma wypełnić jakiś brak, coś zastąpić, nadać sens. Czy tak się potem dzieje? Różnie bywa.

Co kryje się pod oczekiwaniem szczęścia? Wydaje mi się, że najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć romans, coś romantycznego, wyjątkowego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego.

Nie można mieć rodziny i romansu jednocześnie? Zwykle od romansu się zaczyna, a później – podczas tworzenia domowej rzeczywistości – on się gdzieś gubi i pojawia się tęsknota za odnowieniem uczucia z początku znajomości, zakochania. Chcemy czuć, że kochamy, a nie tylko o tym wiedzieć. Niektórzy, jeśli nie odnajdą tego w swoim związku, szukają poza nim, w innej lub innych relacjach. Dzięki temu znowu przez moment mogą się poczuć szczęśliwi. Ale później, gdy alternatywna rzeczywistość zderza się z tą zwykłą, nierzadko okazuje się, że to, co mieli wcześniej, było w sumie całkiem dobre w porównaniu z tym, do czego uciekli. Dość powszechnie wydaje nam się, że szczęścia doświadczymy dopiero, gdy zdobędziemy coś, co nam je zapewni. W dążeniu do tego przeżywamy jedynie momenty zadowolenia i ciągle nam czegoś brakuje – zarówno w sferze rodzinnej, jak i romantycznej związku. A szczęścia nie przeżywa się ze względu na coś. Jeśli ludzie się kochają, a nawet po prostu lubią, szczęśliwe chwile na pewno przyjdą. Czasem wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.

A może romantyczna wizja związku od początku skazana jest na porażkę? Niektórzy od początku konstruują relację z innego miejsca niż romantyczne. Związek jest wtedy bazą do mierzenia się z przeciwnościami losu, ma pomóc we wszystkim tym, co trzeba w życiu zdobyć czy osiągnąć. Ludziom, którzy dokonali tego wyboru, daje to poczucie stabilności, bezpieczeństwa, osadzenia, jakiejś prawdziwości. Mają bowiem przekonanie, że to, kim są jako para, odzwierciedla się w materialnej rzeczywistości. Są osoby, które świadomie chcą tak żyć i taka relacja może przez długi czas całkiem dobrze funkcjonować. Życie takich małżeństw czy związków ma swój rytm, obowiązki, a ich wypełnianie jest na tyle absorbujące i stresujące, że uwaga skupiona jest na rzeczach do zrobienia. Tworzy się przestrzeń, z której korzysta rodzina, ale w relacji niewiele się dzieje.

W pewnym momencie odczuwalny staje się istotny brak, który każda ze stron czymś sobie wypełnia. Na przykład mężczyzna grzęźnie w grach komputerowych, a kobieta spotyka się z koleżankami, z którymi omawia swoje bolączki – oboje potrzebują odreagować i robią to w osobnych przestrzeniach. Brakuje im spotkania z drugą bliską osobą, wzajemnego przepływu uczuć, energii skierowanej na siebie nawzajem.

W kręgach psychologiczno-rozwojowych mówi się o pracy nad związkiem. Może jest konieczna, żeby odczuwać szczęście, a nie brak w różnych aspektach bycia razem? Kiedy słyszę o pracy nad relacją, to mi się ciężko robi. Stwierdzenie „popracujmy nad tym, żebyśmy byli szczęśliwi” – jest sprzeczne samo w sobie. Czy szczęście może zostać wypracowane w pocie czoła? Kiedy ludzie się w sobie zakochują, szczęście spada na nich i wrzuca w trochę odmienny stan świadomości, który sprawia, że wydarzenia nabierają rozpędu, mają własną energię i chcą się dziać dalej. Toczą się w innej, równoległej, własnej przestrzeni. Dwie osoby przeżywają przygody trochę poza czasem, poza prozą życia, i to jest ekscytujące, bardzo wciągające. Nie można tego wykreować intencjonalnym działaniem, bo wtedy powstaje kopia, a nie oryginał. Świadomie można tylko tego chcieć i decydować się w tym być.

Romantyzm, który daje szczęście, wydaje się czymś nieuchwytnym. Nie dość, że nie mamy na niego wpływu, to jeszcze nieoczekiwanie znika. Nie do końca tak musi być. Na jakimś poziomie on cały czas jest obecny, ale niekoniecznie przez nas przeżywany. Romantyczne przeżycie jest trochę jak sen. Atmosferę ze snu trudno przenieść do tej rzeczywistości, w której lądujemy, gdy otwieramy oczy i mamy sprawy do załatwienia. Tracimy kontakt ze snem, ale to nie znaczy, że on zniknął. Cały czas pod spodem jest, tylko nasza uwaga przenosi się na zadania i cele. W takim nastroju bardzo ciężko jest być romantycznym. Moim zdaniem strategie coachingowe średnio sprawdzają się w przypadku związków.

Pozytywna wiadomość jest taka, że skoro romantyzm nie znika, tylko nie skupiamy na nim uwagi, to możemy znowu ją tam skierować. Możemy, jeśli nie zapomnimy.

Może wystarczy trochę świadomości, pracy… Praca jest zupełnie innym stanem umysłu. Czy da się coś zrobić, żeby być naprawdę w relacji? To prawda, że relacje budują się długo, ale nad romantyzmem w związku się nie pracuje, można z nim tylko utrzymywać kontakt, poddać mu się, dać się ponieść. W relacji się jest, a bycia się nie robi. Żeby być w relacji, trzeba porzucić myślenie o pracy. Wspólna praca to jeszcze nie związek. Praca często oddziela, koncentruje na osobności. A szczęśliwym w relacji można być tylko razem.

Może więc dla tego „razem” da się coś zrobić? Można być wobec siebie otwartym, szczerym. Można rozmawiać ze sobą o tym, co nam się wzajemnie po drodze przydarza, i tworzyć więź. Jeśli pojawiają się sprawy, o których ludzie ze sobą nie rozmawiają, bo są bolesne lub trudne, to one ich rozdzielają. Każdy trochę się odsuwa i zaczyna żyć osobnym życiem. Krok po kroku para się od siebie oddala. Jeśli chcemy coś dla relacji zrobić, pilnujmy, żebyśmy na bieżąco adresowali do siebie to, co czujemy, myślimy, i to, co się z nami dzieje, i starali się wzajemnie zobaczyć i usłyszeć. Jeśli komunikujemy się tylko z miejsca wzajemnych oczekiwań i pretensji, też się rozdzielimy, i nie będzie to praca nad związkiem.

Oczekiwania do szczęścia raczej nie prowadzą. Mam taką swoją, bardzo uproszczoną klasyfikację sposobów przeżywania relacji. Pierwszy sposób, nazwijmy go „boję się”, występuje wtedy, gdy ludzi przeraża bycie w relacjach i są w nich przez unikanie. Drugi: „potrzebuję, muszę” – jest symbiotyczny i kontrolujący. Potrzeba relacji jest tak znacząca, że człowiek chce się koniecznie do kogoś „przyssać”, mieć go pod kontrolą. Wynika to w dużym stopniu z lęku przed byciem samemu. Trzeci sposób na relację nazwałem „nie potrzebuję, nie muszę”. Życie w niej polega na tym, że ludzie żyją obok siebie, każdy robi swoje. Jeśli im się coś razem przydarzy, jest OK, ale nikt za tym specjalnie nie goni. Czwarty sposób wymaga zostawienia za sobą zarówno swojej zależności, jak i niezależności. Dopiero kiedy się już nie musi być w relacji, ale też nie ma się tego poczucia osobności, można zobaczyć, że ktoś obok jest. Jeśli czujemy, że ktoś istnieje i ja istnieję dla niego, wtedy można poczuć się razem. A dopiero, kiedy poczujemy się razem, możemy mówić o szczęściu w relacji.

Powiedzmy, że osoby, które boją się relacji, to „jedynki’, symbiotyczne i kontrolujące to „dwójki”, a niezależne, działające i obawiające się konsekwencji niedziałania to „trójki”. Łączy je to, że każdej z tych postaw można doświadczać indywidualnie. Bycie „czwórką” to jedyna postawa, której doświadcza się tylko wspólnie – nie można być „czwórką” w pojedynkę.

W poprzednich modelach nie ma szansy na przeżycie szczęścia? Jako „dwójki” odczuwamy coś w rodzaju szczęścia, jeśli mamy kontrolę nad partnerem. Jako „trójki”, trochę narcystyczne, jesteśmy zadowoleni, jeśli uda nam się osiągnąć swoje cele, a partner nas za to podziwia i nas w tym wspiera. W przypadku związku dwóch „trójek” nawet we wspólnym działaniu jest sporo rywalizacji. Można jako para realizować wiele rzeczy, ale nie czuć, że jest się razem. „Dwójki” są szczęśliwe, kiedy na siłę trzymają kogoś w swoim świecie, „trójki” – jak ktoś z nimi jest, ale niekoniecznie one z kimś są. Dopiero „czwórki” są szczęśliwe, kiedy są razem.

Czy zanim dojdziemy do „czwórki”, mamy wcześniejsze modele do zaliczenia? Często się taką drogę przechodzi, ale wtedy też dzieje się to naturalnie, tego się nie wypracowuje. Każda z tych pozycji ma swoje ograniczenia i limity. I chociaż kolejna wydaje się być rozwiązaniem dla poprzedniej, nie jest satysfakcjonująca na dłuższą metę, bo tak naprawdę wciąż jesteśmy sami, a druga osoba jest uprzedmiotowiona. Spełnia funkcje względem mnie i mojego osobnego poczucia szczęścia. To jest coś innego, niż czuć szczęście razem.

Jeśli tego szczęścia nie czujemy, w pewnym momencie pytamy: co jest nie tak ze mną? lub: Co jest nie tak z tą drugą osobą? Często idziemy do psychologa, żeby to naprawić. Najważniejsze „nie tak” dotyczy tego, że nie jest się w relacji. Na przykład celem „dwójki” jest jej indywidualny pomysł, jak wspólne życie ma wyglądać. Brak szczęścia wynika z tego, że nie udaje się jej tego zrealizować. Podstawową trudnością w relacji jest otworzyć się na relację. Być z tą drugą osobą, a nie nią zarządzać. Kiedy się uda kimś zarządzić, jest po relacji. Szczęście nie jest możliwe, kiedy ja jestem zadowolony, ale kosztem drugiej osoby.

To bardziej układ, w którym dążymy do uzyskania korzyści. Tak. Dość częsty jest układ „ dwójki” z „trójką”. Pierwsza drugą chce okiełznać, a druga chce się wyzwolić. Żyją tak przez jakiś czas, mając nadzieję, że spełni się ich indywidualny sen. „Dwójka” ma nadzieję, że „trójka” wreszcie się nawróci, czyli da się usidlić, a „trójka” czeka, aż „dwójka” ją pokocha „taką, jaka jest”: wolną, niezależną, wspaniałą. Ten rodzaj uwikłania wzajemnie się nakręca. Obie te strategie są bez sensu, choć występują powszechnie i mogą długo trwać.

Czy można powiedzieć, że szczęście w relacji nie jest tożsame z przyjemnością? Myślę, że ludzie częściej stwierdzają, że byli szczęśliwi, niż że są. Dopiero z perspektywy czasu zauważają, jakie dobre chwile ich łączyły. To widać przy rozstaniu – łatwiej rozstać się z tym, co było trudne, niż z tym, co było fajne. Są momenty szczęścia, które przeżywa się na bieżąco, i się o tym wie, ale są też takie, które wydają się zwykłe, a one są przecież szczęśliwe. Często najszczęśliwsza jest właśnie niedoceniana codzienność. Zdarza się, że kiedy przeżywamy romans, to chcemy, żeby się przekształcił w cudowną codzienność. Potem, gdy żyjemy w codzienności, tęsknimy za romansem. Choć oba te miejsca mogą być źródłem szczęścia, nam może się wydawać, że szczęście jest tam, gdzie nas nie ma.

Każdy dzień nie może chyba być szczęśliwy. Próba utrzymania dowolnego stanu, jakikolwiek by był, jest odchodzeniem od rzeczywistości. Codzienność składa się z wielu odmiennych momentów, a przechodzenie przez nie daje poczucie, że jest się w czymś dobrym i prawdziwym. Mam takie powiedzenie, że drzewo rośnie długo. Ono się odnosi też do relacji. W wyniku jej trwania, kiedy doświadczamy perypetii, mierzymy się z wyzwaniami – pojawia się między nami pewien rodzaj powiązania. Tego się nie da osiągnąć romansem. Jeśli relacja ma się przekształcić w coś, co ma wymiar szczęścia opartego na wspólnym życiu, to trzeba zacząć to codzienne życie żyć. Ekscytacja tego nie załatwi, to nie jest kwestia pigułki szczęścia, tylko codziennego bycia w tym, co się wytwarza każdego dnia między ludźmi. Pierwsze uczucia, pierwsze spotkania – to fundamenty, na których buduje się dalej. Wtedy tworzy się połączenie, które daje szczęście. To jest zupełnie inna jakość niż zakochanie.

Warto wspomnieć, że dla wielu samo znalezienie drugiej osoby, z którą przez lata na co dzień dobrze czujemy się w tej samej przestrzeni, może być sporym wyzwaniem. Ten ktoś nas nie drażni, nie irytuje swoją obecnością, po prostu nam nie przeszkadza. To jest duża i niedoceniana wartość, a żeby na kogoś takiego trafić, trzeba mieć szczęście.

Droga do szczęścia wiedzie przez kryzysy? Relacja, jak każdy byt, ewoluuje, i ta ewolucja dzieje się przez coś, co się jej przydarza. Obydwu osobom albo jednej z nich. Zazwyczaj któraś ze stron bardziej czuje impuls do nowego, a wtedy druga najczęściej obstawia to stare i w końcu dochodzi do konfliktu. Jeśli osoba oporująca w końcu nie pójdzie za zmianą, ludzie przestają być razem. Po prostu. Nie da się zatrzymać czasu, życie musi się zmieniać, musi iść naprzód. Jeśli jedna osoba potrzebuje zmiany, dotyczy to też relacji. Oczekiwanie, że ktoś zatrzyma się w miejscu, powoduje, że relacja traci energię, gnuśnieje w starych wzorcach. Ludzie potrzebują się rozwijać czy choćby adaptować do ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Dlatego na przykład nie da się w nieskończoność być w fazie romansu. On mija i pojawia się nowa forma dla relacji i trzeba w nią wejść. Relacje mają naturalne fazy, ale nie przechodzi się w nie gładko. Transformacja zawsze oznacza emocjonalne komplikacje.

Jeśli udaje się nam przejść razem do następnego etapu, dotykamy szczęścia? Kiedy ludziom uda się pogadać ze sobą, zrozumieć się, zobaczyć nawzajem w tych trudnych sytuacjach i odzyskać kontakt – to jest to szczęśliwy moment. Nie wiem, czy superradosny. Ale jest to spotkanie, które daje poczucie szczęścia. Przeżywanie tego razem jest kluczowe.

Michał Duda, psycholog, psychoterapeuta; współzałożyciel Instytutu Psychologii Procesu; pracuje w ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak odzyskać poczucie wpływu, bezpieczeństwa i dobrostanu?

Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Czarny łabędź to pojęcie z dziedziny ekonomii. Oznacza zmiany, których nie rozumiemy. Dla wielu z nas takim łabędziem była pandemia, bo pozbawiła nas kontroli nad swoim życiem. A jednak, jak twierdzi coach Piotr Bucki, możemy odzyskać utracone poczucie wpływu i bezpieczeństwa. A nawet poczucie dobrostanu…

Kiedy myślę o szczęściu odczuwanym tu i teraz, to rozumiem to jako adaptację do zmian. Tak zwana sprężystość czy elastyczność to dzisiaj droga do szczęścia? Da się tego nauczyć? Szczęście widzę podobnie jak kilka tysięcy lat temu widział to grecki filozof Epiktet, który mówił: „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. Dodałbym jeszcze, żeby świadomie kształtować rzeczy, na które ten wpływ mamy. A akurat nad naszą sprężystością, którą w psychologii nazywamy też „rezyliencją”, możemy pracować. Badaczka szczęścia prof. Sonja Lyubomirsky twierdzi, że 50 proc. w naszym kapitale szczęścia to geny, 10 proc. to środowisko, a reszta zależy od nas, od naszego podejścia. W tych 40 proc., które zostały, kluczowe są nasze podejście i sposób postrzegania świata. Nie zakłamywanie rzeczywistości, tylko uznanie jej taką, jaka jest, oraz praca nad tym, co faktycznie możemy w życiu zmienić.

To szczególnie istotne w naszej sytuacji, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co nas spotkało, a co ekonomista Nassim Taleb nazywa „czarnym łabędziem” (chociaż sam Taleb nie zgodziłby się, że koronawirus jest czarnym łabędziem, bo dało się go przewidzieć). Czarne łabędzie to zmiany, których nie rozumiemy. Nagle okazuje się, że wszystko, w co wierzyliśmy i co dawało nam poczucie kontroli oraz poczucie bezpieczeństwa, jest niezwykle kruche. Że nasze rytuały, obyczaje, sposób, w jaki budujemy relacje z ludźmi, nie są trwałe.

Jedni żyją dzisiaj w lęku, co nie daje szczęścia. Drudzy w wyparciu – udają, że nie ma problemu, co już jest odrobinę lepszą strategią, tylko nadal daleko jej do akceptacji rzeczywistości. Jak to bywa w reakcji na szokującą zmianę, przechodzimy przez kolejne etapy: szoku i zaprzeczenia. Dlatego nie dziwię się ludziom, którzy wierzą w teorie spiskowe. Człowiek ma w tym momencie potężną potrzebę wyjaśnienia sobie zjawisk, których nie rozumie. Trudno jest pogodzić się nam z tym, że zarażenie się wirusem i przedostanie patogenu ze zwierzęcia na człowieka jest tak przypadkowe. Stąd pomysły, że to wszystko sprawa reptilian (humanoidalnych gadów – przyp. red.) lub Billa Gatesa. Gdy już mamy jakieś wyjaśnienie, czujemy się z tym bezpiecznie. Tyle że to niczego nie zmieni, ponieważ jest niezgodne z rzeczywistością.

W późniejszym etapie pojawia się mobilizacja i faza przystosowania, która polega na tym, że nadal dobrze funkcjonujemy, jednak nadmiernie czerpiemy z naszych zasobów psychologicznych i fizycznych, bez regeneracji. Dzisiaj weszliśmy już w fazę wyczerpania, chwilowo przerwaną letnim wytchnieniem, która charakteryzuje się całkowitym poddaniem się organizmu. To reakcja na stres.

Jak ta reakcja na stres ma się do naszego poczucia szczęścia? Ta reakcja jest powiązana z tym, że stresują nas rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podobnie kiedy mówimy: „znowu jest kiepska pogoda”. Oczywiście można się frustrować złą pogodą (na którą i tak nie mamy wpływu) albo ubrać się odpowiednio – na co wpływ już mamy. Tak samo możemy przygotować się na zmiany i kryzys, które powodują wahnięcia naszego nastroju. Tyle że trzeba się tym zająć wtedy, kiedy jest jeszcze dobrze. Nie możemy wzmacniać kości u osoby, która już ma osteoporozę i jest po pięciu złamaniach, należy to zrobić wcześniej. Oczywiście można powiedzieć, że nigdy nie jest za późno i zawsze można poprawić naszą sprężystość. Ale głównie radziłbym zmienić to nasze podejście: „jakoś to będzie, później się pomyśli”.

To cała ja! Podobną prokrastynację stosowała Scarlett O'Hara w „Przeminęło w wiatrem“, czyli: „pomyślę o tym jutro, na razie jest fajnie, to po co się martwić?”. Tyle że „jakoś to będzie” doprowadziło już do kilku katastrof narodowych. Można to zachować jako rodzaj naszego folkloru, ale wzmocnić o praktykę „dwójmyślenia”. To strategia przebadana i zweryfikowana przez profesor Gabriele Oettingen, badaczkę postaw, takich jak optymizm i pesymizm. Twierdzi ona, że przesadny optymizm nie dopuszcza pełnego obrazu rzeczywistości, tak że cały czas łudzimy się, że wszystko będzie dobrze. Co, brutalnie mówiąc, jest w tym momencie kretyńską postawą. Rzeczywistość nie postępuje jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym co chwilę wydarza się coś przyjemnego. Wręcz odwrotnie, dlatego zamiast łudzić się, że różne rzeczy się wydarzą, trzeba pomyśleć, co zrobię, gdy jednak tak się nie stanie. Przewidywać również negatywne scenariusze wydarzeń.

Tylko nie chcemy się zamartwiać, kiedy jest nam dobrze. Przewidywałam zimowy nawrót wirusa, dlatego latem na chwilę wróciłam do wcześniejszego trybu życia: spotykałam się z ludźmi, chodziłam do restauracji, podróżowałam. W tamtej chwili byłam tu i teraz, nie w przyszłości. Jasne, wspomnienia są fajne i możemy się nimi pozytywnie ładować. W swoich badaniach prof. Philip Zimbardo pokazał, że ludzie mają obsesję przechowywania swoich wspomnień w postaci historii. Chwil, które stanowią często kilka sekund z naszego życia. To może nam dawać hedonistyczną przyjemność, jednak prawdziwym szczęściem nie jest.

A może dla każdego szczęście co innego znaczy? Chodzi o to, że często uzależniamy swoje szczęście od czynników zewnętrznych. „Będę szczęśliwszy, jeśli... będę zdrowy, chudszy, będę mieć większe mieszkanie, dłuższe włosy, więcej pieniędzy na koncie etc.” To wszystko rzeczy, na które mamy pośrednio wpływ, ale po ich osiągnięciu czujemy jedynie chwilową satysfakcję. Daleko temu do szczęścia, które nie jest stanem, tylko pewnego rodzaju postawą, prowadzącą do dobrostanu i pełnego życia tu i teraz. Szczęście leży pomiędzy tym, co daje nam hedonistyczną przyjemność, a tym, co obiektywnie radosne nie jest, jednak potrafimy dać sobie z tym radę. Dlatego szczęściem nie jest brak choroby ani brak nieszczęścia. Według mnie szczęściem jest raczej umiejętne reagowanie w obliczu tego właśnie nieszczęścia.

A co to znaczy: umiejętnie reagować na nieszczęścia? Zacznijmy może od czynników, które mają znaczący wpływ na nasze poczucie szczęścia. Profesor Martin Seligman ustalił model PERMA, w którym pod każdą literą kryje się jeden czynnik istotny dla szczęścia. Pierwszy to P – czyli pozytywne emocje. Dobre chwile, o których mówiłaś wcześniej, które łączą się z przeżywaniem rzeczywistości, dają nam takie emocje, jak radość, uznanie, komfort, inspiracja, nadzieja, ciekawość. Nadzieja jest jedną z najciekawszych, ale czasem mylimy ją z ułudą, czyli iluzją kontroli i bezpieczeństwa.

Dla mnie szczęście to życie w zgodzie ze sobą. A obecnie średnio mi się to udaje, bo wszystko to, co sprawia mi radość, jest zakazane: podróże, poznawanie nowego, spotkania z ludźmi, życie kulturalne. No i muszę odnaleźć to szczęście w innych rzeczach... Ale czy powiedziałabyś, że jeżeli do końca życia nie będziesz mogła podróżować, to staniesz się nieszczęśliwa? Bo jeśli tak, to znaczy, że ładowałaś sobie próg szczęścia czymś z zewnątrz. Tymczasem możemy mieć potencjał szczęścia na jednym, tym samym poziomie i tylko czasem go trochę podładowywać.

W jednym z badań sprawdzano wpływ wysokiej wygranej na loterii na nasze poczucie szczęścia (P. Brickman, D. Coates, R. Janoff-Bulman Lottery winners and accident victims: is happiness relative?), w porównaniu z grupą kontrolną osób, które przeżyły ciężki wypadek samochodowy kończący się stałym kalectwem. I co się okazało? W jednej i drugiej grupie poziom szczęścia w podobnym czasie wracał do poziomu wyjściowego. Tak samo było u ciebie – potencjał zadowolenia i pozytywnych emocji wzrastał po każdej podróży, jednak po powrocie spadał do tego poziomu co zwykle. Nad swoim potencjałem szczęścia można pracować, ale nie za pomocą czynników zewnętrznych.

Czyli jak? Nie da się przecież zmienić swojego temperamentu. Co, jeśli ktoś jest ekstrawertykiem, napędzają go bodźce, ludzie, pęd, życie w świecie? Teraz jest lepszy czas dla introwertyków. To prawda. Ale można zająć się rzeczami, które dają nam pełne zaangażowanie i wykorzystanie naszej kompetencji, w kierunku szlifowania swojego mistrzostwa. To właśnie drugi element modelu, czyli E – zaangażowanie (engagement). Chodzi o poczucie sprawczości i kontroli tam, gdzie tę kontrolę mamy, w nauce czy pracy. O ile jeszcze tej pracy nie straciliśmy. Jednak zawsze mamy pewną autonomię w doborze środków: jak chciałbym się angażować, w co lub w kogo i w jakie zajęcie? To może być naprawdę wszystko: szybsze pisanie lub czytanie, praca z dziećmi, muzykowanie, lepsze korzystanie z Excela...

Co z kolejnymi czynnikami wpływającymi na szczęście? Dzisiaj bardzo utrudniony jest czynnik R – czyli zaangażowanie w relacje, przebywanie z innymi ludźmi i współpraca. Dlatego nie jestem zwolennikiem sformułowania „dystans społeczny”, który może być odbierany jako oddalenie społeczne, osamotnienie i wykluczenie. Wolałbym mówić „dystans fizyczny”, czyli stoimy od siebie w odległości 1,5 metra, ale nadal jesteśmy w tym razem. Warto pomyśleć, jak mówimy o sobie i otaczającym nas świecie; to ma na nas duży wpływ. Dalej w modelu PERMA jest M – poczucie sensu (meaning) i znaczenie wykonywanych przeze mnie aktywności. Czy to, co robię, ma sens? Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich zawodach ludzie odnajdują sens, ale mogą spróbować to zrobić. Znam fantastyczną kobietę, która sprząta w mojej wspólnocie mieszkaniowej, i jestem przekonany o tym, że wie, po co to robi.

Można powiedzieć, że to dorabianie ideologii do zwykłej czynności, ale naprawdę łatwiej się coś wykonuje, jeżeli wiadomo, po co się to robi. A nawet najbardziej doniosłe rzeczy trudno zrealizować, jeżeli nie wiemy, jaką częścią tego jesteśmy. Uważam, że to bardzo ważne zadanie dla liderów zespołów przy pracy zdalnej, kiedy pracownicy mają poczucie oddzielności i tracą wgląd w całość projektu.

Trudno dzisiaj stawiać sobie cele, a dzięki temu czujemy się sprawczy. Mam wrażenie, że sytuacja „zamrożenia” nie sprzyja naszemu rozwojowi. Na pewno w kryzysowych momentach lepiej skupiać się na tym, co dziś, nie planować takich rzeczy jak podróż do Brazylii za pół roku. Raczej zastanowić się, jak to będzie, jeśli nie polecę i już teraz zabezpieczyć się na wszelki wypadek, żeby nie wpaść w czarną dziurę. Ostatnie w modelu – A – to osiągnięcia (accomplishment), czyli to, co jest dla mnie ważne i co daje mi satysfakcję. Jeżeli zadbamy o wszystkie elementy modelu, spojrzymy na nie obiektywnie, jak na coś, na co albo mamy wpływ, albo nie mamy, i się z tym pogodzimy – powinniśmy poczuć w życiu coś, co lubię nazywać dobrostanem.

Ale jak zadbać o ten dobrostan w obliczu kryzysu? Ktoś może powiedzieć: „będę szczęśliwy, jeśli moja rodzina będzie zdrowa”. A jeśli ktoś zachoruje, to co wtedy? Nie ma szczęścia? Dobrostan polega na tym, że jestem silny również w obliczu straty i porażki. Ze stratą wiążą się naturalne emocje, jak zaprzeczenie, gniew, frustracja, smutek i rezygnacja. Mamy prawo je odczuwać, co wcale nie wyklucza pełni szczęścia, rozumianego jako dobrostan. Chodzi o budowanie mądrego spokoju w życiu. Czyli o stoicyzm. Dla wielu to brzmi jak bardzo odległa filozofia, ale taka postawa ma dzisiaj sens. Wcale nie wyklucza odczuwania emocji i nie oznacza bezduszności. Po prostu jeśli nie mamy na coś wpływu, to nie jest to dla nas ważne.

Nie mamy problemu z określeniem tego, jak będzie, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Najtrudniej przygotować się na najgorszy scenariusz. Bo nie lubimy myśleć o tym, co złe. W dodatku niektórzy twierdzą, że jeśli będziemy brali pod uwagę to, co najgorsze, to na pewno przyciągniemy to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. To bzdura. Nie chodzi o to, żeby siedzieć i się zamartwiać, tylko pomyśleć: czego najbardziej się obawiam i jak mogę się na to przygotować? To ćwiczenie, które stoicy nazywają „prekontemplacją nieszczęścia”. Spisujemy to sobie na kartce, żeby lęk tam został, i rozmyślamy nad tym, co zrobimy, jeśli tak się stanie. Wiem, że na niektórych może to zadziałać paraliżująco. Ale sam pomyślałem ostatnio: „Miałem trzydzieści lat fajnego życia od upadku komunizmu do pandemii. Teraz czekają mnie inne ciekawe rzeczy, tylko będzie trochę trudniej, i wolę się na to przygotować, niż żyć ułudą, że jeszcze wróci stare. A jeśli nawet się mylę, to lepiej przygotować się na to, że jednak może nie wrócić”.

Piotr Bucki, coach, menedżer, strateg, szkoleniowiec, wykładowca. Autor popularnych książek z zakresu psychologii i zarządzania oraz fiszek wspomagających rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, np. „Fiszki. Jak znaleźć szczęście”.

  1. Psychologia

Obłaskawić tyrana. Jak zapanować nad nadgorliwym umysłem?

Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. Dlaczego to robi? Czy nie gramy w jednej drużynie? Owszem – i on stara się, jak może, żeby służyć nam zawsze i wszędzie. Sęk w tym, że bywa nadgorliwy i dominujący. Dlatego, aby wieść w miarę spokojne i szczęśliwe życie – trzeba nad nim zapanować.

Jego funkcja od początku była jasna: miał nam zapewnić przetrwanie, chronić przed niebezpieczeństwem. Musiał więc być bardzo czujny, wypatrywać zagrożenia. I stał się wyspecjalizowanym oceniaczem, który nieustannie sprawdza: Dobre – złe? Bezpieczne – niebezpieczne? Pomocne czy szkodliwe? Kiedyś ostrzegał przed wilkiem czy niedźwiedziem, dziś uderza na alarm w zgoła innych okolicznościach: przewiduje utratę pracy, odrzucenie, ośmieszenie, porażkę. Węszy podstęp, nawet kiedy nie ma najmniejszego zagrożenia dla naszego życia czy zdrowia. Rezultat? Marnujemy mnóstwo czasu na zamartwianie się rzeczami, które prawdopodobnie nigdy się nie zdarzą.

Ale to nie wszystko. Terapeuta ACT, dr Russ Harris, autor książki „Pułapka szczęścia”, zwraca uwagę, że w minionych epokach warunkiem przetrwania człowieka była przynależność do grupy. Wykluczenie z niej oznaczało śmierć. W naszym mózgu wciąż tkwi lęk przed takim scenariuszem – stąd potrzeba ciągłego sprawdzania swojej pozycji w grupie i porównywania się z innymi. Czy jestem przydatny? Czy dość się staram? Czy mnie akceptują? Ileż energii tracimy, zabiegając o aprobatę innych i próbując się „naprawić”, przystosować, przypodobać! Ale też tropiąc własne wady i niedociągnięcia... To nie ma końca! Zawsze znajdą się lepsi od nas – mądrzejsi, piękniejsi, silniejsi, bogatsi – zwłaszcza że poprzez powszechny dostęp do mediów liczba osób, z którymi możemy się porównywać, jest przytłaczająca. Podsumowując: żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które w tych warunkach jest jakąś mrzonką... Ratunku!

W kole kontroli

Zanim zajmiemy się wychodzeniem z pułapki, poznajmy ją nieco lepiej, żeby mieć świadomość, gdzie utknęliśmy. Poznajmy mity dotyczące szczęścia. Pierwszy, jaki przywołuje Russ Harris, mówi:
„Szczęście jest naturalnym stanem wszystkich istot ludzkich”
Cóż, statystyki dotyczące depresji, prób samobójczych, zaburzeń psychicznych niekoniecznie to potwierdzają... Nie oszukujmy się: szczęście w czystej postaci jest rzadkością. Jeśli wierzysz, że inni są szczęśliwi, tylko tobie z jakiegoś powodu się nie udaje – jesteś w pułapce.

Drugi mit jest konsekwencją pierwszego:

„Skoro nie jestem szczęśliwy, coś musi być ze mną nie tak”
Przy takim założeniu cierpienie psychiczne wydaje się odstępstwem od normy, chorobą albo (zasługującą na potępienie) słabością. A przecież jest ono elementem ludzkiego losu!

Trzeci mit brzmi niegroźnie, ale może przysporzyć wielu frustracji:

„Żeby zmienić swoje życie na lepsze, musimy wyeliminować z niego trudne emocje”
Wyeliminować? Bardzo nierealistyczna wizja. Trudno cokolwiek zmienić, dokądkolwiek dojść bez doświadczenia po drodze niemiłych doznań – choćby niepokoju, zniecierpliwienia...

I wreszcie czwarty mit, będący kropką nad „i” oraz nakazem nad nakazami:

„Kontroluj swoje myśli i uczucia”
To żądanie niemożliwego! Po prostu nie jesteśmy w stanie tego zrobić, a na pewno nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Tym, co podlega kontroli, są nasze zachowania – myśli, uczucia rządzą się innymi prawami. Wizualizacje, afirmacje, autohipnoza? Cóż, mogą wpływać na samopoczucie, przynieść chwilową ulgę, ale nie usuną negatywnych myśli czy emocji – twierdzi Harris. One wracają, a my czujemy się nieskuteczni, przegrani, może nawet źli... Mity dotyczące szczęścia „wplątują nas w walkę z naszą własną, ludzką naturą, a z nią nie możemy wygrać” – uważa terapeuta. Pułapka rodzi się z tej walki.

Na czele całej rozgrywki stoi, oczywiście, nasz umysł z jego obsesją kontroli. Jest wielki – trudno temu zaprzeczyć. Zdolny do planowania, organizacji, skomplikowanych analiz, uczenia się. Dzięki niemu jesteśmy w stanie kształtować otaczający nas świat, rozwiązywać wiele złożonych problemów. Ale wewnętrzny świat działa inaczej. To, co miało być rozwiązaniem, często staje się tu dodatkowym problemem. Załóżmy, że sięgasz po alkohol, żeby poprawić sobie nastrój, a następnego dnia czujesz się jeszcze gorzej. Do tego uzależniasz się. Albo, w lęku przed odrzuceniem, unikasz ludzi, zaczynasz prowadzić samotnicze życie i... czujesz się odrzucony przez wszystkich. Nie da się ukryć: nasze strategie kontroli (oparte najczęściej na walce lub ucieczce) zawodzą. Wielu psychologów mówi przy tej okazji o mechanizmie unikania doświadczenia. Russ Harris nazywa go po prostu błędnym kołem. „Unikanie doświadczenia jest główną przyczyną depresji, lęków, uzależnienia od narkotyków i alkoholu, zaburzeń odżywiania i wielu innych problemów natury psychologicznej. Tak właśnie wygląda pułapka szczęścia: by doznać szczęścia, staramy się unikać niechcianych uczuć lub je eliminować – ale im mocniej się staramy, tym więcej ich wywołujemy”.

Naszła mnie myśl...

Umysł jest porywającym bajarzem. Zawsze ma jakąś historię na podorędziu. Co więcej – bardzo logiczną, wiarygodną, przekonującą. Kiedy przedstawia nam swój ogląd sytuacji, poparty rozlicznymi argumentami, trudno mu nie wierzyć. Sęk w tym, że większość audycji, które nadaje w trybie ciągłym, ma dość negatywny wydźwięk. Zwykle dowiadujesz się z nich, że nie dasz rady albo w ogóle jesteś do niczego. Być może największą pułapką, w jaką wpada ludzkość (wręcz przekrętem na skalę światową!), jest dawanie wiary myślom. Uznajemy je za ważne, prawdziwe, cenne albo i mądre. Czy takie są? Owszem, niektóre z nich mogą być użyteczne, a nawet genialne. Zwykle łatwo to zweryfikować – o ile potrafimy zachować wobec nich dystans. Takie zdystansowanie to jedna z cenniejszych życiowych umiejętności.

Jak to zrobić? Sposobów jest wiele. Zamiast „kupować” coś, co objawia ci umysł (zwłaszcza gdy rzecz dotyczy osądów pod twoim adresem), możesz stwierdzić: „Naszła mnie myśl, że...”. Albo wyśpiewać ją na wybraną melodię (najlepiej kilka). Nie wdajesz się w dyskusje, po prostu bawisz się słowami. Bo w końcu tym jest myśl – ciągiem słów. Pomocne bywa też nazwanie opowieści umysłu. Ach, to ta o fajtłapie! Ta jest o brzyduli, leniu, ta o niedawaniu rady, a ta o życiu do bani. Znam, znam... Może się pojawiać i znikać, kiedy chce, podczas gdy ty robisz swoje – to, co lubisz i cenisz. Jesteś trochę jak celebryta, o którym opowiadają niestworzone historie, a ty je ignorujesz. No, chyba że wolisz zajmować się sprostowaniami... W zdystansowaniu nie chodzi o kontrolę, tylko o akceptację. Nie znaczy to, że mamy lubić swoje myśli czy uczucia; ważne, by przestać z nimi walczyć. Nie szarpać się z własnym umysłem, uwolnić się spod jego tyranii. Przy okazji możesz poczuć się lepiej, ale potraktuj to jako skutek uboczny, nie główny cel – ostrzega Russ Harris. „Jeśli spodziewasz się, że zdystansowanie się do jakiejś myśli pomoże ci się jej pozbyć, to przygotuj się na rozczarowanie; znowu dałeś się złapać programowi kontroli i uwięzić w pułapce szczęścia. Musisz zaakceptować swoje myśli, a nie pozbywać się ich”.

Szach-mat, pas

To, że nie możemy ufać własnemu umysłowi, że tak często dajemy się mu wyprowadzić w pole – jest dość deprymujące. To jakbyśmy korzystali z oprogramowania, które nie do końca sprawdza się w dzisiejszej rzeczywistości, a nie da się go zaktualizować. Do czego się odwołać? Terapia ACT wprowadza ważne rozróżnienie: na myślące „ja” (czyli umysł) i „ja” obserwujące. To drugie jest aspektem ludzkiej świadomości, do niedawna ignorowanym przez psychologię. Tymczasem – jak zapewnia Russ Harris – uzyskanie dostępu do tej części siebie pozwala na głębsze przekształcenie relacji z niepożądanymi myślami i uczuciami. Jak już wiemy – myślące „ja” ocenia, ostrzega, dyskutuje, krytykuje, analizuje, porównuje, wyśmiewa, oskarża. Obserwujące „ja” natomiast jest ciche. Rejestruje wszystko bez wartościowania. Niczego nie odrzuca. Jest niezmienne, zawsze obecne, ale ponieważ nie raczy nas opowieściami, nie zauważamy go. Zapominamy o nim (o ile w ogóle zdajemy sobie sprawę z jego istnienia). Co za strata!

Obserwujące „ja” odpowiada za koncentrację i świadomość (bywa też utożsamiane z tą ostatnią). Dzięki niemu możemy z łatwością przenosić uwagę na to, co dla nas naprawdę ważne. Oznacza to, że nie musisz podejmować wysiłków, by wyłączyć stację, w której nadaje umysł, czy zmienić audycję na bardziej optymistyczną. Zamiast tego dokonujesz swoistego przesunięcia: coś jest na pierwszym planie, a coś w tle, niczym poszum wiatru za oknem. Nie będziesz chyba szarpać się z wiatrem?

Jak nawiązać kontakt z obserwującym „ja”? Russ Harris poleca technikę dziesięciu głębokich, wolnych oddechów. Wykonując je, obserwuj klatkę piersiową, brzuch, ramiona, ruch powietrza. Niech myśli i obrazy wędrują w tle, jak przejeżdżające samochody. Za każdym razem, gdy jakaś myśl będzie chciała zabrać cię na wycieczkę, wróć łagodnie do obserwacji. Praca z oddechem to dobry punkt wyjścia do bardziej zaawansowanych praktyk. Weźmy rozszerzenie (więcej w ramce poniżej): robimy je, by przygotować miejsce dla nieprzyjemnych uczuć, doznań i potrzeb. Nawet jeśli są ogromne, ty jesteś większy! Dając im przestrzeń, przekonasz się, że nie są takie straszne. I że – po osiągnięciu punktu szczytowego – gotowe są opaść, odejść. Jak by to było otworzyć się na nie, zamiast spinać? Obserwować je, objąć oddechem, a potem uwolnić?

Obserwujące „ja” jest też kluczowe w procesie, który autor „Pułapki szczęścia” nazywa połączeniem. Chodzi o kontakt z chwilą obecną, angażowanie się w to, co właśnie robimy. Nie trzeba chyba przekonywać, że umysł nie jest tu dobrym pośrednikiem – raczej odcina nas od rzeczywistości. Obserwujące „ja” pozwala nam utrzymać więź ze światem i bieżącym doświadczeniem (ćwiczenie na połączenie znajdziesz w ramce na poprzedniej stronie).

Na koniec jeszcze jeden mit – dotyczący samooceny. Russ Harris zwraca uwagę, że samoocena to nic innego jak zbiór myśli na własny temat. Opinii, bo na pewno nie faktów! Tak naprawdę to opinia myślącego „ja”. Chcesz mieć wysoką samoocenę? Musisz przedyskutować temat z umysłem, sprawdzić, co się da wynegocjować. A potem udowadniać, że jesteś dobry, inteligentny, kompetentny... Zdaniem terapeuty przypomina to niekończącą się partię szachów. Figurami są twoje myśli i uczucia: „dobre” (białe) i „złe” (czarne). Atakujesz białymi pionkami („dostałem podwyżkę”, „chodzę regularnie na siłownię”), a czarne przypuszczają kontratak, wysuwając swoje argumenty. A gdyby tak wyjść z tej gry? „Opowieść o tym, że nie jesteś wystarczająco dobry, będzie do ciebie nieustannie powracać, bo tak właśnie wyewoluował ludzki mózg. Chcesz do końca życia z tym walczyć?” – pyta Harris. A może mógłbyś przestać patrzeć na siebie jak na białe czy czarne figury i uznać, że jesteś czymś więcej – że bliżej ci do niezaangażowanej w walkę szachownicy? Pewnie domyślasz się, do czego prowadzi ta metafora... Tak, do obserwującego „ja”! „To akceptacja w swojej najczystszej postaci” – pisze Harris. Nie można go skrzywdzić, obrazić, umniejszyć. Chcesz się do niego dostroić? Skup się na doznaniu, które jest akurat twoim udziałem, obserwuj je z ciekawością. Umysł będzie się wtrącać, komentować, wciskać swoje opowieści. Jeśli złapiesz się na tym, że mu wierzysz, zrób krok do tyłu i obserwuj – radzi terapeuta. Teraz wystarczy, że skupisz się na postaci obserwatora, i będziesz mógł zobaczyć prawdziwego siebie.

„Piątka” - ćwiczenie na połączenie

To ćwiczenie ma pomóc ci zająć centralną pozycję w otoczeniu i połączyć się z nim. Wykonuj je po kilka razy dziennie, zwłaszcza wtedy gdy zauważysz, że błądzisz myślami albo zanadto koncentrujesz się na swoich uczuciach. Dzięki niemu szybko powrócisz do tu i teraz.
  • Przerwij to, co akurat robisz.
  • Rozejrzyj się i wybierz z otoczenia pięć przedmiotów.
  • Wytęż słuch i zarejestruj pięć odgłosów.
  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy mających kontakt z twoim ciałem.
Źródło: Dr Russ Harris, „Pułapka szczęścia”, Studio Astropsychologii

Rozszerzenie

Pomyśl o czymś, co budzi twój niepokój albo wywołuje napięcie. Skup się na problemie, aż poczujesz się nieswojo.

Krok 1: Obserwacja. Skoncentruj się na doznaniach ciała. Przeskanuj je, określ, co czujesz i w których miejscach. Poszukaj doznania, które najbardziej ci przeszkadza, przyjrzyj mu się uważnie. Zwróć uwagę, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Jaki ma kształt? Jak głęboko sięga? W którym miejscu jest najsilniejsze, a gdzie najsłabsze? Jest lekkie czy ciężkie? Ciepłe czy chłodne? Pozostaje w bezruchu czy się porusza?

Krok 2: Nabranie tchu. Zacznij od kilku głębokich oddechów – im będą wolniejsze, tym lepiej. Zadbaj, by każdy oddech kończył się całkowitym opróżnieniem płuc (pomoże to ciału się rozluźnić). Oddychaj powoli i głęboko, wyobrażając sobie, że dmuchasz na to doznanie. Poczuj, jak twój oddech je opływa, jakbyś tworzył dodatkową przestrzeń wewnątrz ciała. Daj mu trochę miejsca.

Krok 3: Uwolnienie. „Uwolnienie” oznacza, że pozwalasz doznaniu istnieć, chociaż wcale ci nie odpowiada. Gdy twój umysł zacznie komentować to, co robisz, podziękuj mu i wróć do obserwacji. Oczywiście, może pojawić się potrzeba walki z danym doznaniem albo odepchnięcia go od siebie. Rozpoznaj ją, ale nie angażuj się. Wróć do dręczącego cię doznania. Nie próbuj go wyeliminować ani zmienić. Jeśli zmieni się samo z siebie, to dobrze. Jeśli nie – też dobrze. Celem nie jest modyfikowanie go ani wymazywanie. Masz pozwolić, żeby istniało, nawet jeśli za nim nie przepadasz.

  1. Psychologia

Czy każdy może być kim chce? Czy każdy może osiągnąć sukces?

Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Każdy może odnieść sukces, zrobić karierę, być znany. Reklamy, filmy, życiorysy celebrytów z „Pudelka” wmawiają nam, że możemy wszystko, że każdy może być gwiazdą. Poradniki i samozwańczy guru sprzedają recepty, jak to zrobić. Medycyna daje jeszcze więcej – możliwość zmiany płci i zachowania pięknego ciała. A więc czy to na pewno mit, że możemy być, kim chcemy? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dużo jest kursów, które obiecują każdemu możliwość stania się milionerem, liderem, miss, celebrytą... Czy to prawda, że każdy może zostać człowiekiem sukcesu? Teoretycznie tak. W każdym razie bezpieczniej i sprawiedliwiej jest tak powiedzieć. Tylko wtedy możemy mieć pewność, że nikogo nie dyskryminujemy. Jeśli powiedzielibyśmy, że nie każdy może odnieść sukces, to trzeba by wówczas stworzyć jasne kryteria: kto może, a kto nie może. Należałoby jednak mówić o tym inaczej, tak jak buddyjski mistrz, który zapytany o to, czy zen jest dla każdego, odpowiedział: „Zen jest dla wszystkich, ale nie dla każdego”. W tym samym duchu opowiada się żołnierzom, że każdy z nich niesie w plecaku buławę marszałkowską, ale to nie znaczy, że każdy zostanie marszałkiem. Dzięki temu w wojsku nie mamy samych marszałków. Tak więc teoretycznie każdy z nas może odnieść sukces, ale nie sposób przewidzieć, którego z nas udziałem się on stanie. A skoro tak, to nie powinniśmy nikomu odbierać nadziei ani motywacji. Dlatego mądrzej jest powiedzieć, że wszyscy mogą, ale nie wszyscy go odniosą.

Czyli jednak sukces nie jest dla wszystkich? Znów odpowiem tym samym porównaniem, zen jest dla wszystkich, ale nie wszyscy wybiorą zen. Jedni o zen nigdy nie słyszeli. Drudzy słyszeli, ale nie przychodzi im do głowy, że to mogłoby być dla nich. Mogą być i tacy, którzy spróbują i uznają, że to za trudna droga. Każdy ma ograniczenia i preferencje, które mu to mogą uniemożliwić. Podobnie jest z sukcesem i zostaniem marszałkiem w armii.  Ale zasadniczo ważniejsze od kwestii, czy każdy może odnieść sukces, jest pytanie: „co jest dla mnie sukcesem?”. Przysłano mi ostatnio pouczającą wiadomość. Ktoś zadał sobie trud, aby prześledzić życiorysy kilku nieżyjących już ludzi, którzy odnieśli spektakularne sukcesy. Znaleźli się między nimi wielcy wynalazcy, przywódcy, finansiści. Okazało się, że wszyscy źle skończyli. Jeden odebrał sobie życie, inny zmarł w ubóstwie, jeszcze inny zwariował, ktoś został zamordowany itd. Natomiast prawie nikomu nieznany wielbiciel jazdy na motocyklach umarł w dostatku i spokoju, po szczęśliwym i długim życiu. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy wszyscy dali sobie spokój z sukcesem i beztrosko włóczyli się po świecie na motorach, ale o to, by zrozumieć, czego każdy z nas naprawdę pragnie. Bo czy nie jest największym sukcesem umrzeć z poczuciem, że przeżyliśmy pożyteczne, satysfakcjonujące życie? Czyż nie jest najważniejsze to, jak kończymy, a nie jak zaczęliśmy? Jeśli treścią tak przeżytego życia jest jazda na motorze, to niech będzie, ale może to być jeszcze tysiąc innych rzeczy.

Jednak mass media karmią nas od małego jedną wizją sukcesu.  Pewnie dlatego do tej pory jazda na motorze nie przyszła mi do głowy. Nader często decydując się na wypełnienie naszego życia określoną treścią, ulegamy manipulacji mediów i mitom konsumeryzmu. Dlatego to takie ważne, by zmienić w ludzkich głowach rozumienie słowa „sukces”.  Prawdziwy sukces to nie posiadanie, lecz bycie – dobrze przeżyte życie. Możemy go osiągnąć tylko wtedy, gdy nie zapomnimy o ważnych życiowych potrzebach. Życie jest jak tort składający się z kilku różnych, ale głęboko ze sobą powiązanych kawałków. Każdy kawałek to obszar, który trzeba zagospodarować, np.: zdrowie, ruch, praca, relacje z ludźmi, rodzina, seks, edukacja, kultura, pasja, zabawa, relaks, pieniądze. Poczucie życiowego sukcesu odczuwamy wtedy, gdy uporządkujemy sobie te obszary życia we właściwej dla nas kolejności i zadbamy o przyzwoity poziom satysfakcji przynajmniej w tych najważniejszych. Widać gołym okiem, że praca i pieniądze to może być dużo za mało, aby uznać nasze życie za spełnione.

Rozumiem, że to możliwe, jeśli uznamy, że jedni są zadowoleni, gdy mają tort od Magdy Gessler, a drudzy od babci Józi. Są tacy, którzy chcą tylko jeden, ale za to olbrzymi jego kawałek. Ten o smaku kariery, sławy, kasy. Nie myślą o szczęściu rozumianym jako równowaga, harmonia czy bliskie relacje z ludźmi. Właśnie. Ważna jest równowaga, harmonia. I jeszcze coś: wierność osobistym korzeniom, swojemu społecznemu i kulturowemu dziedzictwu. W przeciwnym razie, gdy idąc za wzorami lansowanymi w mediach, zbudujemy sobie wymyślone życie i wymyślonych siebie, to zabrniemy w narcystyczną pozę i będziemy bardzo nieszczęśliwi, żyjąc w lęku, że się wyda, że kogoś udajemy, że ktoś nas pokochał tylko dlatego, że nas nie zna itd. Nie dość powtarzać, że bez poznania siebie i swoich prawdziwych potrzeb – czyli życia w zgodzie ze sobą – nie mamy co marzyć o szczęściu.

Mój przyjaciel przez całe życie uciekał przed wspomnieniem o śmierci kuzyna alkoholika. Ale niedawno zdał sobie sprawę, że dzięki niemu sam ustrzegł się przed nałogiem. Uznał więc, że to najważniejsze jego doświadczenie. Inny przykład: wyjeżdżamy ze swojego miasteczka, gdzie wszyscy nas znali i wiedzieli, że pochodzimy np. z rodziny doświadczonej alkoholizmem. W dużym mieście budujemy swoją nową tożsamość, ale im lepiej nam to idzie, tym bardziej boimy się, że uprawiamy zagrożoną kompromitacją mistyfikację. Wtedy jest czas, by uznać i docenić  okoliczności, które uformowały nasze charaktery, rozpoznać w nich impuls, który pozwolił nam wykształcić nasze unikalne właściwości, umiejętności i wiedzę. Odkryjemy wtedy, że nasza ukrywana biografia w istocie jest źródłem siły i poczucia wartości. Dzięki temu dołączymy do licznej grupy wybitnych ludzi, których życiorysy uznawane były przez ogół im współczesnych za zawstydzające.

Czyli możemy być tym, kim chcemy, ale nie zawsze warto? To, kim chcemy i możemy się stać w dorosłym życiu, jest w znacznym stopniu zdeterminowane tym, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Dzieje się to na dwa sposoby: przez powielanie/odwzorowanie lub przez bunt, odcięcie się i nadkompensację. W pierwszym wypadku ślepo naśladujemy to, co w zachowaniu ważnych osób z naszego otoczenia w dzieciństwie było najbardziej powierzchowne, neurotyczne, niemądre i nawykowe, np.: „Ojciec pił i bił, to i ja piję i biję”. W drugim wypadku odcinamy się od wszystkiego, co było naszym udziałem w trudnym dzieciństwie, i postanawiamy zbudować się od nowa na zasadzie przeciwieństwa, czyli: „nie wezmę do ust kropli alkoholu i nigdy na nikogo nie podniosę ręki ani głosu”. Z pozoru wygląda to dobrze, ale niestety w praktyce zatruwamy sobie i innym życie obsesyjną i mentorską postawą albo nie jesteśmy w stanie obronić siebie ani innych. W obu wypadkach rozstajemy się z prawdziwym sobą. Jedynym wyjściem z tego impasu jest poznanie siebie, swoich prawdziwych potrzeb, skłonności, zdolności i talentów.

A gdy siebie nie znamy, nie wiemy, kim jesteśmy? To trzeba coś zrobić, żeby siebie poznać, nie negując swojej biografii ani korzeni. To nie jest proste. Bo jeśli wychowywaliśmy się w biedzie, to wydaje nam się często, że naszą naturalną, prawdziwą potrzebą jest stać się bogatym. Jednak z reguły jest to pozorna potrzeba. Aby uniknąć czyhających na nas manowców, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co jest prawdziwym bogactwem dla mojego serca, dla mojej istoty, a nie dla portfela?”. Nie wszystkich nas uszczęśliwi praca w korporacji, ktoś o łagodnym, refleksyjnym usposobieniu nie poczuje się dobrze w roli menedżera. Podobnie nie wszystkich z nas uszczęśliwi praca w wiejskim gospodarstwie.

Nawet jeśli pójdzie się na odpowiedni kurs albo poczyta odpowiednie poradniki? Nawet wtedy. Na ogół mamy trafne przeczucia na temat naszych predyspozycji i talentów. Pod warunkiem że nastawiamy się na to, co upragnione, a nie na to, co niezgodne z naszym powołaniem i sumieniem, powodowane chciwością, agresją, chęcią odegrania się, zaimponowania. Bo to się zazwyczaj kończy bardzo nieprzyjemnie – depresją, załamaniem nerwowym, wypaleniem albo jakąś psychosomatyczną, autoagresywną chorobą. Dopiero wtedy przychodzi opamiętanie.

Ale zanim to nastąpi, żyjemy tak, jakbyśmy nie mieli litości ani dla siebie, ani dla innych. Jesteśmy bezwzględni wobec pracowników, wobec rodziny. No bo tacy jesteśmy wobec siebie. Przeistaczając się we własny projekt, całkowicie oderwany od naszego dziedzictwa, tak naprawdę odrywamy się od swojego serca i duszy. Stajemy się aktorami, którzy zapomnieli, że odgrywają rolę, i utożsamiamy się w pełni z graną postacią. Dobry aktor nie zapomina, kim jest naprawdę. Będąc dobrym człowiekiem, może zagrać tyrana tak znakomicie, że wstrząśnie publicznością. Lecz gdy wróci do domu, będzie znowu sobą – czułym ojcem i mężem. Ci z nas, którzy bez reszty angażują się w swój narcystyczny projekt, w swoją wymyśloną rolę, grają ją bez przerwy i w pracy, i w domu, zapominają, kim są. A jeśli jednym z atrybutów odgrywanej postaci jest np. bezwzględność i agresja albo głupota, to staną się bezwzględni, agresywni i głupi.

Jak można się wyzbyć swojego człowieczeństwa? Przecież litość, współczucie to jego podstawa. Problem w tym, że w porównaniu z dramatycznie trudnym dzieciństwem przebranie się za kogoś innego niesie przez jakiś czas ulgę i zapomnienie. Lecz prędzej czy później okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby, bo koszty odcięcia się od korzeni bywają bardzo poważne.

Może sukces konsumpcyjny nie jest dla każdego, ale nadal uważam, że możemy być, kim chcemy. Na przykład kim?

Mogę nawet zostać mężczyzną, coś sobie obciąć, coś doszyć... Dla wielu ludzi tragedią jest nie czuć się sobą w swojej skórze. Ale pamiętam przejmującą scenę z filmu „Trans-akcja” (reż. Sławomir Grunberg), kiedy młody mężczyzna zastanawia się, czy nie będzie bardziej sobą jako kobieta. Mówi to tak, jakby chodziło o zmianę koloru włosów. Hasło „mogę być, kim chcę” otwiera odwieczną dyskusję o wolnej woli. Na ile nasz los jest zdeterminowany niewyobrażalnie ogromną ilością czynników, z których tylko niewielkiej części zdajemy sobie sprawę. Czy nasze decyzje, które określamy jako akty wolnej woli, naprawdę takimi są? Może są wyborami całkowicie zdeterminowanymi, a my tylko ulegamy złudzeniu, że dokonaliśmy wolnego wyboru? Czy np. kobiety, które zdecydowały, że zostaną mężczyznami, mogłyby postąpić inaczej? Czy robią to, co chcą, czy – nie wiedząc o tym – nie mają wyboru?

Jak to sprawdzić, kim chcę być, a kim muszę? I co jest ważniejsze: chęć czy konieczność? Czym się kierować? Nie da się tego sprawdzić. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej, niż postąpiliśmy. Dlatego lepiej uważać z wiarą w hasło „mogę, być, kim chcę”, bo to może być groźna mieszanka pychy i omnipotencji. Każdy z nas ogarnia świadomością tylko niewielki zakres strumienia zdarzeń, którego jest częścią i który nazywa swoim losem. Chociaż ogromne możliwości wyboru, jakie dziś są do naszej dyspozycji, i sprytny marketing tworzą złudzenie, że możemy być, kim chcemy, to w istocie możemy być tylko tym, co pozostaje w zgodzie z treścią i dynamiką naszej biologii, psychiki i naszego ducha.

Łatwo się pogubić. Tym bardziej że wszyscy nam mówią, jacy mamy chcieć być: bogaci, szczupli, znani. Jeśli wiemy, czego potrzebujemy, to szybko uwalniamy się od tego, co niepotrzebne, i zmierzamy prostą drogą do właściwej odpowiedzi. Wtedy naśladowanie innych przestaje być naszą podstawową strategią na życie.

Może więc pojawi się pokolenie, które nie straci kontaktu ze sobą. Nadal jednak, z tego co widać, dzieci mają talenty, chcą czegoś, ale rodzice narzucają im kierunki rozwoju. Jeśli rodzice wpisują w swoją wizję sukcesu to, że ich dzieci będą realizować ich scenariusz i ich wartości, to one mają małe szanse na samorealizację. Jeśli koncepcja rodziców rozmija się z ich talentami i oczekiwaniami, to będą nieszczęśliwe, dopóki się nie zbuntują i nie zaczną realizować tego, co dla nich ważne. Prawdziwy rodzicielski – i każdy inny – sukces życiowy powinien zależeć od innych w jak najmniejszym stopniu. Rodziców najbardziej powinno uszczęśliwiać, gdy dzieci zrealizują własny projekt na szczęśliwe życie. 

  1. Psychologia

Aby być szczęśliwym, trzeba się nieźle napracować

Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście – podobnie jak mądrość – jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często przecież towarzyszy zniechęcenie. Zatem nie należy go mylić z przyjemnością – mówi prof. Wiesław Łukaszewski i dodaje, że trzeba się ciężko napracować, żeby być szczęśliwym. Na czym polega taka praca?

Z czym najczęściej myli się nam szczęście? Najczęściej – z przyjemnością. Nierzadko z przyjemnością mylą szczęście także psychologowie. Jakiś czas temu jeden z wielkich polskich psychologów zapytany o to, kiedy człowiek jest szczęśliwy, odpowiedział bez namysłu: „kiedy jest ciemno, ciepło i blisko”. A gdy zapytywaliśmy sporą grupę wrocławian, co sprawia, że czują się szczęśliwi, 92 proc. osób wskazało na jedną z trzech spraw: lenistwo rozumiane jako relaks, szeroko potraktowaną erotykę oraz jedzenie. Czysty hedonizm.

Czy pana zdaniem szczęście jest bardziej tym, co się nam przydarza czy raczej stanem wypracowanym? To nie jest dobra alternatywa. Bo jeśli ktoś powiada, że miał szczęście, bo cudem uniknął uderzenia przez rozpędzony samochód – to mowa tu o zdarzeniu. A jeśli ktoś powiada, że jest szczęśliwy, bo zakończył budowę domu, pisanie powieści albo posadził kawał lasu – to mowa tu o robocie. W tym drugim wypadku szczęście prawie nigdy nie jest celem. Dom nie jest środkiem do szczęścia, nie pisze się powieści, aby być szczęśliwym. We wszystkich wymienionych tu wypadkach osiągnięcie celu wymagało ciężkiej pracy, zmęczenia. Nierzadko towarzyszyło temu zniechęcenie, a nieraz i poczucie bezsensowności swojego działania. A potem przychodzi czas na wynik, i człowiek jest szczęśliwy. Szczęście, podobnie jak mądrość, jest zazwyczaj ubocznym efektem naszych działań. Nie potrafimy być mądrzy na zamówienie, nie potrafimy tak samo na zamówienie być szczęśliwi. Choćbyśmy się natężali nie wiadomo jak. Trzeba się jednak napracować.

W jaki sposób? Przecież nie mamy wpływu na śmierć, a niekiedy również na ból, choroby, spotkania i rozstania. Wydaje się, że jedyne, co możemy zrobić, to przygotować grunt dla szczęścia, niejako wysłać zaproszenie... Wielu z nas ma do szczęścia taki stosunek, jaki mają dzieci do prezentów urodzinowych czy gwiazdkowych: marzymy, fantazjujemy, tworzymy rozkoszne scenariusze. To dość niebezpieczna droga, bo rzeczywistość rzadko dorasta do naszych marzeń, a wtedy – zamiast radości – doświadczamy rozczarowania. Szczęście rzadko dostaje się w prezencie. Co więcej, taki dziecięcy stosunek do szczęścia ma za podstawę Ja, czyli interes osobisty. I tu pojawia się pewna pułapka: ten interes może okazać się niezaspokojony, co znów grozi rozczarowaniem. Pewniejszą drogą do szczęścia jest działanie na rzecz różnych My. Niestety, to ukierunkowanie staje się u nas coraz rzadsze, co – być może – sprawia, że jest coraz więcej nieszczęśliwych ludzi wokół.

Gdyby musiał pan wybrać pomiędzy mądrością, dobrocią i pięknem, na którą jakość by się pan zdecydował ze świadomością, że bezpowrotnie traci dwie pozostałe? Wybrałbym mądrość, bo to rzecz pojemna. Co więcej, wybierając ją, nie straciłbym ani większości piękna, ani większości dobra. Mądrość bowiem to poszukiwanie i odkrywanie harmonii, równowagi i sensu, a do tego w dużej mierze sprowadza się piękno tego świata i każdej rzeczy, która do niego należy. Mądrość to harmonijne współbrzmienie interesów osobistych, czyli egoistycznych, i interesów pozaosobistych, a na tym między innymi polega bycie dobrym. Tu znajdziemy dawanie dobra i jego otrzymywanie. Mądrość to także z jednej strony zdolność do radzenia sobie, a nieraz godzenia się, z niepewnością, z drugiej zaś – do tolerowania różnorodności, także wszelakich odmienności. To oznacza, że granice piękna i granice dobra znacznie się w ten sposób poszerzają. Że piękne i dobre jest nie tylko to, co nasze. Piękne i dobre może być także to, z czym się nie zgadzamy, ale cenią to inni ludzie.

W swojej najnowszej książce „Niewielka suma szczęścia” napisał pan, że nasze oczekiwania, pragnienia, wierzenia – mają znaczący wpływ na to, jak funkcjonuje organizm, czyli materialne ciało. Jak świadomość własnego ciała łączy się z doświadczaniem szczęścia? Tu dotykamy spraw niezwykle skomplikowanych, a zarazem dotyczących samego sedna naszej egzystencji. Jest mnóstwo danych pokazujących, że odwołując się do – nazwijmy to – sił mentalnych, można zmieniać stan ciała. Można wyleczyć się z poważnej choroby za pomocą placebo, można samym myśleniem wywołać orgazm, można odwlekać moment umierania, ale można też umrzeć z beznadziejności, z poczucia braku wyjścia. Wiedza na temat tych i podobnych faktów jest znaczna. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zapytamy o naturę tych procesów. Jak dotąd niewiele potrafimy na ten temat powiedzieć. Co ciekawsze, potrafimy wpływać na stany ciała, ale samo ciało znamy nader kiepsko. I nie mówię tu o znajomości fizjologii, ale o zwyczajnej anatomii. Sprawa druga wiąże się z użytym w pańskim pytaniu sformułowaniem „świadomość ciała”. To bardzo pokrętna fraza, dlatego sam wolę mówić o znajomości czy rozumieniu własnego ciała, a z tym – jak wspominałem – nie jest dobrze. Rozumienie zjawisk i stanów rzeczy jest ważną przesłanką szczęścia, ale bynajmniej niewystarczającą.

Wiesław Łukaszewski, 'Niewielka suma szczęścia', wyd. Smak Słowa Wiesław Łukaszewski, "Niewielka suma szczęścia", wyd. Smak Słowa

Pisze pan, że wartością jest wychodzenie poza to, co się już wie. Na czym to polega w praktyce? Trzeba się zwyczajnie uczyć. Pewien wielki psycholog, zaciągając z lwowska, powiadał, że „człowiek umiii, bo się uczy” i półgłosem dodawał zaraz: „no, chyba że jest idiotą”. No dobrze, powie ktoś, trzeba się uczyć, ale czego? Moja odpowiedź brzmi: wszystkiego, co tylko wpadnie nam w ręce. Wprawdzie co rusz słyszymy, najczęściej w szkołach i na uniwersytetach, o wiedzy zbędnej, jałowej, bezużytecznej, ale w obliczu zmian, w obliczu przyszłości przewidywalnej w ograniczonym stopniu i nowych zadań, które ona niesie – uznanie jakiejś wiedzy za bezużyteczną wydaje się ryzykowne. Jedynym dobrym sposobem na to, co nieprzewidywalne, jest duża nadwyżka wiedzy pragmatycznej.

Druga sprawa to uczenie się od innych. Czasem bezwiedne, czasem intencjonalne. Ale nie tylko od tych innych z naszej wioski, ale także od tych z dalekiego świata. To jednak wymaga rezygnacji z postawy wyższościowej, nakazuje unikać wszelkiego deprecjonowania innych i dehumanizowania ich w imię narcystycznego przekonania, że „naprawdę dobrzy to jesteśmy my i nikt więcej”. Chodzi też o dopuszczenie myśli, że ten drugi może mieć rację, o sceptycyzm wobec własnej wiedzy i własnych przekonań. Chodzi więc o relatywizm, tak potępiany dzisiaj w prawicowych kręgach. Trudno wyjść poza to, co się wie, nie ruszając się ze swojej niszy. Nie można wyjść poza status quo, jeśli przyjmuje się postawę „to nie moja sprawa” albo – co gorsza – „nie chcę o tym wiedzieć”. Umysł zamknięty sam się nie otworzy – musi doznać wstrząsu pochodzącego z zewnątrz. To dlatego tak ważne są różnego rodzaju przełomy społeczne. Bezcenne są też kontrowersje, konflikty poznawcze czy światopoglądowe zderzenia.

Kiedy dążenie do szczęścia jest rozwojowe i wspierające, a kiedy staje się wyparciem, hedonistyczną ucieczką przed uznaniem, że mamy takie samo prawo do życia jak inne istoty zamieszkujące Ziemię? Tak, tak, biblijne opowieści o panu wszelkiego stworzenia i o czynieniu sobie Ziemi poddanej nieco namieszały nam w głowach. Tymczasem mamy prawo do życia nie większe niż inne żywe istoty. Tu namawiałbym do studiowania szlachetnych prawd Buddy, bo są znacznie mądrzejsze. A co się tyczy dążenia do szczęścia, to jak wspomniałem na początku, dążenie do niego jest rozwojowe wtedy, gdy się nie bierze szczęścia za cel. Przestaje być rozwojowe wtedy, kiedy myślimy o tym, co by tu zrobić, aby być szczęśliwym. Bo wtedy chętnie idziemy na skróty i zaczynamy poszukiwać przyjemności. Chciałbym być dobrze zrozumiany. To nie jest zachęta do ascezy i wyrzekania się wszelkich przyjemności, ale raczej sugestia, że przyjemności to jedno, a szczęście to drugie. Warto doznawać przyjemności i warto powiększać sumę szczęścia.

A jakie jest największe szczęście, które pana spotkało? Cztery są takie moje największe szczęścia. Trzy dotyczą ludzi, a jedno głowy. Pierwsze szczęście to moja mądra i dobra matka, która nauczyła mnie czytać i pisać, kiedy miałem niewiele ponad trzy lata. Drugie szczęście to moje dzieci. Trzecie szczęście to gromada przyjaciół. Szczęście czwarte bierze się z faktu, że mimo lat, które mam za sobą, nadal zachowałem w miarę sprawny umysł. Czego chcieć jeszcze?

Prof. Wiesław Łukaszewski, profesor psychologii, wykładowca, specjalizuje się w psychologii osobowości, psychologii społecznej i psychologii motywacji, autor książek.