1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Miłość leczy stres

Miłość leczy stres

Ważne jest, abyśmy w relacjach znajdowali czas na słuchanie: zatrzymali się, otworzyli serce i słuchali drugiej osoby. (Fot. iStock)
Ważne jest, abyśmy w relacjach znajdowali czas na słuchanie: zatrzymali się, otworzyli serce i słuchali drugiej osoby. (Fot. iStock)
Odczuwanie i wyrażanie miłości to najskuteczniejsze lekarstwo na stres. Dzięki bliskości możemy wyzbyć się bólu i gniewu, a także radykalnie zmniejszyć napięcie i lęk. Uważne słuchanie i dobre słowa, wyrażające docenienie, uznanie i wdzięczność, dadzą nam wewnętrzny spokój. Lepszy świat, o którym marzymy, jest między nami.

Jest takie słynne powiedzenie Eriki Jong: Tylko miłość warta jest peanów. To dlatego ludzie zachowują się wobec niej tak cynicznie. Warto za nią walczyć, popisywać się odwagą, ryzykować dla niej wszystko. A problem w tym, że jeśli nie zaryzykujesz wszystkiego, ryzykujesz jeszcze więcej. W głębi siebie wiemy to. W najgłębszych zakamarkach naszych serc i dusz wiemy również, że nasze związki – z ludźmi, ze zwierzętami, z naturą, z istnieniem – stanowią najważniejsze doświadczenie życia. Wszystko, co wiemy o sobie, wiemy na podstawie relacji, które tworzymy. Bez nich jesteśmy niczym. To dlatego tak bardzo pragniemy znaczących, bliskich związków.

Erich Fromm w swojej sławnej książce „O sztuce miłości” pisze, że kochać drugą osobę jest sztuką, ale ucząc się miłości, musimy zarazem kształcić się w rzemiośle tak jak w przypadku innych sztuk, jak muzyka czy medycyna. Musimy kształcić się zarówno w teorii, jak i w praktyce.Nie wyrażając miłości, wstrzymujemy przepływ życia. Jednak możemy być zagubieni w rozumieniu tego, czym miłość jest. Co tak naprawdę chcemy wyrazić?

Wydaje się, że nie bardzo rozumiemy istotę bliskich związków. Najczęściej traktujemy miłość jak handel wymienny: dam ci coś, jeśli ty dasz mi najpierw. Więc poczekam, namyślę się, czy warto inwestować w tę relację. Zbyt często zastanawiamy się, co możemy zyskać. Asekurując się w ten sposób, nigdy nie odczujemy satysfakcji i głębi płynącej z otwartego, kochającego serca. Pozostaniemy głodni, czekając, aż ktoś da nam to, czego pragniemy. Prawdziwie karmiące związki nie służą temu, byśmy coś na nich zyskali. Stawką jest to, co postanawiamy w związek wnieść. Płynąca swobodnie miłość obdarza, wspiera i pomaga w wyrażaniu i doświadczaniu naszego najwyższego potencjału – potencjału serca; rozumiemy, że to właśnie jest powodem, dla którego się spotkaliśmy. Pytamy siebie: Co możemy dać? Czym możemy wesprzeć? Co możemy stworzyć?

Gdy prawdziwie kochamy, patrzymy na ludzi i widzimy ich takimi, jakimi wszyscy chcielibyśmy być. Staramy się obdarzać ich wszystkich tym, czym sami w głębi serca jesteśmy. Dajemy to, za czym sami tęsknimy, ponieważ rozumiemy, że właśnie w ten sposób – dając, otrzymujemy; otwieramy się na doświadczenie miłości. I co równie ważne: już nie rozglądamy się za kimś, kto mógłby dać nam upragnioną miłość, ponieważ odkryliśmy, że to, czego zawsze szukaliśmy, jest w nas.

Zaczynamy widzieć głębiej, poza zasłoną pozorów. Coraz łatwiej przychodzi nam wczuć się w serca ludzi bijące z tęsknotą, czekające na miłość, ukryte za murem obojętności i cynizmu. Czujemy, co jest ukryte za maską oddzielenia, za złością, niecierpliwością i raniącymi słowami. Wszyscy jesteśmy tacy sami – pragniemy się otworzyć, połączyć i odczuwać miłość.

Praktykowanie miłości możemy zacząć od prostych rzeczy: za każdym razem, gdy widzimy kogoś samotnego, zamkniętego w sobie, ukrytego za reakcjami obronnymi, pozwólmy naszemu sercu dotknąć serca tej osoby; możemy to zrobić, nie dotykając jej fizycznie ani nie ruszając się z miejsca. Ponieważ jesteśmy ze sobą połączeni, to dotknięcie poczujemy jak coś bardzo przyjemnego – jak ciepłą falę przenikającą ciało, przytulenie czy łagodny smak ulubionej gorącej herbaty.

Drugi, bardziej wymagający krok to pozostawanie otwartym nawet wtedy, gdy nasze serce chce się zamknąć, aby ochronić się przed zranieniem. Możemy dokonać wyboru, że mimo wszystko pozostaniemy otwarci. Świadome odczuwanie głębokiego smutku i tęsknoty wzmacnia serce i może zdziałać cuda – bliska osoba, która zadaje nam ból, doceni siłę płynącą z otwartości. I bardzo prawdopodobne, że ból zostanie przemieniony w miłość. Jeśli tak się nie stanie, mądre i przenikliwe serce da nam znać, że być może nadszedł czas, aby zakończyć jakiś związek. Życie nie wymaga, byśmy pozostawali w niszczących relacjach. Jednak otwieranie serca na zranienie nasze i innych to praktykowanie życia przepełnionego mocą miłości. Możemy, oczywiście, odmówić – alternatywą jest zamknięcie i gorycz niespełnienia.

Kolejną praktyką jest słuchanie. „Tak, słucham cię” jest jedną z lepszych definicji miłości. Nie istnieje nic ważniejszego w związku niż to, abyśmy potrafili w otwarty sposób słuchać siebie nawzajem. Istoty ludzkie błagają wręcz o to, żeby być wysłuchane i zrozumiane. Chodzi o to, by być dobrym lustrem dla bliskiej osoby, a potem trzymać buzię na kłódkę. Jak radzą buddyści: Nie rób niczego, tylko stój w miejscu i słuchaj. Jeśli ktoś nie prosi o pomoc, nie próbujmy niczego naprawiać.

Jak powiedział jeden z mężczyzn: Oto czego nigdy nie zrobię i wy też nie powinniście. Nie zaproponuję żadnego rozwiązania dla jej problemów. Nie powiem, że przesadza ani nie spróbuję zmniejszyć jej frustracji. Nie poradzę, żeby się nie martwiła, ani że to nic takiego. To byłoby dla niej ujmą, a nawet obrazą. Jest przecież dużą dziewczynką. Sama potrafi rozwiązać własne problemy dużo lepiej niż ja. Nie prosiła o pomoc, tylko o empatię i partnerskie wsparcie. A ja zawsze chcę, aby czuła i wiedziała, że jestem jej partnerem bez względu na to, przez co przechodzi.

To dlatego tak ważne, abyśmy w relacjach znajdowali czas na słuchanie: zatrzymali się, otworzyli serce i słuchali. A wtedy bardzo prawdopodobne, że w ciszy zatrzymania znajdziemy prawdziwe skarby – miłość i wdzięczność i zapragniemy je wyrazić. Powiemy bliskim, jacy są wspaniali i jak bardzo doceniamy to, że są z nami.

Z jakiegoś powodu lepiej idzie nam niszczenie i sabotowanie niż tworzenie i budowanie. Ale przecież możemy wybrać - możemy pozwolić, aby płynęły przez nas uznanie i miłość. Dziękuję, że jesteś taki wyrozumiały. Dziękuję, że mnie kochasz. Tak bardzo doceniam, że jesteś ze mną. Widzę twoje piękno, pasję, wytrwałość, inteligencję, wrażliwość, siłę, czułość, promienny uśmiech. Podziwiam cię za to, że odczuwasz ból, gdy przyjaciele sprawiają ci zawód. Że kochasz zwierzęta. Że nigdy się nie poddajesz. Że mnie słuchasz. Nic nie ma znaczenia poza moim oddaniem dla ciebie. Nie muszę mieć racji. Nie chcę cię kontrolować. Nie dbam o to, czy jesteś doskonała. Nie jest ważne, czy mnie potrzebujesz. Po prostu ofiarowuję ci moją miłość właśnie tutaj i właśnie teraz.

Gdy głęboko odczujemy, jak bardzo jesteśmy wdzięczni za to, co jest, niezależnie od wszelkich braków i niedociągnięć dotkniemy wolności. Docenimy drogę pełną radości i przeszkód, po której kroczymy, najlepiej jak możemy, razem. Odczujemy miłość dla całej istoty bliskiej osoby: oto ten mężczyzna, ta kobieta wędrują dzień po dniu u naszego boku. Czasem jedno z nas potyka się lub upada. Jednak podskórny nurt miłości płynie bez przerwy.

Możemy wybrać, że będziemy doskonalić naszą miłość, ucząc się, w jaki sposób wyrażać ją najlepiej. Możemy na przykład nauczyć się języka miłości, w jakim mówi ukochana osoba, aby go używać i uszczęśliwiać ją jeszcze bardziej. Możemy poznać moc empatii. Możemy kochać coraz doskonalej dzień po dniu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Psychologia

Chcesz rozwijać się zawodowo? Warto ćwiczyć empatię i umiejętność dopasowania

Musimy się nauczyć z powrotem koncentracji – to jest pierwszy warunek empatii. (fot. iStock)
Musimy się nauczyć z powrotem koncentracji – to jest pierwszy warunek empatii. (fot. iStock)
Możesz być świetnym ekspertem, obowiązkowym i terminowym pracownikiem, ale jeśli twoja praca wymaga bycia w kontakcie z dużą liczbą ludzi, kluczowa jest umiejętność zarządzania emocjami. Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, wyjaśnia, do czego może przydać ci się empatia.

W kręgach menedżerskich popularne jest twierdzenie, że o ile zatrudnia się pracownika z powodu jego kwalifikacji zawodowych, to zwalnia najczęściej z powodu niewystarczających umiejętności społecznych, niezbędnych do pracy w zespołach i grupach osób.
Dziś staje się powszechną praktyką, że na umiejętności społeczne zwraca się uwagę już podczas rekrutacji i procesu zatrudniania. Menedżerowie i osoby zarządzające firmami nauczyli się dobierać ludzi do swoich zespołów nie tylko z powodu ich wysokich kwalifikacji, ale przyglądają się ich zachowaniom, postawom, motywacjom – czyli właśnie tym umiejętnościom społecznym – z co najmniej dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że szukają kogoś do określonej pracy i określonego zespołu, a po drugie – wiedzą już, ile firmę może kosztować sytuacja, kiedy wybiorą, owszem, osobę bardzo dobrze przygotowaną merytorycznie do czekających ją zadań, która będzie odpowiednia, ale nie będzie dopasowana.

A na czym polega różnica między odpowiedniością a dopasowaniem?
O tym, czym jest odpowiedniość i dopasowanie, mówi m.in. Marcus Buckingham, autor książek i programów szkoleniowych pomagających firmom dążyć do identyfikacji i rozwijania talentów swoich pracowników. Odpowiedniość to kompetencje, które odpowiadają danemu stanowisku pracy, a dopasowanie oznacza, że czyjś sposób zachowania, sposób komunikowania i postawa współgrają z zespołem. Osoba odpowiednia dobrze pracuje, ale jeśli nie jest dopasowana, prędzej czy później pojawią się napięcia, konflikty i problemy, które przełożą się na efektywność pracy całego zespołu. Nie można jej zarzucić złej pracy, bo ma kwalifikacje, ale z powodu jej postawy kuleje efektywność całej organizacji.

Ale umiejętności społecznych można się nauczyć. Jeśli pracownik jest cenny dla firmy merytorycznie, to chyba jego przełożeni zrobią wszystko, by tę osobę zatrzymać, a jednocześnie wpłynąć na atmosferę w pracy.
Tak, umiejętności społeczne są nabywalne, choć każdy z nas już jakąś bazę wyjściową ma. Oczywiście, że osobie ekstrawertycznej łatwiej będzie nawiązywać kontakty niż introwertycznej, ale cechuje nas wszystkich pewna plastyczność w zachowaniach, co pozwala nam rozwijać umiejętności osobiste i społeczne. Możemy się zmieniać.

To chyba dobry moment, żeby zapytać, czym w ogóle są soft skills i dlaczego są dziś nie mniej cenne niż dyplomy?
Nie lubię sformułowania „soft skills”, nie posługuję się także terminem „umiejętności miękkie”, czyli nie dość szczęśliwym polskim tłumaczeniem. Na co dzień wolę zwrot „umiejętności społeczne”, ponieważ wydają się najlepiej opisywać zjawisko, o którym właśnie rozmawiamy. Dla mnie umiejętności społeczne to wszystkie umiejętności związane ze współdziałaniem z innymi ludźmi – bo przecież niemal wszystko, co tworzymy, nie tylko w pracy, tworzymy z innymi ludźmi. Nawet jeśli ktoś jest niezależnym przedsiębiorcą, to nie istnieje samodzielnie – jest zależny od innych, którzy współprodukują czy dystrybuują jego produkt albo usługę. Dlatego umiejętności współdziałania z innymi ludźmi są nam absolutnie niezbędne – i nie mam tu na myśli określonych technik, tylko dopasowanie rodzaju komunikatu do typu odbiorcy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób dotrzeć do drugiej osoby, by osiągnąć porozumienie. Królową umiejętności społecznych jest zdolność do empatii i w ogóle inteligencja emocjonalna. Ktoś może być zadaniowo doskonały, być superekspertem, ale jeśli miałby bardzo słabe umiejętności społeczne, a jego praca będzie wymagała współpracy z dużą liczbą ludzi, można przewidywać problemy i brak sukcesu.

Straty też będą po stronie osób, którymi on zarządza czy z którymi musi pracować.
Tak. Te umiejętności potrzebne są nie tylko menedżerom, ale każdemu z nas. Komunikacja, empatia, ale i samoświadomość, która jest niezbędna, gdy chcemy rozwiązywać konflikty, wychodzić z trudnych sytuacji społecznych.

Czyli przede wszystkim wiedza na temat samego siebie.
Gdy znamy siebie, gdy mamy realną wiedzę o tym, co szybko wyprowadza nas z równowagi, wówczas staje się możliwa samokontrola. Każdy z nas jest tylko człowiekiem, może się zirytować czy zdenerwować. Chodzi o to, by umieć odczytywać własne stany emocjonalne i jeśli są destrukcyjne, umieć je wygaszać, neutralizować albo zmieniać na emocję neutralną lub pozytywną. W empatii istotne jest nie tylko współodczuwanie, ale też konstruktywne działanie. Nie zawsze mamy zmieniać zdanie czy przyznawać komuś rację, ale powinniśmy kierować się chęcią zrozumienia powodów zachowania drugiej osoby. Mając jej i swoją perspektywę, łatwiej znaleźć rozwiązanie konfliktu, które będzie zadowalające dla obu stron.

Empatia jest piękną cechą i bardzo pożądaną, ale są sytuacje w życiu zawodowym, że źle rozumiana może się odbić na pracy całego zespołu. Załóżmy taką sytuację – wiemy, że koleżanka się rozwodzi, przeżywa trudne chwile, i zamiast jej dawać nowe zadania, przekazujemy je innym pracownikom. Ona ma naszą ochronę, a inni pracownicy więcej pracy – co na pewno zostanie przez nich dostrzeżone.
Empatia to nie tylko rozumienie swoich emocji i współodczuwanie stanów emocjonalnych innych ludzi, ale także działanie w związku z tym, co się w nas pojawia. Podejmujemy decyzje i nasza postawa powinna być racjonalna, choć punktem wyjścia były emocje. Działanie powinno być oparte na analizie sytuacji i przewidywaniach konsekwencji decyzji, jakie podejmiemy.

Kiedyś, podczas zajęć z psychoterapii, pewien profesor powiedział: „Co nam po tym, że empatyczny terapeuta będzie płakał razem z grupą terapeutyczną? Nikt nie skorzysta – ani grupa nie pójdzie dalej, ani terapeuta nie da grupie oglądu czy wsparcia”. Rozumiejąc odczucia pacjenta, terapeuta powinien szukać sposobu, jak mu pomóc, a nie płakać razem z nim. Nie jestem przekonana, że profesjonalne byłoby zabranie osobie będącej w jakiejś trudnej emocjonalnie sytuacji jej zadań i obarczenie nimi jej kolegów.

No właśnie, bo nasza zdolność empatii powinna obejmować też wszystkich innych współpracowników. Może ich najpierw zapytajmy, co oni na to.
To jest jeden z możliwych scenariuszy. A może właśnie dalsza praca będzie dla tej osoby najbardziej terapeutyczna? Osoba empatyczna, o wysokich umiejętnościach społecznych raczej nie postąpiłaby tak jak szefowa w powyższym przykładzie. Dlatego, że im większa inteligencja emocjonalna, tym więcej możliwości patrzenia szeroko, rozumienia organizacji systemowo – gdy zmieniamy jeden element w systemie, zmiana wpływa na wszystkie pozostałe. Spodziewałabym się od zwierzchnika w tej sytuacji zachowania, owszem opartego na empatii (dostrzega trudne emocje, współodczuwa), ale w rozmowie z zainteresowaną też na coś się z nią umawia – nie zaczyna jej traktować jak osoby pozbawionej woli i chęci samostanowienia o sobie, szuka najlepszych dla wszystkich rozwiązań. Szef empatyczny nie boi się rozmowy o emocjach – i choć też je przeżywa – to jednak potrafi myśleć racjonalnie, strategicznie, troszcząc się o wszystkie osoby w systemie. Emocje, które odczuwa, nie zalewają go, nie paraliżują jego myślenia i działania. Od szefa wymagana jest dojrzałość, która pozwala mu nie tylko dostrzegać emocje u siebie i innych, ale też nimi zarządzać.

Kiedy nam empatia szczególnie pomaga?
W tej chwili we wszystkich branżach pracuje się projektowo. Tam, gdzie składy zespołów zmienia się często, przy poszczególnych projektach, te umiejętności są rzeczywiście konieczne. Nie tylko zresztą empatia, ale i inne umiejętności społeczne – bo nie pracujemy już w tym samym składzie całymi latami, jak to było w poprzednich modelach biznesowych, ale od projektu do projektu lub realizując kilka planów w jednym czasie w różnych zespołach. Nie mamy miesięcy, a nawet tygodni na wzajemne poznawanie i uczenie się siebie. Dlatego też bardzo przydaje się wspominana wyżej odpowiedniość i dopasowanie – czyli wykorzystanie podczas dobierania osób do zespołu naturalnych predyspozycji, zachowań i postaw adekwatnych do innych ludzi, z którymi będziemy pracowali. Jeśli z owym dopasowaniem będzie krucho, praca zespołu zostanie zaburzona już przy pierwszym nadarzającym się problemie. Ludzie pracujący w systemie projektowym są bardziej zależni od siebie niż w tradycyjnym modelu zarządzania – to, co zrobi jedna osoba lub czego nie zrobi, wpływa silnie na realizację zadań przez innych. Zespoły projektowe, co zauważają menedżerowie, rozbijają się zwykle o przeszkody nie merytoryczne, lecz emocjonalne, interpersonalne. To powoduje ogromne straty, drogo kosztuje – i zdrowia, i emocji, i czasu, i w końcu pieniędzy. Dlatego tzw. soft skills są takie ważne. Wielu zarządzających dostrzega to i po okresie niedoceniania „umiejętności miękkich” (bo takie „miękkie”) do szkolenia się w nich chętnie wróciło. Niskie umiejętności społeczne okazały się być zbyt kosztowne.

Czy empatii można się nauczyć?
Można się nauczyć uwrażliwienia na drugą osobę. Można się nauczyć naprawdę jej słuchać. Uważnie i z szacunkiem. Skupiać uwagę – bo rzeczy w firmach dzieją się szybko i często nasze reakcje są nawykowe, mechaniczne. Ludzie coś słyszą, ale nie słuchają. Myślą już o spotkaniu, które mają za 25 minut. Musimy się nauczyć z powrotem koncentracji – to jest pierwszy warunek empatii. Dzięki temu możemy dostroić się do drugiej osoby i zrealizować zadania szybciej i skuteczniej. Najpierw więc uważność, koncentracja, a potem już jedno wynika z drugiego – pojawia się samoświadomość, z nią większa możliwość samokontroli i w końcu dopasowanie.

Jest jeszcze jeden ważny element, na który zwracam uwagę menedżerom i zespołom – konstruktywne myślenie w sytuacjach trudnych. Kiedy goni nas czas, kiedy projekt zbliża się do końca, a my widzimy tylko to, co się nie udało, zamiast wzmagać u innych poczucie paniki, trzeba się zatrzymać. Warto zastosować metodę trenera piłki ręcznej mężczyzn Bogdana Wenty, czyli sławne: „Mamy 10 sekund, to bardzo dużo czasu”. Dzięki tej taktyce zdobył ze swoim zespołem mistrzostwo świata. Czy były tam emocje? Na 10 sekund przed końcem meczu? Na pewno były. Ale były też umiejętności społeczne, które pozwoliły podjąć dobre decyzje i zwyciężyć. Wenta rozpoznał swoje emocje, emocje w zespole, nazwał je i przetransformował na korzystne u siebie i konstruktywne dla zespołu. Był empatyczny i zaangażowany. I o to chodzi. To jest właśnie empatyczny lider. Po prostu mistrzostwo świata.

Dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, doradca i coach, wykłada na SWPS i w ICAN Institute. Publikuje na stronach Blogosfery Liderów Harvard Business Review Polska. Współprowadzi firmę konsultingową Business Doctors.

  1. Psychologia

Dzieci wysoko wrażliwe – jak z nimi rozmawiać i nie dopuścić do rozwoju borderline?

Najważniejsze w każdej rozmowie to uprawomocniać emocje dziecka, czyli dawać mu prawo do odczuwania tego, co czuje. Bez względu na to, czy nam się to, co dziecko czuje, podoba czy nie. Czy uważamy to za mądre czy głupie. Ważne czy nie. To są jego uczucia i ma do nich prawo. (fot. iStock)
Najważniejsze w każdej rozmowie to uprawomocniać emocje dziecka, czyli dawać mu prawo do odczuwania tego, co czuje. Bez względu na to, czy nam się to, co dziecko czuje, podoba czy nie. Czy uważamy to za mądre czy głupie. Ważne czy nie. To są jego uczucia i ma do nich prawo. (fot. iStock)
Nauka rozmowy to podstawa dla rodziców, których dzieci się okaleczają, próbują zabić, biorą narkotyki czy mogą mieć w przyszłości zaburzenia osobowości, takie jak borderline. Dlaczego? Bo zdrowie emocjonalne dzieci w ogromnym stopniu zależy od tego, czy rodzice potrafią ich słuchać i jak do nich mówią. Taka jest opinia specjalistów. O tym, jak powinna wyglądać taka komunikacja, mówi psychoterapeutka Magda Augustyniak.

Prowadzi pani warsztaty dla rodziców, a przecież to dzieci wymagają terapii…
Prowadzę warsztaty dla rodziców, bo warto, żeby matki i ojcowie nauczyli się rozmawiać z dziećmi o ich przeżyciach. To ma kluczowe znaczenie dla zdrowia dzieci. Jeśli mamy do czynienia z wrażliwym dzieckiem, a najbliżsi bagatelizują, a nawet karzą je za komunikowanie swoich emocji, to może u takiego dziecka rozwinąć się zaburzenie osobowości z pogranicza (borderline). Jeśli najbliżsi zaprzeczają temu, co dziecko doświadczało, mówiąc, że jest beksą, że się maże, że jak się nie uspokoi, to dostanie lanie – mogą przyczynić się do wielu późniejszych problemów dziecka. A to dlatego, że takie podejście do emocji, które nazywamy „unieważnianiem”, nie pomaga dzieciom nauczyć się, jak radzić sobie w zdrowy sposób z tym, co czują i czego doświadczają. Ważne więc, żeby o tym mówić, bo w mojej ocenie rodzice robią to zupełnie nieświadomie, bo właśnie nie wiedzą, że popełniają błąd.

W wielu rodzinach „unieważnia się” to, co dzieci czują czy doświadczają, a jednak dzieci tam się nie tną, nie biorą narkotyków, nie objadają się?
„Unieważnianie” w jakimś stopniu zawsze zakłóca prawidłowy rozwój dziecka, ale jeśli dziewczynka czy chłopiec urodzi się z bardziej wrażliwym i reaktywnym układem nerwowym, który wolniej wraca do stanu uspokojenia, sytuacja staje się naprawdę dramatyczna. Zgodnie z teorią biospołeczną prof. Marshi M. Linehan spełnione są wówczas warunki do powstanie zaburzeń osobowości borderline.

Wrażliwy układ nerwowy dziecka nie jest jedyną przyczyną?
Nie, ogromne znaczenie ma środowisko, w jakim dziecko jest wychowywane. A więc to, czy jego rodzice nie cierpią na deficyt umiejętności regulowania emocji, czy sami nie zaprzeczają swoim przeżyciom, bo brak im wiedzy, jak sobie radzić z tym, co czują. Może nie dają sobie prawa np. do przeżywania smutku czy bezradności i dlatego odmawiają tego prawa także dziecku. Warto, by te umiejętności rodzice zdobyli, aby pomóc synowi czy córce, gdyż przy takim systemie nerwowym emocje dosłownie dziecko zalewają. Jeśli więc rodzice nie nauczą dziecka, jak radzić sobie z nimi w zdrowy sposób, ono zacznie szukać na oślep sposobu na ich rozładowanie, na poradzenie sobie z wewnętrznym bólem jakiego doświadcza. Dziecko może się wówczas zacząć samouszkadzać, bo ból fizyczny będzie mu dawać ulgę psychiczną. Może też zacząć objadać się i wymiotować, sięgnie być może także po narkotyki, alkohol, a potem niebezpieczną jazdę czy ryzykowne zachowania seksualne. Może też próbować odebrać sobie życie, co niestety udaje się 10 proc., dotkniętych borderline. Kiedy dorośnie, będzie gotowe na wszystko, aby jakoś poradzić sobie z tym ogromnym cierpieniem psychicznym, gotowe na wszystko, aby nie odczuwać emocji, tak jakby miało na nie fobię.

Mówienie o uczuciach powstrzyma dziecko przed samouszkadzaniem się?
Powodem samouszkodzeń, w co trudno rodzicom uwierzyć, jest właśnie chęć poradzenia sobie z tym wewnętrznym bólem, którego dziecko doświadcza, kiedy m.in. nie dostaje akceptacji emocjonalnej od bliskich. Czasem porównuje się wrażliwość takiej osoby do wrażliwości kogoś, kto ma poparzone 90 proc. powierzchni ciała. Aby ugasić ten wewnętrzny ogień, dziecko potrzebuje akceptacji tego, co czuje, a nie zaprzeczania. Potrzebuje „uprawomocnienia”, a nie „unieważnienia”. Jeśli go nie dostanie, może szukać sposobu regulacji emocji w narkotykach, alkoholu, samouszkodzeniach, próbach samobójczych.

Rodzice zazwyczaj nie unieważniają emocji dzieci po to, aby je skrzywdzić. Daleka jestem od tego, aby oskarżać rodziców. W zdecydowanej większości przypadków nie chcą źle dla swoich dzieci. Problem tkwi w tym, że albo nie umieją uprawomocniać, bo nie zostali tego nauczeni, albo nie czują tych emocji, co ich dzieci.

Czy osobowość borderline można zdiagnozować już u dzieci?
Trwa spór o to, czy można nastolatki diagnozować pod kątem borderline. Teoretycznie pacjent musi mieć skończone 18 lat. Jednak, im wcześniej zacznie się terapię dziecka i rodziców, tym lepiej. Dlatego coraz częściej to robimy, biorąc pod uwagę, że dzięki terapii dziecka (i pomocy terapeutycznej dla jego rodziców) możemy nauczyć je regulować swoje emocje i ochronić przed wielkim cierpieniem. Trzeba jednak być bardzo rozważnym, aby diagnoza przed 18. rokiem życia nie stygmatyzowała dziecka.

Skoro od tego, jak rozmawiamy z wrażliwym dzieckiem o jego przeżyciach, zależy, czy ono więcej nie będzie próbowało się zabić lub samookaleczać, to jak mamy to robić?
Najważniejsze w każdej rozmowie to uprawomocniać emocje dziecka, czyli dawać mu prawo do odczuwania tego, co czuje. Bez względu na to, czy nam się to, co dziecko czuje, podoba czy nie. Czy uważamy to za mądre czy głupie. Ważne czy nie. To są jego uczucia i ma do nich prawo. Nie wolno nam ich „unieważniać”. Przykład: dziecko przychodzi i mówi:

– Mamo, zobacz, co mi fryzjer zrobił z włosami?! Jak on mnie ostrzygł! Jak to beznadziejnie wygląda!

A my wtedy, myśląc, że robimy najlepiej, jak można, odpowiadamy:

– Nie przejmuj się, odrosną!

Taka reakcja nie jest najszczęśliwsza. Mówiąc do dziecka: „Nie przejmuj się!”, odbieramy mu prawo do jego sposobu przeżywania tego, co właśnie przed momentem stało się z jego wyglądem. Mówiąc: „Nic się nie stało”, zaprzeczamy temu, co ono czuje, a więc unieważniamy jego uczucia. A przecież dla dziecka, tu i teraz, bardzo dużo się stało. I mamy to uznać, czyli „uprawomocnić”, a więc powiedzieć:

– Rozumiem, że się sobie w tej fryzurze nie podobasz. Widzę, że chyba martwisz się tym, co jutro w szkole chłopaki i dziewczyny powiedzą.

Możemy też, kiedy dziecko opowie nam o tym, jak mu źle w tej fryzurze, dodać:

– Może mogę ci pomóc? Spróbujemy zmienić jakoś tę fryzurę.

Mamy „uprawomocniać” opinie i emocje dziecka, czyli akceptować to, co dziecko czuje i mówi, a także spróbować mu pomóc znaleźć rozwiązanie problemu?
Dokładnie tak, co wcale nie znaczy, że mamy się z dzieckiem zgadzać. Nam się może podobać w tej fryzurze. Mamy prawo do własnej oceny i dziecko ma także prawo do własnej.

Weźmy kolejny przykład. Córka staje przed lustrem i mówi:

– Ale ja jestem brzydka!

A my zazwyczaj wtedy chcemy zaprzeczyć: „Nieprawda! Śliczna jesteś!”. Jeśli nasze dziecko ma w sobie wewnętrzną pustkę, niskie poczucie wartości, to nawet gdyby wszyscy powiedzieli „jesteś śliczna”, to ona odpowie: „To nieprawda”, bo nie akceptuje siebie i nic to nie da. A nawet dodatkowo dziewczynce zaszkodzi, bo poczuje, że coś jest z nią nie tak, skoro myśli coś innego niż wszyscy inni. Powinniśmy więc powiedzieć:

Rozumiem, że się sobie nie podobasz, że znajdujesz w sobie rzeczy, z których nie jesteś zadowolona. Natomiast ja uważam inaczej, w moich oczach, jesteś bardzo ładna!

Taka odpowiedź daje dziecku prawo do posiadania własnej opinii. I nam także. Obie też na swój sposób mamy rację, bo z punktu widzenia córki jest tak, a matki – inaczej. Obie mamy prawo do swojej oceny sytuacji.

12-latka nie wyjdzie z domu bez użycia korektora. Z tego też powodu nie zgodziła się na terapię w ośrodku, ponieważ tam nie wolno tego robić… Co może w takiej sytuacji powiedzieć jej mama? Z jednej strony ma uprawomocniać, a z drugiej strony zaprowadzić córkę na terapię?

– Widzę, że ci trądzik przeszkadza. Widzę, że ci z tym trudno. Masz prawo się wstydzić trądziku, chociaż ja uważam, że jest go niewiele.

Trzeba zacząć od tego, aby nazwać to, co dziecko czuje i dać mu prawo do swoich uczuć. Ale też ruszyć z pracą nad tym, aby córka zrozumiała, że nie wyleczy trądziku, zakrywając go korektorem. Warto pokazać przyczynę i skutek: trądzik, który jest przykrywany korektorem, będzie się rozwijał. No i poszukać innego niż korektor rozwiązania:

– Zastanówmy się, czy nie można się trądziku pozbyć? Może warto iść do dermatologa i zacząć go leczyć?

Uprawomocnienie emocji czy opinii dziecka jest trudne, bo rodzice się boją, że wtedy dziecko wpadnie w histerię albo że oni nie będą w stanie pomóc mu rozwiązać jego problem?
Warto zawsze poszukać rozwiązania, choć jako dorośli wiemy, że czasem takiego rozwiązania nie ma. Jeżeli więc na przykład dziecko uważa, że ma brzydką fryzurę i się sobie w niej nie podoba, to nie ma sensu temu zaprzeczać. Łatwiej nam będzie powstrzymać się, jeśli przypomnimy sobie, ile razy nam się nie podobało to, co zrobił nam fryzjer. I czy wtedy, gdy mówiono nam, że ładnie wyglądamy, to wiele zmieniało? I tak wiedziałyśmy swoje! „Mam beznadziejną fryzurę, nawet jeśli innym się podoba”.

Dlatego lepiej przyznać dziecku prawo do własnej oceny i powiedzieć:

– Spróbujmy coś z tą fryzurą zrobić. Możemy włosy przeczesać albo chodźmy do innego fryzjera.

A jeśli wizyta u drugiego fryzjera nie naprawi sytuacji? Dziecko dalej będzie w rozpaczy?
Mamy na to sposób, który nazywamy radykalną akceptacją. To jedna z czterech metod rozwiązywania problemu, jakie stosujemy w DBT (terapii dialektyczno-behawioralnej, terapii z wyboru dla osób z zaburzeniem borderline).

A więc jeśli pierwszy sposób, czyli rozwiąż problem (idź do innego fryzjera i popraw fryzurę, idź do dermatologa i wylecz trądzik) nie zadziała, możemy sięgnąć właśnie po radykalną akceptację.

Kiedy więc nic nie możemy poradzić na fryzurę, trądzik i inne problemy dziecka, nie jesteśmy bezsilni. Na czym polega metoda, po którą wówczas warto sięgnąć, czyli radykalna akceptacja?
Pomagamy dziecku (i sobie) zaakceptować sytuację i związane z nią emocje, uprawomocniając je. Akceptujemy wstyd, złość czy smutek, jaki w tej sytuacji czuje nasza córka czy syn.

Akceptujemy złość:

– Masz prawo być zła, że cię tak ostrzyżono, ja na twoim miejscu też bym była zła.

Akceptujemy wstyd:

– Możesz wstydzić się trądziku.

Akceptujemy smutek:

– Może ci być smutno z tego powodu, że masz nie taką fryzurę, jak chciałaś.

A teraz bardzo ważna uwaga: nasze uczucia, niezależnie od tego, czy jesteśmy dziećmi czy dorosłymi, wygasają powoli dopiero wtedy, gdy pozwalamy sobie na doświadczanie tego, co właśnie odczuwamy, kiedy przestajemy z tym walczyć. Dlatego właśnie akceptacja uczuć, jakie w tej sytuacji towarzyszą dziecku, jest kluczowa.

Tymczasem moi pacjenci oczekują ode mnie tego, czego nauczyli się w domu – żebym pomogła im nie czuć tego, co czują! Na przykład: „Jestem smutna, bo się pokłóciłam z najlepszą przyjaciółką, czy może mi pani pomóc tak, żebym się tym już nie martwiła?”.

Mówię wtedy: – Nie ma w tym nic dziwnego, że czujesz smutek i się martwisz, skoro pokłóciłaś się z przyjaciółką! Przeżyj ten smutek, skontaktuj się z nim, a potem z niego wyjdź.

„Skontaktuj się z tym, co czujesz, pobądź w tym uczuciu”!? Radzi pani coś całkiem innego niż typowa mama czy tata, którzy powiedzą: „A daj spokój, jakie to ma znaczenie!? Fryzura? Trądzik? Przyjaciółka? Lekcje odrobione?”.
No właśnie: unieważnianie, unieważnianie i unieważnianie! Nie polecam, zwłaszcza jeśli nasze dziecko jest bardzo wrażliwe.

Mamy też trzeci sposób na problem, nawet taki, który jest nie do rozwiązania od ręki, albo nawet wcale. Może wydawać się podobny do unieważnienia, ale jest czymś zupełnie innym. Nazywamy go zmień nastawienie emocjonalne, wyreguluj emocje i dostrzeż plusy sytuacji.

Ale teraz to nie rozumiem: mam akceptować emocje dziecka czy je zmieniać?
Zawsze najpierw uprawomocniamy emocje dziecka, tak jak mówiłam, a jeśli nie możemy pomóc córce czy synowi w rozwiązaniu problemu, staramy się pomóc zmienić nastawienie emocjonalne. Dziecko nie jest zadowolone z fryzury? Źle się w niej czuje? Nie pomogło przeczesanie itd.? Zróbcie razem coś, co odwróci jego uwagę od tej sytuacji i pomoże mu poczuć się lepiej, na przykład idźcie pobiegać albo na spacer do lasu, zróbcie ćwiczenia oddechowe.

Zapytaj też dziecko, czy nie widzi jednak jakichś plusów tej nowej, złej fryzury? Może wtedy powie: „mam źle ścięte włosy, ale może to będzie temat do rozmowy w szkole? No i wszyscy na mnie zwrócą uwagę, będę gwiazdą dnia!”

Są rodziny, w których wrażliwość, przeżywanie emocji nie są całkiem akceptowane. Dzieci, które płaczą czy skarżą się na jakąś krzywdę, słyszą: „Nie histeryzuj, nie dramatyzuj!”. No i wiem, że rodzice są przekonani, że w ten sposób uczą dzieci panować nad emocjami, czyli nad sobą!
Kiedy mówię do mojego dziecka „nie histeryzuj”, to… może być sygnał, że nie mam w sobie zgody na różnorodność jego przeżyć, na inność, na to, że moje dziecko jest takie, jakie jest. Inne niż ja! Byłoby więc lepiej, gdybym – kiedy następnym razem przyjdzie mi do głowy coś takiego powiedzieć – zatrzymała się i powiedziała do dziecka:

– Masz prawo do swoich emocji. Zobaczmy, czy z tym problemem, który tak cię zdenerwował, da się coś zrobić?

Dobrym przykładem jest sytuacja, kiedy dziecko przychodzi przestraszone i mówi:

– Mamo, pod moim łóżkiem są potwory! Ja się boję!

a mama:

– Chodź, pójdziemy tam razem i zobaczymy te potwory.

No bo co dziecko ma zrobić z takim komunikatem jak „nie histeryzuj”? Nie umie nazywać swoich emocji, nie umie sobie z nimi radzić np. ćwiczeniami oddechowymi, nie umie regulować ich mocy. Może wtedy tylko jedno – sięgnąć po to, co ma pod ręką i zacząć się objadać, może się pociąć, może wziąć narkotyki, jakieś leki? Może spróbuje się zabić? Bo ten komunikat „nie histeryzuj” tak naprawdę znaczy: „Nie akceptuję ciebie”, „Zmień się! Zmień swoją wrażliwość”.

Mam dużo takich pacjentów, którzy mówią: „Bo ja jestem taki refleksyjny” albo „taki wrażliwy”. „No i co?” – pytam. „Muszę się zmienić”. Nieprawda. Na świecie są potrzebni ludzie refleksyjni i ludzie działający szybko. Są potrzebni ludzie wrażliwi i ludzie twardo stąpający po ziemi. Warto wykorzystać to, jacy jesteśmy, żeby znaleźć swoje miejsce w życiu. Jeśli jesteś refleksyjna, długo się zastanawiasz nad wszystkim, to może będziesz dobrym filozofem albo lekarzem radiologiem. Wrażliwa? Artystom czy psychoterapeutom taka cecha tylko pomaga.

Ale rodzice chcą, żeby dziecko było prawnikiem, a ono jest „histeryczne”, więc…
Próbują je przyciąć do tego wzoru. Bywam czasem okrutna dla rodziców, bo kiedy słyszę matkę dziewczyny po próbie samobójczej, która rozpacza:

– Córka pewnie nie zda do następnej klasy.

Potwierdzam:

– Pewnie nie zda.
– Boże, co to będzie?

Odpowiadam:

– Możemy mieć pani córkę zdrową, żywą i w tej samej klasie. A możemy sprawić, że zda do następnej klasy, ale już do niej nie pójdzie, bo nie będzie żyła.

Wtedy dopiero następuje otrzeźwienie. Bo co jest ważniejsze?

Fragment wywiadu pochodzi z książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Magda Augustyniak: absolwentka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, psycholog oraz terapeutka pracująca metodą dialektyczno- -behawioralną (DBT). Szczególne miejsce w jej pracy zajmują nastolatki, które z powodów formalnych nie mają postawionej diagnozy zaburzeń osobowości, ale zmagają się z poczuciem pustki, osamotnienia, bólu psychicznego, samouszkadzają się czy podejmują próby samobójcze.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Spotkania

Maria Czubaszek i Wojciech Karolak – kompletnie niepospolita miłość

Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Gdy 23 czerwca zmarł Wojciech Karolak, wybitny muzyk jazzowy, kompozytor i wirtuoz organów Hommonda, obok smutku, tęsknoty i wspomnień, pojawiła się mała iskierka radości. Dołączył bowiem do Marii Czubaszek, bez której przecież nie umiał żyć.

Poznali się na imieninowej prywatce u wspólnych znajomych. Ona – w trakcie rozwodu, on – żonaty. Przyznała, że zrobił na niej piorunujące wrażenie – pukle włosów do ramion, dżinsowy garnitur, cholernie przystojny. Słyszała o nim już dużo wcześniej – Andrzej Jarecki, jej kolega z radia, opowiadał, że ma wybitnie uzdolnionego muzycznie kolegę. Jednak wtedy, podczas ich pierwszej rozmowy w oknie warszawskiego mieszkania, nie wiedziała, że rozmawia właśnie z nim – Wojciechem Karolakiem. „[…] ja bardzo lubię utalentowanych ludzi. I rzeczywiście, kiedy już się poznaliśmy z Karolakiem, to fajnie się rozmawiało. Ale żebym przeżyła jakiś szał uniesień; co to, to nie. Zresztą, zachwycić to ja się mogę, na przykład, kiedy zobaczę jakiegoś małego szczeniaka. No, wtedy po prostu dostaję bzika. Człowiek jeszcze nigdy nie wywołał u mnie takich reakcji. Nawet Karolak” - pisała w książce „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka).

Z kolei jego pierwszym wrażeniem o Marii Czubaszek był zachwyt jej… nogami. A do tego niezwykłym intelektem i poczuciem humoru. Po latach Karolak wspominał, że od razu przekonał się, że „to kompletnie niepospolita dziewczyna”. Niedługo po ich poznaniu on wyjechał do Szwajcarii, ich kontakt się urwał. Jednak po powrocie do kraju szybko się do niej odezwał, umówili się na spotkanie, które skończyło się kłótnią.

„Nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę”

Wzięli ślub w 1976 roku. Początki w małżeństwie nie były łatwe. Oboje mieli wybuchowe charaktery, często się kłócili, a Maria dodatkowo była o niego nadzwyczaj zazdrosna. Podczas jednej z awantur ze złością kopnęła Karolaka i złamała mu dwa żebra. On twierdził, że czuł się wtedy wzruszony, bo zrobiła to z zazdrości o niego. Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. Po imieniu wołała go tylko wtedy, gdy była na niego zła.

Po ślubie stali się niemal nierozłączni i zdali sobie sprawę z tego, że nie wyobrażają sobie życia z kimś innym. Oprócz ogromnej miłości łączyło ich przede wszystkim poczucie humoru i dystans do siebie i do świata. „Nas połączyło bardzo dużo wspólnych upodobań. Miłość do zwierząt. […] Cały światopogląd, stosunek do życia. To, że nigdy nie musieliśmy uzgadniać, kto jest w czym najważniejszy i jak to w ogóle będzie” – mówił Wojciech Karolak w rozmowie z Krystyną Pytlakowską w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka). Oboje nie lubili podróżować, nie jeździli więc na wakacje, najchętniej w ogóle nie wyjeżdżaliby z domu. Byli również zgodni w kwestii dzieci – nie chcieli ich mieć i uzgodnili to już na początku związku.

„Marysia miała duży seksapil – kiedy wchodziła do pokoju, erotyzm otaczał ją jak niewidzialny welon. I to na mnie od razu działało. Bo to była ona”. Seks nigdy jednak nie stanowił dla niego pierwszorzędnej sprawy. I w tym także się zgadzali, bo Maria Czubaszek wielokrotnie przyznawała, że seks jest według niej przereklamowany – dużo bardziej pociąga ją rozmowa. „Kiedy mnie pytają, jak to się stało, że jesteśmy już tak długo z Karolakiem, to wyjaśniam, że między innymi dlatego, że nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę. Po prostu staramy się zostawiać sobie maksymalnie dużo przestrzeni. Nie chodzę na jego koncerty, on nie czyta moich tekstów. Dzięki temu nie zawracamy sobie głowy, nie zamęczamy się wzajemnie. No i nie śpimy razem” – mówiła.

„Nigdy więcej, bo stracę moją Marysię”

Gdy się poznali, Wojciech był w okresie abstynencji. W czasach, gdy w artystycznym środowisku każdą, poważną bądź nie, rozmowę przeprowadzało się przy wódce, niepijący mężczyzna był ewenementem. Marię to niepokoiło, bo sama lubiła pogawędki przy alkoholu, jednak on od początku uczciwie mówił, że nie pije, bo jest alkoholikiem.

Niedługo po ich ślubie Karolak wrócił do swoich zwyczajów. Jego nałóg nasilał się, wraz z nim w ich związku pojawiały się coraz poważniejsze kryzysy. W jednym z wywiadów Maria stwierdziła, że picie Wojciecha było jednym z najgorszych okresów jej życia. Ciągłe kłótnie, pretensje, kolejne odwyki. I choć nigdy nie błagała go o to, by przestał pić, dopiero groźba rozwodu przyniosła pożądany skutek. „Decyzję podjąłem w ciągu kilku sekund. Miałem ze sobą wódkę, która dla mnie była artykułem pierwszej potrzeby − można nie mieć chleba, ale jeśli się pije wódkę, trzeba ją mieć. Nie wylałem jej do zlewu, tak jak to się pokazuje w filmach, tylko dopiłem to, co było w butelce, i postanowiłem, że to jest koniec picia. Nie wstanę z łóżka, dopóki zupełnie nie wytrzeźwieję. Męczyłem się przez dziesięć dni i wstałem już trzeźwy. Przyrzekłem sobie wtedy, że już nigdy więcej, bo stracę moją Marysię. I będę za to w całości odpowiedzialny” – mówił Wojciech Karolak w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham”.

„Między nimi nic nie było na pokaz”

Byli świadomi swoich talentów, choć nigdy się z tym nie obnosili. „Wielokrotnie dawałem jej do zrozumienia, że pisze genialne teksty, zwłaszcza te dla radia. Wiedziałem też, że jest przeświadczona o moim geniuszu muzycznym. Bardzo mnie to cieszyło” – mówił Karolak. Jednocześnie nigdy nie informowali się nawzajem o tym, nad czym aktualnie pracują. Dawali sobie przestrzeń, bo oboje bardzo jej potrzebowali. I być może właśnie to najbardziej umacniało ich miłość.

Nieczęsto mówili sobie, że się kochają, choć w jednym z wywiadów Karolak przyznał, że pod koniec życia Maria potrafiła stanąć w drzwiach do jego pokoju, patrzeć na niego, jak siedzi przed komputerem i zapytać: „Czy ty wiesz, że ja cię kocham?”. On nie wiedział wówczas, co powinien odpowiedzieć, „ja ciebie też” wydawało mu się banalne, bo przecież całe ich życie świadczyło o tym, że się kochają. Świadczyły o tym również drobne, codzienne gesty. Na przykład takie, że gdy Maria wyjeżdżała, zostawiała Wojciechowi jedzenie w paczuszkach w lodówce, z dokładnymi wskazówkami, jak powinien je przyrządzić. – Było w tym dużo czułości, ale nie takiej na pokaz. Między nimi nic nie było na pokaz. Nie było czegoś takiego, że ona przyjdzie i pogłaszcze Wojtka po głowie, i pocałuje go w czółko, żeby mu pokazać, jak ona bardzo go kocha. Miała opory przed fizycznym kontaktem – mówił Artur Andrus, wieloletni przyjaciel Marii.

„Strasznie mi jej brakuje”

„Kto się zajmie Karolakiem?” – pytała z troską, gdy wiedziała, że jej organizm jest już bardzo słaby. Maria Czubaszek odeszła 12 maja 2016 roku. „Z jednej strony dziękuję opatrzności, że była łaskawa, bo obdarzyła mnie kimś tak wspaniałym, jak Marysia, ale z drugiej strony czuję, że żal za tym pięknem, które się skończyło, bywa silniejszy niż przyjemność wspominania. Wiem, że tak nie powinno być, że w ten sposób marnuję coś cennego, ale przychodzą chwile, kiedy nie potrafię sobie z tym dać rady. Po prostu strasznie mi jej brakuje” – mówił Wojciech Karolak.

Przyznał też, że po jej śmierci najbardziej brakuje mu ich rozmów. „Zauważyłem, że bez Marysi głupieję. Przede wszystkim dlatego, że nie mam z kim rozmawiać, bo skończyły się w tym domu rozmowy o niczym, które były najpiękniejsze. W ogóle skończyły się rozmowy” – mówił w wywiadzie dla magazynu „VIVA!”. On zmarł 5 lat później. Od tego dnia ich rozmowy mogą trwać bez końca.

Korzystałam z książek: Maria Czubaszek „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka), Krystyna Pytlakowska „Małżeństwo doskonałe. Czy Ty wiesz, że ja Cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka), Violetta Ozminkowski „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” (Wyd. Prószyński i S-ka).