1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wykolejacze kariery – jak rozpoznać „ciemną stronę” naszej osobowości?

Wykolejacze kariery – jak rozpoznać „ciemną stronę” naszej osobowości?

fot. iStock
fot. iStock
„Ciemna strona osobowości” ujawnia się, gdy działamy pod wpływem stresu, pod presją czasu lub nacisków z zewnątrz. To zachowania, które mogą osłabić naszą wydajność. Czy da się je zdiagnozować?

„Ciemna strona osobowości” ujawnia się, gdy działamy pod wpływem stresu, pod presją czasu lub nacisków z zewnątrz. To zachowania, które mogą osłabić naszą wydajność. Czy da się je zdiagnozować?

- Każdy z nas posiada obszary dysfunkcyjne i czynniki, które mogą ujawniać się w sytuacjach stresowych. Takie zachowania wpływają na efektywność naszej pracy i styl zarządzania. Mogą też nam utrudniać wspinaczkę po kolejnych szczeblach kariery, czy budować i utrzymywać relacje interpersonalne. „Uruchomienie” wykolejaczy kariery bezpośrednio przekłada się na wyniki firmy oraz na poziom zadowolenia z życia. Wczesne rozpoznanie behawioralnych czynników pozwala na ograniczenie ich wpływu poprzez odpowiedni coaching i szkolenia zawodowe. - mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Poland.

W neutralnych warunkach, podwyższone czynniki przy niektórych cechach osobowości mogą stanowić o jej mocnych stronach. Jednak, kiedy osoba jest zmęczona, zestresowana, zostaje awansowana na wyższe bardziej odpowiedzialne stanowisko, wówczas te czynniki ryzyka mogą ograniczać efektywność i stawać na drodze do osiągania sukcesu w karierze, relacjach, edukacji i życiu osobistym.

Wykolejacze kariery

Dr Robert Hogan, wybitny, amerykański psycholog zdefiniował i opisał najistotniejsze zachowania, które mogą utrudnić osiągnięcie sukcesu. Oto one:

Labilność emocjonalna: u osób z tym czynnikiem widzimy że szybko się denerwują, często ulegają nastrojom, trudno je zadowolić i są zmienne emocjonalnie.

Podejrzliwość: inaczej nieufność, cynizm, wrażliwość na krytykę i koncentracja na tym, co negatywne.

Zachowawczość: ktoś, kto nie jest asertywny, unika ryzyka, wolno podejmuje decyzje i jest oporny na zmiany.

Zamknięcie w sobie: osoby często trzymają się na uboczu, są obojętna na uczucia innych i małomówne.

Nieelastyczność: poznamy po tym, iż osoby wydają się być chętne do współpracy, ale w sytuacjach stresowych są irytujące, uparte i trudne do współpracy.

Arogancja: zbyt duża pewność siebie, wyniosłość, zawyżone poczucie własnej wartości.

Manipulowanie: osoba z tym czynnikiem często wzbudza podziw, lubi podejmować ryzyko, testuje granice i poszukuje ekscytacji.

Teatralność: poszukuje uwagi, przeszkadza, ma słabą umiejętność słuchania.

Fantazjowanie: twórczy i kreatywny, myśli i działa w nietypowy lub w ekscentryczny sposób.

Drobiazgowość: skrupulatny, precyzyjny, trudny go zadowolić, w sytuacjach stresowych skupia się na najmniej istotnych szczegółach zamiast szukać rozwiązania.

Oportunizm: lubi zadowalać innych, nie jest chętny do samodzielnego działania lub wyrażaniu opinii.

Jak zdiagnozować „ciemną stronę” osobowości?

Skuteczną metodą do poznania osobowości jest Badanie Rozwojowe Hogana (HDS) określające obszary, które mogą stać się przeszkodą dla dalszego rozwoju kariery. HDS dostarcza szczegółowych informacji na temat czynników ryzyka, które utrudniają osobie funkcjonowanie w relacjach z innymi i mogą zablokować dalszy jej rozwój zawodowy. Na podstawie kwestionariusza rekruterzy są w stanie stwierdzić, czy czynniki osobowości są na poziomie, który pozwoli odnieść sukces na stanowisku, na które kandydat aplikuje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka osobowość najbardziej odzwierciedla epokę, w której dziś żyjemy?

Wraz z upowszechnieniem Internetu wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna poruszająca się w świecie „fastnetu”, gdzie ważniejsza jest szybkość reakcji niż wyciąganie wniosków. SMSy, emotki, posty, tweety służą kontaktowi, ale pozwalają też unikać bliskości. (Fot. iStock)
Wraz z upowszechnieniem Internetu wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna poruszająca się w świecie „fastnetu”, gdzie ważniejsza jest szybkość reakcji niż wyciąganie wniosków. SMSy, emotki, posty, tweety służą kontaktowi, ale pozwalają też unikać bliskości. (Fot. iStock)
W latach 70. XX wieku wiele osób rozpoznawało swoje lęki, pragnienia i mechanizmy obronne w osobowości neurotycznej opisanej ponad 30 lat wcześniej przez niemiecką psychoanalityczkę Karen Horney. Jaka osobowość najbardziej odzwierciedla epokę, w której żyjemy dzisiaj – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Kilka dni temu prowadziłam zajęcia z grupą młodych ludzi i na początku jak zwykle zapytałam, z czym zaczynają, co czują, co przeżywają tu i teraz. Większość odpowiedziała, że czuje się dobrze, dwie osoby czuły się źle, bo miały jeszcze jakieś rzeczy do zrobienia i nie wiedziały, czy zdążą po zajęciach.

A więc to tak? Czują się dobrze albo źle, i tyle? Przypomniałam sobie takie rundki z czasów mojej młodości, gdy na pytanie, co czujemy, badaliśmy wnikliwie swoje uczucia, próbując nazwać każde drgnienie duszy, zanurzaliśmy się w siebie, aby wydobyć to, co rozgrywa się w naszym wnętrzu. Działo się to oczywiście w grupach, które szkoliły się do pracy z ludźmi, ale ci młodzi, z którymi miałam kontakt niedawno, również są taką grupą. I gdy w tej grupie doszło do konfliktu między dwiema osobami, który udało nam się zresztą dość zgrabnie rozwiązać, nagle okazało się, że nie wszystkim się podobało, że w ich obecności ktoś przeżywa silne emocje. To chyba jakieś nadużycie, przekroczenie granic i manipulacja, bo prowadząca nie powinna była dopuścić do konfliktu między uczestnikami! A skoro już dopuściła, to powinna go rozwiązać gdzieś na boku, a nie na forum, żeby inni nie musieli tego przeżywać!

„No nie, co wy?!” – chciałam zakrzyknąć, ale to też mogłoby zostać uznane za nadużycie i manipulację, więc pozwoliłam sytuacji toczyć się dalej, aż kilka osób dostrzegło jej absurd i mogliśmy ją już spokojnie omówić. I można by pomyśleć, że była to jakaś szczególna sytuacja i szczególna grupa, bo generalnie ludzie są tacy sami jak kiedyś. Ale nie. Już od jakiegoś czasu w różnych grupach obserwuję tendencję do określania swoich uczuć słowami „dobrze” i „źle”. Zastąpienie tych słów nazwami uczuć często stanowi kłopot, choć wydawałoby się, że z uczuciami mamy bezpośredni kontakt. Czasem ludzie opowiadają o ważnych wydarzeniach ze swojego życia, ale nie potrafią powiedzieć, co wtedy czuli. Zdarzają się też sytuacje, że ktoś rezygnuje z uczestnictwa w grupie terapeutycznej z obawy przed tym, że przeżycia innych uczestników mogłyby go przytłoczyć. Jeszcze kilkanaście lat temu taka postawa należała do rzadkości, dziś spotykam się z nią znacznie częściej. Czyżbyśmy się naprawdę zmienili?

Bez kontaktu

Niedawno w Polsce ukazała się książka Christophera Bollasa „Znaczenie i melancholia. Życie w epoce oszołomienia”. Autor jest psychoanalitykiem i z tej perspektywy przygląda się naszej cywilizacji. Próbuje opisać to, co przez wieki działo się z ludźmi, i analizuje to, co dzieje się z nami teraz. Podobnie jak Karen Horney, która swojego czasu opisała osobowość neurotyczną – wyznacza tropy, w których możemy rozpoznać samych siebie i osoby wokół nas. Ta książka pomaga też zrozumieć, co wydarzyło się w tej grupie młodych ludzi, którzy wydali mi się tak różni od swoich rówieśników sprzed kilkudziesięciu lat.

Christopher Bollas zauważa, że od przełomu XX i XXI wieku w Europie i Ameryce następuje odejście od życia introspekcyjnego. Świadczy o tym chociażby fakt, że znacząca liczba ludzi przyjmuje leki antydepresyjne, które ułatwiają ignorowanie uczuć i związanych z nimi myśli. Dążenie do mniej niepokojącej codzienności doprowadziło do powstania nowej formacji osobowościowej – osobowości normopatycznej.

Osoba normopatyczna chroni się przed życiem psychicznym poprzez zanurzenie w świecie materialnym i dążenie do egzystencji rekreacyjnej. „Od supermarketu do sklepu z żywnością dla zwierząt, od sklepu z ubraniami sportowymi do marketu budowlanego, z lunchu z przyjaciółmi, na którym omawia się szczegółowo podejmowane przez każdego działania, do domu, gdzie ospale sprząta się kuchnię, z meczu tenisowego do jacuzzi – taka osoba może przeżyć życie bez mrugnięcia okiem” – pisze Bollas, który dostrzega zagubienie i osamotnienie tych osób, nawet jeśli żyją w kochającym ich otoczeniu.

Normopata nie przeżywa gwałtownych uczuć jak borderline, nie zalewa go gniew czy uraza, wydaje się zadowolony z życia, ma jednak duży kłopot ze zrozumieniem spraw, które wymagają wglądu w siebie lub w innych. Ktoś z takim typem osobowości wydaje się nieświadomie dążyć do tego, by „stać się przedmiotem w świecie przedmiotów” – stwierdza Bollas. Jego zdaniem pewna część normatycznego społeczeństwa schroniła się na grodzonych osiedlach – dosłownie lub w przenośni – „żyjąc tam bez kontaktu ze zwykłymi ludźmi zamieszkującymi zwykły świat”. Choć nie wszyscy mogą sobie pozwolić na życie w takich enklawach, etos życia na terenach zamkniętych zaczął przenikać do innych warstw społecznych. Nie trzeba już wychodzić do sklepu, można zamawiać przez Internet, w restauracjach nadal można być w swojej bańce, po ulicach własnego miasta można spacerować jak turysta, patrząc z zainteresowaniem lub troską na różne aspekty życia lokalnej społeczności. Takie odcięcie się od świata nie uchodzi jednak bezkarnie. Z czasem ludzie zaczynają odczuwać dolegliwości, bo „mają wszystko, ale nic im to nie daje” – stwierdza Bollas. Brakuje im stymulacji i nowych doświadczeń, ich osobowość staje się niedożywiona, co wywołuje depresję. Znajomi z grodzonego osiedla mogą zapewniać sobie nawzajem podziw i uznanie, ale przy braku nowych przeżyć pojawia się znużenie i ludzie czują się wyalienowani. Jedni próbują się ratować alkoholem, inni sięgają po leki antydepresyjne, jeszcze inni uciekają się do psychoterapii, lecz jest to próba wejścia na teren nieznany.

W świecie fastnetu

Niedawno zgłosiła się do mnie po pomoc kobieta, która generalnie jest zadowolona z życia i z siebie, ale czasem zmienia się w – jak sama to nazywa: „miękką kluchę”, czego nie znosi.

– Kim jest ta klucha? – zapytałam. – No to taka osoba, która nie wie, co powiedzieć, nie umie ripostować, jest rozlazła, niepewna siebie, czasem nawet się maże, ma jakieś wątpliwości, użala się nad sobą albo czegoś się boi lub tęskni nie wiadomo za czym… Nienawidzę tej kluchy, ona nie jest mną, przeszkadza mi skutecznie działać, chciałabym ją wyeliminować... Czy może mi pani w tym pomóc? – Czy dobrze rozumiem, że chciałaby pani być tak sprawna jak maszyna? – Tak byłoby najlepiej! – Wyeliminować tę część siebie, która czasem coś czuje i w ten sposób pani przeszkadza? – upewniam się, czy dobrze rozumiem. – Przecież chyba wszyscy tego chcą, prawda?

Na szczęście jeszcze nie wszyscy, choć zdaniem autora „Znaczenia i melancholii” jesteśmy na dobrej drodze.

Osobowość normopatyczna wyłoniła się jeszcze przed erą Internetu, który sprawił, że ludzie kontaktują się ze światem za pośrednictwem czegoś. Wraz z upowszechnieniem sieci wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna. Stajemy się coraz bardziej zaprogramowani na poruszanie się w świecie „fastnetu”, w którym ważniejsza jest szybkość reakcji niż refleksja czy wyciąganie wniosków. Coraz bardziej wycofujemy się ze swojego świata wewnętrznego, bierzemy udział w spektaklu, w którym nasze selfie jest ważniejsze niż nasze „ja”. Esemesy, emotikony, posty, tweety służą kontaktowi z innymi, a jednocześnie pozwalają unikać bliskości i odsłaniania siebie. Coraz bardziej rezygnujemy z podmiotowości. Świat się zmienia, a my razem z nim.

Ukryci w bańkach

Kierunki zmian osobowości analizowane przez Bollasa mogą nas nie dotyczyć, a przynajmniej możemy ich w sobie nie rozpoznawać. Nie zmienia to faktu, że psychoanalityczna perspektywa pozwala zrozumieć zjawiska polityczne, które nas dotyczą, a które często wydają się niezrozumiałe. Gwałtowny rozkwit fundamentalizmów, nacjonalizmów, ksenofobii można rozumieć jako ucieczkę od złożoności świata.

Życie w „epoce oszołomienia” prowadzi do poczucia alienacji, a jego tempo sprawia, że można mieć dość. Ciągłe dążenie do przyspieszania wszelkich procesów nie uwzględnia wymiaru ludzkiego. Aby znaleźć spokój, ludzie szukają wroga, który nie pozwala im żyć, tak jak chcą. Politycy wskazujący Innego, na którego można skierować złość, mogą liczyć na aplauz tłumów. Inny też reaguje wrogością i pogardą. Zamykamy się w swoich bańkach, nie chcąc nawzajem zobaczyć. Psychoanalityk przypomina, że „wszyscy mamy w swych umysłach te same wymiary pozytywne i negatywne, że aspekty nawet najbardziej odrażających osób lub grup możemy w jakiejś formie odnaleźć w sobie”. Jeśliby uznać, że podział między złem i dobrem nie przebiega między poszczególnymi ludźmi, lecz wewnątrz każdego z nas, nie trzeba by oddzielać się murem pogardy i niechęci od innych. Ale żeby to uznać, trzeba by wejść w głąb siebie, a nie uciekać od własnej podmiotowości.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie? Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie. Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi. Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu? Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła? To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi. A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej? Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie? Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców? Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem. Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”… Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć? Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej. To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny. Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina? Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia? Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa. Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda? Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo! Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę zmieniać swój charakter? Dlaczego warto to robić?

Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nie bój się porzucić człowieka, którym jesteś, na rzecz człowieka, którym chcesz być. To ukoronowanie skutecznego działania.

Magda ma 29 lat, jest z wykształcenia filologiem, pracuje w firmie importującej środki chemiczne. – Rok temu spotkałam kolegę z liceum – opowiada. – To był zawsze taki typ clowna – leń i zgrywus. Tymczasem teraz robi doktorat, ożenił się, buduje dom. Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek. Co się stało ze „starym” Piotrem albo raczej: skąd się nagle wziął ten nowy? Dało mi to do myślenia, a wręcz wytrąciło mnie z równowagi. Ja też tak chcę!

Kto powiedział, że całe życie masz być tą samą osobą? Coś ci się w sobie nie podoba, zmieniaj się do woli! Zwłaszcza jeśli zmiana ma dotyczyć złych nawyków, które utrudniają ci życie. Pomyśl: skąd pewność, że właśnie teraz jesteś prawdziwą sobą, może musisz ją dopiero odkryć…?

Jaka jesteś? - Często mylimy prawdę o sobie z wymyślonym wizerunkiem

Zacznij od tego, kim jesteś dziś. Z wymienionych poniżej określeń wybierz i zakreśl kluczowe cechy swojego charakteru: miła, ładna, mądra, przyjacielska, rozsądna, punktualna, pracowita, prawdomówna.

To, co przed chwilą zrobiłaś, to nie jest twój portret, tylko twoja wizja samej siebie. Nie jesteś taka, ty tylko tak siebie widzisz. Nauczyłaś się i przyzwyczaiłaś tak siebie postrzegać. Te cechy automatycznie z siebie wydobywasz, jesteś biegła w ich używaniu. Tak o sobie myślisz, ale czy wiesz, na ile jest to zgodne z prawdą? Każdy z nas – w zależności od wypadkowej wielu zmiennych w rodzaju: okoliczności, bieżących rezerw psychicznych, kondycji fizycznej i zdrowotnej, aktualnego paradygmatu postrzegania sytuacji, siły motywacji – wykazuje najróżniejsze cechy, czasem nawet takie, których w ogóle nie kojarzy ze sobą, jak: agresja, zrzędliwość, upór, złośliwość, egoizm.

Magda: – Do siebie nie ma człowiek takiego dystansu, ale patrzyłam kiedyś na mojego męża. Kiedy ma umyć samochód, to aż kipi energią. Jest taki zorganizowany i pełen wigoru. Lubi o sobie mówić, że niczego nie zostawia na ostatnią chwilę, i rzeczywiście nie zostawia.

Mąż Magdy wyraźnie unaocznia psychologiczną prawdę: Jesteś taki, jaki myślisz, że jesteś. Zachowujesz się zgodnie z wizją siebie samego. W każdym jest wszystko: odwaga i tchórzostwo, pewność siebie i nieśmiałość, wrażliwość i grubiaństwo. To od nas zależy, na co nastawimy reflektor własnej uwagi. Cechy, na których się skupiamy, silniej wykształcamy, czyniąc z nich filary postrzegania siebie, a inne „leżą odłogiem”. Niektórych używamy nawykowo, innych bardzo rzadko. Dlatego, jeśli chcesz być szczęśliwa, nie blokuj się myślą, że pewne cechy są ci dane, wdrukowane, trwale zaszczepione. Ludzie się zmieniają. Jaskrawym przykładem jest realizacja roli ojca. W pierwszej relacji z dzieckiem mężczyzna może być archetypem złego rodzica, podczas gdy w nowej relacji z kolejnym dzieckiem staje się nagle mądrze kochającym ojcem. Mówimy, że ludzie się zmieniają, ale w rzeczywistości chodzi o to, że przeformatowali wizję samych siebie. Jeśli zgadzasz się z poglądem, że człowiek nie musi być całe życie uwięziony w jednej osobowości, że ma prawo porzucić swoją starą wersję dla nowej, lepszej – możesz zrobić kolejny krok.

Porzuć swoją starą wersję i stań się tym, kim chcesz

– Moim wielkim życiowym celem jest poprawa relacji z bratem – stwierdza Magda. – Dręczę się tym od lat, ale do tej pory nie umiałam ruszyć z miejsca. Grzebałam się wciąż w przyczynach tego stanu rzeczy, w urazach i próbach zmiany zachowania brata. Wiedziałam, oczywiście, że sporo winy jest po mojej stronie, w końcu zrozumiałam, że zmiana musi zacząć się ode mnie. No dobrze, tylko od czego zacząć?

Z perspektywy skutecznego działania droga do zmiany osobowości wiedzie poprzez twój osobisty cel. W przypadku Magdy wizja jest jasna: dobre relacje z bratem. Ty, jeśli już umiesz odróżniać wizje od toksycznych fantazji, wybierz jedną, najbliższą ci dziś wizję. Co byś chciała skutecznie zrealizować w swoim życiu? Wybierz jedną rzecz. Teraz następny krok: zapomnij, że ten cel dotyczy ciebie. Stań z boku i odpowiedz na pytanie: Jaka osoba może to osiągnąć? Zachowaj się jak pracodawca czy dyrektor castingu. Osoby o jakich cechach szukasz? Potraktuj ten problem abstrakcyjnie i wypisz te cechy. W ten sposób stworzysz portret psychologiczny osoby, która bez trudu osiągnie cel, który wybrałaś.

Magda: – Po zadaniu sobie pytania, kto skutecznie poprawi relacje z bratem, wypisałam: „ktoś tolerancyjny, nieoceniający, ale słuchający; ktoś, kto pierwszy podejmuje kontakt; ktoś, kto w ogóle wie, w jakiej rzeczywistości żyje jego brat; ktoś umiejący zamknąć za sobą drzwi przeszłości; ktoś chwalący się bratem, chętnie pokazujący go znajomym; ktoś lubiący i akceptujący ważne dla niego sprawy”.

Kiedy przestajesz myśleć w kategorii: „co JA muszę zrobić”, a zaczynasz zadawać sobie pytanie: „Co TRZEBA zrobić?”, od razu widzisz, czego do tej pory zaniechałaś.
Kolejny krok to hierarchizacja. Wybierz jedną, twoim zdaniem kluczową, cechę, która skutecznie umożliwi realizację wyznaczonego celu. Ponownie zapomnij o sobie. Myśl abstrakcyjne o problemie, a nie o swoim przypadku. Jakie konkretne zachowania trzeba podjąć, żeby w sobie tę cechę rozwinąć? Nie jest ci potrzebna żadna fachowa wiedza. Ty to wiesz. Wyobraź sobie, że chcesz wychować dziecko, żeby wyraźnie tę cechę manifestowało.

Magda: – Cecha, która według mnie jest bardzo pożądana w relacjach z tak trudnym i tak nieodpowiedzialnym człowiekiem jak mój brat, to tolerancja. Co bym robiła, gdybym u kogoś miała rozwinąć tolerancję? Starałabym się, by poznawał kultury i religie inne niż moja. Poszerzyłabym jego środowisko społeczne o ludzi, z którymi do tej pory się nie zadawał. Sprawiłabym, by słuchał zamiast mówić. Pytał, dlaczego, a nie mówił, że to głupie. Oglądał filmy, czytał książki, nie odrzucał czegoś tylko dlatego, że to nie jego klimaty. Zainteresował się czymś kompletnie nowym. Potem przełożyłam to na swój przykład. Zaczęłam od tego, że kupiłam pismo na temat motorów i je przeczytałam od deski do deski.

Zmiana jednej cechy charakteru może przynieść ogromne korzyści

Mimo że jeszcze długa droga przed tobą, jeśli teraz zaczniesz powoli robić coś, aby wypielęgnować w sobie jedną wybraną cechę, to z czasem wyraźnie przełoży się to na realizację celu.

Magda: – Przez lata przerażała mnie myśl: „Muszę wreszcie naprawić kontakty z bratem”. To mnie przytłaczało. Skupiłam się na podniesieniu u siebie poziomu tolerancji i dobre relacje przyszły same. Po prostu idąc do brata, nie odczuwam już żadnego napięcia. Jest dziś u nas w domu częstym gościem. To może dla kogoś nic wielkiego, ale dla mnie to całkowita zmiana mojego życia. I na dodatek wiele osób mi mówi, że się zmieniłam. Jestem weselsza, bardziej cierpliwa, spokojniejsza, pomysłowa – słowem: inna. Ja też to czuję. Skuteczna rewolucja w osobowości, a co za nią często idzie – rewolucja w życiu, nie musi być związana z napięciem. Zacznij od jednej cechy i po prostu sprawdź, co się stanie. Powodzenia!

  1. Psychologia

Sekretne drugie życie. Czy każdy z nas ma prawo do tajemnic? Ujawniać je czy ukrywać?

Ilustracja: Luka Rayski
Ilustracja: Luka Rayski
Tylko ja wiem, jak jest, jak było, tylko ja znam prawdę. I robię wszystko, żeby prawda nie wyszła na jaw. Nasze najgłębsze sekrety czasem rujnują nam życie i zdrowie, ale często bywa wręcz przeciwnie – ocalają spokój innych. Czy każdy z nas ma prawo do tajemnic? Ujawniać je czy ukrywać?

Adam (16 lat, wtedy uczeń ósmej klasy szkoły podstawowej) kładzie rękę na ramieniu kolegi. „Weź się odwal, pedale jeden” – słyszy. Cofa rękę jak oparzony. Ale dokładnie w tym momencie uświadamia sobie, że kolega mówi prawdę: „Tak, jestem gejem”. To odkrycie jest jak grom z jasnego nieba. Od dawna czuł, że coś jest z nim nie tak, że dziewczyny kompletnie go nie interesują w takim sensie, w jakim interesują kolegów. Owszem, lubi z nimi przebywać, rozmawiać, nigdy natomiast o nich nie myśli. Jego uwagę zajmuje pewien aktor, no i brat kolegi. Te myśli i uczucia są dziwne, nie rozumie ich, więc je wypiera. Dopiero kolega otwiera mu oczy, że one w nim tkwią, tylko ukryte. Adam mieszka w małym miasteczku na południu Polski, gdzie wszyscy wszystko o każdym wiedzą, więc musi się pilnować. Unika kontaktów z rówieśnikami, zaszywa się w swoim domu, słucha muzyki, czyta. W tamtych czasach (początek lat 90. ubiegłego wieku) nie ma Internetu, dostępu do informacji. Adam nie może też liczyć na rozmowę z rodzicami, bo wie, co myślą o takich jak on. Nieraz słyszał, jak ojciec, oglądając filmy w telewizji, rzucał pod adresem bohatera: „A to pedał jeden”. Mama orzekła kiedyś: „Ich trzeba przymusowo leczyć”. Wyjechać? Zastanawia się nad tym. Ale wcześniej owe myśli starannie porządkuje, pisząc list do mnie, autorki reportaży o outsiderach. Nie podaje adresu zwrotnego.

Ciała nie da się oszukać

Co się dzieje z człowiekiem skrywającym tak trudną prawdę? – Każda tajemnica, którą ukrywamy, mniejsza czy większa, nie znika poprzez samo utajenie, nie zmienia się też jej ranga, znaczenie dla naszego życia. Ona nadal istnieje – odpowiada psycholog Agnieszka Mościcka-Teske z Uniwersytetu SWPS, Wydziału Zamiejscowego w Poznaniu. – Człowiek funkcjonuje przecież nie tylko na poziomie świadomym, lecz także nieświadomym. O ile na poziomie świadomym możemy pilnować, żeby nie zdradzić się żadnym gestem czy słowem, o tyle na poziomie nieświadomym nie jesteśmy w stanie kontrolować naszego umysłu, duszy czy ciała.

Psycholożka zauważa, że zdradzać nas może zwłaszcza ciało. Drżące ręce, rozbiegany wzrok, rozszerzone źrenice, zmiana tembru głosu, nienaturalna postawa. To znak, że za wszelką cenę chcemy coś ukryć albo – w drugą stronę – że nie przyjmujemy tego do wiadomości. Ciało reaguje wtedy natychmiast, jakby było wprost połączone z nieświadomością. Bo ciała nie da się oszukać. Zdradza, że z ukrywanym zdarzeniem nadal jest związana jakaś część naszej psychiki, pamięci, uwagi, naszych emocji.

– Można powiedzieć, że w prawdziwej rzeczywistości funkcjonujemy wtedy tylko w iluś procentach, bo druga część naszego życia wewnętrznego, naszej psychiki zostaje w świecie związanym z tajemnicą – wyjaśnia psycholożka. – Świadomość posiadania wiedzy o nas samych, której nie możemy ujawnić innym, która w dodatku mogłaby pogorszyć nasz obraz w ich oczach, powoduje podwyższone napięcie w codziennym funkcjonowaniu. Mówiąc mniej psychologicznie: nie żyjemy wtedy pełnią życia, bo ono jest podzielone na to, co oficjalne, czym możemy i chcemy się dzielić, i na to, co zatajone. A ponieważ temu zatajonemu poświęcamy jakąś część swoich zasobów, to w tym oficjalnym nie mamy szansy skorzystać z całego naszego potencjału.

Życie w cieniu tajemnicy rodzi wiele destrukcyjnych stanów, jak poczucie winy, wstyd, niska samoocena. Z długoletnich badań psycholożki dr Anity E. Kelly z University of Notre Dame w Indianie wynika, że rodzi też depresje, lęki i choroby psychosomatyczne. A skutki tajemnicy skrywanej przez dziecko (na przykład dotyczącej alkoholizmu rodziców, przemocy w domu) mogą nawet zahamować jego rozwój emocjonalny.

Złą reputację tajemnic potwierdza David Eagleman, amerykański neurobiolog. W książce „Mózg incognito. Wojna domowa w twojej głowie” pisze, że długotrwałe ukrywanie poważnych sekretów wpływa negatywnie na zdrowie. A to dlatego, że mózg, któremu powierza się takie informacje, toczy nieustanną walkę między koniecznością ich ukrycia a potrzebą ujawnienia. Te pełne sprzeczności procesy umysłowe powodują napięcie psychosomatyczne, wzrost ciśnienia, stresu, a co za tym idzie – osłabiają odporność.

Mój czyn i moja odpowiedzialność

Justyna (lat 41, matematyczka) drżącymi rękami otwiera kopertę z wynikami badań DNA męża i 16-letniej córki. Czyta: „Prawdopodobieństwo biologicznego ojcostwa wynosi zero procent”. Serce wali jak młot, nogi miękną. Oto widzi, czarno na białym, potwierdzenie tego, co przeczuwała przez całe życie, od momentu, kiedy po raz pierwszy wzięła córkę na ręce. Z tamtym mężczyzną przespała się jeden jedyny raz po kłótni z Januszem, wtedy jeszcze narzeczonym, jej pierwszą wielką, ale burzliwą miłością. Po tej kłótni trzasnęła drzwiami, pojechała do klubu, gdzie przetańczyła całą noc z poznanym tam nieznajomym. Potem wylądowała u niego w mieszkaniu na drugim końcu miasta. Wyszła na palcach, jak tylko zasnął. Nigdy więcej go nie spotkała. Nie wie, jak się nazywa, gdzie mieszka, co robi. Janusz szukał jej całą noc, następnego dnia się oświadczył. Kiedy kilka tygodni później potwierdziło się, że Justyna jest w ciąży, postanowili wziąć szybki ślub. Janusz oszalał na punkcie córki, mimo że ani na jotę nie była do niego podobna, no i nie była też wymarzonym synem. A Ania oszalała na punkcie ojca. Justyna obserwuje ich relację ze zmąconą radością. Odpędza jak natrętną muchę przeczucie, że Ania może nie być córką Janusza. Ale to przeczucie nie daje jej spokoju, wkręca się w mózg, duszę, ciało. Pewnego razu Janusz chce się pochwalić świeżo założonym implantem. „Zaraz, zaraz” – mówi Justyna i sięga po szpatułkę, że niby musi odchylić wargę, a tak naprawdę, żeby pobrać próbkę ze śluzówki męża. Z pobraniem próbki od córki nie ma problemu. Wynik badania przestawia jej życie o 180 stopni. Na razie tylko jej, bo nikomu o tym nie mówi. „Ale z taką tajemnicą strasznie trudno żyć” – pisze w liście do redakcji. Nie oczekuje rady, jedynie wysłuchania.

Czy to znaczy, że powinno się ujawniać wszystkie tajemnice? – Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie – mówi Agnieszka Mościcka-Teske. – Każdy człowiek powinien zrobić swój wewnętrzny bilans: czy mniejsze koszty ponoszę, gdy dźwigam ciężar tajemnicy, czy gdy ją wyjawiam.

Natomiast czysto teoretycznie można znaleźć argumenty zarówno za ujawnieniem tajemnicy, jak i przeciwko niemu.

Sytuacja, w której przemawiają argumenty przeciw: załóżmy, że jesteśmy w stałym związku, na którym nam zależy, ale zdarzyła nam się zdrada, czego teraz się wstydzimy, z czym źle się czujemy.

– Przed ujawnieniem akurat tej tajemnicy warto poważnie się zastanowić – uważa psycholożka. – Zanim powiemy o tym partnerowi, dobrze jest zadać sobie pytanie: czy będzie to służyło związkowi, czy tylko poprawie naszego samopoczucia? Bo tutaj chodzi o coś więcej niż o własne zadowolenie. Jeżeli moją intencją jest to, że chcę być uczciwa, jeżeli autentycznie żałuję tego, co się stało, i wyjaśnię wszystko partnerowi, może uda się na nowo poukładać związek. Ale jeżeli chcę wyjawić tajemnicę, bo jest mi za ciężko samej dźwigać taki ciężar i chciałabym częściowo podzielić się nim z partnerem, to taka postawa jest moim zdaniem nieuczciwa. Zakłada próbę zrzucenia odpowiedzialności za swój czyn. Powoduje, że to, co zrobiłam, staje się teraz także zdarzeniem w życiu partnera. A to przecież mój czyn i moja odpowiedzialność.

Kiedy natomiast górę biorą argumenty za ujawnianiem prawdy? Wtedy gdy ukrywane fakty mogą zaważyć na zdrowiu i życiu innej osoby.

– Ukrywanie prawdy przed kimś, kogo ta prawda dotyczy, na przykład informacji o jego pochodzeniu, rodzicach, to w niektórych sytuacjach ograniczanie jego wiedzy o tożsamości – mówi psychoterapeutka. – Bo tożsamość budujemy także na tym, kim byli nasi przodkowie.

Według podejścia systemowego rodzina to wielopoziomowa struktura, na którą wpływa między innymi jej przeszłość. A więc także rodzinne tajemnice. Niektórzy terapeuci systemowi są orędownikami wyznawania tajemnic. Dla zdrowia rodziny, ale także z tego powodu, że sekrety wcześniej czy później i tak wyjdą na jaw.

O tym, że tajemnice same dochodzą do głosu, jakby wbrew interesowi skrywających je ludzi, świadczy wiele przykładów. Choćby historia Krystiana Bali, autora książki pt. „Amok”, w której opisał pewną zbrodnię prawie doskonałą, tym samym naprowadzając organy ścigania na trop przestępstwa. Jak wykazał potem proces, to autor książki był sprawcą zabójstwa.

Każdy ma prawo do tajemnic

Beata (52 lata, urzędniczka) jeździ do pracy okrężną drogą, codziennie nadkładając ładnych parę kilometrów. Tylko dlatego, że krótsza biegnie obok budynku, który źle jej się kojarzy. Z własnego wyboru przenigdy tamtędy nie pojedzie. Ale kiedy musi – nie może opanować drżenia rąk. 33 lata temu w tym budynku dokonała aborcji. Miała wtedy 19 lat, dopiero co rozpoczęła studia na prawie i zamieszkała w Warszawie w słynnym akademiku na Kickiego. Wreszcie wyrwała się z konserwatywnego domu, wreszcie mogła cieszyć się wolnością. I zapraszać do siebie chłopaka. Do tej pory spotykali się w ukryciu, bo zarówno jego rodzice (bogaci właściciele zakładów mięsnych w miasteczku), jak i jej ojciec (nauczyciel) byli przeciwni ich związkowi. Ale młodzi nie widzieli poza sobą świata. Tuż przed pierwszą sesją Beata, nie bez powodu, zapytała chłopaka: „Co byś zrobił, gdybym była w ciąży?”. „Nawet o tym nie mów, nie możesz mi tego zrobić” – wykrzyknął bez zastanowienia. Pożyczyła pieniądze, umówiła się na zabieg w prywatnym gabinecie położonym na parterze bloku przy jednej z głównych ulic, którą dzisiaj omija. Pojechała sama. Pamięta porażającą ciszę gabinetu i miłą, starszą pielęgniarkę, która zapytała: „Czy wiesz, na co się decydujesz, dziecko?”. „Tak” – odpowiedziała. Z chłopakiem rozstali się kilka dni później. Nikomu nigdy o tym nie powiedziała. Wyszła za mąż, urodziła syna, rozwiodła się. Kilka lat temu przypadkowo trafiła do kina na rumuński film „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni”. „To wstrząsające zobaczyć swoją historię na ekranie. Ten film powinny obejrzeć wszystkie kobiety. I te, które podjęły decyzję o aborcji, i te, które nigdy nie będą musiały jej podejmować. Proszę polecić go czytelniczkom” – napisała w liście do redakcji.

Ciśnienie wewnętrzne, żeby uwolnić się od ukrytego ciężaru, jest ogromne. Czasem ów ciężar sam niepostrzeżenie wymyka się spod kontroli, czasem może go do tego sprowokować zupełnie niewinne zdarzenie, na przykład wiadomość w telewizji w jakiś sposób do niego nawiązująca. Ale z drugiej strony ludzie poskramiają to ciśnienie, na przykład na różne sposoby uzasadniając niemoralne czyny trzymane w tajemnicy. A wszystko po to, żeby poprawić jakość swojego życia i w miarę normalnie funkcjonować.

– Pomaga im w tym mechanizm, który nazywa się wyjaśnianiem bądź zmniejszaniem dysonansu poznawczego – wyjaśnia Agnieszka Mościcka-Teske. – Proszę zauważyć, że każde zachowanie nie fair, nadmiarowe, nieuzasadnione, a także każdy dramat, który się zdarzył w historii świata, bywają przez sprawcę uzasadniane, tłumaczone, usprawiedliwiane. Mówimy, że zmusiło nas do tego życie, że chcieliśmy dobrze, ale nie wyszło. Każdy z nas znajdzie uzasadnienie zachowania własnego lub osób, które popiera, bo tak jesteśmy skonstruowani, że szukamy racjonalnych uzasadnień. A ponieważ jako ludzie jesteśmy sprawni poznawczo, to te uzasadnienia zawsze znajdziemy. Jakie – to kwestia ekwilibrystyki w myśleniu i inteligencji. Czasami uzasadniamy coś automatycznie, nieświadomie. Na przykład: traktujemy źle innych ludzi, a nie przyznajemy się do tego przed sobą, bo chcemy postrzegać siebie jako życzliwych, otwartych, dobrych. Co więc robimy? Mówimy o innych: żółtki, czarnuchy, czerwoni. Jest to mechanizm dehumanizacji, używamy go na ogół nieświadomie, trochę automatycznie.

Sposoby na ulżenie sobie w sekretnym życiu w wielu kulturach bywają podobne: spowiedź, telefon zaufania, zwierzanie się obcym ludziom w pociągu, pisanie pamiętników. Ale tajemnica tajemnicy nierówna.

– Istnieje obszar naszego życia, który nie podchodzi pod tę definicję. Bo tajemnica to jest coś, czego nie chcemy i nie możemy ujawnić innym, co świadomie ukrywamy, ponieważ boimy się konsekwencji. Natomiast każdy z nas ma też takie terytorium świata wewnętrznego, którego z różnych względów nie ma potrzeby odkrywać przed innymi. To są nasze intymne przeżycia, coś, co lubimy, co nas fascynuje, ciekawi, ale też obrzydza, odpycha. Nie musimy z nikim się tym dzielić. Może być tak, że przeżyjemy całe życie i nie powiemy o tym nikomu. Bo nie ma takiego obowiązku. Każdy z nas ma prawo do intymnych tajemnic, które dotyczą tylko nas.

Otwórz się

Im więcej masz przyjaciół, tym jesteś zdrowszy – wykazały badania profesora psychologii Jamesa Pennebakera. Pod warunkiem jednak, że dużo z nimi rozmawiasz, przede wszystkim o trudnych przeżyciach. Okazuje się, że jeżeli doznasz urazu, chowasz obciążającą cię tajemnicę i z nikim o tym nie pomówisz, to liczba przyjaciół nie ma żadnego znaczenia. Ma – gdy się przed nimi otwierasz!

Prawda ciała

Powstrzymywanie się od ujawniania sekretnych myśli i uczuć powoduje zwiększenie potliwości dłoni i stóp, określanej mianem aktywności elektrodermalnej. W momencie samego aktu wyznania zwiększa się ciśnienie krwi i rytm serca. Natomiast już po wszystkim (szczerym wyznaniu tajemnicy) ciśnienie krwi spada do poziomu dużo niższego niż przed wyznaniem.

  1. Psychologia

Jakie są twoje największe atuty? Ćwiczenie poprawiające nastrój

Już kilka minut skupienia na własnych talentach i predyspozycjach albo rozmowa na ich temat z przyjaciółmi czy terapeutą poprawia samopoczucie oraz redukuje objawy depresji. (Fot. iStock)
Już kilka minut skupienia na własnych talentach i predyspozycjach albo rozmowa na ich temat z przyjaciółmi czy terapeutą poprawia samopoczucie oraz redukuje objawy depresji. (Fot. iStock)
Nagły spadek nastroju? Czujesz, że zapadasz się w dół? Sięgnij do swoich mocnych stron. Masz je jak każdy. Psycholog pozytywny Jolanta Burke zaprasza do ćwiczenia.

Smutna, sfrustrowana, zmęczona... mimo, że uważam się za szczęśliwą osobę, od czasu do czasu zdarza mi się popaść w stan przygnębienia. Przytrafia mi się to zwłaszcza po maratonie ciężkiej pracy, prowadzenia domu i dbania o to, aby w burzy życia znaleźć czas dla rodziny i przyjaciół. Za każdym razem, kiedy czuję, że nad moją głową zaczynają się zbierać czarne chmury, porzucam chwilowo to co robię, biorę notes i idę do najbliższej kawiarni na kawę. Przy kubku aromatycznego napoju staram się zanurzyć w ciepłą kąpiel z dobrych myśli na swój temat.

Badania pokazują, że już kilka minut skupienia na własnych talentach i predyspozycjach albo rozmowa na ich temat z przyjaciółmi czy terapeutą poprawia samopoczucie oraz redukuje objawy depresji nawet do dwóch miesięcy. Poza tym, jak już raz zdasz sobie sprawę ze swoich mocnych stron, w przyszłości, w podobnych momentach zwątpienia, wystarczy jedynie sobie o nich przypomnieć, a dobry nastrój powróci.

24 atuty według Martina Seligmana i Christophera Petersona

Po latach badań, psychologowie Martin Seligman i Christopher Peterson z Uniwersytetu w Pensylwanii opracowali katalog 24 sił charakteru, które można przyporządkować sześciu głównym cnotom:

Odwaga:

Witalność - do wszystkiego podchodzisz z podekscytowaniem. Traktujesz życie jak przygodę i rzucasz się w jego wir pełen energii.

Dzielność - cechuje cię spora odwaga. Nie straszne ci wyzwania, problemy ani nawet ból. Zawsze mówisz, co myślisz bez względu na konsekwencje.

Prawość - pogardzasz hipokryzją. Prawda ma dla ciebie najwyższą wartość.

Wytrwałość - zwykle kończysz to, co zacząłeś, pomimo przeciwności.

Humanitaryzm:

Dobroć - lubisz dzielić się z ludźmi, tym co posiadasz. Zwłaszcza jeśli potrzebują twojej pomocy.

Miłość - doceniasz bliskie relacje z ludźmi, często okazując im troskę i uczucie.

Inteligencja społeczna - rozumiesz, co czują inni, instynktownie wiesz, jak postępować w różnych sytuacjach i jakiej spodziewać się reakcji.

Umiar:

Skromność i pokora - nie uważasz się za nikogo nadzwyczajnego. Wolisz przebywać na drugim niż na pierwszym planie.

Samoregulacja - jesteś zdyscyplinowany i panujesz nad swoimi pragnieniami i emocjami.

Rozwaga - nie podejmujesz niepotrzebnego ryzyka, najpierw rozważasz wszystkie opcje.

Wielkoduszność i miłosierdzie - przebaczasz tym, którzy cię skrzywdzili. Zawsze dajesz ludziom drugą szansę.

Mądrość i wiedza:

Zamiłowanie do zdobywania wiedzy - opanowywanie nowych umiejętności i pogłębianie wiedzy sprawia ci wielką przyjemność.

Perspektywa - na życiowe problemy patrzysz z innej perspektywy niż inni. Ludzie wokół ciebie cenią twoje mądre rady.

Twórczość - masz oryginalne podejście do życia, myślisz w sposób niekonwencjonalny, często posiadasz artystyczne umiejętności.

Ciekawość - interesujesz się wieloma rzeczami, lubisz wszelkie nowości.

Otwartość umysłu - cechuje cię krytyczny umysł, potrafisz ocenić, co jest dla ciebie dobre, a co złe.

Sprawiedliwość:

Bezstronność - traktujesz wszystkich na równi, każdego obdarzając kredytem zaufania.

Zdolność do współpracy - lubisz pracować w zespole i jesteś lojalny w stosunku do grupy.

Zdolność do przewodzenia grupie - masz umiejętność mobilizowania innych do pracy na rzecz wspólnego dobra.

Transcendencja:

Nadzieja - oczekujesz, że przyszłość niesie wszystko co dobre.

Wdzięczność - jesteś wdzięczny za to co masz i kim jesteś. Chętnie okazujesz też wdzięczność innym.

Docenianie piękna i doskonałości - jesteś w stanie dostrzec urodę i harmonię wokół siebie.

Duchowość - wierzysz w siłę wyższą i przeznaczenie. Przeczuwasz, że wszechświat ma głębszy sens.

Humor - lubisz się śmiać i potrafisz wywołać uśmiech na twarzy innych ludzi.

Moje siły to…

Jeśli chcesz szybko poprawić sobie samopoczucie, z podanej listy wybierz 5–10 sił, które cię najlepiej opisują. Możesz to zrobić na kilka sposobów:
  1. Przypomnij sobie dokonania, z których jesteś szczególnie dumny. Zastanów się, jakich sił charakteru użyłeś, aby osiągnąć sukces. Na przykład jeśli udało ci się zrzucić kilka kilogramów, najpewniej przydała ci się samokontrola. Pomyśl teraz o innych, podobnych sytuacjach. Jeśli okaże się, że częściej korzystasz z samokontroli i sprawia ci to przyjemność, możesz ją uznać za swoją siłę charakteru.
  2. Zastanów się nad wszystkimi siłami charakteru i wybierz wśród nich pięć, na myśl o których czujesz przypływ energii, których chciałbyś doświadczać jak najczęściej i które najlepiej cię odzwierciedlają.
  3. Zapytaj znajomych i rodzinę o to, jakie siły – ich zdaniem – najlepiej cię charakteryzują.
Moje trzy główne siły charakteru to zamiłowanie do uczenia się, wytrwałość i dobroć. Ostatnio na przykład zapisałam się na kurs szermierki. Mimo że nie przyda mi się ona do pracy, mam nadzieję, że pomoże mi poprawić równowagę, koncentrację i refleks. Uwielbiam się uczyć ciekawych rzeczy i jestem podekscytowana moim nowym kursem.

Sądzę, że jestem też dość wytrwała i łatwo się nie poddaję. Kiedyś dostałam wspaniały przepis na ciasteczka czekoladowe. Niestety, mimo starań, ciągle mi się nie udawały. To mnie jednak nie zniechęciło. Kupiłam inny gatunek mąki i spróbowałam po raz kolejny. Za czwartym razem wyszły idealnie. Udoskonaliłam ten przepis tak bardzo, że znajomi uznają teraz czekoladowe ciasteczka za moje popisowe danie. Najzabawniejsze, że największą frajdę miałam właśnie wtedy, gdy ciągle mi się nie udawały, bo mogłam korzystać z jednej z moich sił charakteru.

Inną siłą, dającą mi równie tyle przyjemności, jest dobroć. Kilka tygodni temu postanowiłam zostać wolontariuszem w schronisku dla bezdomnych. Po kilku godzinach ciężkiej pracy, pomimo zmęczenia, czułam się wspaniale. Pomaganie innym dodało mi energii i uszczęśliwiło na dobrych kilka godzin. Nawet na samo wspomnienie tamtego dnia od razu poprawia mi się samopoczucie.

Przez następny miesiąc postaraj się jak najczęściej myśleć o swoich siłach charakteru. Zaproś przyjaciół na wieczorne dyskusje o tym, co was wszystkich najlepiej określa. Przekonasz się, jak wiele da wam to energii. W kolejnym odcinku cyklu przeczytasz, co możesz zrobić, aby zatrzymać ją jak najdłużej.