1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak dokonywać właściwych wyborów w życiu?

Jak dokonywać właściwych wyborów w życiu?

Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Wiele możliwości, szans, propozycji, nowych otwarć. I to kusi, i to nęci, a na coś trzeba się zdecydować. Chcemy mieć jedno, nie tracąc drugiego. Czy tak się da?

Wiele możliwości, szans, propozycji, nowych otwarć. I to kusi, i to nęci, a na coś trzeba się zdecydować. Chcemy mieć jedno, nie tracąc drugiego. Czy tak się da?  

Marta, lat 35, z wykształcenia romanistka, z zawodu właścicielka firmy PR. Singielka, ale – jak mówi o sobie – tymczasowa, bo ma w planach małżeństwo i dzieci. Kiedy? Tego nie jest w stanie przewidzieć. Bo gdy już wydaje się jej, że znalazła tego właściwego mężczyznę, zaraz nachodzą ją wątpliwości: czy ktoś, kto myśli tylko o wieczornym piwku i wyjazdach na mecze Legii, może być dobrym mężem? No chyba nie. A czy facet – inny – który nie splamił się ugotowaniem wody na herbatę, może być dobrym ojcem? Skądże! Ostatni rokował najlepiej – wstawał rano po bułki, nawet nieźle gotował, ale co z tego, jak cały dom trzeba było potem odgruzowywać. Odpadli w przedbiegach wszyscy trzej. Chwilowo dała sobie spokój z facetami. Może przecież zdecydować się na dziecko bez stałego związku. W końcu nie jest taka stara.

Marta wymownie bębni długimi, wypielęgnowanymi paznokciami, każdy w innym kolorze. Ale to nie hybryda, wyjaśnia. Hybrydowy lakier szkodzi paznokciom. Ona stosuje tylko to, co zdrowe. Umalowana, włosy w modnym nieładzie, szara luźna sukienka. Nie wygląda na swoje lata? Ale to nie dzieje się samo. Dba o siebie. Codzienna gimnastyka, dwa razy w tygodniu siłownia, raz w miesiącu wizyta w gabinecie medycyny estetycznej. Gdyby zdecydowała się na dziecko, musiałaby z tego wszystkiego zrezygnować. Wie, co mówi. Kilka dni temu wpadła do niej przyjaciółka z półrocznym synkiem Kajetanem. Do niedawna najbardziej zadbana kobieta, jaką Marta zna, zawsze odpicowana, wypachniona, z najmodniejszą torebką na ramieniu. A teraz? Tłuste włosy, połamane paznokcie, zero makijażu, poplamiona bluza. Osobny temat to jej synek. Dopóki spał, był najsłodszym bobasem pod słońcem. Ale gdy tylko otworzył oczy, a otworzył po półgodzinie, zaczął się wydzierać wniebogłosy. Cycek uspokoił go tylko na chwilę. Potem noszenie na rękach, żeby mu się odbiło. Przewijanie, bo kupka. Zmiana kaftanika, bo mu się ulało. Przyjaciółka cała w mleku, fuj. Kiedy po dwóch godzinach zasnął, Asia przyznała, że czasem ma ochotę go udusić. Marta zobaczyła zresztą na własne oczy, jak przyjaciółka potrząsa nim z całej siły, z wściekłością. Asia powiedziała jej, że nigdy nie czuła się tak samotna i bezradna. Jej chłopak zarabia na całą trójkę, ciągle w rozjazdach. Na rodziców też nie może liczyć, ma chorą mamę, tata znalazł sobie młodszą. Czuje się ubezwłasnowolniona.

I to ma być ta pełnia szczęścia? Marta ma wątpliwości. Ale z drugiej strony wie, że coraz więcej kobiet w jej wieku ma problemy z zajściem w ciążę. Dlatego się miota. Między decyzją na tak – bo mama powtarza, że zanim umrze, chciałaby poznać wnuka, bo znajoma ginekolożka zachęca, że im wcześniej, tym większe szanse, bo ściska ją w dołku na widok matek z dziećmi – a decyzją na nie, do której skłania ją przykład Asi i zaryczanego Kajetana. A przede wszystkim cisza jej wymuskanego apartamentu, czas na kino, wakacje, siłownię i niehybrydowe paznokcie, które trzeba malować co kilka dni.

Marcie śniło się ostatnio, że rodziła w męczarniach. Obudziła się zlana potem. Więc poczeka. Ma czas, jeszcze parę lat. Jej siostra cioteczna urodziła pierwsze dziecko w wieku 42 lat. Można? Można.

Karolina, lat 49, potrójna magister: psychologii i prawa na UW oraz grafiki na ASP, doktor filozofii na Oksfordzie. Wzięta graficzka w znanej firmie reklamowej. Rozwódka. Podjeżdża pod kawiarnię na Powiślu na oldskulowym białym rowerze z koszykiem przy kierownicy. Cała w czerni: dresy, converse’y, bejsbolówka, torba listonoszka, tylko słuchawki w uszach białe. Każdy szczegół najwyższej jakości. Ale bez ostentacji. Żadnych widocznych metek i logo. Daje ręką znać, że kończy rozmowę. Płynny angielski przerywany perlistym śmiechem przykuwa uwagę całej kawiarni. Przeprasza, musiała odebrać, bo amerykański wydawca zaraz ma lunch, a to sprawa niecierpiąca zwłoki. Od znajomej z Oksfordu, która teraz pracuje dla tej firmy, dostała propozycję pracy. Ale bez nazwisk i szczegółów, żeby nie zapeszyć. Może powiedzieć tylko tyle, że to pierwszoligowy tygodnik. Propozycja dotyczy czegoś zupełnie nowego, czego jeszcze nie robiła, czyli pisania o Europie Wschodniej. Kusi bardzo.

To mogłaby być scena z filmu o pięknej Polce bez kompleksów. Która jeszcze za komuny kończy trzy prestiżowe kierunki, potem wyjeżdża na studia doktoranckie do samego Leszka Kołakowskiego. Która broni pracę z najwyższą notą i dostaje propozycję zostania na Oksfordzie. Ale wraca do Polski, bo od początku lat 90., w nowym ustroju, otworzył się worek z możliwościami. Ona wybiera ważne stanowisko w spółce skarbu państwa, gdzie zarabia wielkie pieniądze. Kupuje mieszkanie, samochód, inwestuje w nieruchomości.

Film o niej? Wybucha śmiechem. Jej życie tylko z boku wygląda tak atrakcyjnie. W rzeczywistości to krew, pot i łzy. Nieustanne zwątpienie w sens tego, co robi. Ciągłe pytania zadawane sobie samej: „Może moje miejsce jest gdzie indziej?”. Tak, ma wielki problem z wyborami. A właściwie z wytrwaniem w tych wyborach. I to od dziecka. Wszystkiego głodna, ciekawa, wszystkiego chciała spróbować. A może powód jej niezdecydowania jest bardziej prozaiczny? Po prostu nigdy nie miała jednej pasji, która  pochłaniałaby ją bez reszty. Wyborów nie ułatwiał fakt, że w szkole wszystko przychodziło jej łatwo. Dlatego poszła na najbardziej oblegany wtedy kierunek – na psychologię, a potem na drugi w tym rankingu – na prawo. Grafika? Taki kaprys. Test, czy sprawdzi się w artystycznej dziedzinie, bo rysowanie zawsze sprawiało jej wielką radość. Zanim pojechała do Oksfordu, przeszła jej przez głowę myśl, że może zrobi aplikację sędziowską. Ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Musiałaby osiąść na jakiś czas w jednym miejscu, zajmować się jednym i tym samym. Wiedziała już, że to ją zupełnie nie kręci.

Studia w Oksfordzie okazały się wspaniałym, twórczym rozdziałem w jej życiu. Poznała tęgie umysły z całego świata, napisała pracę doktorską, zakorzeniła w praktyce swój angielski. Same plusy. Ale kiedy znajomy ponaglał, żeby wracała, bo w Polsce czeka mnóstwo pracy, nie zawahała się ani chwili. Mimo że wyjazd oznaczał rezygnację z rozpoczętej właśnie pracy naukowej na Oksfordzie. I rozłąkę z niedawno poślubionym kolegą z uczelni Tonym, Anglikiem. Związek nie przetrwał tej próby, rok później wzięli rozwód.

Tworzenie rzeczywistości w wolnej Polsce to dopiero było coś! Karolinie świecą się oczy, załamuje się jej głos. Dlaczego więc odeszła do reklamy? Bo dopadły ją podziały, konflikty, czyli polityka w najczystszej postaci. A w agencji miała wyluzowanych współpracowników indywidualistów, nienormowany czas pracy i poczucie wpływu, bo reklamy jej autorstwa oglądała cała Polska. Miała czas na pracę w organizacjach feministycznych, ekologicznych, w tym na rzecz zdrowego odżywiania dzieci. To między innymi ona wywalczyła to, że zniknęły drożdżówki i batony ze sklepików szkolnych. Wracają? Trudno. Ona wyjeżdża. Świat to globalna wioska, za oceanem też można wiele zdziałać dla Polski.

Kiedy wysyłam jej do przeczytania tekst o niej (szczegóły zmienione), dopisuje postscriptum: „A może nie mam problemów z wyborami, tylko przed czymś uciekam?”.

Ewa, lat 32, mama trzech córek: 12-letniej Ani, 8-letniej Oli i 4-letniej Mai, niepracująca. Wstaje codziennie o piątej. Razem z mężem, który jedzie na szóstą otworzyć osiedlowy sklep (wzięli we franczyzę). Wstaje nie po to, żeby zrobić mu śniadanie (mąż o tej porze nie jada), tylko żeby zanim wstaną córki, spokojnie sprawdzić, co na Facebooku. Dziś na przykład Kaśka zamieszcza selfie w objęciach nowego chłopaka. A najlepsza przyjaciółka Wiktoria pokazuje się na parkiecie nocnego klubu z całkiem fajnym kolesiem. Ewa ogląda koleżanki z zazdrością: „One to mają życie, nie to co ja, mnie omija wszystko, co najlepsze”. Tak myśli, kiedy otwiera laptopa rano, zanim wstaną córki, i wieczorem, kiedy już śpią.

To prawda, ma dzieci. Wspaniałe królewny, kocha je nad życie. Rozczulają ją do łez. Na ostatnie urodziny Ola wręczyła jej rysunek własnego autorstwa przedstawiający całą rodzinę na plaży. I kto był na nim największy? Mama, oczywiście. Ania urządziła z kolei z siostrami teatrzyk, w którym odegrała mamę z marzeń – starannie umalowaną pożyczonymi od koleżanki mamy kosmetykami, w jej butach na obcasach. Swoją drogą to wymowne, że Ania chciałaby, żeby mama wyglądała właśnie tak. Najmłodsza córeczka Maja codziennie bez okazji obejmuje ją pulchnymi rączkami i wyznaje: „Kocham cię, mamusiu”. To są chwile, dla których warto żyć. Ale tylko chwile. Reszta życia to monotonna rutyna: gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy. Odrabianie lekcji ze starszymi. Po raz enty czytanie tych samych bajek. Kąpanie młodszej, zapędzanie do mycia starszych. Spacery tymi samymi alejkami. Godzenie córek, gdy się kłócą i biją. Szpital w domu raz na dwa miesiące, bo gdy jedna zachoruje, zaraz rozkładają się wszystkie.

Ewa (wysoka, korpulentna, o oryginalnej południowej urodzie) opowiada o sobie beznamiętnym tonem. Czuje się stara, sterana, umęczona. Nic nie osiągnęła. Od dziecka marzyła, żeby być nauczycielką. Ale zakwitły kasztany, ciąża, matura, ślub. Znają się z Robertem pół swojego życia, byli klasową parą. Przeszli razem trudne próby: pojawienie się dziecka w młodym wieku, a potem, co cztery lata, kolejne dzieci, nie do końca planowane. Walkę o to, żeby się utrzymać, żeby kupić mieszkanie, urządzić je. Czy to wszystko scementowało ich związek? Raczej cementują go dzieci. Ale Ewa dostrzega, że coraz mniej w ich relacji radości, spontaniczności. Coraz więcej natomiast zmęczenia, irytacji, wzajemnych pretensji.

Ewa mówi: – Lata lecą, a ja nic nie mam naprawdę swojego. Omijają mnie niesamowite przeżycia, uciekają sprzed nosa różne możliwości. Obserwuję to wszystko, co mogłabym mieć, przeżyć, czego mogłabym zasmakować, przez ekran tabletu. Dobre i to. Walczą we mnie dwie Ewy: matka, która chce stworzyć dzieciom prawdziwy, pachnący szarlotką dom, i Ewa, którą odgrywa Ania – malująca usta, zakładająca szpilki i ruszająca na podbój świata. Coś mam i to coś (dzieci) jest wartością trudną do przecenienia. Ale czegoś innego, bardzo ważnego (wykształcenia, niezależności), nie mam i już mieć nie będę. Męczy mnie nie to, że może kiedyś źle wybrałam, ale to, że się z tego powodu zadręczam. Bo to oznaczałoby: żałuję, że jestem matką. A przecież nie żałuję. Żałuję tylko, że nic mi się poza tym nie udało. Ale proszę powiedzieć, czy jak się człowiek decyduje na trójkę dzieci w młodym wieku, a nie ma znikąd pomocy, to może osiągnąć sukces zawodowy? Byłabym w pełni szczęśliwa, gdybym miała i jedno, i drugie.

Pytania do zadania sobie (zanim wybierzesz):

  1. Jakie wartości i cele są dla mnie ważne?
  2. Co konkretnie chciałabym zmienić?
  3. Jak ta decyzja wpłynie na moje życie?
  4. Jakie mam możliwości wyboru?
  5. Czy znam konsekwencje każdego z nich (za i przeciw)?
  6. Która z decyzji (i jej konsekwencji) jest dla mnie wystarczająco dobra?
  7. Jak ją wcielić w życie?
  8. Co zrobić, żeby w niej wytrwać?

Co pomaga podjąć dobrą decyzję:

  • Stan jasności umysłu.
  • Odprężenie na poziomie fizycznym.
  • Koncentracja, skupienie, bycie tu i teraz.
  • Spojrzenie na problem z szerszej perspektywy.
  • Pozytywne emocje.
  • Minimalny poziom wątpliwości.
Rezygnacja z decyzji to też decyzja. (na podstawie książki Ludy Kopeikiny „Same słuszne decyzje”, Rebis, Poznań 2011)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaką rolę społeczną odgrywasz na co dzień?

Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Być matką, ojcem, szefem znaczy dzisiaj kompletnie co innego niż kiedyś. Coraz częściej dzieci decydują, podwładni rządzą. Jak te zmiany tłumaczyć – wyjaśnia Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu.

Co to znaczy, że odgrywamy jakąś rolę? To znaczy, że zachowujemy się tak, jak tego oczekują ludzie z naszego otoczenia, jak widzi nas społeczeństwo, jak stanowią obowiązujące w danej grupie czy w kulturze normy, które tę grupę czy kulturę konstytuują. Można powiedzieć, że role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji.

Ale normy się rozluźniają, sugestie wykluczają. Można się pogubić. To prawda. Bywa, że menedżer w stosunku do swoich podwładnych jest bardziej przyjacielem niż zwierzchnikiem. Budując zażyłe stosunki z pracownikami, traktuje bliskość interpersonalną jako szczególny rodzaj zarządzania – trudniej bowiem odmówić wykonania zadania znajomemu szefowi. Z kolei rodzice postrzegają relacje z dziećmi bardziej egalitarnie, to znaczy oddają im część wpływu i kontroli. Pytając małe dzieci o zdanie na jakiś temat, łamią w pewnym sensie dotychczasową konwencję, która bierze się z mądrości ludowej głoszącej, że dzieci i ryby głosu nie mają. Przypisaną sobie rolę przekraczają także ojcowie, angażując się w wychowanie dzieci. Nowoczesny ojciec, który nawiązuje czułą relację z dzieckiem, na pewno wypadł z dotychczasowej roli, która polegała przede wszystkim na dbałości o utrzymanie rodziny.

Jak te zmiany ról tłumaczyć? To zjawisko mnie nie zaskakuje, jest odzwierciedleniem zmiany presji ze strony otoczenia społecznego, zmian cywilizacyjnych, a te są nieuchronne. Warto zwrócić uwagę na wzrost znaczenia nie tylko bezpośredniego otoczenia społecznego, ale także na siłę oddziaływania mediów społecznościowych, które lansują swoje wzorce, swój styl życia.

To zjawisko może niepokoić? Nie widzę w nim szczególnego zagrożenia. Według mnie to naturalny proces, tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Proszę zauważyć, że kiedy wchodzę w kontakt z osobą, której rola społeczna jest mi znana, to mogę przewidzieć, jak ta osoba będzie się zachowywała.

No właśnie, po to między innymi są role, żeby zapewnić nam przewidywalność, poczucie bezpieczeństwa. Zgadza się. Jestem nauczycielem akademickim, więc wiem, czego spodziewać się po studentach, a studenci wiedzą, czego się spodziewać po mnie. To ważny aspekt roli. W rolach jest nam wygodnie. Natomiast kiedy przestaje nam być wygodnie, to podejmujemy decyzję, żeby się z roli wyłamać. Z różnych powodów: ideologicznych (bo moje poglądy są niezgodne z założeniami tej roli) albo pragmatycznych (bo to mi się bardziej opłaca), albo wizerunkowych (bo chcę zrobić na kimś wrażenie wyluzowanego). Wyjście z roli może wiązać się z sankcjami społecznymi, bo u podstaw roli społecznej leży mechanizm, który dość dobrze mamy przećwiczony, a mianowicie odrzucanie tych, którzy nie podporządkowują się normom. Wychodząc z roli, podejmujemy więc ryzyko.

Wydaje mi się, że dla dobra dziecka role rodzice – dzieci powinny być jasno określone, a często nie są. Margaret Clark i Judson Mills prowadzili badania wzorców wymiany wśród ludzi pozostających w bliskiej zażyłości. Okazuje się, że charakterystyczne dla tych relacji jest między innymi to, że nie działa w nich reguła wzajemności, którą dobrze ilustruje polskie porzekadło: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Nie mogę powiedzieć dziecku: „Jak ty mnie, tak ja tobie”, bo w bliskich relacjach priorytetem jest zaspokajanie potrzeb drugiej osoby bezwarunkowo. Nie jest tak, że kocham cię, gdy jesteś grzeczny i miły – kocham cię zawsze. Samo wychowanie jest niezwykle złożone, co w praktyce oznacza, że rodzice mogą wychodzić w pewnym zakresie z roli. Pani mówi, że to źle działa na dzieci, a ja uważam, że nie da się jednoznacznie ocenić wielu aspektów tej zamiany ról. Weźmy na przykład dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, które nie weszły w rolę. Albo inne zjawisko (udokumentowane przez amerykańskiego badacza Larry’ego Rosena), które pokazuje, jak współczesne pokolenie nastolatków wypracowuje ze swoimi rodzicami szczególną bliskość: mogą im się zwierzać, liczyć na ich wsparcie. To tylko dwa przykłady złamania konwencji, zgodnie z którą dzieci stopniowo oddalają się od rodziców; tutaj rodzice i dzieci nadal pozostają w bliskości.

Upieram się, że odwracanie porządku, w którym to rodzice są przewodnikami, staje się dla dziecka niekorzystne. Co do zasady tak. Ale można dyskutować nad tym, w jakim wieku dziecko powinno stać się pełnoprawnym udziałowcem podejmowania decyzji.

Matka rozwodzi się z mężem i pyta nastoletnią córkę: „Powiedz mi, co mam robić?”. Córka ma wiedzieć to, czego nie wie dorosły? Konsekwencje tego rozstania poniesie córka, więc matka pyta o jej opinię. Co w tym zdrożnego? Kwestią dyskusyjną jest to, czy głos dziecka ma być rozstrzygający, natomiast samo doświadczenie, że ktoś bliski pyta mnie o ważne dla niego życiowe decyzje, ma charakter kształtujący wizję naszych relacji. Rozumiem pani wątpliwości dotyczące wyjścia rodziców z roli. W skrajnym przypadku mogą doprowadzić do kuriozalnych zachowań. Mam jednak poczucie, że to, iż dzieci stają się uczestnikami podejmowania decyzji przez dorosłych, nie jest złe. Bez wątpienia jesteśmy świadkami dużych zmian.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że rodzice abdykują ze swojej roli. Abdykacja jest skrajnym przypadkiem, to sytuacja patologiczna. Natomiast przekraczanie roli nie jest niczym złym. Myślę, że konsekwencje tych zmian będziemy mogli ocenić dopiero wtedy, kiedy współczesne dzieci wychowywane w ten sposób same staną się rodzicami. Pytanie, czy w ogóle zdecydują się na rodzicielstwo. Rezygnacja z bycia rodzicem to dzisiaj życiowy wybór. Ludzie wykazują naturalną tendencję do przekraczania granic, eksperymentowania, i to nie tylko w kontekście ról społecznych. A z eksperymentami jest tak, że niektóre kończą się porażką. W moim przekonaniu wychodzenie rodziców z roli to stosunkowo nowe eksperymenty, nie mamy podstaw, by oceniać ich długofalowe konsekwencje, czyli życie tych dzieci w dorosłości. Moim zdaniem bez wychodzenia z ról, testowania, sprawdzania siebie – niektórzy nazywają to wychodzeniem ze strefy komfortu – nie ma rozwoju, obiektywnego sukcesu, czyli tworzenia czegoś nowego.

Wydaje mi się, że w roli rodzica i dziecka aż tak daleko nie można się posunąć.

A gdzie znajduje się to za daleko? Dziecko wymaga jednak przewidywalnego świata, a to znaczy, że rodzice powinni pozostać w swojej roli.

Ja tego nie kwestionuję, tylko zadaję pytania: Do którego momentu to poczucie bezpieczeństwa góruje nad ciekawością życia, która może manifestować się tym, że dziecko oczekuje, że będzie samo decydowało? Dlaczego sądzimy nastolatków za zbrodnie tak jak dorosłych, a z drugiej strony – w relacjach z rodzicami odmawiamy im prawa do podejmowania decyzji dotyczących ich żywotnych interesów czy choćby informowania o tym, jakie jest ich stanowisko w danej sprawie?

  1. Styl Życia

Jedzenie mięsa w dzisiejszych czasach – co mówi bioetyka?

Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jak zachować w diecie mięso i czyste sumienie? – na to pytanie daje odpowiedź filozof i bioetyk Jan Hartman.

Niektórzy z nas nie lubią smaku mięsa. Są tacy, który lubią, ale uznali że mięso im „nie służy” i wyeliminowali je ze swojej diety. Jeszcze inni wyrzekli się mięsa w imię zasad – nie chcą nawet pośrednio przykładać ręki do zabijania zwierząt. To jak z rzucaniem papierka na ulicy – jeśli nikt nie rzuci, ulice będą czyste. Jeśli wszyscy przestaniemy jeść mięso, nikt nie będzie hodował świń w ciasnych chlewach, nie będzie ubojni ani krwawych jatek, zniknie zawód rzeźnika itd. By wytrwać tej mięsnej abstynencji, wegetarianie głoszą teorię, że jedzenie mięsa nie jest człowiekowi wcale potrzebne do życia i rozwoju. Doskonale można ten produkt zastąpić jakimś innym. No i zachować poczucie pewnej moralnej wyższości nad tymi, którzy folgując swoim apetytom, przykładają rękę do zabijania zwierząt. O ile zdania na temat tego, czy mięso da się w diecie człowieka zastąpić bez szkody dla zdrowia, są mocno podzielone wśród naukowców i lekarzy, o tyle aspekt moralny jedzenia mięsa wydaje się jednoznaczny. Kiedy do dyskusji przystąpią wegetarianie i mięsożercy, ci drudzy od razu są na przegranej pozycji. Wegetarianie występują jako obrońcy zwierząt, mięsożercy – jako krzywdziciele. Jak się przed tą etykietką bronić? Czy jest to w ogóle możliwe?

Profesor Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska proponuje, żeby zostać tak zwanym semiwegetarianinem. Tymczasem filozof-etyk, prof. Jan Hartman, daje zwolennikom mięsnej diety argumenty. Próbuje uwolnić ich od poczucia winy i redukuje poczucie wyższości u wegetarian. Człowiek, mówi prof. Hartman, należy do świata zwierzęcego, w którym wzajemne zabijanie się jest rzeczą zwyczajną. Przestańmy udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Nie wolno stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Pojedyncze osoby mogą się wyrzec mięsa, ale jako ludzie, jako gatunek, niekoniecznie muszą dążyć do takiego ideału.

Domaganie się od mięsożerców, by zrezygnowali z mięsa w imię humanitaryzmu, to forma moralnego szantażu, a więc działanie nieetyczne. Etyczne działanie jest zawsze łagodne i dobre.

Jedząc mięso, przyczyniamy się do krzywdzenia zwierząt. Czy musimy stać się wegetarianami, jeśli chcemy być naprawdę ludzcy?

Prof. Jan Hartman: Nie można stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym i nie ma co udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Człowiek, który je mięso, nie musi czuć się winny z tego powodu. Jednak powinniśmy dążyć do tego, aby – jeśli to tylko możliwe – jeść mięso pochodzące od zwierzęcia, które miało akceptowalne życie, a śmierć nie była dla niego cierpieniem. Możemy zrobić wysiłek, by życie tych miliardów zwierząt, które powołujemy do istnienia, karmimy, by je potem zabić i skonsumować, nie było tragiczne. Możemy też postarać się o to, by ich śmierć była natychmiastowa i nie poprzedzała jej trauma. Być może to wszystko kosztuje, ale mamy moralny obowiązek te koszty ponosić.

Ale czy to jest w ogóle etyczne, że powołujemy zwierzę do istnienia, by je zabić i zjeść? To jest pytanie ryzykowne, bo jeśli powiem, że nie, to co z tego wynika? Nie można w dyskursie etycznym jedynie stawiać sobie przed oczy ideałów i odwracać się od rzeczywistości. Mogę przyznać: tak, ludzkość niejedząca mięsa i nieprodukująca broni byłaby lepsza. Ale jest, jaka jest.

W takim razie przyznaje pan, że wegetarianin ma nade mną moralną wyższość, bo ja jem mięso. Wegetarianin jest idealistą. Kimś, kto robi coś więcej, niż nakazuje obowiązek. Robi coś na rzecz świata bez zabijania.

Powinien być dla nas wzorem? Nie mamy obowiązku naśladowania osób heroicznych, lecz powinniśmy je doceniać i szanować. Niejedzenie mięsa z powodów etycznych jest takim małym heroizmem. Obowiązek, jaki spoczywa na każdym z nas, to dokładanie starań, by nie wspierać nieetycznej hodowli. A więc nie kupować najtańszego mięsa, z intensywnej hodowli, gdyż wiadomo, że tam zwierzęta miały bardzo złe życie. Już to jest trudne do spełnienia, tym bardziej że wciąż brakuje oznaczeń etycznej hodowli na produktach mięsnych. Ja na przykład, choć bardzo lubię kurczaki i ryby, często wybieram wołowinę. Uważam, że etyczniej jest jeść mięso pochodzące od dużego zwierzęcia. To oznacza bowiem, że jedna śmierć wystarczy do wykarmienia wielu osób. Wyobrażam też sobie, może naiwnie, że ta krowa chodziła po łąkach, a nie stała w oborze, miała więc lepsze życie niż kurczaki stłoczone w kurniku.

Starajmy się jeść mniej mięsa. Jedzmy mniejsze porcje, rezygnujmy z tego produktu w niektóre dni. Ograniczenie spożywania mięsa to znacznie mniej niż wegetarianizm, ale zawsze coś, i korzyść dla zdrowia. Jemy przecież za dużo. Zwierzętom należy się sprawiedliwe traktowanie.

Nie ma sprzeczności między sprawiedliwym traktowaniem a wykorzystywaniem? Nie. Inne stosunki moralne wiążą ludzi między sobą, a inne wiążą ludzi z otoczeniem przyrodniczym. Jestem przeciwny myśleniu o przyrodzie jako o zasobach, które są człowiekowi dane i które może sobie wykorzystywać zgodnie z religijnym przekonaniem, że ziemia została oddana nam we władanie. Uważam, że to jest fałszywe i nieetyczne przekonanie, z którym trzeba zerwać. To nie jest tak, że ktoś dał nam ziemię i zwierzęta, a my mamy sobie z tego korzystać. Jesteśmy częścią przyrody. Sami jesteśmy zwierzętami, zwierzęta się wzajemnie zabijają i my też jako zwierzęta zabijamy. Czas, by wreszcie na powrót odkryć własną zrepresjonowaną przez kulturę zwierzęcość. Jako zwierzęta zabijamy inne zwierzęta, ale jako istoty zdolne do empatii i delikatności powinniśmy wyrzec się okrucieństwa wobec innych istot, liczyć się z ich dobrostanem. Relacje moralne, jakie mamy ze zwierzętami, są uboższe niż te, które łączą nas z innymi ludźmi, dlatego że ludzie są wzajemnie dla siebie nie tylko źródłem obowiązków moralnych, ale też wyświadczają sobie świadomie dobro lub zło i wywołują w sobie wzajemnie obowiązek etycznego poszanowania wolności. W relacjach ze zwierzętami tej wzajemności brakuje. Mimo to zwierzę ma uprawnienia moralne jako istota czująca, autonomicznie żyjąca i dzieląca z nami przestrzeń w przyrodzie. Zwierzę, podobnie jak małe dziecko, nie uczestniczy autonomicznie w budowaniu relacji moralnej. Musimy wziąć to na siebie.

Szanujemy zwierzę, ale mamy prawo je zabić? Tak, ale nie prawo bezwzględne. Tak jak to zwierzę ma „prawo” zabić inne zwierzę, tak i my mamy „prawo” zabijać. Nie to nas czyni złymi, że zabijamy, lecz niewrażliwość, okrucieństwo, bezmyślność. Każdy żyje wedle tego, kim jest i jaki jest. Nie potępiamy lwa za to, że zabija antylopę, bo uznajemy porządek świata, w którym są lwy i antylopy. Nie wtrącamy się w te relacje. My też jesteśmy w tych relacjach, choć one się zmieniły – kiedyś ludzie zabijali i byli zabijani przez zwierzęta, dziś rzadko jesteśmy zabijani.

A czy etyczne jest przeprowadzanie na nich eksperymentów medycznych, testowanie na nich kosmetyków? Jeśli chodzi o doświadczenia, to z pewnością rozwój medycyny tego wymaga. Ale można te testy przeprowadzać w sposób sprawiający zwierzętom mniejsze lub większe cierpienie. Mówię oczywiście tylko o medycznych testach, bo to ratuje ludzkie życie i zdrowie, nie zaś o kosmetykach. Ważne, by przeprowadzać doświadczenia tylko wtedy, kiedy jest realna potrzeba poznawcza, a nie dla kariery. W Polsce istnieje ponad pięćdziesiąt ośrodków naukowych mających uprawnienia do prowadzenia doświadczeń na zwierzętach. Giną przy tym dziesiątki tysięcy stworzeń i jestem głęboko przekonany, że w bardzo wielu przypadkach doświadczenia te są zupełnie zbędne i przeprowadzane z innych powodów niż realna potrzeba poznawcza.

Jeśli stawia pan tak duży znak zapytania przy moralności naukowców, to czy możemy wymagać od rolnika, by zapewnił humanitarne warunki swojej świni? Na pewno nie można rolników zostawić samych sobie. Upowszechnianie etycznej hodowli jest długim procesem. To również kosztuje. Nie wystarczą przepisy europejskie i krajowe, bo muszą być również dotacje, szkolenia, ośrodki referencyjne.

Czyli... To jest taka instytucja, wzorcowa w danym kraju, w danej dziedzinie, która dostarcza wiedzy i pomocy organizacyjnej. W tym wypadku to powinno być gospodarstwo hodowlane połączone z instytutem badawczym, które będzie kształtować w warunkach naszego kraju wzorce jakości hodowli zwierząt, ich transportu i uboju.

Na razie humanitarna hodowla to u nas raczej fikcja, choć w kwestii transportu i uboju jest pewien postęp. Owszem, ale jest coraz lepiej. Prawo europejskie dopiero się porządkuje, nie ma jednolitego kodeksu, brakuje całościowej wizji gospodarki etycznej, ona powstaje. Polska odstaje od państw Europy Północno-Zachodniej, bo jesteśmy krajem biedniejszym i mamy niższą kulturę rolną. Ale postęp jest. Jeszcze niedawno transport i ubój wolały o pomstę do nieba, dziś mamy coraz więcej specjalistycznych samochodów do transportu żywych zwierząt. Problemem jest masowa, przemysłowa hodowla nastawiona na minimalizację kosztów. Tam zwierzę jako jednostka się nie liczy w ogóle. Można to nazwać, przez analogię do dehumanizacji, „dezanimalizacją”. Właśnie do tych przedsiębiorców trzeba skierować ofertę – dotacje do inwestycji poprawiających warunki hodowli, certyfikaty etycznej hodowli pozwalające trochę podnieść ceny. Społeczeństwo zapewne to zaakceptuje.

Z tym społeczeństwem to jest tak, że pytane przez ankieterów deklaruje, że zapłaci więcej, a potem szuka w supermarkecie najtańszych produktów, najlepiej w promocji. Na jakiej właściwie podstawie twierdzi pan, że ludzie zmieniają swój stosunek do zwierząt? Widzę, że społeczeństwo jest nieporównanie mniej przepojone agresją niż dawniej.

Dawniej, czyli kiedy? Nawet w porównaniu z połową XX wieku. A już w stosunku do XIX wieku jest horrendalna różnica w zachowaniach ludzi. Brzydzimy się okrucieństwem i agresją. W połowie XX wieku mieliśmy obozy koncentracyjne, Holocaust, niewiarygodne okrucieństwo. Mówię o codziennych zachowaniach ludzi w czasie pokoju. Nie urządzamy publicznych egzekucji, nie zabawiamy się paleniem kotów.

Może to tylko strach przed prawem? Nie tylko. Dawniej przemoc była o wiele bardziej akceptowalna społecznie, a ta wobec zwierząt w ogóle nie podlegała refleksji. Ta nasza delikatność, obrzydzenie do przemocy to zdobycz ostatnich dwustu lat.

Czy polowanie mieści się w etycznym zabijaniu? Jestem wrogiem polowania. Kiedyś to było przedłużenie zwierzęcego sposobu życia. Ludzie polowali tak jak zwierzęta, ponosili przy tym pewne ryzyko, nie uważali się za lepszych, takich, którym wolno zabić, czasem wręcz czcili zwierzęta. Czuli się częścią przyrody. Później wyalienowaliśmy się z przyrody i dziś polowanie jest skrajnie asymetryczne i zbędne – zwierzę nie ma szans. Zabijamy dla przyjemności, a to uważam za kompletną degradację. Nie ma to żadnego związku z potrzebami żywieniowymi. Myśliwi często tłumaczą strzelanie do zwierząt koniecznością utrzymywania równowagi biologicznej w lesie, bo niektóre gatunki nagle ponad miarę się rozmnożyły i zagrażają innym. Owszem, w sytuacji kiedy lasy mają ograniczoną wielkość, pojawiają się zaburzenia równowagi biologicznej, bo np. jest bardzo dużo lisów. Ale to jest z winy człowieka, on tak to urządził. Rozumiem konieczność odstrzału, ale tymi sprawami powinna się zajmować odpowiednia służba publiczna. Nie powinno być tak jak obecnie, że jest sezon polowania na określony gatunek zwierzęcia i praktycznie każdy, kto chce, może sobie całkiem prywatnie polować. Zabijanie dla przyjemności jest w oczywisty sposób nieetyczne. To samo z łowieniem ryb. Ryby nie krzyczą, kiedy wyciągamy je z wody nabite na haczyk. Nie słyszymy ich cierpienia, lecz na to mamy rozum, by o nim wiedzieć. Wędkarz zniża się do poziomu bezmyślnego rekina. Kiedyś, w dawnych wiekach, ludzie nie byli świadomi, że zadają cierpienie zwierzęciu, i to ich usprawiedliwiało. Nie przychodziło im to do głowy, nikt im nie mówił, że to jest jakiś problem. Dziś przychodzi nam to do głowy i od tego momentu tracimy niewinność.

Chce pan pozbawić wędkarzy chwili relaksu nad wodą? Relaks polegający na tym, że wbijam haczyk w przełyk cierpiącego małego zwierzęcia – nie!

A gdyby wędkarz wyłowił rybkę jakąś siatką, a potem ją zabił, to byłoby w porządku? Może nieco lepiej, ale nie róbmy zabawy z zabijania. Ktoś, kto idzie na ryby, zabija dla zabawy. Można siedzieć nad wodą z książką zamiast wędki. Ale na to trzeba być istotą rozumną, a nie rekinem.

Powiedział pan kiedyś, że za 50 lat być może nie będziemy hodować zwierząt, by je potem zjeść, tylko mięso będzie pochodziło z hodowli tkanek. Tak, te tkanki będą zupełnie pozbawione czucia, odrębności. Będziemy je jeść jak jakieś glony. To jest kwestia tylko i wyłącznie bariery kosztowej, bo technologia już jest. Pytanie, czy uda się tak obniżyć koszty, by to się opłacało.

Nie będzie wówczas dylematów moralnych związanych z jedzeniem mięsa? Nie. Jeśli komórka na odpowiedniej pożywce wyrośnie na kotlet, to możemy go sobie zjeść z czystym sumieniem. Krzywdy mu nie zrobimy, bo nie ma komu.

Może dojdziemy – a przynajmniej niektórzy z nas dojdą do wniosku – że krojenie kotleta go boli, może ten kotlet też jest istotą? W jabłku, które spadło z drzewa, też toczą się jakieś procesy życiowe. Nie przekraczajmy granicy szaleństwa, gdzieś trzeba się zatrzymać, bo inaczej niczego nie zjemy.

Prof. dr hab. Jan Hartman jest filozofem i bioetykiem. Kieruje Zakładem Filozofii i Bioetyki w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagielońskiego. Jest redaktorem czasopisma filozoficznego „UJ Principia”, a także sekretarzem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN.

  1. Psychologia

Sztuka kompromisu. Jak być razem i nie rezygnować z siebie? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe, są niedożywione. (Ilustracja: Getty Images)
Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe, są niedożywione. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Ja jedno, on drugie, ja w lewo, on w prawo. W każdym związku są momenty, gdy jedno chce czegoś innego niż drugie, gdy ma inne zdanie lub coś ukrywa. Co wtedy? Czy kompromis jest najlepszy? A tajemnica? Czy mamy prawo do jej posiadania, czy to bomba zegarowa, która w końcu rozsadzi związek? Jak być razem i nie rezygnować z siebie, ale też nie zdominować partnera – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Ja jedno, on drugie, ja w lewo, on w prawo. W każdym związku są momenty, gdy jedno chce czegoś innego niż drugie, gdy ma inne zdanie lub coś ukrywa. Co wtedy? Czy kompromis jest najlepszy? A tajemnica? Czy mamy prawo do jej posiadania, czy to bomba zegarowa, która w końcu rozsadzi związek? Jak być razem i nie rezygnować z siebie, ale też nie zdominować partnera – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Rafał Bornus, małżeński psychoterapeuta, poleca, aby para co wieczór przez trzy minuty rozmawiała o pozytywach i negatywach, jakie wydarzyły się w naszym związku. Zobaczyłam wtedy, że często wystarczy opowiedzieć o problemie, by przestać się nim frustrować. To, że nawet takie rytualne, zaaplikowane przez terapeutę rozmowy pomagają, świadczy o tym, jak bezcenną sprawą w bliskich związkach jest dobra komunikacja. Większość ludzi myśli, że partner powinien mieć matczyny wgląd w nasze problemy, intuicyjnie wiedzieć, co nam dolega i czego potrzebujemy. Z tą iluzją trzeba się rozstać. Ale opuszcza nas ona dopiero, gdy nauczymy się rozmawiać z partnerem o potrzebach i problemach. Wtedy okazuje się, że nikt nie posiada matczynych kwalifikacji, że nasza wiedza o drugim człowieku jest nikła. Dlatego w czasie takich rozmów słyszymy: „Czemu nie powiedziałaś, że tego potrzebujesz, a tamtego nie znosisz?!”. Jak w dowcipie o rozwodzących się staruszkach. Kiedy sędzia zorientował się, że to babcia z 70-letnim małżeńskim stażem złożyła pozew bez uzasadnienia, natychmiast zaproponował polubowne rozwiązanie sprawy. Babcia jednak uparcie twierdziła: „Nie, ja już z nim dłużej nie wytrzymam, muszę się rozwieść”. „Ale dlaczego?” „No już dłużej nie mogę słuchać, jak on siorbie zupę”. Cisza. Po czym słychać głos zrozpaczonego dziadka: „Kochanie, czemu czekałaś tak długo, żeby mi to powiedzieć!?”.

Bardzo prawdziwe! Kiedy zaczęliśmy ćwiczyć te trzyminutowe wypowiedzi o plusach i minusach bycia razem, okazało się, że mój mąż nie chce mówić o tym, co go we mnie irytuje, bo nie chce mnie krytykować. Większość ludzi obawia się, że mówienie o tym, co w zachowaniu innych budzi negatywne uczucia, będzie odebrane jako miażdżąca i niesprawiedliwa krytyka. Może ich matki nie znosiły słowa protestu? Obrażały się na cały świat i przestawały piec ulubione ciasteczka synów, gdy ci ośmielali się im przeciwstawić? Jeśli tak, mogli nabrać przekonania, że kobiety nie przyjmują uwag, a więc że i ze strony partnerek czeka ich wtedy niechybne odrzucenie.

Z dowcipu o babci i siorbiącym dziadku, podobnie jak z mojej praktyki terapeutycznej, wiem jednak, że lepiej się zdobyć na odwagę i powiedzieć: „Chcę, żebyś wiedział, że bardzo mnie irytuje, gdy siorbiesz”. Skoro tego nie robimy, to dzieje się tak jak w innej opowieści, tym razem z życia wziętej. Młoda kobieta po śmierci mamy zaprosiła tatę na niedzielną zupę grzybową, którą specjalnie przygotowywała według przepisu matki. Ojciec zawsze zachwycał się tą zupą i dziękował mamie. Gdy postawiła wazę na stole, ku jej zdumieniu ojciec z irytacją powiedział: „Całe życie męczyłem się i bałem się twojej matce powiedzieć, że nie znoszę tej zupy! ”.

Ale szczera rozmowa bywa trudna, bo wiele osób nie znosi uwag. Wszystko opiera się na obustronnym niezrozumieniu. Nadawcy wydaje się, że odbiera zachowanie odbiorcy obiektywnie, a odbiorcy, że jest obiektywnie oceniany. W istocie nasze oceny nie są obiektywne. Obiektywnie można mówić tylko o faktach np. „Termometr wskazuje plus 21 stopni”, ale już „W mieszkaniu jest ciepło” to subiektywne odczucie. Wracając do rozwodzących się dziadków, obiektywnie babcia mogła stwierdzić, że dziadek siorbie. Ale jeśli powiedziałaby, że siorbanie jest chamskie, wyraziłaby subiektywną ocenę. Problem w tym, że zabrzmiałoby to tak, jak obiektywny osąd. Co więcej, babcia zapewne przypisała sobie prawo do takiej obiektywnej oceny, więc tym bardziej chciała oszczędzić dziadka, a siebie nie narazić na odrzucenie. O dziwo – po 70 latach – w sądzie wypowiedziała właściwie sformułowane zdanie: „Nie mogłam już wytrzymać tego siorbania!”. Nie było w nim oceny ani potępienia. Dlatego dziadek dał jej do zrozumienia, że gdyby mu to powiedziała, przestałby siorbać. Nauka z tego taka, że wtedy, gdy świadomie, biorąc odpowiedzialność za swój subiektywizm, komunikujemy komuś nasze negatywne odczucia, minimalizujemy ryzyko odrzucenia. Warto też podkreślać, że mówimy o tym w trosce o nasze relacje, bo ta osoba jest nam bliska i powinna wiedzieć, co się z nami dzieje. Możemy wtedy usłyszeć np. „Zmienię to, aby zaoszczędzić ci przykrych uczuć” albo „Nie chcę tego zmienić, więc ty spróbuj zrobić coś, by zmienić swoją reakcję na moje zachowanie”. Gdy informujemy kogoś o naszych negatywnych odczuciach z nim związanych, dbajmy, by odnosiły się do tego, co on może zmienić. Unikajmy negacji np. wzrostu czy wady wymowy. Problem jest wtedy po naszej stronie.

W każdym razie są powody, aby żałować babci, która przez swoją bojaźliwość i dobre serce nie dość, że zmarnowała sobie życie, to jeszcze musiała porzucić Bogu ducha winnego dziadka.

A teraz: kompromis. Każą nam się go uczyć, gdy zaczynamy z kimś być. Ale czy zawsze jest możliwy? Na czym ma np. polegać kompromis, gdy on chce dziecko, a ona nie? Mieć pół dziecka? Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe – są niedożywione, pozbawione rumieńców i błysku w oku. Obie strony czują się w głębi duszy rozżalone, przegrane. Związek potrzebuje do życia daru pogodnego poświęcenia. Wtedy kwitnie i pulsuje energią. Jedna strona czuje się dobrowolnym dawcą, a druga – obdarowana czymś naprawdę cennym. Ale i ten, który dał, dostał coś cennego, bo kto szczerze daje, ma poczucie zysku. Następuje więc wymiana miłości i wdzięczności. To prawdziwy życiodajny nektar.

Sprawa dzieci jest wyjątkowo trudna i nie do rozstrzygnięcia na zasadzie kompromisu, należy tę kwestię rozpatrywać na zasadzie daru. Wchodzą tu bowiem w grę potężne instynktowe energie związane z systemem rodzinnym obojga potencjalnych rodziców. We wszelkich decyzjach dotyczących poczęcia dzieci najważniejszy i decydujący głos należy do kobiety. Kobieta nie może być zmuszana do rodzenia ani nie może być zmuszana do nierodzenia. Tu nie ma miejsca na kompromis. Kobieta, która nie jest zdecydowana, by stać się matką, czuje organiczną niechęć do bycia w ciąży, rodzenia, karmienia itd., nie powinna z miłości do pragnącego dziecka partnera tych odczuć lekceważyć. Może dać sobie czas na ewentualne dojrzewanie tej potrzeby lub na dowiedzenie się, co za tą jej niechęcią stoi. Np. czy ma może ona podłoże hormonalne, psychologiczne? Musi jednak wtedy liczyć się z tym, że jej partner odejdzie, dać mu prawo do szukania kobiety, z którą będzie mógł mieć dzieci. Podobnie w drugą stronę, jeśli mężczyzna nie chce lub nie może mieć dziecka, a kobieta bardzo tego pragnie, to jego obowiązkiem jest dać jej swobodę: „Rozumiem, że masz taką potrzebę, ja jednak nie chcę być ojcem, dlatego jestem gotowy odejść, byś mogła znaleźć partnera, z którym założysz rodzinę”. On też nie może być wbrew sobie zmuszany lub wrabiany w bycie ojcem. W grę wchodzi bowiem szczęście dziecka. To ono będzie ponosić konsekwencje tego, w jaki sposób, przez kogo i dlaczego zostało powołane do życia. Zarówno zgniły kompromis, jak i gorzkie poświęcenie któregoś z rodziców nie wróżą dziecku satysfakcjonującego życia.

Kolega został ojcem po tym, jak obiecał żonie, że zapłaci za powiększenie jej biustu. Tak też się stało. Lecz po kilku latach ta kobieta odeszła z innym, zostawiając córkę z ojcem. To ilustracja tego, o czym mówimy. Nie miała prawdziwej, organicznej motywacji do zostania matką. Lecz w końcu poszła na kompromis z potrzebami męża, lekceważąc to, co dla niej było ważne. Dlatego decyzja o powołaniu do życia nowego człowieka winna być oparta na silnej potrzebie i zgodzie obojga partnerów.

Czy więc kompromis jest dobry tylko tam, gdzie chodzi o kolor ścian w salonie? Bywa dobrym rozwiązaniem, ale i w takich mało ważnych sprawach lepsze dla związku jest pogodne poświęcenie. Jeśli usłyszymy od partnerki, że jej zależy na wspólnym spędzaniu wolnego czasu i zostanie to ciepło i jasno zakomunikowane, otworzy się droga do pogodnego poświęcenia, dobrowolnie darowanej zmiany planów: „Wiem, że planujesz kolejny wyjazd, więc chcę, żebyś wiedział, że ja ten czas chętnie spędziłabym z tobą. Bardzo mi jest przykro, że znów wybrałeś swoją pasję zamiast bycia razem. Wiedz też, że to budzi mój żal i rozgoryczenie. Dlatego bardzo bym chciała, żebyś zmienił tę decyzję”. Takie słowa dają przestrzeń i czas na to, by pomyśleć, co robić. Dla zachowania twarzy prosimy o czas na zastanowienie i zapewne nie dalej niż za godzinę mówimy: „Kochanie, rzeczywiście nie zauważyłem, że zbyt często mnie nie ma. Nie przyszło mi do głowy, że chciałabyś, byśmy pobyli razem – więc zostaję”. To nie kompromis, lecz dar dla partnerki i dla związku.

Dla autora „Mitów o miłości...”, o których ostatnio rozmawialiśmy, „związek to właśnie to, co dajemy sobie nawzajem w dobrej wierze”. I co przyjmujemy w dobrej wierze. Bo to też jest ważne, by partnerka, która mówi: „Zależy mi, żebyś został w domu…”, gdy usłyszy, że partner zostaje – przyjęła tę decyzję w dobrej wierze. Niestety, często bywa tak, że na: „Zostaję, kochanie”, odpowiada: „Już za późno! Nie potrzebuję twojej łaski!”.

A teraz temat tajemnic i kłamstw. Czasem robimy coś, co ukrywamy przed partnerem, choć niekoniecznie od razu jest to skok w bok. Nikt nie jest święty, ale co dalej? Czy powiedzieć, co się stało? Nie ma zasady ogólnej, ale gdy postanawiamy coś ważnego zachować tylko dla siebie w imię dobra i ochrony związku, to warto przetestować się na hipokryzję. Odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: „Czy na pewno nie mówię tego, by ochronić kochaną osobę i związek? Czy biorę to na swoje sumienie i załatwię sam ze sobą? Czy boję się to powiedzieć, bo tak naprawdę chronię siebie i swoją reputację w oczach partnerki?”. Niestety, najczęściej okazuje się, że powodem nieujawniania bolesnej dla drugiej strony nowiny jest chronienie siebie, a to nie wróży dobrze związkowi. Nikomu nie służy życie w poczuciu, że daliśmy ciała. Nie dość, że zrobiliśmy głupstwo, nadużyliśmy zasady lojalności, to na dodatek tchórzymy i musimy się pilnować, by się nie wydało. To szkodzi budowaniu dobrych relacji, bo też ukrywanie prawdy jest często wyrazem braku szacunku dla drugiej połowy. Często usprawiedliwiamy swoje tchórzostwo, dewaluując partnera: „Ona tego nie zrozumie, nie zniesie, jest za słaba, za delikatna, nie dość mądra” itp. Najczęściej jest tak, że najbardziej się opłaca wyłożyć karty na stół.

Ale czy to nie jest czasem wyraz dziecięcego zrzucania odpowiedzialności na drugą osobę: „Zrobiłem coś, czego nie powinienem zrobić, i zobacz, jak bardzo teraz cierpię”. Tak też bywa, nie dość, że sprawiliśmy ból drugiej stronie, to jeszcze domagamy się pocieszenia. To manipulacja. Jeśli czujemy się winni, weźmy to na klatę, wyrażając żal, skruchę i gotowość przyjęcia konsekwencji. Taka postawa może pomóc partnerowi w uporaniu się z tą trudną sytuacją, a w rezultacie bardzo zbliżyć oboje. Pod warunkiem jednak, że zachowane zostaną dobre intencje i pokora – czyli świadomość, że nikt nie jest bez grzechu, więc nie ma prawa rzucać kamieniem. Ważna jest też pewność, że nic nas nie spotyka bez powodu. Wtedy jesteśmy bliżej rozwiązania kryzysu i szansy na wzmocnienie i pogłębienie związku.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety nie chcą być liderkami? Pytamy Wojciecha Eichebergera

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Sheryl Sandberg, dyrektorka ds. operacyjnych Facebooka, pyta, co mamy powiedzieć córkom, żeby chciały nimi być? Podpowiada trzy strategie. Siadaj przy stole, nie na brzegu krzesła za plecami mężczyzn. Bądź w partnerskim związku i „nie odchodź, zanim nie dojdziesz”, czyli nie rezygnuj z ambicji, bo chcesz mieć dziecko. Proste, czemu więc tego nie robimy? – odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Dlaczego nie stajemy się podobne do naszych ojców i robimy to, co nasze matki, choć mamy prawo być ambitne, chcieć władzy i kasy”, pyta Susan Pinker w książce „Paradoks płci”. I odpowiada: ilość kobiet liderek nie wzrasta, bo kobiety nie chcą nimi być i mają do tego prawo.

Układ przyczyn, dla których kobiety nie pchają się na szczyt, jest złożony. Podstawowe w tej mozaice powodów wydaje się to, że emancypujące się kobiety startują w dyscyplinie wymyślonej i kontrolowanej przez mężczyzn. Są zmuszone działać w świecie, którego reguł nie współtworzyły, którego kultura i struktura od zarania nacechowane są męskim sposobem rozumienia świata. Dotyczy to nie tylko reguł rządzących biznesem, lecz także sacrum, gdzie mężczyźni okazują się twórcami i zarządcami wszystkich religijnych doktryn. Podobnie jest z historią napisaną przez mężczyzn, o mężczyznach, dla mężczyzn. Większość organizacji społecznych, politycznych, międzynarodowych ma strukturę wyrażającą męskiego ducha odgraniczenia, hierarchii, ekspansji, agresji, potęgi, konkurencji i wyłączności. W urbanistyce miast i przestrzeni publicznej dominują przejawy męskiej potrzeby porządku, kątów prostych, wyrazistych podziałów, przejrzystości, sztywności, kontroli i wysokości.

Bo męskie jest wysokie, twarde, szybkie, określone. Większość naszego świata ma zapach męskiej siłowni, pola bitwy albo gangsterskiego filmu: spaliny, przemoc, pot, krew, sperma i pieniądze. To nie jest świat kobiet. Kobiety instynktownie przeczuwają, że nie sposób grać na męskim boisku w męską grę i pozostać sobą.

Pinker pisze, że idąc za męskim rozumieniem sukcesu, kobieta traci swoją duchowość. Zaangażowanie w męski świat kobietę zmienia, czyni bardziej męską: podnosi poziom testosteronu, zaburza miesiączkowanie, zmienia styl zachowań seksualnych (gotowość na szybki seks bez zobowiązań), zmniejsza nasilenie potrzeb macierzyńskich i rodzinnych (łatwiej zostawić pod cudzą opieką czepiające się spodni – już nie spódnicy – dziecko). Przyznaje się do tego Sheryl Sandberg. Korporacyjna kobieta upodabnia się do mężczyzny: spodnie, marynarka, krawat, krótkie włosy, wąskie biodra. Na męskim boisku obowiązuje męskie ciało i męski kostium. Sukces też jest zdefiniowany po męsku: władza, znaczenie, bogactwo, dominacja. Gdyby kobiety tworzyły ten system, to byłby on inny. Psychologowie zaobserwowali istotne różnice między zachowaniem chłopców i dziewczynek podczas zabaw. Wybrano dzieci w wieku od półtora do dwóch i pół roku, aby wykluczyć wpływ wychowania, kultury, i okazało się, że bawiące się na plaży dziewczynki spontanicznie tworzą z piasku struktury poziome, otwarte, mozaikowe, amorficzne. Natomiast chłopcy starają się budować wzwyż, tworząc struktury sztywne, geometryczne, odgraniczone. Dziewczynki zwracały uwagę na przedmioty miękkie, kruche, lekkie i organiczne (tkaniny, sznurki, rośliny, muszelki), a chłopcy – na sztywne, twarde, ciężkie, ostre (patyki, kamienie, deseczki, metal). Tak więc wiele wskazuje na to, że wprawdzie obie płcie mają wspólny egzystencjalny fundament, ale są nastawione i uwrażliwione na różne aspekty tego świata i w odmienny sposób tworzą i wpływają na otoczenie. Te różne wrażliwości przejawiają się we wszystkim, co nas otacza, i we wszystkim, co nam się przydarza, pozostając w nieustannym procesie poszukiwania równowagi. Ich harmonijna współobecność decyduje nie tylko o architekturze przyrody, lecz także o jakości i przydatności dzieł ludzkich – zawiera się we wszystkich arcydziełach i cudach świata.

Dzisiaj kobieta nieukierunkowana na tzw. sukces uznawana jest za zakompleksioną, wymagającą pomocy. Aktywistki chciałyby obudzić jej ambicje, zdolności do walki i rywalizacji. Nie ma nic złego w tym, że kobieta jest zdolna do asertywności, walki i rywalizacji. To konieczny etap procesu wychodzenia z kompleksu ofiary. Niech na tym etapie dziewczynki, które w dążeniu do sukcesu, w przebojowości i zainteresowaniach upodabniają się do chłopców, będą wyróżniane i nagradzane. Każdy człowiek bez względu na płeć powinien te przydatne możliwości posiadać. Groźne jest pojmowanie emancypacji jako upodabniania się do mężczyzn, bo w ten sposób kobiety nieświadomie wzmacniają patriarchalny system. Jeśli ten proces zakończyłby się sukcesem, to zapanowałby femipatriarchat – męski system zarządzany przez zmaskulinizowane kobiety, a podtrzymywany przez sfeminizowanych mężczyzn. To, co się dzieje z kobietami, nie jest emancypacją, jest zakamuflowaną rekrutacją najemniczek do armii rządzonej przez mężczyzn, którzy nie mają zamiaru władzy oddać ani się nią dzielić. Kontrolują ten proces rekrutacji, podejmując propagandowe pseudoreformy, które mają sprawić wrażenie, że dopuszczają kobiety do rządzenia, lecz ich celem jest tylko zachęcenie najemniczek do ustawiania się w kolejkach do biur werbunkowych. Mężczyźni mają zdecydowaną większość we wszystkich gremiach ustawodawczych, politycznych, zarządczych, religijnych, finansowych. Oni rządzą światem.

Tam, gdzie są wielkie pieniądze, nie ma kobiet, bo co to jest trzy, dziesięć procent. Oglądałem wstrząsający amerykański film „Chciwość”. Pokazuje, jak funkcjonują instytucje finansowe i w jaki sposób doprowadzają same siebie i swoich klientów do upadku. Wśród głównych bohaterów jest tylko jedna kobieta, najemniczka, która chcąc grać na męskim boisku, musi grać najbardziej nikczemnie i stylizować się na tzw. zimną sukę. Służy wiernie, lecz płaci wielką cenę – na koniec dnia wymiksowana z podziału łupów zostaje kozłem ofiarnym rzuconym akcjonariuszom na pożarcie. Pouczająca historia.

Nowa fala feminizmu – jak się zdaje – zrodziła się z takich obserwacji. Dlatego proponuje kobietom rozwijanie ich prawdziwych potrzeb i przyrodzonego potencjału. Mądry feminizm nie polega już na tym, by upodabniać kobiety do mężczyzn i zajmować miejsce w ich świecie, lecz zachęca do budowania niezależnego, komplementarnego świata, który wymusi na patriarchacie poszukiwanie równowagi i doprowadzi do radykalnej zmiany. Aby do tego doprowadzić, niezbędny jest parytet 50 na 50, czyli wprowadzanie do gremiów rządzących równoważnej liczby kobiet – by miały realny wpływ na podejmowane decyzje. Gdy w tych gremiach będzie połowa kobiet, to szybko nastąpią zmiany w strukturze i kulturze organizacji tak dopasowujące to środowisko do potrzeb kobiet, że nie będą już musiały przeistaczać się w zimne suki, by w nim przetrwać. Mam nadzieję, że gdy to nastąpi, świat zacznie wracać do równowagi i harmonii.

Feministki domagają się parytetu. Złości je Pinker, która mówi, że kobiety z wyboru nie chcą iść w górę. Może dlatego, że kobiety raczej nie tworzą struktur pionowych i hierarchicznych, źle się w nich czują. Preferują struktury poziome, zawierające, a nie wykluczające. Ale wygląda na to, że na tym etapie przemian awangarda kobiet musi poświęcić swoją kobiecość, by przebić szklane bariery zewnętrzne i wewnętrzne i dokonać desantu na męskie gremia decyzyjne. Ta prawdziwie wallenrodowska misja może się udać tylko wtedy, gdy w tajemnicy ochronią w sobie jakiś podstawowy zestaw kobiecych cech i poczucie solidarności z resztą przedstawicielek swojej płci, którym torują drogę. Na razie ta sprawa nie wygląda najlepiej. Na przykład w sejmie kobiety grają w męskiej orkiestrze, nie potrafią się dogadać, solidarnie, ponad ugrupowaniami głosować za lub przeciw jakiejś ustawie. Bardziej się czują członkiniami męskich partii niż kobietami. Jakby nie wiedziały, że wszystkie partyjne ideologie – może poza tą zielonych – są emanacją męskiego oglądu świata.

Czyli dalsza prokobieca zmiana świata jest nierealna? Jest nadzieja, że kolejne pokolenie kobiet, czyli córki Wallenrodek, będzie potrafiło myśleć inaczej i pozwoli sobie na większą niezależność, będzie je stać na odwagę w artykułowaniu kobiecych potrzeb i kobiecego systemu wartości. Może kobiety będą już mogły realnie wpływać na to, co się dzieje na świecie. To ważne, bo mężczyźni są z natury antydemokratyczni, dążą do zwiększania kontroli, centralizacji władzy. Nie lubią konfederacji i dogadywania się ponad granicami. W głębi duszy są więc antyeuropejscy. Bo UE jest konceptem poziomym, kobiecym kręgiem, amorficzną strukturą wykreowaną przez dziewczynkę na plaży. To zostawia mężczyznom za mało okazji i przestrzeni na budowanie w górę, na falliczne pomniki ich władzy. Można powiedzieć, że kobiety – jeśli nie zostały wcześniej zdeprawowane przez męskie ideologie – są naturalnymi strażniczkami demokracji, która jest zagrożona przez męskie gry, wojny i ambicje.

To, co mówisz, jest w sprzeczności z tym, co zwykle piszemy, że mężczyźni tracą męskość przez wzrost niezależności kobiet. Samotne matki często psychicznie kastrują synów. Ale właśnie dlatego spora część tych synów przez resztę życia chce udowodnić sobie i światu, że są prawdziwymi mężczyznami. Wtedy ostentacyjnie wyrzekają się dziedzictwa matki. Kreują się na supersamców alfa i pną się – za wszelką cenę – do władzy. Są organicznie antykobiecy, bo doświadczenie z kastrującą matką sprawia, że boją się kobiet. Tak rodzą się domowi, rodzinni, mafijni, firmowi, partyjni i polityczni tyrani. Mężczyźni, którzy walcząc o swoją utraconą męskość, wyzbywają się serca, wrażliwości i sumienia, wykreowują groźną karykaturę męskości. Wśród rządzących światem było i jest wielu takich. Ale są też mężczyźni, którzy posłusznie spełniają życzenie kastrującej matki, nigdy nie dorastają i zostają z nią na zawsze – stając się jej utrapieniem i karą.

Na szczęście jest wielu mężczyzn, którzy nie należą do żadnej z tych kategorii. Oni rozumieją, cenią demokrację, są mądrymi liderami, potrafią współpracować z ludźmi obu płci, są zorientowani na wykonywanie zadań i osiąganie celów, a nie na eksponowanie męskiego ego, chcą i potrafią znaleźć czas na rodzinę i korzystać z życia. Aby ten gatunek wytrwał na pozycjach władzy i wpływu, musi ulec zmianie dominujący system wartości. Bo ci mężczyźni nie chcą i nie potrafią iść na moralne kompromisy po to, aby utrzymać władzę. Dochodząc do pewnego poziomu władzy, mężczyźni stają się więźniami systemu, który tworzą. W pogoni za władzą nie wahają się odrzucić lojalności, miłości, współczucia, honoru, sumienia, a nawet zwykłej przyzwoitości. To psychopatia – choroba duszy. Przez ostatnie dwa dziesięciolecia rozprzestrzenia się z ogromną szybkością. Od czasu „Pulp Fiction” chorzy na duszę stali się ikoną popkultury i wzorcem osobowym. Wynikające z wczesnych, wielokrotnych doświadczeń upokorzenia nadmierne ambicje tych ludzi są bombą zegarową, która może wysadzić świat.

Co więc nasz świat może uratować? Jedyna nadzieja w tym, że kobiety – po raz pierwszy w historii – tworzyć będą alternatywny świat, który zmusi świat męski do negocjacji i poszukiwania równowagi. Żeby to się stało, ich zbiorowa podświadomość musi przełamać niepojmowalnie głęboką i tragiczną traumę stosów czarownic. Wtedy dopiero przestaną się bać być różne od mężczyzn i w pełni rozwijać swój potencjał. Wschód nowego feminizmu wskazuje, że ten proces trwa i się nasila. Gdy wolne kobiety zaczną znacząco wpływać na kształt społecznej tkanki, inaczej wychowywać synów i córki, z innej pozycji – ani z wrogiej, ani z poddańczej – wchodzić w związki z mężczyznami i zajmować 50 proc. miejsc tam, gdzie podejmowane są ważne decyzje, to wtedy świat zacznie się zmieniać w dobrym kierunku.

Jak kobiety mają to zrobić?! Uruchamiając tysiące drobnych i większych akcji oraz działań. Tworząc stowarzyszenia, grupy, inicjatywy podejmowane w konkretnych życiowych sprawach. Z czasem pojawią się lokalne liderki wyłonione przez kobiety. A potem – jeśli liderki będą chciały – niech kobiety pomogą im trafić wyżej, niech je wspierają i na nie głosują. A one muszą się zdobyć na odruchy kobiecej solidarności i głosować na rzecz praw i wartości kobiet, a to znaczy wyzwolić się z męskiego myślenia ideologicznego i partyjnego. Może trzeba będzie na jakiś czas reaktywować pomysł stworzenia Partii Kobiet. Niech kobiety nabiorą odwagi tworzenia świata na kształt wielobarwnej, organicznej, przekształcającej się mozaiki, jak dziewczynki bawiące się na plaży. I już.  

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek,  współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie? Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi. To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba? To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów? Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej? Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną? Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich? Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym? Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.