1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Toksyczny szef. Czy wiesz, jak go rozpoznać?

Toksyczny szef. Czy wiesz, jak go rozpoznać?

Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Co to znaczy, że ktoś jest toksyczny? - Można mówić o toksycznym zachowaniu czy sposobie wypowiadania się, ale nie o człowieku. Jest to ważne rozróżnienie, bo toksyczne słowa i działania można zmienić – zauważa Benedykt Peczko.

Ja i toksyczny szef - jak układają się te relacje?
Co to znaczy, że ktoś jest toksyczny? Unikałbym oceniania szefów w taki sposób, w ogóle kogokolwiek. Można mówić o toksycznym sposobie zachowania, wypowiadania się. Nie osoba jest toksyczna, tylko to, co robi. To ważne rozróżnienie, ponieważ toksyczne słowa, zachowania i działania można zmienić. Dobrze jest zacząć od rozróżnienia, co toksycznego my sami wnosimy do relacji służbowych, a co wnosi szef.

Przenosimy ambiwalentne emocje i niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa do relacji służbowych. Szef przypomina ojca albo matkę, albo i ojca, i matkę.
Znam mężczyzn, którzy przychodzą do pracy i od razu mają problemy z szefem, niezależnie od tego, co on zrobi czy powie. Już sam kontakt z nim powoduje napięcie i wycofanie. Po raz kolejny zmieniają pracę, bo „głupek nie będzie mną rządził”. Gdy przyglądamy się temu bliżej, jasno widać, że te wyuczone reakcje dotyczą jakiejś osoby z przeszłości. Jeden z mężczyzn, menedżer wysokiego szczebla, reagował w ten sposób na szefową, zanim odkrył, że przenosi na nią emocje związane z nauczycielką ze szkoły podstawowej. Ta nauczycielka zarządzała klasą – 30 lat temu – poprzez strach i poniżanie uczniów. Teraz ten mężczyzna w obecności szefowej – która nie poniża i nie atakuje, a jedynie w sposób zdecydowany wygłasza opinie i oceny – traci dostęp do własnych kompetencji i umiejętności. Niejednokrotnie ma ochotę zabrać głos, podzielić się jakimś pomysłem, coś poprzeć czy skorygować, jednak nie może wydobyć z siebie głosu.

Szef nie chwali, nie docenia. Rodzice też nie chwalili…
Nie akceptowali nas takimi, jacy jesteśmy. Oczywiście, bardzo dobrze byłoby, gdyby szefowie doceniali nasze starania i dawali temu wyraz. Tak postępują liderzy. Jednak nie wszyscy znają zasady dobrego zarządzania ludźmi, zdrowego motywowania. Nie możemy oczekiwać, że szefowie będą skupiali się na potrzebach pozamerytorycznych pracowników.

Dlaczego nie?
Dlatego że nie mamy na to wpływu. Mamy wpływ na siebie. Jeśli więc szef pochwali, to wspaniale. Jeśli jednak nie doceni, to z tego powodu nie musimy przekreślać relacji z nim.

I walczyć.
Tak, wielu mężczyzn buduje swoją relację z szefem, walcząc z nim. To mocny wzorzec wyniesiony z domu albo z podwórka. Chłopiec musiał podkreślać swoją indywidualność właśnie w taki sposób. Być może rodzice narzucali ograniczenia, wpajali synowi „właściwe” style i wartości, wymuszali określony sposób ubierania się, jedzenia, życia. W dorosłym życiu mężczyzna napotyka autorytet i natychmiast spina się do walki.

Gdybyśmy wykluczyli te osobiste czynniki, po czym możemy poznać, że zachowania szefa są toksyczne?
Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Na przykład wybuchają wściekłością, gdy pracownik spóźnia się pięć minut albo gdy w bardzo dobrze przygotowanym raporcie znajdują kilka literówek. Odreagowują własny stres. Albo preferują styl zarządzania poprzez wytwarzanie traumy u pracowników. Mówią na przykład: „Ja nie mogę chwalić, bo im się w głowie poprzewraca, stracą motywację. Jak robią dobrze, powinni sami to wiedzieć. Jak zrobią źle, to natychmiast się o tym dowiedzą!”.

Toksyna widoczna gołym okiem.
Ci szefowie nie zdają sobie sprawy, że pracownicy odbierają taką sytuację jako permanentne niedocenianie ich pracy, eksploatowanie ich. Gdy jedyne komunikaty dotyczą tego, co zrobili źle, to ich przytłacza, przestają sobie ufać. Potrzebna jest zrównoważona informacja zwrotna, która obejmuje wszystko – to, co już jest dobrze robione, i to, co trzeba poprawić. Informacja zwrotna kojarzy się z krytyką. A krytyka jest rozumiana jako to, co robię nie tak. Słownikowo krytyka to ocena sytuacji czy działania, która zwraca uwagę zarówno na mocne, jak i na słabe strony. Gdy szef mówi: „Jestem bardzo krytyczny”, to powinno znaczyć „Jestem bardzo wspierający”. Wspieram to, co było dobrze zrobione, i bardzo uważam na to, co było niewłaściwe. Koryguję błędy, koncentrując się na mocnych stronach pracowników.

Toksyczne jest również komunikowanie się w sposób nieprecyzyjny, zbyt emocjonalny. Toksyczne bywają także – standardowe w korporacjach – okresowe oceny pracowników.

Ludzie boją się tych ocen jak ognia.
Odczuwają ogromny stres z ich powodu, ponieważ to są oceny dotyczące również osoby, a nie tylko umiejętności, które przecież można poprawić, rozwinąć. Jeden z moich klientów dowiedział się, że nie nadaje się do ludzi, do zespołu. Oczywiście, taka ocena natychmiast aktywuje starą traumę, na przykład ze szkoły, ponieważ cały system edukacji opiera się na ocenach. W domu dzieci także są oceniane – grzeczna, niegrzeczna, zdolny, niezdolny. Wiele takich ocen wsiąka w naszą podświadomość i żyje potem własnym życiem. Gdy spotykamy się z czymś podobnym w pracy, to dramat: znowu się nie sprawdzam, do niczego się nie nadaję, znowu to mnie przerasta. Zagrożona jest cała nasza tożsamość.

Toksyczne zachowania szefów wynikają też często z braku kompetencji, umiejętności, wiedzy.
Nierzadko próbują kompensować te braki krzykiem, brutalnością. Na przykład szef wchodzi do firmy, a wszyscy drętwieją, ponieważ wiedzą, że za chwilę będzie awantura. Bo zawsze jest. Jeśli wszystko jest w porządku, szef przyczepi się, że okno jest otwarte (bo przeciągi) albo zamknięte (bo duszno). Poprzez awantury podkreśla, że jest szefem, bo nie może tego potwierdzić w inny sposób. Zachowuje się toksycznie, gdyż nie radzi sobie z niskim poczuciem własnych kompetencji i prawdopodobnie z niskim poczuciem wartości.

Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że poszedł do szefa na rozmowę zatroskany, że jego dział niewłaściwie funkcjonuje, zrodził się chaos. A szef na to: „Bardzo dobrze, o to mi chodzi, pogrążajcie się bardziej, może wreszcie to was zmobilizuje”.
To obrazuje poziom bezradności tego szefa.

Co wtedy? Co robić?
Pójść do szefa z pomysłem na usprawnienie komunikacji. Kolejny krok to kontakt ze współpracownikami, działanie w zakresie swojego wpływu, wprowadzenie nowych procedur. Gdyby się okazało, że zawodzą wszystkie sposoby, a zachowanie szefa narusza nasze poczucie szacunku do siebie, a nawet zakrawa na mobbing, czas rozważyć inne sposoby, które byłyby wyrazem troski o siebie. Może przeniesienie na inne stanowisko. A może zmiana pracy. Miałem ostatnio klienta, który skarżył się na senior managera, człowieka agresywnego i wulgarnego. Menedżerowie wystosowali pismo do właściciela zagranicznego tej firmy z prośbą o jego odwołanie. A ten odpisał: „Słuchajcie, musicie się dogadać, bo on jest ważną osobą, zna ludzi, musimy się z nim liczyć, zaciśnijcie zęby i wytrzymajcie to jakoś”. Mój klient był na granicy: odejść czy zostać. Gdyby odszedł, dostałby roczną odprawę. Zdecydował jednak, że zostanie i zadba o siebie.

W jaki sposób?
Pracowaliśmy nad tym, aby nauczył się dystansować, a więc dbać o odpowiednią postawę ciała, głębszy oddech, dążyć do większego poczucia pewności siebie, rozluźnienia, kreatywności. Ważna okazała się także świadomość, że ten szef nie jest w stanie postępować inaczej, ponieważ ma głębokie problemy, jest uzależniony od narkotyków. Tacy ludzie nie radzą sobie z wysokim poziomem lęku, który rozładowują w kontakcie z innymi.

Szef niechętnie rozmawia, niechętnie się kontaktuje.
Jak kapitan, który nie schodzi ze swojego mostka, a co najwyżej rozmawia z nawigatorem, z pierwszym oficerem, z drugim. Z pozostałymi niechętnie. Dobrzy kapitanowie, którzy widzą kryzys w załodze, schodzą z mostka, rozmawiają z ludźmi. Bez tego Kolumb nie dopłynąłby do Ameryki. Tamta załoga miała okresy bezwietrzne, statki dryfowały, nie posuwały się naprzód, nie było widać lądu. Kolumb schodził do załogi, rozmawiał, sprawdzał, co dzieje się z ludźmi. Brak komunikacji też może być toksycznością.

Jak w takiej sytuacji sobie radzić?
Nie narzucać się, nie dążyć do kontaktu za wszelką cenę, bo wtedy efekt może być odwrotny od zamierzonego. Jest jeszcze głębszy poziom toksyczności. Mówiliśmy, że pracownicy przenoszą wzorce relacji ze swoich domów rodzinnych. Może się zdarzyć tak, że szefowie również to robią. Niektórzy pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których była przemoc, alkohol, nieobecność któregoś z rodziców. Jako dzieci wyrastali w klimacie deficytu emocjonalnego. Zdrowe więzi nie mogły się w pełni rozwinąć. Teraz w pracy funkcjonują w oparciu o procedury, sztywne reguły, technologie. Działają jak roboty, jak maszyny – trudno spotkać się z nimi jak z ludźmi, co także może być odbierane jako toksyczne.

Świadomość, z czego wynikają toksyczne zachowania, wiele zmienia, jednak nie rozwiązuje problemów.
Dlatego należy zadać sobie pytania: co sam mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej? Co może mi pomóc? Kogo mogę poprosić o wsparcie? Trzeba koniecznie zadbać o siebie.

Benedykt Peczko psycholog, psychoterapeuta, trener. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W te Święta zadbaj o relacje z samym sobą. Porady psychologa i ćwiczenia

Relacja z samym sobą jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. (fot. iStock)
Relacja z samym sobą jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. (fot. iStock)
W Święta zwykle myślimy o innych, często swoim kosztem. Czy nie można tego pogodzić? Obiecujemy sobie, że wreszcie pochylimy się nad ważnymi dla nas sprawami, odpoczniemy, poświęcimy trochę czasu dla siebie… W tym roku, ze względu na okoliczności, mamy na to szansę, większą niż do tej pory. Tym bardziej, że wiele osób spędzi te Święta tylko w swoim towarzystwie. Co zrobić, żeby było nam dobrze z samym sobą? – tłumaczy Katarzyna Szostak, psycholożka z Centrum Psychoterapii Help.

Święta to czas miłości, też miłości własnej, która zwykle „ginęła” w zadowalaniu wszystkich dookoła... Na czym ta miłość do siebie powinna polegać? Po czym, tak naprawdę, możemy poznać, że rzeczywiście kochamy siebie? Łatwiej nam przecież okazywać uczucia innym. Dbanie o relacje z innymi to bardzo ważna kwestia i jeśli już jesteśmy uczeni dbania o relacje, to właśnie o te. Niestety, w mało którym domu czy szkole zwraca się uwagę na budowanie i pogłębianie relacji z samym sobą. A to właśnie ta relacja jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. W końcu w swoim towarzystwie spędzamy każdy dzień naszego życia. Niestety, częściej jesteśmy uczeni ignorowania swoich potrzeb i emocji niż rozpoznawania ich i zaspokajania, poświęcania się dla innych i krytykowania siebie niż samowspółczucia i opiekowania się sobą. A tutaj działa dokładnie taka sama zasada, jak w przypadku maski tlenowej w samolocie - najpierw zakładamy sobie, potem pomagamy dziecku czy innym. Jeśli nie zadbamy o siebie - zabraknie nam sił, zdrowia i energii do tego, aby zająć się czymkolwiek i/lub kimkolwiek innym.

Miłość do siebie to bycie w kontakcie ze swoimi emocjami i potrzebami, słuchanie ich i zajmowanie się nimi. To podchodzenie do siebie z życzliwością, serdecznością i empatią, umiejętność zaopiekowania się sobą - pocieszania, uspokajania, kojenia, chronienia, ale i stawiania sobie granic czy motywowania siebie.
Miłość do siebie nie polega na zbytnim rozpieszczaniu siebie czy pobłażaniu sobie, ale na wybaczaniu sobie błędów, akceptowaniu swoich niedoskonałości i respektowaniu swoich możliwości i ograniczeń. Taka osoba potrafi w zdrowy sposób zadbać o realizowanie własnych potrzeb - reaguje adekwatnie do sytuacji, jest asertywna, szanuje granice innych, stawia sobie realne, osiągalne cele. Ktoś, kto kocha siebie, jest dla siebie wyrozumiały, ufa sobie i ma oparcie w sobie, traktuje siebie z szacunkiem, podmiotowo, jak najlepszego przyjaciela, ale i bierze odpowiedzialność za siebie, swoje emocje i działania.

Wiele osób, też młodych, spędzi ten świąteczny czas tylko w swoim towarzystwie. Jak mogą zadbać o relacje z samym sobą? Jak budować i pogłębiać taką relację? Zacznijmy od początku, czyli od wchodzenia w kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, myślami i emocjami. Pomocne będą bardzo popularne obecnie treningi uważności (mindfulness), medytacja czy treningi akceptacji i zaangażowania (ACT). Na czym one polegają? Przede wszystkim na uważnym byciu „tu i teraz” - byciu w danym momencie z emocjami i myślami, bez osądzania ich i reagowania na nie.

Istnieje całe mnóstwo aplikacji oraz filmów i podcastów w internecie, które pomogą doskonalić tę trudną sztukę. Możesz też skorzystać z prostych ćwiczeń (umieszczonych na końcu artykułu).

Co z naszym psychicznym komfortem w okresie Święta – Nowy Rok? Dużo mówi się o lęku, smutku, samotności… Tymczasem, gdy pojawiają się różne obostrzenia, wielu osobom trudno poradzić sobie emocjonalnie z sytuacją „ograniczenia” (nawet jeśli jest racjonalnie uzasadniona). Widzę, że w takich sytuacjach nawet ostrożni, przezorni ludzie odczuwają często wewnętrzny sprzeciw. Sprzeciw przeciwko ograniczeniom, które trwają tak długo i które często zmuszają nas do zmiany utartych schematów i tradycji jest zupełnie naturalny. Ale cóż możemy z tym zrobić? Możemy się frustrować i skupiać na tym co tracimy, czego nie możemy mieć, co byśmy robili i gdzie byśmy byli, gdyby sytuacja była inna. Możemy, tylko po co to sobie robić? Możemy też skupić się na tym, co jest możliwe i co zyskujemy dzięki tej sytuacji.

Święta to bardzo stresujący okres w roku. Najpierw latamy z szałem w oczach, aby kupić prezenty dla bliższych i dalszych członków rodziny, sprzątamy i gotujemy po nocach, mimo iż w pracy zamknięcie roku często wiąże się z nieco większym nakładem sił, prowadzimy burzliwe dyskusje u kogo spędzamy Wigilię i skomplikowane plany logistyczne odwiedzenia wszystkich, których powinniśmy. Wydajemy mnóstwo pieniędzy, wkładamy ogrom pracy i wysiłku, aby spędzić czas w sposób, który często nie do końca nas satysfakcjonuje i który jest źródłem sporego napięcia - zbyt mało ruchu, zbyt dużo jedzenia, z wujkiem, który nie przestaje mówić o polityce lub teściową, która rzuca kąśliwymi uwagami… Nigdy nie zdarzyło ci się pomyśleć „jak cudownie byłoby wyjechać i uciec od tego wszystkiego”? Jak wtedy spędziłabyś ten czas? Co byś robiła?

Co prawda wyjazd nie do końca jest możliwy, ale już nie uleganie świątecznej gorączce i zadbanie o to, aby okres świąteczno-noworoczny był dobrze spędzonym czasem wolnym - jak najbardziej. Spróbuj docenić to, co możesz odpuścić - choć raz nie muszę wysprzątać mieszkania na błysk, nie muszę przytaszczyć połowy sklepu do domu i spędzić dwóch dni w kuchni. Spróbuj wykorzystać ten czas w sposób, który będzie z korzyścią dla ciebie i twoich bliski - spokojnie, uważnie, na byciu, nie zaś na realizowaniu zadań czy spełnianiu oczekiwań. Zamień „muszę”, „powinnam” na „mogę”, „chcę”, „pragnę”.

Co dobrego możemy zrobić dla siebie? Nie myślę tu rzecz jasna o osobach, które już mają odłożone książki czy filmy i tylko z utęsknieniem czekają na wolne dni… Takie „spokojne Święta”, jak w tym roku, to rzadkość. Jak mądrze wykorzystać ten czas? Jak o siebie zadbać? Wydaje się, że mądrze oznacza w zgodzie ze sobą i swoimi potrzebami - tak, jak podpowiada mi ciało i dusza. Jeśli miniony rok (albo i nie jeden) był dla ciebie bardzo intensywny, pracowity - może warto postawić na sen, odpoczynek i relaks? Nie stawiać żadnych zadań przed sobą na ten czas? Jeśli natomiast masz poczucie, że w ostatnim czasie zaniedbałeś relacje z bliskimi - może warto postawić właśnie na dbanie o nie?

W rozpoznaniu swoich potrzeb bywa pomocne pytanie o cud: wyobraź sobie, że dzień się kończy, kładziesz się do łóżka, a kiedy smacznie śpisz, przydarza się cud - wszystkie twoje trudności znikają, sprawy przyjmują pozytywny obrót, twoje potrzeby zostają zaspokojone. Wyobraź sobie, że wstajesz rano, nie wiesz przecież o cudzie, po czym poznasz, że się wydarzył? Co w tobie i wokół ciebie podpowie ci, że miał miejsce? Co się zmieniło, że teraz możesz się poczuć dobrze? Co zniknęło, a co się pojawiło? Spisz wszystko na kartce.

Postaraj się ułożyć te punkty od najłatwiejszego do najtrudniejszego do wykonania i zadbać o to, aby mogły się zadziać. Część z nich pewnie możesz wykonać od razu, inne będą wymagały czasu.

Innym ćwiczeniem może być odniesienie do bardzo obrazowej metafory Miłosza Brzezińskiego, która mówi o trzech ogrodach życia: praca, dom i rodzina oraz ja, moje hobby i zdrowie. Kiedy pielęgnujemy jeden z ogrodów, pozostałe dwa usychają i zarastają chwastami. Spróbuj wyobrazić sobie, jak te ogrody wyglądają u ciebie. Czy wszystkie są piękne i zielone, czy możesz się cieszyć każdym z nich? Czy może biegasz od jednego do drugiego, starając się zapobiec pożarowi w którymś z nich? A może tylko jeden jest piękny i okazały, a pozostałe stoją w ruinie? Który z twoich ogrodów wymaga opieki? W jaki sposób możesz o niego zadbać w trakcie Świąt?

Możesz też sobie zadać pytanie - o co mogę zadbać, aby w 2021 r. móc się cieszyć trzema pięknymi ogrodami? Jak rozkładać pracę w każdym z nich, aby móc chodzić pomiędzy nimi spokojnie, bez pośpiechu?

Ćwiczenia na budowanie i pogłębianie relacji z samym sobą

Ćwiczenie 1.

Możesz je wykonywać etapami - gdy dojdziesz do wprawy, dołóż kolejne etapy lub przejdź do kolejnego kroku.

Połóż się lub usiądź wygodnie. Zacznij od skupiania uwagi na swoim oddechu, oddychaj głęboko, powoli, równomiernie. Za każdym razem, gdy coś cię rozproszy - ponownie kieruj uwagę na oddech.

W kolejnym kroku spróbuj przeskanować swoje ciało. Skupiaj uwagę po kolei na każdej części ciała. Sprawdź, jakie doznania z niej płyną, jakie odczucia pojawiają się na skórze, poczuj, czy to miejsce jest spięte czy rozluźnione, poczuj jego ciężar lub lekkość.

Na kolejnym etapie staraj się obserwować swoje myśli, pozwól im spokojnie przebiegać przez głowę, obserwuj je, ale nie reaguj na nie. Przyglądaj im się jak chmurom płynącym po niebie.

Fot. iStock Fot. iStock

Ćwiczenie 2.

Kup zeszyt i zacznij prowadzić dzienniczek samoobserwacji.

Każdą kartkę podziela na 4 kolumny:

1. Sytuacja (kto? co? kiedy? gdzie?). 2. Myśli (co do siebie powiedziałeś? jakie myśli, obrazy wspomnienia przyszły ci do głowy?) 3. Emocje (na okładce zeszytu możesz wydrukować listę emocji i sprawdzać, która najlepiej pasuje, możesz zapisywać jej nasilenie na skali 1-10). 4. Reakcja (jak zareagowało twoje ciało? co wtedy zrobiłeś?).

Postaraj się zapisywać w nim jak najwięcej wydarzeń, szczególnie tych, które wydają ci się ważne, czy które wzbudziły silne emocje i rób to tak szybko, jak możliwe. Wieczorem postaraj się jeszcze raz pochylić na notatkami i poszukać analogii oraz ciągów przyczynowo-skutkowych. Czy w podobnych sytuacjach pojawiają się podobne myśli? Czy są to słowa, jakie powiedziałbyś swojej bliskiej osobie w takiej sytuacji? Jakimi emocjami wtedy reagujesz? Jak odpowiada na to twoje ciało? Czy jest coś, co chciałbyś zmienić?

Kiedy już mamy nieco lepszy ogląd, w jaki sposób i jakim językiem do siebie mówimy (najczęściej bardzo krytycznym, karcącym, oceniającym) oraz jakie emocje (często lęk, smutek, wstyd, poczucie winy, złość, bezsilność) i reakcje ciała to wywołuje (np. ściskanie żołądka lub gardła, trudność ze wstaniem z łóżka, wycofanie, ucieczka, płacz, etc.), możemy podjąć kroki w kierunku poprawy sytuacji.

Ćwiczenie 3.

Staraj się obserwować tego okrutnego wewnętrznego krytyka czy niezwykle wymagający głos i nie rozwijać go, nie nakręcać się w nim, a wchodzić z nim w polemikę, podważać, kwestionować, buntować się przeciwko niemu. Powiedź sobie, np.: „Przestań już! Każdy czasem jest zmęczony i mu się nie chce!”, „No trudno, będzie tak nieidealnie i świat się przecież nie zawali”, etc. A następnie postaraj się zmieniać ten nieprzychylny głos w bardziej łagodny i serdeczny. Co byś w tej sytuacji powiedziała swojej przyjaciółce? Jak byś ją wsparła, pocieszyła, uspokoiła albo zmotywowała? I w taki życzliwy, wyrozumiały sposób zwróć się do siebie.

Możesz też siebie zapytać, czego byś teraz potrzebowała, aby poczuć się lepiej. Co przyniesie mi komfort fizyczny? Co musiałoby się zadziać, abym poczuła się inaczej? I spróbuj zadbać, aby to sobie dać.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Psychologia

Samoakceptacja. Nieważne, co inni o tobie myślą - ważne, co ty myślisz o sobie

Samoakceptacja to postawa pogodzenia się z życiem i ze sobą: znamy siebie, wiemy, na co nas stać, a na co nie. To wielka ulga, bo najwięcej energii tracimy na udawanie kogoś innego, lepszego. (Fot. iStock)
Samoakceptacja to postawa pogodzenia się z życiem i ze sobą: znamy siebie, wiemy, na co nas stać, a na co nie. To wielka ulga, bo najwięcej energii tracimy na udawanie kogoś innego, lepszego. (Fot. iStock)
Kochać można się nauczyć. To podstawowy zasób, jaki mamy. Najlepsze, co możemy sobie dać, to miłość do siebie. Tylko co to naprawdę znaczy – wyjaśnia duńska terapeutka Anette Kannegaard.

Jest sformułowanie, które mnie niezmiernie irytuje: kochaj siebie. Ma to być lek na całe zło. Tylko co to właściwie znaczy? Można się nakłonić do miłości? To tak, jakby ktoś powiedział: „pokochaj tamtego blondyna...”.
Gdy tak na to spojrzymy, oczywiście, nie można. Ale przecież nie o taką miłość chodzi. Jednak ma pani rację, nadużywamy tego określenia. A mało kto zadaje sobie trud wytłumaczenia, o co chodzi. Co nie zmienia faktu, że pracując nad sobą, dążymy właśnie do tego, by siebie pokochać.

Nie o taką miłość chodzi, czyli o jaką?
Nie o romantyczne porywy, namiętność, uwielbienie. Ta mieszanka zarezerwowana jest dla partnera. Dlatego osobiście wolę zamiast „miłość” używać słowa „samoakceptacja”. Jest zdecydowanie bliższe temu, o co chodzi, i nie budzi takiego oporu. Poza tym samoakceptację można w sobie wypracować.

W jaki sposób?
Trzeba przede wszystkim uświadomić sobie, czym owa samoakceptacja jest. To życzliwa uważność, przyjmowanie siebie takim, jakim jestem. Mam takie, a nie inne talenty, lubię to, a nie znoszę czegoś innego, nie potrafię tego czy tamtego, reaguję tak, a nie inaczej. Podstawowym ćwiczeniem budującym samoakceptację jest obserwacja siebie, wykształcenie w sobie postawy świadka, który widzi, jak jest, jak reaguję, co czuję w danej chwili, bez oceniania. Tak rozumiana miłość do siebie jest największym zasobem, jaki mamy.

Miłość kojarzy mi się z dodatnią temperaturą, nie z chłodnym oglądem.
To właśnie sedno nieporozumienia. Ludzie często mówią mi: „Staram się pokochać swoje wady”. Co to znaczy? Uwielbiać to, że ciągle się spóźniam? To mogę jedynie zaakceptować, wraz z faktem, że chwilowo nie umiem lub nie chcę tego zmienić. Samoakceptacja to postawa pogodzenia się z życiem i ze sobą: znamy siebie, wiemy, na co nas stać, a na co nie. To wielka ulga! Najwięcej energii tracimy na udawanie kogoś innego, lepszego. Robimy to wszystko właśnie dlatego, że siebie nie akceptujemy. Mamy oczekiwania, jacy powinniśmy być, i próbujemy im sprostać. To nas usztywnia, boimy się, że inni nas odrzucą, gdy zobaczą naszą prawdziwą twarz. Samoakceptacja pozwala przestać się tym zajmować i zacząć wreszcie żyć. Sama przez to przeszłam. Kiedyś byłam wobec siebie bardzo surowa, wymagająca. Dunki w ogóle tak mają. Wychowują nas na perfekcjonistki. Staramy się być zawsze uprzejme, opanowane, nie okazujemy uczuć, radzimy sobie, nikogo sobą nie absorbujemy. Bardzo wysoko postawiona poprzeczka. Stąd moim zdaniem tyle przypadków depresji. W Danii to dziś prawdziwa epidemia. Większość moich klientów to ludzie z depresją.

Czy depresja bierze się z tego, że nie możemy sprostać wymaganiom?
Często bierze się z braku miłości do siebie, z narzucania sobie wyśrubowanych norm i wypierania, duszenia w sobie uczuć, szczególnie złości. Sama pracuję z tym wzorem już wiele lat, ale dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że chyba wreszcie mi się udało. Łapię się na tym, że np. siedzę w samochodzie i czuję się ABSOLUTNIE szczęśliwa. Choć nic się nie dzieje. Doświadczam pogodzenia ze sobą. To daje poczucie wielkiej wolności. Nic nie muszę, mogę robić, co tylko zapragnę. Bo cokolwiek się wydarzy, mam siebie. Cieszę się, bo takie chwile świadomości zdarzają mi się coraz częściej. Są bardzo karmiące.

Ile zajęła pani praca nad tym?
Wiele lat. Musiałam kompletnie zmienić swoje myślenie, wzorce zachowań. Ale wierzę, że każdy może to osiągnąć. Proponuję zacząć od prostego ćwiczenia: raz dziennie proszę zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytania: „Co teraz czuję? Co się ze mną dzieje?”. I po prostu stwierdzić fakt: „Jadę właśnie do pracy i jestem zadowolona. OK”. Albo: „Jestem teraz smutna. OK. Jestem zirytowana i podenerwowana. OK”.

Dobrze?
Niedobrze? Widzę, że w Polsce również, nie tylko w Danii, niektóre uczucia są trudne do zaakceptowania. Powiedzmy, że czuje się pani smutna. Zauważa to pani. Jaka jest pani pierwsza reakcja?

Niepokój. Dlaczego mi smutno? Czy coś ze mną nie tak?
Idealny przykład braku samoakceptacji. Smutek jest naturalną częścią życia. Zdarza się tak samo jak pochmurny dzień. Pani się go boi, więc pewnie go pani chowa, udaje zadowoloną, żeby nikt się nie domyślił, że pani jest smutna. Ale on nie znika. Nie można bezkarnie nie akceptować własnych uczuć, bo wówczas zatrzymujemy je w ciele. Dlatego praca nad samoakceptacją zwykle polega też na stopniowym uwalnianiu nagromadzonych uczuć. Kiedy ludzie zaczynają to robić, na przykład podczas sesji terapeutycznej, są zdumieni, ile tego w nich tkwi. Całe pokłady smutku, odrzucenia, złości, pogardy, zazdrości... Ciało przypomina naszą kronikę wypadków miłosnych. Wszystko jest w nim zapisane.

Gdy zaczynałam pracę ze sobą, myślałam: „O jakie uczucia w ciele chodzi? Przecież nic nie czuję...”.
To typowe. Wiele osób żyje w stanie permanentnego zblokowania. Nic nie czują. To jest mechanizm obronny, wieloletnia ochrona przed bólem. Niedawno na warsztacie pewien mężczyzna zaczął płakać i nie mógł przestać. A potem powiedział: „Tak okropnie się czuję, czy to kara za to, że pracuję ze sobą? Myślałem, że jak tu przyjdę, poczuję się lepiej. Przecież przedtem nie było mi tak smutno, dawałem sobie radę”.

To, co mu się przytrafiło, jest normalne. Gdy się „zamrażamy”, nie docierają do nas bodźce z ciała ani uczucia. Spływa po nas. Łatwiej wtedy pozornie się żyje, bo nie ma tak wiele bólu, choć nie ma też radości. Umiera nam ktoś bliski, a my zaledwie kilka łez uronimy. Jesteśmy jak skała. Tylko potem nagle padamy na zawał. Gdy zaczynamy z tym pracować, powoli odkopujemy te uczucia. I czasem te wybuchy po latach bywają spektakularne. Ale przecież to, co z nas wychodzi, jest nasze własne. To nie kara za pracę nad sobą, tylko konsekwencja tych wszystkich lat zaniedbań. Zaczynamy czuć, co naprawdę się w nas dzieje. To trudny moment, warto mieć kogoś, kto nas w tym wesprze, bo wiele osób na tym etapie się zniechęca. Gdy już pozbędziemy się złogów emocjonalnych, pojawia się w nas przestrzeń na miłość, radość, szczęście. Dlatego uczyć się kochać w ogóle i kochać siebie w szczególności to znaczy świadomie budzić siebie i swoje ciało do czucia. Można to zrobić na wiele sposobów. Tańczyć, chodzić na masaże, ćwiczyć jogę, pracować z oddechem, z głosem...

Gdy myślę o bezwarunkowej akceptacji, przychodzi mi na myśl matka. Taka, której można wszystko opowiedzieć, a ona nie oceni, tylko wysłucha, przytuli.
Dokładnie taką „matką” mamy się stać dla siebie.

Skąd wtedy brać impuls do zmiany? Boję się, że w takich akceptujących objęciach zalegnę i będę trwać w biernej akceptacji na przykład tego, że mi się nic nie chce.
Po pierwsze, samoakceptacja nie jest samouwielbieniem. To częsty błąd. Po drugie, to umysł podpowiada nam taki czarny scenariusz. Jeśli pozwolę sobie być taka, jaka jestem, do niczego nie będę się zmuszała, to niczego nie osiągnę. Przeszłam przez to, więc wiem, że to nieprawda. Kiedy czujemy się bezgranicznie akceptowani, naturalnie zaczynamy chcieć ruszać do przodu. Mamy inną motywację: pragniemy robić to, co sprawia nam radość, chce nam się żyć.

Co może oznaczać, że mniej osiągniemy.
W stanie akceptacji zwykle odkrywamy, jak wiele rzeczy robimy niepotrzebnie. Nadużywamy się, by coś komuś albo sobie udowodnić, by się przypodobać. Nie robimy tego z miłością, tylko z przymusu. Więc jeśli te rzeczy znikną z naszego życia, nie ma czego żałować. I tak nam nie służyły. Karmiły jedynie nasze ego. Nie warto się bać takiej sytuacji, bo ona często otwiera przed nami zasoby, talenty, których nawet nie byliśmy świadomi. Samoakceptacja daje nam dostęp do naszej energii twórczej, kreatywności. Otwiera drogę do tego, by zmienić podejście do pracy jako działania, które możemy dać światu, a nie harówki, w której zużywamy wszystkie siły w walce o przetrwanie. Taki poziom świadomości osiąga wciąż niewiele osób – całe szczęście coraz więcej. To wybór, który polega na tym, że decydujemy się akceptować siebie. Przestajemy chcieć być kimś innym. Wtedy otwiera się przed nami bogactwo tego, kim naprawdę jesteśmy. Kiedy ta świadomość zacznie do nas docierać, dzieje się cud: piękniejemy, stajemy na własnych nogach, zaczynamy się uśmiechać, czuć, że żyjemy.

Energia, która pcha nas do działania, to energia dobrego taty. Psychologia mówi, że to ojciec zachęca dziecko do odkrywania świata, pomaga przekraczać strach. Mój przyjaciel opowiadał mi, jak uczył swoje dzieci chodzić po krawędzi wanny. Był blisko, zachęcał, ale nie pomagał. Szły same, choć się bały. Jego dzieci są dziś otwarte, nie cofają się przed trudnościami.
Taka jest właśnie druga twarz miłości do siebie. A więc można powiedzieć, że powinniśmy się stać dla siebie akceptującą matką i jednocześnie uważnym, zachęcającym do działania ojcem.

Niezłe wyzwanie, szczególnie jeśli się nie miało właściwych wzorców...
Można zacząć od czegoś absolutnie podstawowego. Zacząć o siebie dbać, karmić się. W sensie dosłownym – zdrowego jedzenia – i bardziej symbolicznym. Pomyślmy o sobie jak o własnym dziecku: „Czego mi teraz trzeba? Jak mogę się zająć sobą? Może jestem głodna albo zmęczona? Co teraz czuję? Co mi sprawia przyjemność?”. I zacząć sobie to dawać. To w sumie proste. Ale nie zawsze łatwe. Ja na przykład musiałam się uczyć tego, że moje ciało potrzebuje odpoczynku. Zawsze gdzieś mnie gnało, nadużywałam się. Na przykład jestem kilka dni w Warszawie, chciałoby się pozwiedzać, spotkać ze wszystkimi znajomymi. Ale jestem po całym dniu sesji, jeszcze mamy wywiad. Czuję się zmęczona. I stoję przed wyborem: czy wyjść, czy po prostu wziąć kąpiel i iść spać. Coraz częściej daję sobie prawo, żeby nigdzie nie chodzić.

Ale coś w ten sposób pani traci.
To iluzja. Nie sposób być wszędzie, robić wszystkiego naraz. Sztuką jest takie skontaktowanie się ze sobą, by wiedzieć, co jest najlepsze dla nas w danym momencie. I zaakceptowanie tego. Wówczas nie żałujemy tego, co nam niby przeszło koło nosa. Bo jesteśmy w zgodzie ze sobą. Kiedy przyjrzymy się szczerze własnym motywacjom, może się okazać, że biegamy jak oszalałe po mieście, bo znowu jakiejś części siebie nie akceptujemy. Na przykład takiej, która nie jest na bieżąco ze światem kultury, w centrum wydarzeń... Miłość do siebie to też kwestia szacunku. Jeśli czuję, że moje ciało jest zmęczone, nie będę się zmuszała do dalszego wysiłku, chyba że jest to absolutnie niezbędne. Wynikiem samoakceptacji jest właściwie rozumiana asertywność. Kocham siebie, więc słucham swoich potrzeb i je spełniam.

Czy to oznacza, że mamy zawsze stawiać siebie ponad innych? Na przykład ktoś prosi mnie o pomoc, a ja mu mówię, że nie, bo jestem zmęczona. To oznaka miłości do siebie czy egoizmu?
Ważne, że w ogóle pytam siebie, czy chcę tej osobie pomóc. Czy mam czas, jakie będą tego koszty dla mnie. Wiele osób tego nie robi. Bo trzeba pomagać innym, jak nie pomożesz, będziesz egoistą albo ta osoba się obrazi. Takie „głosy” słyszymy. Nie twierdzę, że są nieważne. Jednak zachęcam, by do nich dodać te, które mówią o naszych potrzebach: „Jestem zmęczona, jeśli teraz to zrobię, nie zdążę ze swoją pracą itp.”. Dopiero wtedy możemy podjąć świadomą decyzję, co chcemy zrobić. Bez poczucia, że się wiecznie do czegoś zmuszamy. Bo taki stan drenuje nas z energii. Objawem miłości do siebie jest branie siebie pod uwagę na równi z innymi, a nie pobłażanie sobie czy stawianie się zawsze na pierwszym miejscu. Wtedy czujemy się dobrze, bo wiemy, że jest ktoś, kto dba o nasze potrzeby – my jesteśmy tą osobą. Miłość do siebie to w praktyce umiejętność powiedzenia sobie: „Nieważne, co inni o mnie myślą. Ważne, co ja myślę o sobie. To i tak tylko myśl”.

Anette Kanegaard, duńska terapeutka. Mieszka i pracuje niedaleko Kopenhagi. Jest instruktorką jogi kundalini, uczy medytacji, wizualizacji, channelingu. Od wielu lat prowadzi warsztaty rozwojowe, m.in. uczące, jak podążać ścieżką serca, łączyć się ze źródłem miłości w sobie. Kilkakrotnie była w Polsce. W wolnym czasie maluje i chodzi na długie spacery.

  1. Psychologia

Jak mądrze krytykować? Informacja zwrotna zamiast krytyki

- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
Czy krytyka w pracy jest w ogóle potrzebna? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Czy krytyka w pracy może być budująca? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Zazwyczaj mamy problem z tym, jak komuś powiedzieć, że zrobił coś źle albo zachował się nie tak. Nie mniejszy kłopot mamy z przyjmowaniem krytyki – często utożsamiamy ją z oceną siebie, a nie naszej pracy czy konkretnego zachowania. Szefowie używają zwrotu „konstruktywna krytyka”…
W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie, nawet kiedy mówimy, że jest konstruktywna. Często obawiamy się informacji zwrotnej, ale jest ona jednak niezbędna: po pierwsze do dobrej współpracy ze sobą – tak z szefem, jak i współpracownikami – po drugie do rozwoju. Aby się jej nie obawiać, musimy się nauczyć ją dawać i przyjmować. A przede wszystkim nie wiązać całego procesu z silnymi emocjami.

Dlaczego tak często czujemy się dotknięci?
Posłużmy się metaforą ze świata techniki – jeśli jakiś system pracuje, to musi pobierać informacje z zewnątrz, jak mu idzie. Jeśli chcemy ustawić temperaturę w pokoju do danej wysokości, urządzenie będzie pobierać informacje z otoczenia, czy jest ona w danym momencie powyżej czy poniżej pożądanego poziomu, i dostosuje do tego swoją pracę. Analogicznie – informacje zwrotne potrzebne są nam, byśmy osiągali pożądany rezultat. Brzmi to dość prosto, jednak w praktyce obie strony angażują w tę komunikację zbyt wiele emocji – w końcu nie jesteśmy termostatami, tylko ludźmi!

Czego zatem potrzebujemy?
Zacznijmy od strony, która daje informację zwrotną – załóżmy, że w twoim zespole jest osoba, która często się spóźnia lub przynosi prezentacje z błędami, zaburzając pracę innych. Nie można tego tak zostawić, choć kusi, by nie psuć atmosfery w pracy zwracaniem uwagi. Unikanie tematu jednak źle wpłynie na efektywność i współpracę ludzi w zespole. Dlatego po pierwsze, musisz zbadać swoją intencję: Co mną kieruje? Co chcę powiedzieć? Po to, by nie „upuścić” negatywnej pary, nie karać nikogo. Jeśli czujesz, że towarzyszą ci silne emocje, odłóż tę rozmowę. Po drugie, gdy coś nie działa, mów o tym od razu. Jeśli ktoś nie otrzymuje przez długi czas żadnej informacji zwrotnej, to może uważać, że wszystko jest w porządku. Zwracając uwagę, dajesz mu szansę na zmianę, inaczej nie możesz mieć pretensji, że nic się nie zmienia. I jeszcze jedno – nie oczekuj od razu rewolucji. Zmiana może nie nastąpić szybko, co więcej, może nawet nie nastąpić wcale. Przyjęcie komunikatu nie jest równoznaczne ze zmianą zachowania.

Dlaczego?
Często powtarzam: przyjmuj każdą informację zwrotną tak, jakbyś dostawała prezent. Co z nim zrobisz – czy odstawisz na półkę, czy włożysz do szuflady, czy zaczniesz go używać – zależy już od ciebie. Dlaczego informacja zwrotna to prezent? Bo dowiadujesz się, jak cię widzą inni. To jedno ze źródeł wiedzy o samej sobie. Pamiętam, że kiedyś wypełniałam kwestionariusz, w którym miałam ocenić swoje zachowanie. Potem ten sam kwestionariusz wypełniała dla mnie grupa. Okazało się, że nasze oceny nie do końca się pokrywają. Do dziś uważam, że było to dla mnie cenne źródło informacji. Nie wszystkie informacje wzięłam pod uwagę, ale wiele z nich umożliwiło mi zmianę zachowania i polepszenia relacji z innymi. Poza tym ciekawie było spojrzeć na siebie z perspektywy innych. To wzbogaca.

Niezwykle istotna jest jednak forma podania informacji zwrotnej i intencja, z jaką to robisz. Jeśli przekażesz ją nieprawidłowo, zbyt emocjonalnie, uwalniając swój gniew, irytację lub agresję, to ktoś, kto ją otrzyma, nie tylko nie zmieni zachowania, ale nawet tej informacji nie przyjmie. Potraktuje ją zbyt osobiście (jako krytykę osoby, nie zachowania) i odrzuci na starcie.

Będzie słuchał, ale nie usłyszy?
Nie usłyszy, odrzuci, wyprze, a do tego wzbudzi złe emocje i nastawi się do ciebie negatywnie. Ralph Waldo Emerson mawiał: „To, jak do mnie mówisz, woła do mnie tak głośno, że nie słyszę, co do mnie mówisz”.

Ale w Polsce wciąż, choć pewnie to już się zmienia, wielu szefów wyłącznie krytykuje, pomijając zupełnie fakt, że pracownik robi coś dobrze, bo to oczywiste albo jest w zakresie jego obowiązków.
Niestety, zbyt często informacja zwrotna przekazywana jest nieprawidłowo lub też szef preferuje „zarządzanie przez telepatię”, tak jakby zakładał, że pracownik ma się domyślić, że robi coś nieprawidłowo. Nie przekazuje żadnej informacji zwrotnej, a potem karze pracownika, np. złą oceną pracy. To fatalny model, mam nadzieję, że coraz szersza edukacja menedżerska wyeliminuje go zupełnie. W wielu firmach pojawia się inna kultura organizacyjna – to moja obserwacja z ostatnich 10 lat pracy z menedżerami i zespołami pracowników. Coraz powszechniej uważa się, że informacja zwrotna udzielana na bieżąco jest konieczna, żeby iść do przodu i nie tworzyć dodatkowych problemów.

Dlaczego dopiero się tego uczymy? Co powoduje, że nie tylko nie umiemy przyjmować informacji zwrotnych, ale także ich dawać?
Proces wychowania? Często tak zachowują się w swoich relacjach rodzice. To znaczy nie informują się wzajemnie na bieżąco o tym, co ich boli i co im nie odpowiada w zachowaniu drugiej osoby (np. „To mi przeszkadza”, „Nie lubię kiedy…”, „Jest mi z tym źle, niekomfortowo, proszę, byś to zmienił…”), a potem pretensje gromadzą się i skutkują wybuchem uogólniającego: „Bo ty nigdy…, bo ty zawsze…, z tobą to się nie da wytrzymać”. Dziecko, które jest świadkiem takich sytuacji, potem może podobnie zachowywać się w swoim domu i w pracy. Tyle tylko, że informacja zwrotna nie może być podana tak, że zniszczy czyjąś samoocenę i wiarę w siebie. Kiedy słyszysz, że jesteś całkowicie do bani, to nie możesz niczego zmienić, co innego, gdy złe jest konkretne zachowanie, bo można je korygować, ku obopólnemu zadowoleniu.

To, o czym musimy jeszcze pamiętać przy informacjach zwrotnych – to miejsce i czas. Nie można ich przekazywać w biegu, przy okazji, na korytarzu czy w windzie. Nawet dobra informacja może być źle odebrana, jeśli zostanie podana w taki sposób.

O ile dla wielu z nas do przyjęcia jest, że szef może zwrócić uwagę pracownikowi, to w drugą stronę wydaje się to już niemożliwe. A przecież trzeba umieć powiedzieć przełożonemu, że przekracza granice, łamie zasady współpracy…
Informacja zwrotna ma działać w obie strony, jeśli współpraca ma się układać. Ale znowu wchodzi tu nasza kultura i założenie, że owszem, na szefa można narzekać we własnym gronie i znosić różne trudności, ale nikt nie decyduje się, żeby pójść i dać mu informację zwrotną, stworzyć szansę, by to zmienił. Zdarza mi się, że rozmawiam z grupą pracowników, którzy identyfikują jakiś problem związany ze stylem zarządzania, komunikowania czy oceniania przez szefa. Na moje pytanie: „Czy rozmawialiście z nim na ten temat?”, odpowiadają, że nawet nie przyszło im to do głowy. Często nam się tylko wydaje, że szef nie przyjmie informacji zwrotnej albo że zareaguje źle, negatywnie, wrogo. Nieprawda – jeśli tylko będzie opierała się na faktach i zostanie podana nie w tonie pretensji, to nawet jeżeli to trudna dla szefa sytuacja, a jego pierwsza reakcja będzie nerwowa – weźmie pod uwagę to, co mu powiemy. Co więcej, doceni fakt, że pracownicy przychodzą do niego, mówiąc otwarcie, z czym mają problem, a nie rozmawiają jedynie między sobą lub skarżą się na jego styl zarządzania do jego własnego przełożonego.

Jak w takim razie powiedzieć szefowi, że wiecznie nas krytykuje i zupełnie nie wiemy, co robimy dobrze, skoro wszystko robimy źle?
Warto wejść na wyższy poziom zaawansowania w dawaniu informacji zwrotnej, czyli dostosować ją do charakteru osoby, której ją dajemy. Szefami zostają zwykle ludzie nastawieni zadaniowo. Często mniej sprawni w budowaniu relacji i komunikacji. Podejmują decyzje, kierując się logiką, a mniej inteligencją emocjonalną. A informacja zwrotna jest związana i z umiejętnościami komunikacyjnymi, i z relacjami, w związku z tym dawana szefowi powinna być po pierwsze, krótka (nie może obfitować we wstępy i sięgać historią „do paleolitu”), i po drugie, dotyczyć jednego zachowania lub jednej grupy zachowań (nie może to być niekończąca się lista spraw i zachowań). Ma dotyczyć konkretnej sytuacji, która jest dla nas trudna (np. „Kiedy oceniasz naszą pracę, nie podając kryteriów tej oceny, to…”) i pokazywać konsekwencje tego zachowania, logikę przyczynowo-skutkową („…to gubimy się, próbując odgadnąć twoje oczekiwania”). Ostatnim elementem tak podanej informacji zwrotnej jest powiedzenie, czego byśmy chcieli, jakie są nasze oczekiwania (np. „chcielibyśmy, aby te kryteria były nam znane od początku, żebyśmy mieli szansę sami siebie poddać ocenie według tych kryteriów”). Podsumowując, w takiej informacji zwrotnej muszą zaistnieć trzy elementy – konkretne zachowanie, konsekwencje i oczekiwane, bardziej konstruktywne zachowanie.

Czy to uproszczenie, że z osobistym braniem do siebie informacji zwrotnych kłopot mają głównie kobiety? Czy rzeczywiście od płci zależy, jak do tych informacji podejdziemy?
Większe różnice wynikają z typu osobowości niż z płci. Typy mocno relacyjne, empatyczne, dla których relacje i ich temperatura, a także atmosfera w pracy są często ważniejsze niż sam efekt pracy, informację zwrotną potrafią przyjąć bardzo osobiście. W takich wypadkach lepiej sprawdzi się inny model podawania informacji zwrotnej, niż ten, który właśnie omawiałyśmy. Określa się go mianem „kanapki” lub „hamburgera”. Najpierw dajemy to, co pozytywne („Bardzo mi się podoba sposób, w jaki pracujesz z ludźmi nad tym projektem”, „Bardzo cenię sobie naszą współpracę ze względu na…”), następnie komunikujemy to, co jest do zmiany czy korekty („…to, o co prosiłabym cię, żebyś zmienił, to…”) i zamykamy kanapkę znowu czymś pozytywnym, ale autentycznym, nieudawanym (np. „Bardzo ci dziękuję za tę pracę. Jeżeli będziesz miał z tym jakikolwiek kłopot, to moje drzwi są zawsze otwarte, przyjdź, pomogę ci”). Zakończenie jest też elementem relacyjnym, motywacyjnym. To trudniejsze dla niektórych osób oraz trwa nieco dłużej. I działa tylko w wypadku ludzi nastawionych relacyjnie – jeśli taką „kanapkę” będziemy chcieli zaserwować zadaniowcom, usłyszymy zapewne: „Dobrze, już dobrze, skończ te wstępy i powiedz, o co chodzi”. Czyli: schowaj bułkę i daj mi mięsko (śmiech). Natomiast podanie osobom zorientowanym bardziej relacyjnie informacji w sposób zwięzły, krótki i niemal wojskowy skutkuje tym, że będą się niepokoić o to, co stało się z relacją – „OK, rozumiem tę logikę, ale co to za forma?! Coś się stało? Czy nie jestem już tu akceptowany?”.

Dlaczego tak istotne jest przekazywanie pozytywnych informacji zwrotnych?
Niektóre osoby nie czują potrzeby, by szef je chwalił, ponieważ same mają głębokie wewnętrzne przekonanie, że są w czymś dobre. Inni mogą jak najbardziej chcieć pozytywnej informacji zwrotnej. Nie pracujemy jedynie dla pieniędzy, ale dla poczucia satysfakcji, uznania, bycia potrzebnym. Naszym „paliwem” do pracy jest wewnętrzna motywacja, która może być podtrzymana przez pozytywną informację zwrotną. Kiedy czujemy się docenieni, jesteśmy gotowi do dodatkowego wysiłku. Dlatego apeluję do szefów, przyłapujcie ludzi także na robieniu rzeczy dobrze!

Dr Joanna Heidtman pycholog i socjolog, trener biznesu i coach. 

  1. Seks

Kiedy seks zaczyna być toksyczny? O manipulacji, komunikacji, zdradzie i innych truciznach

W relacji jesteśmy współzależni, bo oboje coś wnosimy do związku. W niektórych obszarach się spotykamy i jest cudownie. Ale są sfery, w których idziemy osobnymi drogami. I tak też jest dobrze. (Fot. iStock)
W relacji jesteśmy współzależni, bo oboje coś wnosimy do związku. W niektórych obszarach się spotykamy i jest cudownie. Ale są sfery, w których idziemy osobnymi drogami. I tak też jest dobrze. (Fot. iStock)
Co zatruwa ludziom radość z seksu? Nieakceptowanie swojej figury, inne nawyki seksualne, różne pragnienia? Otóż nie. Toksyny mają źródło w schematach kultury i sposobach myślenia. Jak bronić się przed ich wpływem podpowiada coach Maciej Bennewicz.

Zainteresował mnie tytuł pana książki: „Seks trujący, seks doskonały”. Nie pytam, dlaczego seks jest doskonały, bo to wszyscy wiemy, ale trujący?
Relacje intymne bywają niesłychanie trudne, skomplikowane i obciążone różnymi toksynami. I wynika z nich wiele kłopotów. Zanim je omówię, chciałbym odwołać się do koncepcji trzech elementów składowych miłości według prof. Bogdana Wojciszke: intymności, namiętności i zaangażowania. Intymność to cecha nie tylko fizyczna. To świat, który chcemy zbudować jako para. Wspólne zwyczaje, sekretny język, to, że pewne rzeczy o sobie wiemy tylko my. Namiętność to różnorodność uczuć. Poczucie, że nikt tak bardzo mnie nie złości, nie rani lub nie cieszy jak ta druga osoba. Seksualna namiętność jest bardziej biologiczna, ale jednocześnie karmi się płynącymi ze sfery psychiki rodzajami namiętności, zawłaszcza je, wplata w seks te wszystkie „zależy mi”, „pragnę”, „tęsknię”. No i zaangażowanie, czyli to, jak bardzo chcę inwestować w związek: psychicznie, emocjonalnie, materialnie. Jak bardzo chcę przeżywane na zewnątrz emocje przenosić do relacji. To podstawowa struktura miłości.

Jeśli któregoś z tych czynników brakuje…
…lub gdy są zakłócone, to powstają dysproporcje, które nazwiemy właśnie toksynami. Na przykład zdrada. Jest jedną z najbardziej zabójczych trucizn. W naszej obyczajowości lojalność i zaufanie wobec partnera są niesłychanie ważne. Zdrada to absolutne ich naruszenie. Powoduje zburzenie jednego z podstawowych filarów relacji erotycznej i miłosnej: intymności. Do zdrady dochodzi najczęściej wtedy, kiedy między partnerami szwankują intymność i namiętność, a zostaje zaangażowanie. Mają wspólny kredyt, dom, dziecko, nie myślą o zakończeniu związku, ale stracili już nadzieję na znalezienie w ramionach bliskiej osoby tego, czego potrzebują, więc szukają namiętności i intymności na zewnątrz. To naturalny odruch, bo każdy pragnie zaspokoić wszystkie trzy potrzeby.

Jest wiele publikacji, które uczą, jak poradzić sobie ze zdradą i przejść do drugiego etapu związku.
Ale udaje się to bardzo rzadko. Często się zdarza, że ludzie zostają razem po zdradzie, ale nie potrafią już sobie zaufać. Tak naprawdę całkowite wybaczenie nie jest możliwe.

A inne zatruwające seks toksyny?
Oziębłość – emocjonalna bądź seksualna, czyli różna gradacja odrzucenia partnera. To bardzo silna toksyna. Zwykle robimy to podświadomie, by ukarać drugą osobę.

Manipulujemy seksem?
Jak najbardziej. Używanie seksualności w celu zmanipulowania drugiej osoby to silna trucizna. Częściej jest stosowana przez kobiety, potwierdzają to badania, m.in. prof. Lwa-Starowicza. Na przykład postawa: „Będzie seks po spełnieniu moich wymagań”, nawet jeśli nie jest to artykułowane wprost.

Spotkałam się z taką wersją szantażu: „Pójdziemy do łóżka, ale po zakupach”.
Dobre! Generalnie chodzi o to: kiedy seks staje się walutą przetargową, kobieta przestaje czerpać z niego przyjemność, a mężczyzna – satysfakcję. Oboje mogą nawet mieć orgazm, ale jednocześnie na głębszym poziomie poczucie, że nie o to chodziło. I coraz rzadziej im się chce, bo po co powtarzać doświadczenie, które jest rozczarowujące? Poza tym poczucie, nawet podświadome, że jest się manipulowanym, zabija lojalność, nieskrępowanie, odwagę.

A mężczyźni? Nie manipulują seksem?
Też manipulują i robią to w celu zamanifestowania lub uzyskania władzy. Ale mężczyźni robią to rzadziej, bo mają poczucie, że mogą sobie pozwolić na pełną ekspresję swojej seksualności. Poza tym mają większą łatwość oddzielania różnych ról: kochanka, partnera, szefa czy kolegi. I nawet, jeśli w roli kochanka czasem manipulują, to jako partnerzy wciąż czują się w porządku. Kobiety są tu w gorszej sytuacji: seksualność jest silnie zidentyfikowana z ich „ja” i spleciona z różnymi społecznymi rolami. I tu dochodzimy do kolejnej trucizny: wpływu środowiska.

Czyli przekonań utrudniających radość z seksu…
Od otoczenia dostajemy komplet skryptów myślowych typu: „tego nie rób, tamtego nie wypada”, które nierzadko dotyczą strefy seksualnej. Ponieważ najbardziej restrykcyjne są wobec kobiet, to często właśnie u nich są przyczyną hamowania libido. Negatywny wzorzec często utrwalają pierwsze doświadczenia seksualne, a potem nieudane pożycie małżeńskie: gdy staje się rutynowe, automatyczne i przez to niesatysfakcjonujące. I paradoksalnie właśnie taki schematyczny seks staje się dla kobiety strefą komfortu: zachowania seksualne są przewidywalne, a więc bezpieczne, rezygnacja ze swojego szczęścia wydaje się więc dla nich właściwą drogą życiową. Ale kluczowe dla zrozumienia problemu jest to, że kobiety same często nie wiedzą, czego mogłyby się spodziewać po seksie. Nie wiedzą, że mogłoby być lepiej, boją się eksperymentować.

To jak powiedzieć: „wyobraź sobie smak czekolady” komuś, kto nigdy nie jadł słodyczy?
Tak, one nie wiedzą, co może być inaczej. Mężczyźnie jest łatwiej, jego ku przyjemności pcha biologia. A kobieta, jeśli sama nie poszuka, nie spróbuje, nie pozna – nie ma szans na takie doznania. „Smak czekolady” to w tym przypadku autoerotyka, poznawanie własnego ciała, pozwalanie sobie na myślenie o seksie i nie karcenie się za „brudne” myśli. I rozmowa o seksie, łóżkowa komunikacja. Nie ma sensu kupować wibratorów czy kulek gejszy, póki nie nauczymy się komunikować z partnerem.

Brak komunikacji to kolejna toksyna?
Owszem, i to bardzo niebezpieczna. Bez komunikacji nie ma udanego seksu. Im więcej partnerzy ze sobą rozmawiają i informują o swoich potrzebach, tym lepszymi kochankami się stają. Tymczasem u nas rozmowa o seksie wciąż jest czymś kłopotliwym, o „tych sprawach” się po prostu nie mówi. Przekaz edukacyjny jest fikcją. Panuje hipokryzja. A seksualność, jak by na nią nie patrzeć, to dialog dwojga ludzi. Szkoda, że u nas wszystko odbywa się w sferze milczenia.

W dodatku po ciemku i pod kołdrą…
Na rynku jest wiele poradników, które serwują rady czysto techniczne albo powielają kolejne mity na temat seksualności. To samo robi prasa. Proponuje 170 trików pozwalających osiągnąć 6 orgazmów naraz. Ale nikt się nie zastanawia, po co aż sześć orgazmów i czemu ma do tego służyć 170 technik? Czemu nie jedna, która po prostu działa? Bez zanegowania starych wzorców, nie mamy szansy stworzyć nic nowego. Bez dialogu kobieta się nie dowie, czego oczekuje jej kochanek, albo co ma jej do zaoferowania. Ale z rozmową będzie ciężko, jeśli nie pokonamy kolejnej toksyny: schematycznego i przechodzącego z pokolenia na pokolenie sposobu myślenia o płci.

Na przykład: „wszyscy mężczyźni to dranie, którym zawsze chodzi o jedno”?
Niezupełnie. Szansa na dialog, bezpieczeństwo, akceptację, i budowę intymności pojawia się dopiero, gdy mamy wewnętrzne przekonanie: ja jestem OK i ty jesteś OK. Kiedy myślę „ja nie jestem OK”, to sam sobie implikuję, że nie będę w stanie spełnić oczekiwań partnerki. Gdy myślę „ty nie jesteś OK”, to daję sobie prawo do tego, by ciągle mieć pretensję – nieważne, czy o to, że ona bez przerwy chce się kochać, czy że nigdy nie chce. To prowadzi do niemożności zbudowania relacji, bo między partnerami jest bariera. Nigdy więc nie spotkają się dla czystej erotycznej przyjemności. Ale szczególnie ważne jest, by myśleć o własnej płci, że jest OK. I stwierdzić: „twoja płeć także jest OK”. Wszystkie inne przekazy, które własną płeć przedstawiają jako niedostatecznie dobrą, a tę drugą jako obcą, wnoszą w związek stereotypy zakłócające seksualność.

A czy toksyną jest patriarchalna kultura?
Jak najbardziej, to też jedna z trucizn. I ma poważne konsekwencje: dosłownie wywraca naszą seksualność do góry nogami. Właściwe zachodniej kulturze myślenie jest obciążone maskulinizmem, patriarchalizmem i wszystkimi grzechami męskości. Objawem tego jest współczesna popkultura, w której seksualność jest skierowana do mężczyzn, a kobieta, jej uroda, ciało i wdzięk – są towarem.

Piersi nie służą wykarmieniu dziecka, są męską „zabawką”?
Wynika z tego myślenie: kobieta ma być uwodzicielką, wabiącą, intrygującą i przyciągającą mężczyznę. A to jest zupełnie sprzeczne z dynamiką gry miłosnej i intymności. Mężczyźni tak naprawdę szybciej i łatwiej się podniecają, dochodzą do pełnej rozkoszy i rozładowania. Kobiety, aby się podniecić, potrzebują dużo więcej czasu, bodźców, elementów gry miłosnej i zachęty. A zatem, by w sypialni było dobrze, powinno być odwrotnie: to mężczyźni mają wabić, nęcić i uwodzić, starać się, budować nastrój – a kobiety ulegać. I wszyscy będą zadowoleni.

O, to raczej mało popularne podejście!
Owszem, to teza pod prąd zakorzenionym wzorcom i nawykom kulturowym – a nawet często pod prąd samym kobietom, które uwewnętrzniły rolę uwodzicielek. Ale to prawda: psychoseksualnie i biologicznie mężczyźni są znacznie prostsi, nawet ich układ nerwowy jest mniej skomplikowany. Są podgatunkiem niszowym, biologiczno-usługowym. Kobieta jest „trudniejsza w obsłudze”, jej układ nerwowy jest bardziej podatny na emocjonalność, odczuwanie niuansów. I to na nią powinny być nakierowane starania w sferze erotyki. Może wtedy byłoby mniej kolejnej toksyny: ciemnej triady, jaką jest krzywda, wina i „krzywdowina”.

Dwie pierwsze rozumiem, ale ta trzecia?
„Krzywdowina” to sytuacja, gdy wobec jednej osoby ma się poczucie jednocześnie winy i krzywdy. Na przykład on myśli: „Za mało dbam o swoją żonę. Ostatni raz pomyślałem o niej czule tydzień temu, a w łóżku też myślę raczej o sobie. Mam poczucie winy, że się nią nie zajmuję. Ale ona też o mnie nie dba. Powiedziała, że jestem wredny i leniwy. Nie zauważyła moich czułych gestów i nie zrobiła mi kanapek do pracy”. Ta toksyna powoduje, że jesteśmy jakby skrępowani drutem kolczastym: jesteśmy ze sobą blisko, ale każdy ruch powoduje ból. I żaden nie jest dobry, bo może być zinterpretowany jako kolejna krzywda lub wina.

I co tu zrobić?
Coaching podpowiada: dopóki opierasz swoje relacje na strukturze ciemnej triady, zwalniasz się z odpowiedzialności. Przestajesz mieć wpływ na swoje życie seksualne, na jego jakość, ilość i to, co z tego wynika. Pozwalasz, by się przydarzało. Trzeba odejść od porównywania, co kto zrobił czy powiedział. Za to pielęgnować świadomość, że w relacji jesteśmy współzależni. Bo oboje coś wnosimy do związku. W niektórych obszarach się spotykamy i jest cudownie. Ale są sfery, w których idziemy osobnymi drogami. I tak też jest dobrze. Razem dajemy sobie nową jakość, ale się nie „pożeramy” nawzajem. Związek jest wspólną decyzją. Kiedy mam świadomość, że to moja decyzja, nie ma miejsca na krzywdę czy winę. To daje też jeszcze jedną korzyść: taka dojrzałość partnerska pozwala się wyzwolić spod dyktatu sprawności seksualnej. Jesteśmy wolni, nie musimy się z niczym mierzyć, z niczym ścigać – z żadnym wzorcem, wytyczną jakościową czy ilościową. Mając pełną akceptację siebie samych i siebie nawzajem, możemy się kochać całą noc – ale też możemy się kochać kwadrans, jeśli chcemy.

  1. Psychologia

Stawianie granic - umiejętność na wagę złota

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Decyzjami, słowami i gestami tworzymy dla innych instrukcję obsługi naszej osoby. I potem w kontakcie z nami ci inni wyciągają tę instrukcję i zgodnie z nią postępują – mówi psychoterapeutka Małgorzata Liszyk-Kozłowska.

Znajoma została zatrudniona na stanowisku dyrektora. Ale gdy pierwszego dnia przyszła do pracy, dowiedziała się od szefa, że w stopce e-mailowej ma wpisywać „kierownik”. Nie zgodziła się. Stoczyła walkę o nazwę stanowiska, postawiła na swoim, ale szef był zniesmaczony i stwierdził, że to nieistotny szczegół. Przesadziła?
Powiedziałabym, że zadbała o swoje granice. Rozmawiamy o kobiecie, która jest ambitna, pewnie musiała ciężko pracować, by dojść tam, gdzie teraz jest, więc ma prawo oczekiwać, by traktowano ją tak, jak na to zasłużyła. Nie zapominajmy też, że została podpisana określona umowa i to szef próbował ją złamać. Myślę, że gdyby ta kobieta odpuściła, mogłoby to być odebrane jako sygnał, że można ją lekceważyć.

Sądzisz, że było to warte jej nerwów i napiętych relacji z szefem?
No właśnie – wiele osób odpuszcza dla świętego spokoju. Pytanie tylko, czy za jakiś czas ten święty spokój nie doprowadziłby do wojny. Chociaż wygląda na to, że ta kobieta poniosła pewne koszty trwania przy swoim, to nie wiemy, czy gdyby tego nie zrobiła, koszty za pół roku nie byłyby większe. Czy nie okazałoby się, że ma poważniejszy problem, bo np. szef nie liczy się z jej zdaniem. Rozumiem, że kiedy zaczynamy nową pracę, bardzo staramy się dobrze wypaść, nie chcemy wejść w żaden konflikt, ale nie warto pochopnie oddawać pola. Zadajmy sobie pytanie: „Za jaką decyzję sobie podziękuję za kilka miesięcy?”. Pamiętajmy, że wchodząc w relację, zarówno zawodową, jak i prywatną, zachowujemy się trochę jak psy – obwąchujemy się, sprawdzamy, czy druga osoba pachnie siłą, czy słabością, znaczymy swój teren.

Trochę mnie zaskakujesz.
Tak? To weź do ręki komórkę i przejrzyj listę kontaktów. Jestem przekonana, że bez problemu określisz, na jak dużo w stosunku do każdej osoby możesz sobie pozwolić. Z kim spotkanie możesz przełożyć, odwołać w ostatniej chwili i kto się nie obrazi, kiedy nie dotrzymasz obietnicy. Z kim, mówiąc brzydko, możesz utrzymać relację niskim kosztem.

Ale przecież świadomość, że koleżanka się nie obrazi, jeśli odwołam z nią spotkanie, nie musi oznaczać, że jej nie szanuję!
Oczywiście! Wszystko zależy od charakteru relacji i tego, czy jest w niej równowaga. Czy obie jesteście w stosunku do siebie wyrozumiałe i zwykle dotrzymujecie słowa. Czy też może tylko jedna ze stron zawsze się spóźnia, zapomina i potrzebuje pomocy. Czy nie jest przypadkiem tak, że na spotkanie z tą koleżanką spóźniasz się nie tylko ty, lecz także wszyscy znajomi? Albo czy to nie na nią wszyscy w pracy zrzucają swoje obowiązki?

No tak, są kobiety, które narzekają, że wszyscy je wykorzystują.
I dopóki tak myślą, to raczej nic się w ich życiu nie zmieni. Mówiąc: „Ludzie mnie nie szanują lekceważą”, zachowują się tak, jakby zupełnie nie miały na to wpływu, prezentują jakiś rodzaj ubezwłasnowolnienia. Tymczasem to one są w dużym stopniu odpowiedzialne za to, jak traktują je inni.

Te kobiety często mówią: „Po prostu jestem za dobra”.
Tym bardziej trudno się dziwić, że tkwią w tej sytuacji. Jak mają ją zmienić, jeśli uległość jest dla nich dowodem dobroci? Mają zacząć robić coś, co spowoduje, że we własnym mniemaniu staną się złe? Jest wiele takich mitów, które sprawiają, że trudno nam zadbać o siebie, np. mądry zawsze ustępuje, złość piękności szkodzi czy dobry człowiek pomaga wszystkim, gdy go o to proszą. Tymczasem bycie wciąż tym jedynym, który daje, pomaga, rozumie i odpuszcza, przedkłada cudze potrzeby nad własne, jest dowodem na brak szacunku dla samego siebie. Niszczy też relację.

Dlaczego? Przecież wszystko było po to, by właśnie ją utrzymać.
Jeśli ty wciąż inwestujesz w jakąś relację, a druga osoba nie, to nawet jeśli tego nie mówisz, czujesz żal, może złość, masz poczucie krzywdy. W końcu pewnie zaczniesz się od tej niewdzięcznej w swoim mniemaniu osoby odsuwać. Bez słowa i dania jej szansy, by wyjaśnić sprawę. Dlatego dbanie o siebie w relacji jest jednocześnie dbaniem o tę relację.

Mogę też tak długo znosić czyjąś niesłowność czy niesumienność, aż w końcu wybuchnę. Niekoniecznie z ważnego powodu.
Tak. I ten wybuch może być zupełnie nieadekwatny do sytuacji, a dla drugiej strony będzie szokiem. Bo jeśli wcześniej jakieś zachowanie było długo akceptowane, dlaczego nagle zaczęło przeszkadzać? Czasem nawet taki wybuch bywa powodem zakończenia znajomości, bo okazuje się, że wchodząc w relację, każda osoba była przekonana, że na coś innego się umawia. Dlatego najlepiej od początku otwarcie mówić o tym, co się dla nas liczy. Jeśli dla kogoś bardzo ważna jest np. punktualność, to musi nauczyć ludzi, z którymi się spotyka, że dla niego kwadrans akademicki nie istnieje. Jedni to uszanują, a inni nie – wtedy być może znajomość się nie rozwinie.

A jeszcze inni powiedzą: „Przesadzasz, czepiasz się drobiazgów”.
To już będzie manipulacja i umniejszanie drugiego człowieka. Jeśli nam zależy na relacji z kimś, kto nie znosi telefonów po 21, to będziemy dzwonić wcześniej, zamiast przekonywać go, że 21 to wczesna godzina.

Dlaczego czasem tak trudno nam postawić granice?
Często powodem jest zaniżona samoocena. Żyjemy w przekonaniu, że tacy, jacy jesteśmy, z naszymi wartościami i osobowością, nie zasługujemy na to, by inni chcieli z nami być. Próbujemy więc zrobić coś więcej, zasłużyć na to, by nas lubili.

A nie jest tak, że najbardziej lubiani są ci, dla których nie jest problemem, że ktoś się spóźni czy o czymś zapomni?
Nie wiem, czy są lubiani, bo to zależy od wielu czynników. Na pewno są wygodni. Nie do końca też wierzę, że im jest tak całkowicie i zawsze wszystko jedno, że za każdym razem im pasuje. Myślę, że często nie protestują, bo sądzą, że nie mają innego wyjścia. Pozwalają się źle traktować, licząc na to, że ktoś ich doceni. A będzie odwrotnie, co jeszcze obniży ich niską samoocenę. Powstanie błędne koło. Oczywiście, nie mówię, żeby popadać w drugą skrajność i spędzać życie z nosem przy ziemi, węsząc, czy ktoś przypadkiem nie chce nas wykorzystać. Dorosły człowiek potrafi się wykazać pewną elastycznością. Mnie chodzi o to, by nie przesadzać z gotowością do dopasowywania się.

Czy jeśli pozwalamy, by ktoś nas lekceważył, ryzykujemy, że inni pójdą w jego ślady? W myśl zasady: „Jeśli ona wciąż pożycza Zenkowi pieniądze, mimo że on nie oddaje na czas, to pewnie nic się nie stanie, jeśli ja też się o tydzień spóźnię”.
Oczywiście. Może nie kiedy jedna, ale gdy wiele osób traktuje kogoś w ten sam sposób, to my zaczynamy się zastanawiać, czy nie ma w tym jakiejś racji.

A jak to wygląda w życiu zawodowym? Szefowie bywają różni, a pracę nie tak łatwo zmienić, więc często można usłyszeć, że ktoś godzi się na złe traktowanie z lęku przed zwolnieniem. A może właśnie, jeśli się postawi, poprawi swoją pozycję?
Niestety, nie ma na to gwarancji. Jestem przekonana, że warto stawiać granice, ale nie chcę też opowiadać bajek, że każdy szef nas dzięki temu doceni. Czasami trafiamy w tak toksyczne środowisko, że nasz sprzeciw może rzeczywiście skończyć się utratą pracy. Na pewno więc nie będę przekonywać, np. osób w trudnej sytuacji finansowej, żeby stawały do walki z przełożonymi.

Co poradzisz tym, które będą chciały się zbuntować?
Żeby zastanowiły się nad celem. Jeśli np. szef regularnie odnosi się lekceważąco do swoich pracownic, to moim celem nie będzie zmiana jego stosunku do kobiet, tylko to, by powstrzymał się od nieprzyjemnych uwag w mojej obecności. Oczywiście, gdyby to miał być mój przyjaciel czy mąż, interesowałyby mnie jego osobiste poglądy i wartości. Zależałoby mi na tym, żeby były podobne do moich, jednak jeśli chodzi o osoby z pracy, taka zgodność nie zawsze jest możliwa. Mogę jednak spokojnie i grzecznie poprosić szefa, żeby w rozmowie ze mną używał innych słów. W budowaniu swoich granic nie chodzi o to, by zmieniać innych ludzi, tylko by wysyłać jasny komunikat o tym, jak chcemy być przez nich traktowani. Nie każmy im się tego domyślać. Nie ma co liczyć, że ktoś do nas przyjdzie i powie: „Wygodnie ci się siedzi w tym kąciku? Bo ja przygotowałem dla ciebie tron”.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska jest psychoterapeutką i autorką książek: „Życie we dwoje”, „Lepiej żyć po swojemu” i „Skąd się biorą dorośli”. Prowadzi Pracownię Rozwoju Osobistego „Maliko”.