1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kobiety a polityka - rozmowa o stereotypach

Kobiety a polityka - rozmowa o stereotypach

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeśli porównamy udział kobiet i mężczyzn w wyborach do Sejmu w 2007 roku to okazuje się, że różnica wynosiła 6%, to znaczy, o tyle więcej głosowało mężczyzn niż kobiet. Oczywiście możemy zapytać czy różnica ta jest duża czy mała – mówi profesor Renata Siemieńska.

Często jeszcze słyszy się pogląd, że kobiety nie interesują się za bardzo polityką.

Nieprawda, że kobiety nie interesują się polityką, a wszyscy mężczyźni interesują się polityką. Można mówić jedynie o pewnych różnicach w częstości zainteresowań. Również coraz więcej kobiet głosuje i różnice procentowe są tu także niewielkie.

Skąd wzięło się przekonanie, że polityka nie interesuje kobiet?

Trzeba pamiętać, że zainteresowanie polityką pozostaje w związku z poziomem wykształcenia. Jeszcze 50-60 lat temu, w połowie XX wieku, poziom analfabetyzmu był wyższy wśród kobiet niż wśród mężczyzn. Kobiety częściej były niewykształcone. Pokazują to również  najnowsze statystyki, gdy popatrzymy na najstarsze grupy wiekowe. Zatem  przekonanie o braku zainteresowania życiem publicznym, które  kiedyś było opisem rzeczywistości, obecnie jest stereotypem mającym niewiele wspólnego z obecnym realiami.

Jest to z krzywdą dla kobiet w ogóle, a zwłaszcza dla młodych (w wieku 30 czy 40 lat) , kiedy używa się do ich opisu wizerunku, który był adekwatny kilkadziesiąt lat temu. Tym bardziej, że faktycznie zmienia się pozycja zarówno mężczyzn jak i kobiet.

Należy dodać, że dzisiaj kobiety są bardziej wykształcone niż mężczyźni; od 1980 roku stanowią w Polsce  ponad połowę osób kształcących się.

Co jeszcze ma wpływ na zainteresowanie polityką?

Wykształcone kobiety zazwyczaj pracują. Doświadczenie w pracy oznacza też kontakt z innymi ludźmi, nabywanie umiejętności negocjowania, szersze spojrzenie na otaczający nas świat.  Czyli kobiety w coraz większym stopniu posiadają w swoim życiu indywidualnym to „coś“, co nazywa się elementem zasobów politycznych.

To, że kobiety pracują, prowadzi też do ich większej indywidualizacji i podmiotowości.  Wiele kobiet ma studia, zarabia, w związku z tym mogą samodzielnie dysponować środkami, które osiągają. Mają inne aspiracje niż ich matki czy babki. Mogą też zastanawiać się, czy w ogóle chcą wiązać się z mężczyzną, a jeśli tak to na jakich warunkach. Nie jest to  sytuacja kobiety, którą znamy z literatury sprzed 100 lat, gdzie dobre wyjście za mąż było podstawowym celem kobiety i warunkiem, aby dobrze urządzić się w życiu.

Ukształtowana w przeszłości sytuacja kobiet i ich pozycja w społeczeństwie powodują, że  wielu mężczyzn nie bacząc na zachodzące zmiany twierdzi: kobiety się na polityce nie znają. Jednak uprawnionym staje się pytanie czy oni sami się znają, ale to już jest trochę inna kwestia…

No właśnie, czy mężczyźni bardziej nadają się do polityki? – to chyba kolejne przekonanie, z którym można się spotkać.

Od 1992 roku zmniejsza się liczba kobiet i mężczyzn, którzy uważają, że tylko mężczyźni nadają się do polityki. Obecnie 2/3 kobiet nie zgadza się z tym stwierdzeniem. Kobiety coraz  częściej odczuwają istnienie „szklanego sufitu”. Przykładem jest obsada stanowisk ministerialnych. Nieporównanie częściej znajdziemy kobiety wśród wiceministrów niż ministrów. A zatem ich udziałem stają się stanowiska wymagające wysokich kwalifikacji, ale stanowiska ministrów (decyzyjne) pozostają w rękach mężczyzn.

A więc cały czas ciągnie się tutaj ten sam stereotyp?

Pytanie: kto umacnia ten stereotyp? Zarówno część mężczyzn  jak i… część kobiet.

Dały sobie to wmówić?

Niestety, dały sobie wmówić. Tak jak kobiety dają sobie wmówić szereg innych rzeczy i uważają, że jest to ich własny pogląd na świat. Przecież na tym polega właśnie socjalizacja do określonych ról…

Prawdą jest, że kobiety zarabiają mniej i rzadziej dostają się na stanowiska decydenckie. Gdy przejrzymy sobie listy osób najbogatszych, to oczywiście nie znajdziemy na nich wielu kobiet. Kobiety, mając nawet wysokie kompetencje, będąc w polityce i często podpowiadając mężczyznom w wielu ważnych kwestiach, nie biorą udziału przy rozdaniu stanowisk politycznych. Czy one nie chcą? Ja bym miała tutaj ogromne zastrzeżenia… Bo jeśli mamy 460 posłów i 100 senatorów, to trudno byłoby sobie wyobrazić, że nie mamy tylu kobiet wysoce wykształconych i kompetentnych, z dużym doświadczeniem w życiu publicznym, które nie chciałyby zajmować takich stanowisk.

Jednak listy kandydatów układa się na zasadzie: kto jest „widoczny”, rozpoznawalny dla wybierających , kto ma jakie zasługi i wpływy w ramach danej partii, kto może być użyteczny w przyszłości dysponując określonym kapitałem społecznym. Jest to  czysty rachunek. Ponieważ kobiety mniej zarabiają, rzadziej zajmują wyższe stanowiska, ich wartość dla partii politycznej jest mniejsza, jeśli użyjemy tradycyjnie stosowanych kryteriów..

Sytuacja się jednak zmienia. Coraz więcej mężczyzn uważa, że kobiety również mogą być dobrymi politykami.

Zgadza się. Jeżeli jednak myśli pani, że mężczyzna wykształcony i dobrze zarabiający, będzie bardziej popierał kobiety w polityce niż ten niewykształcony, to jest pani w błędzie. Bo tutaj pojawia się kwestia konkurencji. Mniej wykształcony mężczyzna będzie bardziej przychylny kobietom, częściej powie „dlaczego ma nie rządzić więcej kobiet, może dzięki nim będzie lepiej, a mężczyźni, którzy rządzą i tak mi nie odpowiadają“.

Zasadniczo wykształcenie sprzyja większej otwartości. Ale wchodzą tu jeszcze inne zmienne. Dobrze wykształceni mężczyźni wiedzą, że jeśli dopuszcza się do polityki coraz więcej kobiet, oznacza to, że pewna liczba mężczyzn straci swoją pozycję. Ich szanse wyboru zmniejszają się, gdy na listę wprowadza się kobiety. Znamy zachowania wyborców i wiemy, że wybierają osoby z pierwszych miejsc na liście, bez względu na płeć.

Oczywiście, że mężczyźni-politycy, z racji poprawności politycznej, powiedzą, że to dobrze iż w polityce jest więcej kobiet, ale często zwlekają z pewnymi decyzjami tak długo jak się da...

Jest jeszcze jeden stereotyp, o którym warto wspomnieć, że większość kobiet głosuje tak jak ich mężowie, bo nie mają własnego zdania jeśli chodzi o politykę.

Kobiety w Polsce mają prawo wyborcze od 1918 roku, czyli wcześniej niż np. we Francji czy Szwajcarii.

W wielu krajach niejednokrotnie formułowano  pogląd: po co jest prawo wyborcze kobietom skoro mężczyzna „odgłosuje” za dwoje...

Nieprawdziwy jest jednak stereotyp, że kobieta zagłosuje tak samo jak mężczyzna, bo w grę wchodzą również zmienne społeczne. Robiłam badania, które miały odpowiedzieć na pytanie: czy rodzina jest pewną jednostką polityczną? Okazuje się, że to zależało od partii politycznej. W przypadku np. Unii Demokratycznej rozbieżności były dużo większe, niż np. w przypadku PSL. Do PSL zazwyczaj należą osoby niżej wykształcone. Są to więc kręgi, gdzie zainteresowanie kobiet polityką jest szczególnie niskie. Jeżeli elektorat jakiejś partii jest niżej wykształcony, to możemy powiedzieć, iż jest dużo większa szansa, że mężczyzna i kobieta zagłosują tak samo. Jeśli jest wysoko wykształcony elektorat, to różnice są dużo większe.  Znam takie małżeństwa, które w domu nie rozmawiają o politycznych preferencjach, bo dochodzi do awantury.

Kobieta wysoko wykształcona wcale nie jest przekonana, że jej mąż wie wszystko lepiej niż ona. Poza tym często nie może unikać rozmów o polityce, bo o tym się mówi w środowisku, w którym przebywa (np. w pracy). Jeśli jest słabiej wykształcona, nie pracuje, przebywa głównie w kręgu rodzinnym lub wśród osób o podobnych (niewielkich) doświadczeniach zawodowych, wówczas zwykle nie rozmawia o polityce, ale interesują ją tematy bardziej związane z  jej bezpośrednią sytuacją życiową.

Jak się to przekłada na głosowanie w wyborach?

W wyborach do sejmu w 2007 roku nie brało udziału 23% mężczyzn i 29% kobiet. Jeżeli popatrzymy na statystyki dotyczące samych kobiet to widać, że najrzadziej głosują najmłodsze i najstarsze osoby ( w grupie powyżej 60 lat – 37% nie głosowało, w grupie kobiet do 29 lat było aż 35% niegłosujących). Jeśli chodzi o wykształcenie, to wśród kobiet z wyższym wykształceniem nie głosowało zaledwie 11%.

Wiemy, że nie głosowanie ma bardzo różne korzenie. Nie idę głosować, bo mnie to po prostu nie obchodzi. Albo mówimy, że nie pójdziemy głosować, bo kandydaci, partie, relacje tam istniejące nam nie odpowiadają. Efekt jest ten sam, jedni i drudzy nie idą głosować. Nie jest to tylko udziałem kobiet.

Należy pamiętać, że głosowanie także opiera się na różnych mechanizmach. Głosujemy na kogoś, bo wierzymy, że ten polityk wprowadzi jakąś zmianę, rozwiąże istotne problemy. Ale często głosujemy nie dlatego , że uważamy określonych polityków za znakomitych, ale idziemy głosować po to, żeby nie wygrał ten, którego z całą pewnością nie chcemy.

Prof. dr hab. Renata Siemieńska, dyrektor Instytutu Studiów Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik katedry UNESCO „Kobiety –społeczeństwo –rozwój”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Teraz one! Polityka w rękach kobiet

Premierka Nowej Zelandii Jacinda Ardern w czasie wizyty w Chinach (Fot. Forum)
Premierka Nowej Zelandii Jacinda Ardern w czasie wizyty w Chinach (Fot. Forum)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ostatnie doświadczenia pokazały, że kraje, w których to kobiety zajmują najwyższe stanowiska w państwie, dobrze radzą sobie z pandemią. Przy okazji popularność ich przywódczyń rośnie. Na naszych oczach zmienia się tradycyjny model przywództwa. Poznajcie liderki, które sprawdziły się w dobie kryzysu, przykuwając uwagę świata.

Nowa Zelandia zachorowała na jacindomanię” – donosiły światowe media. Był rok 2017, a Jacinda Ardern obejmowała stanowisko jako trzecia w historii swojego kraju kobieta kierująca rządem i najmłodsza wówczas premierka na świecie. Jej kampania „nieustannego optymizmu”, jak ją nazwała, była dla wielu rodaków realną szansą na zmiany. Nie obiecywała obniżenia podatków ani boomu ekonomicznego. Jej cele są inne.

Najważniejszą rzeczą jest zlikwidowanie dziecięcej biedy – powtarza od lat. – Chcę, aby mój kraj był miejscem, w którym każde dziecko ma co jeść, mieszka w godziwych warunkach, ma dostęp do dobrej edukacji, czystego powietrza i wody. 

Za rządów Ardern wprowadzono m.in. udogodnienia, dzięki którym pierwszy rok studiów jest za darmo, a mówi się o zniesieniu czesnego na kolejne lata. Diametralnie zmieniła się sytuacja mieszkaniowa wielu potrzebujących rodzin. Kraj inwestuje też w infrastrukturę i odnawialne źródła energii.

– Mało gdzie na świecie efekt zmian klimatu jest tak dramatycznie widoczny jak na wyspach Pacyfiku – mówiła Ardern na szczycie ONZ. – Całe kraje znikną pod wodą, jeśli wszyscy nie przestaniemy dewastować naszej planety. Wciąż możemy temu zapobiec. 

Tymczasem na forum międzynarodowym samo przemówienie zwróciło mniejszą uwagę niż fakt, że w czasie jego trwania w jednym z tylnych rzędów siedział partner Ardern z ich trzymiesięczną córką Neve. Pani premier jest drugą w historii kobietą (po premierce Pakistanu Benazir Bhutto), która urodziła dziecko w trakcie pełnienia urzędu.

Pana pytanie jest nie na miejscu, seksistowskie i, szczerze mówiąc, obraźliwe – powiedziała spokojnie na konferencji prasowej, kiedy była w zaawansowanej ciąży, a jeden z dziennikarzy zapytał ją, czy poród i macierzyństwo nie wpłyną negatywnie na jej pracę. – Mam szczęście, że mogę zabierać ze sobą córkę do biura, byłoby wspaniale, gdyby więcej kobiet miało taką możliwość – mówiła po narodzinach dziecka i zadbała o doinwestowanie żłobków i przedszkoli. Po sześciotygodniowym urlopie wróciła do pracy, a jej narzeczony, prezenter telewizyjny Clarke Gayford, został pełnoetatowym tatą na urlopie ojcowskim.

„Autentyczny lider to taki, który zna samego siebie i własne potrzeby, mocne strony i słabości, i dlatego potrafi zadbać o interesy innych” – pisał o Ardern w magazynie „Conversation” Stephen Khan, zajmujący się badaniami nad przywództwem w biznesie. I jeszcze: „Dobry lider jest szczery i otwarty. Potrafi zjednoczyć ludzi we wspólnej sprawie. Bierze pod uwagę punkt widzenia innych i kieruje się kompasem moralnym”.

Ardern chętnie komunikuje się ze swoimi wyborcami na Facebooku. Odpowiada na pytania, komentuje, żartuje. Jeśli nie zna odpowiedzi, obiecuje, że odpowie, kiedy zgłębi temat. Nie chce, by przy działaniach w mediach społecznościowych pomagał jej fachowiec od PR. – To byłoby nieprawdziwe – argumentuje. Jest także bohaterką Internetu, od kiedy sieć obiegł fragment wywiadu o pandemii, którego premierka nie przerwała mimo trzęsienia ziemi.

Reakcja rządu Ardern na pandemię była szybka i bezkompromisowa. 14 marca zamknięto granice, szkoły, sklepy i zakłady pracy, Nowozelandczycy mogli wychodzić z domu tylko w celu niezbędnego zaopatrzenia, mimo że wtedy w kraju nikt jeszcze nie zmarł z powodu covid-19, a odnotowano zaledwie 102 przypadki zarażenia. Dzięki temu wirus się nie rozprzestrzenił, kraj w tej chwili wraca do normalności. W państwie, które ma pięć milionów mieszkańców, przetestowano 150 tysięcy osób. Takie środki zastosowano też w innych państwach, z podobnym skutkiem, ale mało gdzie rządzący liderzy zyskali dzięki temu lawinowe poparcie. „Moim zdaniem kluczowy był sposób komunikacji, w jaki rozmawiano o pandemii – pisała w magazynie naukowym „Lancet” profesor Siouxsie Wiles z Uniwersytetu Auckland. – W wielu krajach mówiono o walce z wirusem, bitwie, którą musimy stoczyć, ofiarach, które trzeba ponieść. To budzi strach i negatywne nastroje. Tutaj przyjęto strategię unikania stygmatyzacji i zjednoczenia się przeciwko wirusowi”.

Słowacka Erin Brockovich

„W czasach, kiedy ludzie patrzą ze strachem w niebo i zastanawiają się, kiedy spadnie im ono na głowy, potrzebujemy silnych liderów, którzy potrafią okazać odwagę” – pisze Margie Warrell, autorka bestsellerowych poradników o przywództwie, w swojej najnowszej książce „Train the Brave: Tame Your Fear, Take the Chance, Dare to Live Big” [Trenuj odwagę. Oswój swój lęk, zaryzykuj, odważ się żyć na całego]. Wygląda na to, że prezydentka Słowacji Zuzana Čaputová jest jedną z takich właśnie liderek.

Zaufanie okazane Zuzanie Čaputovej przez Słowaków to przełom. Nigdy wcześniej nie poparli oni w wyborach prezydenckich kobiety, w dodatku z tak liberalnymi poglądami. (Fot. Forum) Zaufanie okazane Zuzanie Čaputovej przez Słowaków to przełom. Nigdy wcześniej nie poparli oni w wyborach prezydenckich kobiety, w dodatku z tak liberalnymi poglądami. (Fot. Forum)

Zdjęcia, które pokazują ją występującą publicznie w maseczce ochronnej, obiegły cały świat. Można wzruszyć ramionami i stwierdzić, że to niewiele znaczący gest. Tylko że żaden ze światowych liderów nie zdecydował się na niego przed nią, a wielu wciąż uważa, że noszenie maseczek w miejscach publicznych – czy na otwartej przestrzeni, czy w pomieszczeniu – to przesada. Pani prezydent przez całe swoje zawodowe życie hołdowała zasadzie, że lepiej zapobiec katastrofie niż potem naprawiać jej skutki. Tym razem nie trzeba było długo czekać, aby w jej ślady poszli przywódcy Włoch i Francji.

(Fot. Forum) (Fot. Forum)

Čaputová, z wykształcenia prawniczka, od lat pracuje na rzecz ochrony środowiska, a przez dziesięć lat prowadziła nieustępliwą kampanię przeciwko toksycznemu wysypisku śmieci w swoim miasteczku Pezinok, zakończoną zresztą sukcesem. „Słowacka Erin Brockovich!” – zachwycały się nią amerykańskie media, gdy została uhonorowana prestiżową Nagrodą Środowiskową Goldmanów. Kiedy wszyscy odwracali głowę od dewastacji Arktyki, ona pracowała przy organizacji kampanii dla Greenpeace’u. Administracji uczyła się na poziomie rządu lokalnego, a doświadczenie to przeniosła do Open Society Foundation, w której zajmowała się sprawami krzywdzonych i wykorzystywanych dzieci. Miała własną kancelarię, po godzinach udzielała bezpłatnych porad tym, których nie było stać na pomoc prawną.

Do polityki weszła zaledwie trzy lata temu, od początku zapowiadając zmiany na rzecz ochrony środowiska, wyrównania praw mniejszości seksualnych, łącznie z prawem do adopcji przez pary jednopłciowe. Zaufanie okazane jej przez rodaków w wyborach prezydenckich to przełom: ten kraj po raz pierwszy poparł nie tylko kobietę na tym stanowisku, lecz także mającą tak liberalne poglądy.

„Čaputová objęła urząd prezydencki na fali energii ulicznych protestów antykorupcyjnych – pisała Zuzana Kepplová w słowackiej gazecie „SME”. – Ale nie wygrała wyborów dlatego, że wyborcy zgadzali się ze wszystkimi jej poglądami. Jesteśmy przecież dość konserwatywynym społeczeństwem. O jej wygranej zadecydowały zdolności w komunikowaniu się z ludźmi, optymizm i opanowanie”. Fakt, że w wyborach parlamentarnych partia pani prezydent, Postępowa Słowacja, nie przekroczyła nawet progu wyborczego, zdaje się potwierdzać tę diagnozę. Słowaków bardziej niż poglądy polityczne Čaputovej przekonała jej wiara w to, że nawet mając różne zdanie na jakiś temat, można działać razem.

Spójrzmy na to, co nas łączy. Spróbujmy współpracować ponad osobistymi interesami – zachęcała jeszcze na wiecach wyborczych. – Wiem, że możliwe jest niepoddanie się populizmowi, mówienie prawdy i nieobrażanie się nawzajem.

I chociaż ustrojowo jej rola jest przede wszystkim reprezentacyjna – jako prezydentka nie ma wpływu na legislację – to potrafi wykorzystać swoje stanowisko i prawo do głosu, żeby domagać się sprawiedliwości, przejrzystości działań od rządzących, a jednocześnie stara się dawać swoim rodakom nadzieję na lepsze jutro.

Nie wierzę w to, co słyszę

„Cóż, wielu z nas zapewne straci bliskich w trakcie tej pandemii”. Wypowiadając te słowa w odezwie telewizyjnej, premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson nonszalancko odgarniał grzywkę, podczas gdy w jego ojczyźnie – będącej w tyle za całą Europą – nadal zastanawiano się, czy metoda kwarantanny i izolacji ma sens. Dwa miesiące i 37 tysięcy zgonów później wiadomo było, że wahanie to miało katastrofalną cenę. – Nie wierzę w to, co słyszę – grzmiała w tym czasie premierka Szkocji Nicola Sturgeon, która od pierwszego dnia nawoływała do pójścia w ślady Danii i Norwegii. – Każda śmierć jest tragedią, której możemy zapobiec. Każde ludzkie życie trzeba chronić. To są nasi bliscy: rodzina, sąsiedzi, przyjaciele. Matki, bracia, kuzyni. My w Szkocji zrobimy wszystko, aby się wspierać.

„Empatia nie jest odwoływaniem się do konkretnych doświadczeń, ale do emocji, które im towarzyszą – pisze Brené Brown w książce „Odwaga w przywództwie”. – Nazwanie tych emocji prowadzi do budowania więzi”.

Sturgeon, zapalona zwolenniczka niepodległości swojego kraju, wstąpiła w szeregi Szkockiej Partii Narodowej (SNP), mając zaledwie 16 lat. Jest przekonana, że suwerenność od rządów w Westminsterze pozwoliłaby na zlikwidowanie „skandalicznie wzrastającego poziomu nędzy w kraju tak bogatym jak nasz”. Sama pochodzi ze skromnej rodziny. Jej matka pracowała jako pielęgniarką w gabinecie dentystycznym, ojciec z zawodu jest elektrykiem, a Nicola jako pierwsza w rodzinie skończyła wyższe studia. Dała się poznać jako zażarta przeciwniczka brexitu (Szkocja głosowała za pozostaniem w Unii Europejskiej), uważa, że jej rodacy zostali wyłączeni z Unii wbrew zasadom demokracji.

'Moim zdaniem każdy myślący człowiek jest feministą' - powtarza stojąca na czele rządu Szkocji Nicola Sturgeon (Fot. Getty Images) "Moim zdaniem każdy myślący człowiek jest feministą" - powtarza stojąca na czele rządu Szkocji Nicola Sturgeon (Fot. Getty Images)

I jeszcze inna wypowiedź pierwszej minister Szkocji (tak oficjalnie nazywa się jej stanowisko): „Moim zdaniem każdy myślący człowiek jest feministą”. A mówimy o polityczce, która nie boi się publicznie przeciwstawić nawet Donaldowi Trumpowi. Pozbawiła go honorowego tytułu ambasadora szkockiego biznesu. Trump ma w Szkocji pola golfowe i hotele, ale jego szowinistyczna retoryka i jawna niechęć do muzułmanów były dla Sturgeon od zawsze nie do zaakceptowania.

W dobie pandemii Sturgeon najszybciej zakazała podróży, zamknęła szkoły wcześniej niż Anglia, rozwinęła program testów, wspierania osób starszych i tych najbardziej zagrożonych chorobą. Codziennie przedstawia dobowe statystki w mediach – na ich podstawie opracowano strategię powolnego wychodzenia z kwarantanny.

„Wierzę, że znowu będziemy cieszyli się życiem. Dbajmy o siebie i naszych bliskich. Pomagajmy innym w potrzebie – w tym jest nasza największa siła” – pisała niedawno na Twitterze.

Jej poparcie wzrosło w Szkocji do 80 proc., podczas gdy Boris Johnson wciąż miotał się w decyzyjnym chaosie.

Płeć nie ma znaczenia?

Sanna Marin ma zaledwie 34 lata i jako premierka Finlandii stoi na czele gabinetu, w którego skład wchodzą głównie kobiety, a w dodatku tylko jedna z nich ma więcej niż 35 lat. Marin nie boi się mówić o swoim trudnym dzieciństwie i wczesnej młodości. I jej ówczesnym lęku przed ostracyzmem. Kiedy uzależniony od alkoholu ojciec odszedł od rodziny, dziewczynę wychowały mama i jej partnerka. Marin: – Bałam się mówić o mojej rodzinie, bo związki jednopłciowe nie były wtedy powszechnie akceptowane.

34-letnia Sanna Marin jako premierka Finlandii stoi na czele gabinetu skladającego się głównie z kobiet, z których tylko jedna ma więcej niż 35 lat (Fot. East News) 34-letnia Sanna Marin jako premierka Finlandii stoi na czele gabinetu skladającego się głównie z kobiet, z których tylko jedna ma więcej niż 35 lat (Fot. East News)

Do polityki weszła, gdy miała 20 lat, a w wieku 27 została przewodniczącą rady miejskiej w swoim ojczystym Tampere. Kilka lat później została posłanką z ramienia partii socjaldemokratycznej.

– Nigdy nie myślę o swoim wieku i płci, skupiam się na tym, dlaczego zaufali nam wyborcy. Na przykład na mojej obietnicy dużych inwestycji w mieszkania komunalne. Problem mieszkaniowy w kraju jest palący – ludzie po prostu nie mają gdzie mieszkać. Od lat głównie się o tym mówi, ale nic się nie robi. Ja mam inny plan – mówiła po mianowaniu jej na stanowisko premiera. Objęła je zaraz po strajku poczty i w dobie groźby kolejnych.

Jak sobie poradziła z pandemią? Wczesne restrykcje i powolny plan wyjścia z kwarantanny stawiają Finlandię w czołówce krajów, które najlepiej radzą sobie do tej pory z koronawirusem.

Równie skuteczna była premierka Islandii Katrín Jakobs-dóttir. Kluczowe wydaje się tu wprowadzenie przez nią aplikacji na telefon, pozwalającej śledzić ruchy zakażonych, wdrożonej w Islandii najszybciej na świecie. Efekt? Zaledwie dziesięć zgonów i brak potrzeby zamknięcia szkół. Jacobsdóttir jest ponadto przewodniczącą Rady Kobiet Przywódczyń Światowych (Council of Women World Leaders).

To za jej rządów Islandia jako pierwsze państwo na świecie wprowadziła praktyczne prawo nakazujące płacenie kobietom i mężczyznom takich samych wynagrodzeń. Nie żeby Islandia dostrzegła ten problem dopiero niedawno – przepis zapewniający równe pensje na tych samych stanowiskach dla obu płci obowiązuje w tym kraju od 1961 roku, ale był martwy. Jak w wielu miejscach na świecie, również w Polsce, podstawa prawna to jedno, a praktyka drugie. Na zeszłorocznym Światowym Forum Ekonomicznym oszacowano, że globalnie kobiety zarabiają 63 proc. tego co mężczyźni, a zlikwidowanie tej różnicy zajmie jeszcze… dwa i pół wieku. Tymczasem w Islandii od 2018 roku każda firma, która zatrudnia więcej niż 25 osób, musi zdobyć certyfikat zaświadczający o równości płac, wydawany przez niezależną organizację. W razie negatywnej opinii na firmę nakładane są kary.

To za rządów Katrín Jakobs-dóttir Islandia jako pierwsze państwo na świecie wprowadziła praktyczne prawo równości płac dla pracownic i pracowników. Łamanie go jest karalne. (Fot. Forum) To za rządów Katrín Jakobs-dóttir Islandia jako pierwsze państwo na świecie wprowadziła praktyczne prawo równości płac dla pracownic i pracowników. Łamanie go jest karalne. (Fot. Forum)

– Różnica w wynagrodzeniach między płciami nie zniknie, jeśli będzie się siedzieć bezczynnie i czekać, aż sprawy zmienią się same – komentowała premierka Jakobs-dóttir. – Więc je zmieniliśmy. Tak samo jak uda nam się zwalczyć przemoc domową, dbać o ekonomię i jednocześnie chronić środowisko – mówiła w wywiadzie dla „Nordic Labour Journal”. – To wszystko jest do zrobienia, trzeba tylko mieć rozsądny plan i nie zwlekać. Nie ma na co czekać, po prostu trzeba działać. 

Konkretne i praktyczne rozwiązania, słowa, które dodają otuchy, jednoczenie ludzi ponad podziałami oraz bezpośredni kontakt z tymi, którzy cię wybrali – to wspólny mianownik nowego przywództwa. W kontrze do wydawania rozkazów, rządów twardej ręki, sprawowania pełnej kontroli, która i tak jest przecież tylko iluzją. Pandemia potwierdziła, że obowiązujący dotychczas model coraz mniej przystaje do naszych czasów.

„W wielu społeczeństwach panuje przekonanie, że lider powinien być agresywny i dominujący – pisała w „New York Timesie” socjolożka dr Alice Evans z londyńskiego King’s College, prowadząca badania nad tym, jak kobiety dochodzą do władzy. – Kwarantanna i zamknięcie gospodarki to polityka minimalizacji ryzyka. Nikt nie wiedział, co się wydarzy, więc postawiono przede wszystkim na ratowanie życia jako najwyższej wartości. Ta sytuacja nauczyła nas, że inny rodzaj przywództwa niż tradycyjny okazał się korzystny. Być może więcej z nas przekona się, że ostrożni, szczerzy i pełni troski liderki i liderzy zasługują na zaufanie”.

Kilka tygodni pandemii wystarczyło, żeby pokazać, że zdolność podejmowania trudnych decyzji i empatia na stanowisku lidera nie tylko się nie wykluczają, ale mogą się wzajemnie uzupełniać. To strategia takich przywódców zdała egzamin z wychodzenia z kryzysu. Przy okazji wyszło na jaw, że wielu z tych przywódców to kobiety. Liderki bez obsesji władzy, wprowadzające realne równouprawnienie, myślące o przyszłości planety i potrafiące współpracować ponad podziałami w imię wspólnego dobra. Takiego właśnie nowego modelu przywództwa wypadałoby życzyć każdemu krajowi i jego mieszkańcom.

  1. Psychologia

Kochać żonatego

Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie można się przytulić w miejscach publicznych. Czasem wręcz nie można się przyznać do znajomości. Nie można do niego zadzwonić, gdy ma się stłuczkę, bo on i tak nie przyjedzie na pomoc.

Są kobiety, które nie chcą się angażować w bliskie relacje i twierdzą, że bycie kochanką jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują pragnienie posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn już będących mężami innych kobiet. Czy mają szansę na powodzenie – odpowiada psychoterapeuta Tomasz Srebnicki.

Kobieta poznaje mężczyznę, chciałaby sobie ułożyć życie, ale okazuje się, że on jest żonaty. I co ona ma zrobić?
Zostawić żonatego i poszukać takiego, który jest wolny. Oczywiście, każda kobieta (jak i każdy mężczyzna) ma w sobie potencjał do zostania kochanką (kochankiem), takie przypadki się zdarzają: w delegacji, na imprezie, po alkoholu, z kolegą ze szkoły… Ale jeśli się zdarzyło, to rozumiem, że nie trwa długo. Owszem, poniosły mnie emocje, ale teraz widzę, co się dzieje, i kończę tę relację. Zrównoważony pod względem samooceny, wyborów moralnych, odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę człowiek nie wszedłby w relację długotrwałego, przynoszącego cierpienie wielu stronom romansu. A relacja z żonatym mężczyzną taka będzie.

Przeczytałam na jednym z forów: „Ja tylko walczę o swoje szczęście, gdyby żona spełniała wszystkie jego potrzeby, to on nie musiałby szukać gdzie indziej”.
To, o czym pani czyta na forach, jest próbą radzenia sobie z łamaniem tabu. Ponieważ w naszej kulturze bez względu na to, jak nowocześni jesteśmy, posiadanie kochanki czy kochanka jest tabu. Osoba, która wchodzi w trójkąt, zagraża istnieniu rodziny. Najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym dyskomfortem jest przekierowanie odpowiedzialności za całą sytuację na drugą kobietę, żonę. Dla niektórych kobiet kochanek źródłem satysfakcji i przyjemności może być również to, że w konkurencji o samca one są ważniejsze.

Potrzebują usprawiedliwienia, żeby nie czuć się złą osobą?
Jeśli komuś zależy przede wszystkim na byciu dobrym, to nie wchodzi w bycie kochanką!

Bo kochanka zawsze nosi piętno?
Bo narusza równowagę społeczną. Jeśli żyjemy w kulturze, która wprawdzie dopuszcza posiadanie kochanki, ale nie wynegocjowała wzorca, że można ją posiadać, to na to piętno bycia kochanką kobieta się sama skazuje.

Wydaje się, że wiele kobiet nie ma poczucia sprawczości. Często słyszę: „Tak wyszło”. Jakby zostały wrzucone w tę sytuację.
Ja bym to wiązał z kulturowym wzorcem uwodzenia: to mężczyzna uwodzi, a kobieta się poddaje. On inicjuje grę, której ona ulega. To oznacza, że kobieta jest mało odpowiedzialna za to, że wchodzi w relację. Jest uwodzona i w sposób bezwolny się w coś angażuje. Ten sam mechanizm jest widoczny w nawiązywaniu romansów, z wyjątkiem pań cynicznych, które z góry zakładają romans jako wygodną dla siebie strategię. Ta bezradność rodzi potem kolejne problemy.

Jakiego rodzaju?
Właśnie takie, że kochanki żyją z piętnem albo tkwią w poczuciu bezradności, czują się jak w klinczu, nie wiedzą, co mają dalej zrobić. Warto wiedzieć, że mężczyzna nie bierze sobie kochanki po to, żeby z nią być. A to oznacza, że ona naraża się na życie w długotrwałej sytuacji niejasności, niedopowiedzeń, różnych skomplikowanych gier podjazdowych, które z reguły do niczego poza rozpaczą nie prowadzą.

Mówi pan, że mężczyzna nie bierze kochanki po to, żeby z nią być. To po co bierze?
Po pierwsze, żeby się dowartościować. Po drugie, bo ma przekonanie: „Moje potrzeby są najważniejsze, inni służą tylko do realizacji tego planu”. Biorę sobie kochankę, twierdząc, że to najbezpieczniejszy sposób na seks, szczególnie jeśli kochanka jest w małżeństwie, bo będzie uważać, dochowa tajemnicy, będzie też łatwiej się rozstać, gdy już nie będzie potrzebna. Trzecia przyczyna wiąże się z unikaniem bliskości. Na przykład mężczyzna uważa, że jego żona jest zbyt wymagająca, a nie potrafi się temu przeciwstawić, więc znajduje kochankę, która będzie służyła rozładowaniu napięcia między nim a żoną. Kochankę, która niczego od niego nie oczekuje albo tylko sprawia takie wrażenie. I dzięki temu on nie będzie musiał swojego problemu w małżeństwie rozwiązywać. Żona wprawdzie dalej wymaga, ale dzięki temu, że kochanka niczego nie chce, on nie musi konfrontować się z faktem, że ma kłopot w małżeństwie. Będzie się złościł na żonę, skarżył kochance, ale dalej nie tknie problemu. I to są często kochanki (i kochankowie) współpracujący. Czyli jakby zaangażowani w relację małżeńską, rozmawiają o tych problemach, są przyjacielscy, wspierający, co, oczywiście, do niczego nie prowadzi. Czwartym powodem jest chęć rozstania się z aktualną partnerką/żoną. Nie umiem inaczej – biorę sobie kochankę. Co ciekawe – po tym można poznać tę strategię, w jakiś dziwny sposób żona nagle dowiaduje się jakoś o kochance i…  musi dojść do rozwiązania. No i ostatni powód posiadania kochanków, który znam z pracy z pacjentami, to potrzeba większych wrażeń. Są tzw. szczęśliwe pary, które długo funkcjonują z zaangażowaniem, intymnością, natomiast z prostym problemem seksualnym, np. niezgraniem seksualnym lub większymi potrzebami jednej ze stron. I wtedy te kochanki służą dostarczaniu sobie różnego poziomu satysfakcji, często tylko seksualnej.

W tym wypadku mielibyśmy raczej do czynienia z przygodami, a nie długotrwałymi romansami?
W dodatku z jasno zwerbalizowanym kontraktem, że tak powiem, na seks. I tu pewnie większego kłopotu by nie było. Najgorzej mają te kochanki, gdzie jest albo problem z bliskością, albo potrzeba wyjścia z relacji poprzez kochankę.

Dlaczego one mają najgorzej?
Bo jeżeli się w to angażują, to najprawdopodobniej mają jakiś swój poważniejszy deficyt. I będą doświadczały cierpienia.

Czy przybywa kochanek?
Nie znam badań, natomiast intuicja mi mówi, że rzeczywiście jest więcej relacji pozamałżeńskich. To nie wynika z kryzysów małżeństwa, rodziny, tylko z większego przyzwolenia na strategię radzenia sobie z problemami pt. „nie rozwiązuję, tylko szukam uników”. Jest jeszcze problem promowania braku jakichkolwiek ograniczeń.

Nie przekonuje nas zasada: Nie da się zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu?
Ja generalnie nie wierzę w to powiedzenie, bo się z nim głęboko nie zgadzam. Raczej powiedziałbym, że nie da się zbudować szczęścia na swoim nieszczęściu. Bo zostawanie kochanką to jest własne nieszczęście i na tym faktycznie z reguły się nie da zbudować szczęścia.

A na czym polega to „własne nieszczęście”?
Bez względu na to, jak bardzo ta kochanka czuje się adorowana przez cudzego męża, warto się zastanowić, jak bardzo już na wstępie naraża się na unieważniające doświadczenia: nie spędzi z nim wigilii ani świąt; po 18 on musi być z żoną, bo ona się wścieka, gdy go nie ma; pół godziny po seksie on wstaje, bo musi wracać do domu.


Dokładnie – jakie są zaczątki tego związku? To unieszczęśliwianie siebie.

Jakie jeszcze koszty ponosi kochanka?
Kosztem generalnym jest nieszczęście wszystkich. I kochanka, i kochanki, żony czy męża, dzieci. Kosztem jest zdrowie psychiczne, a jeśli u kobiety istnieje podatność, to problemy z nastrojem, depresją, z odżywianiem itd. Nie wprost, ale jako efekt zupełnie niepotrzebnego wystawiania się na działanie różnych stresorów. Dalej – banalne narażanie się na odkrycie tej zdrady, co podobno powinno niektórych podniecać, ale z reguły nie podnieca. No i wreszcie ogromna samotność.

Kiedyś dochodziłoby jeszcze niebezpieczeństwo powicia bękarta. Teraz już chyba ta figura nie funkcjonuje, ale w ogóle urodzenie dziecka z mężczyzną, który ma inną rodzinę, to jest narażanie tego dziecka na samotność i odrzucenie.
Z tym łączy się łamanie tabu: żeby nie następował rozpad społeczeństwa, będzie ono dążyło do przywrócenia równowagi. Dobrze, że zaczęliśmy tolerować dzieci pochodzące z nieprawego łoża, bo to jest jednak zjawisko teraz dość częste, natomiast rodzi się pytanie: Po co się na to narażać? Choć to pytanie powinno być czynnikiem poprzedzającym wejście w całą historię: „Czy warto?”.

Chyba na początku nie myśli się o konsekwencjach. Może wszystko przesłaniają jakieś nadzieje? Na co może liczyć singielka, wchodząc w relację z zajętym mężczyzną?
Pewnie różnie kobiety by odpowiedziały, ale na przykład podświadomie na to, że tego związku nie będzie. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni: „I tak mnie nikt nie pokocha, mnie nie może się udać”. Taka relacja miałaby służyć do potwierdzenia takiego sposobu myślenia.

Czy bycie kochanką zawsze źle się kończy? Niektóre badania mówią, że raptem 3 proc. mężczyzn zostawia swoje żony i wiąże się z kochankami.
Czyli za dobre zakończenie przyjmujemy, że kochankowie zostają małżeństwem?

Znam kilka historii, które właśnie tak się skończyły.
Ja bym tego końcem nie nazwał. Może być tak, że kochanek i kochanka, czyli nowa para, która powstała na skutek rozwodu, są dojrzałymi, rozsądnymi ludźmi i potrafią sobie wytłumaczyć, dlaczego w taki sposób weszli w relację i mogą na zrozumieniu tego budować związek. Może tak być, choć to wymaga cholernie dużo pracy.

Czyli nie mogli się inaczej rozstać z pierwszymi partnerami?
Są też prostsze motywacje: mąż nie chce dziecka, a kobieta tak, znajduje więc kochanka, który też chce mieć dziecko, a z kolei jego żona nie ma takich planów. I znowu mamy tu trudny początek, ale to jest do przepracowania. Najważniejsze, że nie ma włączania się w trójkąty. To etap wychodzenia ze starej relacji i wchodzenia w nową.

Mam wrażenie, że takich rozwiązań historii z kochankami jest mniej niż nieszczęśliwych romansów, bolesnego tkwienia w nierozwiązywanej latami sytuacji niedopowiedzenia.
Cudzołóstwo zawsze było grzechem. I nie chodzi o religię i o grzech moralny, tylko że człowiek potem ponosi dramatyczne konsekwencje tego typu zachowań.

Co można by podpowiedzieć kobiecie, która weszła – z różnych względów – w relację z żonatym mężczyzną? Może wierzyła w jego obietnice, może sama sobie zbudowała iluzję, że ten cudzy mąż stanie się kiedyś własnym, ale on się nie staje, sytuacja się przeciąga, cierpienie się pogłębia…
Żeby wyszła z tej relacji.

A jeśli nie ma siły? Nie wierzy, że to możliwe, cierpi i nie umie tego przerwać.
Powiedziałbym tak: „Rozumiem, że cierpienie, którego doświadczasz teraz, jest cierpieniem mniej zagrażającym niż to, którego myślisz, że doznałabyś, rozstając się z tą osobą”. I tu jest już kwestia podjęcia decyzji. Czy chcesz dalej cierpieć, czy chcesz coś zrobić ze swoim życiem?

Czy mogą pomóc rozmowy z koleżankami albo psychoterapeutą?
Rozmowy z koleżankami z reguły pokazują, jakie koleżanki mają fantazje albo jak by chciały sobie poradzić ze swoimi mężami. Lepiej zwrócić się do mądrych, dojrzałych kobiet, pozytywnie nastawionych do tej naszej kochanki. Babcia może się okazać lepsza niż koleżanki. Natomiast terapeuta może pomóc w określeniu, dlaczego kobieta znalazła się w takiej relacji, czego się boi w wyjściu z niej. I zdecydować, czy mam dosyć, czy chcę w tym być. Bo kobieta może mieć potrzebę tkwienia w chorym, niszczącym ją układzie. Chce tylko zminimalizować cierpienie z tym związane, na przykład lepiej sobie radzić, gdy kochanek wyjeżdża z żoną na narty. Teraz to strasznie przeżywa, a chciałaby, żeby ją to mniej ruszało.

I może się okazać, że wcale nie chcę niczego zmieniać? Że pasuje mi rola tej drugiej, że ja właśnie chcę dostawać jakieś emocjonalne resztki?
Tak. Co więcej, może się okazać, że to, że mówię, że jestem nieszczęśliwa, bardzo cierpię, jest też pewnym sposobem na życie. I jest to sposób dość wygodny.

Tomasz Srebnicki
, doktor nauk medycznych, psycholog, psychoterapeuta, asystent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

  1. Psychologia

Jakich mężczyzn potrzebują współczesne kobiety? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czy w czasach równych praw, liberalizmu i demokracji sami podejmujemy decyzje, jak chcemy żyć, czy coś lub ktoś decyduje za nas? Czy kobiety i mężczyźni mogą w takim samym stopniu decydować o swoim losie, wyborze drogi życiowej, o byciu lub niebyciu singlem, założeniu rodziny, posiadaniu dzieci? Czy to naprawdę efekt naszych świadomych wyborów, że jest tak dużo singli i samotnych matek – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Stereotyp jest taki, że podejmując decyzje, kobiety kierują się emocjami, poświęceniem, a mężczyźni – karierą, realizacją siebie.
Teraz to się zmieniło, młode kobiety stają przed zupełnie nową perspektywą życiową. A ponieważ jest ona nowa, nie mają wzorców, z których mogłyby skorzystać, by wybierać świadomie i mądrze szacować ryzyko. Obowiązująca w tej chwili instrukcja dla kobiet rozpoczynających życie to: nie ma co liczyć na mężczyzn, trzeba liczyć tylko na siebie, zdobyć wykształcenie i pracę, żeby być niezależną ekonomicznie i życiowo. Koniec z marzeniami o księciu, rycerzu czy misiu, który ci w tym pomoże. I większość młodych kobiet nie uznaje już tej do niedawna rozpowszechnionej strategii: Wykształcę się trochę, żeby być kulturalną panią domu, a potem spotkam odpowiedzialnego mężczyznę, założymy rodzinę, będziemy mieli dzieci. On będzie pracował, ja zajmę się domem i jakoś to życie nam przeleci.

Mainstreamowa obyczajowość postuluje nowy model życia kobiety i ostatecznie odbiera nadzieję na to, że stary jest coś wart. Dlatego kobiety są tak zdeterminowane, by za wszelką cenę – nawet nadużywając siebie – zrealizować ten nowy autonomiczny model.

W jaki sposób młode kobiety, decydując o swoim życiu, nadużywają siebie?
Na przykład sponsoring to forma nadużywania siebie w imię realizacji nowej strategii. Nadużyciem są też nałogi, bo trzeba się jakoś znieczulić, dopieścić, mieć pod ręką dopalacz, kiedy już brakuje siły, wiary, nadziei i wsparcia. Byle sięgnąć ideału, którym są praca, kredyt, samochód, mieszkanie. Dopiero wtedy z pozycji samodzielnej singielki kobieta może się rozglądać za stałym partnerem, który – jeśli wszystko dobrze pójdzie, a ona dalej pozostanie w pełni niezależna – będzie nadawał się na ojca jej dzieci. Do niedawna młode kobiety mogły jakoś realizować taki scenariusz. Ale na skutek kryzysu coraz częściej zderzają się z bezrobociem. I to jest tragedia, bo choć tak wiele pracy, wyrzeczeń i nadużyć zainwestowały w batalię o autonomię, bez pracy nieuchronnie wpadają we wtórne uzależnienie od lepiej urządzonych mężczyzn – często z pokolenia ich ojców – albo od własnych rodziców.

Nie jest łatwo być kobietą, która wybrała aspiracje do miejskiego dobrobytu i autonomii.
Nie dość, że brakuje drogowskazów, to na dodatek wsparcie systemowe jest w powijakach. Rzesze zdeterminowanych kobiet uciekają z małych miejscowości do dużych miast (mężczyźni wykazują w tej sprawie mniej inicjatywy) i przystosowując się do środowiska miejskiego, odcinają się od rodzinnych korzeni i ich kulturowego przekazu. Mało tego – potrzeba im wręcz entuzjazmu neofity w asymilowaniu nowych wartości i obyczajów. Bo gdy porzuca się wszystko, co znane, można tylko brawurowo i bezrefleksyjnie łykać nowe. Być gotowym na wszystko bardziej niż dzieci z zasiedziałych wielkomiejskich rodzin. Wtedy wybiera się tylko to, co korzystne z punktu widzenia upragnionego celu. Wokół złamane serca, zawiedzione przyjaźnie, rozbite rodziny. A na końcu drogi czyha samotność – niechciana cena za poświęcenie wszystkiego i wszystkich.

Samotność? A gdzie są mężczyźni dla autonomicznych kobiet?
No właśnie, tak wypracowany sukces wyklucza zgodę na jakiegokolwiek „miśka”. Wymagania są duże. To musi być wojownik, który budzi szacunek, który się rozwija i ma aspiracje, jest odpowiedzialny, ma podobne zainteresowania – a takich jest coraz mniej albo już założyli rodziny. Na pewno nie ogłaszają się na portalach randkowych. Więc rozczarowane i roszczeniowe neofitki pytają: „Dlaczego rynek nie oferuje facetów w lepszym gatunku?”. Kilka fakultetów i języków, dobra praca, mieszkanie, pieniądze, sylwetka – a w męskim supermarkecie półki puste albo badziewie. Zanika świadomość, że relacje buduje się długo i cierpliwie, gotowych nie dają i gdy kalendarz przypomni, że czas na dzieci, zaczynają się nieprzemyślane wybory, np. angażowanie w trójkąty, bo mężczyźni z wyższej półki są już w związkach i nie chcą z nich rezygnować. A jeśli zrezygnują, to życie w patchworkowej rodzinie bywa trudne. Heroiczna decyzja o samodzielnym macierzyństwie też nie daje pełni satysfakcji, bo w głębi serca kobiety ciągle potrzebują ciepłego, bezpiecznego związku i partnera w domu.

Jak więc wybierać, by mimo woli nie wybrać samotności?
Gdybym miał wychowywać córkę, prawdopodobnie – zważywszy na dominujący kulturowy kontekst – na wszelki wypadek przygotowywałbym ją do samodzielności. W nadziei, że samodzielność nie musi oznaczać samotności, bo ta nigdy nie jest naturalnym wyborem. Jest klęską na różne sposoby oswajaną: Bo faceci są beznadziejni; A po co mi facet? Nawiasem mówiąc, zanika w słownictwie kobiecym termin „mężczyzna” (nawet mężczyźni wstydzą się tego słowa). A gdy myśli się „facet”, to spotyka się facetów, a nie mężczyzn. Nasze słowa i przekonania tworzą świat, w którym żyjemy. Aby więc znajdować partnerów i unikać pułapki samotności, kobiety powinny uważać na słowa i myśli, których używają i które pielęgnują w kontekście mężczyzn i związków z nimi. Inaczej nie da się w etos autonomii kobiety włączyć bliskiej, trwałej i opartej na szacunku i partnerstwie więzi z mężczyzną. I to jest krytyczny dylemat w etosie współczesnej kobiety: Jak zachować autonomię i jednocześnie zdolność wchodzenia w bliskie, partnerskie relacje?

Kobiety, które miały siłę, żeby się usamodzielnić, w obawie przed tradycyjnym związkiem wybierają na partnerów słabych mężczyzn.
Kulawy i gorzki związek z mężczyzną, którego kobieta sobie podporządkuje i którego nie szanuje, to mierna alternatywa dla singielstwa. Wybranie słabszego mężczyzny pozwala jednak mieć nadzieję na zachowanie autonomii. Dlatego też wielu mężczyzn nadal poszukuje słabych i niemądrych kobiet. Rozkapryszonej kizi-mizi, która czasem pokrzyczy, potupie, strzeli focha, której nie trzeba traktować poważnie i nadal można się cieszyć wygodną wolnością. Ci mężczyźni nie zdają sobie sprawy, że to, co próbują uchronić, to nie wolność, lecz niedojrzałość. Czasy i obyczaje jednak się zmieniają i teraz kobiety mają ten problem, zastanawiają się, czy nie stracą po ślubie swojej z trudem wywalczonej wolności – niedojrzałości.

A mężczyźni – jaki jest ich główny problem z decydowaniem o sobie?
Mężczyznom wydaje się często, że samo bycie mężczyzną czyni ich autonomicznymi i nie muszą nic w tej sprawie robić. A skoro kobiety się usamodzielniają, to coraz więcej mężczyzn zwalnia się z odpowiedzialności za materialne bezpieczeństwo nie tylko rodziny, lecz nawet własne. Mężczyzna może sobie wyobrazić coś, co do niedawna nie mieściło się w męskiej głowie: „Skoro nie mam szansy na dobrą pracę, to znajdę sobie dobrze zarabiającą kobietę, zaakceptuję słabszą pozycję, przyjmę rolę gospodarza domu, którego żona utrzymuje – i święty spokój”. Przeciw staremu etosowi męskości działa też system ekonomiczno-społeczny. Piramida sukcesu robi się coraz bardziej stroma, rozwarstwienie – absurdalne. Coraz trudniej być samcem alfa.

Czy to znaczy, że mężczyzna nie ma wyboru, nie decyduje, czy dalej mieszkać z babcią, czy założyć rodzinę?
Przy kurczącym się rynku pracy mężczyznom zostaje coraz mniej możliwości – a oczekiwania kobiet i wymagania męskiego etosu pozostają na tym samym, wyśrubowanym poziomie. Systemowe ograniczenia są wielkie, bo dotykają etosowych potrzeb mężczyzn – jak, nie mając pracy, zakładać rodzinę? Co gorsza, nie ma się gdzie wykazać męstwem, stąd ta potrzeba tworzenia mitów o czyhających wewnętrznych i zewnętrznych wrogach. Stąd potrzeba wyżywania się w zastępczych wojnach na piłkarskich stadionach.

Ilu jest nowoczesnych mężczyzn?
Ciągle jeszcze niewielu mężczyzn gotowych jest na wersję: Razem będziemy klepać naszą małą biedę, mamy siebie, wynajęty pokój, dwa rowery i barterową wymianę w środowisku, w którym żyjemy. Jeśli to świadomy wybór, a nie upokarzająca konieczność – to super. Ale nawet wtedy, przy tak anemicznym wsparciu państwa posiadanie dziecka staje się ryzykownym przedsięwzięciem. Przerzucanie przez państwo odpowiedzialności za młodych na dziadków emerytów świadczy o systemowej niewydolności. I niebawem przyniesie katastrofalne demograficzne skutki. Dlatego trzeba zacząć inaczej myśleć o roli państwa, o możliwościach, które rynek stwarza mężczyznom. Mężczyźni muszą pracować nad zmianą etosu i realnie dzielić się z kobietami władzą, wolnością i odpowiedzialnością. Trzeba mieć nadzieję, że unikniemy tragicznej powtórki z matriarchatu, że mężczyźni nie zaakceptują wersji: Wyjdę za bogatą albo zapiszę się do jej haremu.

No, ale mężczyzna może wnieść wiele do związku, nawet jeśli nie ma kasy.
Może, jeśli nie jest sfrustrowany, nie ma depresji, nie czuje się upokorzony zależnością od kobiety. Na razie nie ma takiej możliwości, by statystyczny mężczyzna mógł poczuć męskość w związku z kobietą, od której całkowicie zależy ekonomicznie. Nie może przypisać sobie zasługi urodzenia i wykarmienia dzieci, by czując się godnie, pobierać od partnerki dożywotnie dowody wdzięczności. Mężczyźni niechętnie – jakby nie porzucili nadziei na powrót dawnych reguł – rozpoczynają dopiero pracę nad zmianą etosu. Nadal dla zdecydowanej większości płeć nie jest genderowa, definiowana społecznie i obyczajowo, lecz jest biologiczna, raz na zawsze ustalona. Potrzeba pokoleń, by mogli na innej zasadzie wchodzić w związki z kobietami. Jeszcze długo mężczyzna będzie się czuł upokorzony, gdy mu zabraknie na kawę dla adorowanej kobiety. Jeszcze długo kobiety będą oceniać mężczyzn, patrząc na ich zawodową i ekonomiczną pozycję, ambicje i dążenia. Kobiet, które odniosły sukces i wybierają mężczyznę ze względu na inne niż ekonomiczne zalety, jest bardzo mało. Najczęściej są samotne i biorą na utrzymanie młodszych od siebie mężczyzn. Nierzadko ma to charakter sponsoringu, choć zdarza się, że i takie związki są szczęśliwe.

Czyli dla kobiet kasa liczy się najbardziej w ocenie partnera?
Przede wszystkim liczy się partnerstwo. Ale to wydolność finansowa mężczyzny jest jednym z istotnych wskaźników zdolności do niego. Nawet gdy ją najbardziej cieszy wspólna jazda na rowerach, to ważne jest, aby on miał rower tej samej klasy i mógł za nią nadążyć. Rowery tandemy już się nie przyjmą – niezależnie od tego, kto miałby trzymać kierownicę.

Współczesne związki muszą się opierać na partnerstwie finansowym, gwarantującym obu stronom wolność podejmowania decyzji o wyjściu ze związku, gdy inne atrybuty – te najważniejsze – zawodzą. Ekonomiczne partnerstwo zaczyna w dużym stopniu decydować o szacunku. Także dla kobiet urodzenie dziecka jest coraz rzadziej wystarczającym argumentem do rezygnacji z własnych dochodów i kariery.

Niezależność ekonomiczna nowym fundamentem związków?
Na to wygląda. Bo co ma począć 30-latka, która odniosła sukces zawodowy, a zakochała się ze wzajemnością w równolatku, który nie ma pracy i mieszka z mamą? Prawie nieuchronnie po wielkiej eksplozji ich uczucie przejdzie w fazę implozji. On nie może znieść upokorzenia, że go nie stać na jej poziom życia. Ona, nie chcąc rezygnować ze słodkich owoców sukcesu, płaci za niego i pokazuje mu świat, do którego on beznadziejnie aspiruje – co frustruje go jeszcze bardziej. On czuje się jak Kopciuszek macho, który żąda od ukochanej księżniczki, by nie zabierała go do pałacu, lecz na dowód ich miłości zamieszkała z nim w komórce. W czasach narastającego rozwarstwienia i usamodzielniania się kobiet partnerstwo ekonomiczne staje się równie ważne jak intelektualne. Dlatego rozwiązaniem, które pojawia się teraz na masową skalę, jest singlowanie. Ufajmy, że to tylko faza przejściowa.

Jak mimo wszystko uratować miłość i budować trwałe związki?
Wiele zależy od tego, czy kobietom sukces nie przewróci w głowie: Skoro zrobiłam taki wysiłek, to teraz należy mi się królewicz, rycerz albo choć śliczny paź. Królewiczów i rycerzy jest coraz mniej, a paziowie boją się kobiet. Ale też odpowiedzialni mężczyźni nie wyrywają się do zakładania rodzin, bo męskie superego szepcze im nadal do ucha: „Albo cię stać na kobietę i rodzinę, albo nie. A jeśli nie, możesz zostać tylko kłusownikiem”.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Perfekcyjne macierzyństwo - dylematy współczesnych matek

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Współczesna matka ma poczucie porażki, gdy dziecko nie mówi w wieku pięciu lat po angielsku, nie jeździ konno, jest grube albo chude. O tym, jak dałyśmy się zapędzić w perfekcyjne macierzyństwo, opowiada socjolożka, profesor Anna Giza-Poleszczuk.

Czym młode matki różnią się od matek pani pokolenia?
Pierwsza różnica to wchodzenie w macierzyństwo. Kiedyś jak rodziło się dziecko i matka przychodziła z nim do domu, to nagle roiło się tam od kobiet. Wpadała babcia, teściowa, kuzynka, siostra. Kobieta była wprowadzana do macierzyństwa przez inne kobiety. To było społeczne wydarzenie. Kładło się ją spać, ktoś inny zajmował się dzieckiem, udzielało jej się rad wynikających z doświadczenia. Natomiast dzisiaj kobieta wraca do domu tylko z mężczyzną i dzieckiem.

Bo jej mama jest zupełnie w innym mieście?
Jej rodzina jest rozsiana gdzieś po Polsce. A nawet jak jest blisko, to jednak daleko. Ostatnio miałam rozmowę z młodą dziewczyną, która urodziła pierwsze dziecko i od razu zapowiedziała swojej matce i teściowej, że nie chce ich widzieć. Że chce wrócić do domu i być sama z dzieckiem i mężem. Nawet jeżeli to starsze pokolenie jest dostępne, to ono już nie jest godne zaufania. I to jest ta druga różnica – macierzyństwo stało się medyczno-naukowe. Do macierzyństwa wdraża nas psycholog, terapeuta, pediatra, położna ze szkoły rodzenia, a nie jacyś amatorzy. W badaniach społecznych nazywa się to odbieraniem macierzyństwa środowisku społecznemu. Rodzicielstwo stało się umiejętnością nabytą, którą zdobywamy poprzez czytanie książek, na warsztatach i kursach różnego rodzaju. Kiedyś noworodka witało się z dużą ciekawością w domu, bo tkwiło w nas założenie, że dziecko jest już jakieś, że ono przynosi ze sobą coś określonego, w miarę gotowego, co musi się ujawnić.

A teraz już tak nie jest?
Nie, dziecko od samego początku jest zadaniem do wykonania. Powinno dostawać do norm rodziców, spełniać nasze oczekiwania. Od razu patrzy się na dziecko w sposób zobiektywizowany, mamy różne „programy”, odniesienia. Dziecko to jest taka walizka, którą my musimy zapakować i przygotować do życia. Jedna z moich studentek zrobiła analizę treści porad dla przyszłych matek. „Jeśli planujesz zajść w ciążę, to się do tego przygotuj. Już dwa tygodnie wcześniej zrelaksuj się, żeby poczęcie odbyło się w miłej atmosferze, bo to jest wdrukowanie osobowości dziecka. Jak jesteś w ciąży, bacz, co robisz, bierz witaminy. Słuchaj odpowiedniej muzyki”. To straszenie matek konsekwencjami ich postępowania. W jednym z analizowanych artykułów była sugestia, że jak matka w ciąży dużo płacze, to może urodzić dziecko z zespołem Downa. Zawsze się uważało, że kobieta w ciąży nie może pić czy palić, ale to jest dosyć oczywiste. W tych pseudoporadach mówi się o kwestiach emocjonalnych. Kiedyś matka była odpowiedzialna za rzeczy fizyczno-pragmatyczne. Moja babcia uważała, że jak dziecko jest czyste, nakarmione, chodzi do szkoły, a nie na wagary, i przynosi jako takie stopnie, to matka mogła być z siebie dumna. Bycie dobrą matką było proste.

A jak się ten repertuar rozbudował?
Coraz częściej kwestie bytowe zdejmuje nam z głowy marketing. Producent ugotuje za nas zupkę, dostarczy jednorazowe pieluchy. Współczesna matka jest odpowiedzialna za rozwój psychologiczno-emocjonalny dziecka, którego nie da się zmierzyć. Innymi słowy, o ile łatwo odhaczyć, czy syn umył zęby, czy nie, o tyle trudno wieczorem stwierdzić, czy jest szczęśliwy i spełniony. Czy ja, matka, odkryłam jego wewnętrzny potencjał? Czy on, kurczę, powinien jeszcze grać w rugby? W związku z tym kobiety mają emocjonalną sinusoidę. Raz im się wydaje, że są dobrymi matkami, za chwilę – że beznadziejnymi.

A wy tego nie czułyście?
A skąd! Kobiety dbały o swoje dzieci i przeżywały różne dylematy, ale nie w ten sposób. Ja pamiętam radę, jakiej mi udzieliła babcia: „Aniu, pamiętaj, dziecko jest człowiekiem i musisz je szanować. Ale ty też jesteś człowiekiem i dziecko też cię musi szanować. Więc jeżeli boli cię głowa, a ono akurat postanowiło walić kijkiem w blaszak, to po prostu ma tego nie robić”. Kiedyś była większa równowaga, teraz rodzice są przystawką do dziecka. Wszystko jest naszą winą, naszą odpowiedzialnością.

Przykład?
Byłam w odwiedzinach u młodej matki. W salonie stał nocnik z kupą. Moja znajoma podaje herbatę, ciasteczka, a kupa stoi. A ja mówię: „Słuchaj, a to?”. Ona: „Wiesz, co ja wyczytałam? Kupa to jest cząstka dziecka tożsamości, dziecka dzieło. Nie możesz mu pokazać braku szacunku i po prostu jej wyrzucić”.

Czy to nie jest tak, że my przeraźliwie boimy się być toksycznymi matkami. Nawet nie złymi, ale właśnie toksycznymi.
Tak, dziewczyny są naprawdę zastraszone. Efekt jest taki, że młode kobiety boją się zostawać matkami. Nie dlatego, że nie mają pieniędzy, tylko wyczuwają ogromną odpowiedzialność. Poza tym został zdewaluowany przekaz tradycji – dziadkowie są źli, to ci, którzy przegrzewają dziecko. A współczesnej matce odebrano wszystkie naturalne kompetencje do wychowania dziecka i zostawiono poczucie winy. Kiedyś wierzono, że kobieta ma naturalne odruchy, które jej pomogą, gdy stanie się matką.

Było nawet coś takiego jak instynkt macierzyński.
Już dawno go nie ma. „To jest produkt kulturowy, bardzo zły”. Tak to się pozycjonuje, że kobieta nie wie nic, nie potrafi wziąć dziecka na ręce, dotykać go, myć, przewijać. Musi się tego wszystkiego nauczyć. Kobiety dały sobie wmówić, że nic nie potrafią, ale mają do wykonania zadania – muszą wychować geniusza, obudzić w nim olbrzyma itd.

I za zdobycie tych wszystkich umiejętności płacą. Robi się przepaść życiowa, muszą na to wszystko zarobić, więc nie mają czasu na bycie z dzieckiem i robienie ludzików z kasztanów.
Kiedyś moja znajoma pracująca w korporacji była na zwolnieniu i poszła ze swoimi bliźniaczkami na spacer. Usiadła przy piaskownicy, panie na nią spojrzały i powiedziały: „O, dziewczynki mają nową nianię”. Niezwykle to przeżyła, ponieważ to trafiało w sedno jej dylematu – spędzała całe dnie w korporacji, żeby wynająć nianię dla swoich dzieci, żeby być dobrą mamą. Żeby ją było stać na te wszystkie gadżety, które są podobno niezbędne do wychowania dziecka.

Paradoks polega na tym, że im więcej pracujemy, tym więcej wydajemy. Niania kosztuje 19 tysięcy złotych rocznie.
Tak, ale z drugiej strony – znalazłyśmy się w pułapce bez wyjścia, ponieważ świat kobiet opustoszał. Matka, która idzie na urlop macierzyński, staje się więźniem własnego dziecka. Nie ma dokąd pójść, nie ma co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że gdzieś tam świat się kręci, a ona siedzi z dzieciakiem w domu jak głupia. Kiedyś kobiety włóczyły się bandami. Chodziłyśmy z maluchami do kuzynki, koleżanki, siostry. Pamiętam, że podrzucałyśmy sobie nawzajem dzieci. Nie siedziałyśmy w tych grodzonych osiedlach, były rozwinięte sieci społeczne.

Teraz te kontakty zastępujemy produktami i płatnymi usługami.
Macierzyństwo się sprofesjonalizowało i skomercjalizowało, a branża dziecięca to jeden z większych przemysłów na świecie. Teraz jak się otwiera drzwi pokoju dziecięcego, to zalewa nas lawa zabawek. Pamiętam, że mój syn dostał wiele lat temu klocki Lego. To nie był żaden komplet, tylko kilkanaście elementów, które ktoś nam przysłał z Zachodu. Jaki to był skarb, każda palemka w tych klocuszkach, każdy kwiatuszek był przez niego szanowany. Na zabawki trzeba było wówczas zasłużyć. Dziś nie wiadomo, co kupić dziecku, bo ono wszystko ma.

Jak jeszcze zmieniła się pozycja dziecka w rodzinie?
Dziecko stało się wehikułem spełnienia wszystkich naszych zadań, aspiracji, co powoduje, że zamęczamy i przeciążamy je lekcjami dodatkowymi. Wyścig o rangę społeczną przeniósł się już chyba do żłobka. Słyszałam, że matki na zebraniu w sprawie założenia żłobka pytały, czy dzieci będą uczone angielskiego. Zaczynam sobie zadawać pytanie, czy myśmy wszyscy po prostu nie oszaleli. To, co dziecku jest potrzebne w myśl mojego tradycyjnego światopoglądu, to dużo serdeczności, czułości i poczucie bycia użytecznym. Dla mnie najbardziej uderzające jest to, że dzieci dzisiaj nie mają żadnych obowiązków domowych. Oczywiście, myśmy z siostrą jęczały pod rządami „megatoksycznej” matki, bo trzeba było posprzątać i pójść po zakupy, zrobić pranie, ale jednocześnie miałyśmy poczucie, że jesteśmy potrzebne w domu. Nasz dom, nasza rodzina były wspólnym przedsięwzięciem. A dziś dziecko jest…

Księciem?
Też nie do końca, bo ma przecież obowiązki, chiński i angielski od przedszkola. Teraz dziecko powinno błyszczeć, być najlepsze w klasie albo przynajmniej bardzo dobre.

Czy to nie jest tak, że jeżeli ktoś nam daje jakąś propozycję udoskonalenia naszego macierzyństwa, to my zawsze z niej skorzystamy?
Czytałam wspaniałą książkę amerykańskiego etyka medycyny, filozofa Carla Elliotta: „Better than Well” [Lepiej niż dobrze]. Opowiada on o tym, że wiele procedur medycznych było wynajdowanych, żeby pomóc wąskiej grupie w nieszczęściu. Jest tam rozdział poświęcony historii ritalinu (lek stosowany np. przy ADHD). Powstał, żeby pomóc dzieciom, które miały problemy z koncentracją. W trakcie leczenia okazało się, że pośrednio prowadzi też do osiągnięcia lepszych wyników w szkole, więc matki zdrowych dzieci też zaczęły dawać im ritalin. Nagle stało się to powszechne i dzieci, którym rodzice nie dawali tego leku, zaczynały odstawać od grupy. Mówię o tym, bo trudno takiemu mechanizmowi nie ulec. Każdej matce chodzi o to, żeby dziecko poradziło sobie w życiu. Najgorszy koszmar dla rodzica to widzieć własne dziecko bez pracy, niekochane, sponiewierane, gdzieś na dnie. Wydaje mi się, że cała presja wywierana na matki trochę na tym żeruje.

Wydaje mi się, że we współczesne rodzicielstwo wpisany jest jakiś konkretny obraz. Oddzielny pokoik, wisząca karuzela nad kołyską, puszysty dywanik. To dzieciństwo ma być piękne i bogate. Nie chcemy, żeby było przypadkowe.
Absolutnie tak. Młodzi ludzie myślą, że rodzicielstwo to jest monstrualne wyzwanie, do którego nie wiadomo, jak trzeba się przygotować finansowo i psychicznie. Nie mamy stałej pracy, więc zwlekamy, nie mamy mieszkania – czekamy. Ale jak sobie pomyślimy, w jakich warunkach kiedyś ludzie mieli dzieci, to perspektywa się zmienia. Moja mama zawsze mawiała, że na dziecko nie sposób się zdecydować racjonalnie. To zawsze jest taki element: „O, stało się”.

Dziś usłyszałaby, że takie nastawienie to jest nieodpowiedzialność.
Tak, ale gdybyśmy mieli to sobie wszystko idealnie ułożyć, to byśmy tych dzieci nie mieli... Jakby narodzenie dziecka to była ruina życia. Musimy się wyrzec siebie, kariery, wolności, a nie myślimy, że po prostu przychodzi do nas mały przybysz.

Czy wasze pokolenie w ogóle zastanawiało się: „Czy stać mnie na dziecko?”.
Nie. I tak było wiadomo, że własnego mieszkania doczekamy się po czterdziestce. 80 procent małżeństw mieszkało z rodzicami. Medycyna też była mniej rozwinięta, więc kobiety nie miały tego złudzenia, że mogą urodzić po czterdziestce. Jak ja rodziłam swojego syna w szpitalu, mając 25 lat, to mówiono o mnie „stara pierwiastka”. Trzeba dodać, że w czasach mojej młodości nie było tak szeroko dostępnych środków antykoncepcyjnych. W związku z tym myśmy musiały liczyć się z tym, że dziecko może się przytrafić. Dziś mamy pokolenie młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie znają dzieci.

Zastanawiam się, jak zachować zdrowy rozsądek przy tych rosnących oczekiwaniach wobec współczesnych rodziców?
Pokładam duże nadzieje w ruchu minimalistów i  świadomych konsumentów, bo to się łączy z  rodzicielstwem. Najważniejsze jest to, żeby nie stracić kontaktu z  samym sobą. Zadawać sobie pytania: Co ja czuję? Czego chcę? Kim jest moje dziecko? Czego potrzebuje? Ponieważ kiedy wszystkie dzieci w wieku dziesięciu lat mówią po angielsku, to to przestaje mieć znaczenie. Może w przyszłości wygrają osoby, które będą umiały ograniczyć swój apetyt, uśmiechnąć się do kogoś. Trudno powiedzieć, świat stał się bardzo nieprzewidywalny.

Anna Giza-Poleszczuk profesor, specjalizuje się w temacie socjologii rodziny i więzi społecznych, w latach 2012-2019 prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, autorka wielu książek i pomysłodawczyni uniwersyteckiego żłobka. Oprócz rozwijania kariery naukowej zajmuje się wnukami.

  1. Psychologia

Przestań się karać. W jaki sposób kobiety same się krzywdzą?

"Przez wieki kobiety żyły w uścisku nakazów i zakazów: nie było nam wolno się rozwodzić, studiować, głosować, odmówić poświęcania się, myśleć o sobie, mieć orgazmu." (fot. iStudio)
Nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks – kobieca przemoc wobec siebie bywa dramatycznym przejawem karania siebie, samobójstwem na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy: „Nie wolno”, „nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”, „musisz”, „powinnaś”. Na szczęście mamy siłę, aby to zmienić.

Od ćwierć wieku żyjemy w kraju możliwości niewyobrażalnych dla naszych przodkiń. Pełnymi garściami korzystamy z wolności. Jesteśmy coraz lepiej i wszechstronniej wykształcone. Mamy Kongres Kobiet. Na niespotykaną dotąd skalę radzimy sobie w biznesie. I w polityce – są gminy zarządzane tylko przez kobiety i to są wzorowo zarządzane gminy. Zakładamy organizacje pożytku publicznego, działamy charytatywnie. Wiele z nas utrzymuje finansowo dom. Jesteśmy rzetelne i odpowiedzialne. I wyzwolone seksualnie.

A jednak, gdy pytam kobiety o wewnętrzne poczucie pełni i radości, najczęściej milkną zakłopotane, przez chwilę szukają w sobie odpowiedzi, aby przyznać, że przez większość czasu nie czują się dobrze. Osiągamy – w porównaniu z poprzednimi pokoleniami – gigantyczne sukcesy, które raczej nas nie cieszą; ulga, radość i spełnienie nie nadchodzą. Jak powiedziała mi znana artystka: „Nie oczekuję stanu szczęśliwości przez cały czas, ale nie być szczęśliwą ani przez chwilę, to już przesada”. Wygląda na to, że zyskując siłę w rzeczywistości, w której żyjemy, utraciłyśmy wewnętrzną moc, a przynajmniej znaczną jej część. Wiele z nas – o czym donoszą psychologowie i socjologowie – stosuje jawną przemoc wobec siebie poprzez nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks. Autoagresja dotyczy w takim samym stopniu kobiet domowych, urzędniczek, jak i szefowych korporacji. Przymus karania siebie jest rodzajem samobójstwa na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy.

Przez wieki kobiety żyły w uścisku nakazów i zakazów: nie było nam wolno się rozwodzić, studiować, głosować, odmówić poświęcania się, myśleć o sobie, mieć orgazmu. Ten niegdyś zewnętrzny głos „nie wolno” – jak twierdzą współczesne kobiety – jest nieustająco aktywny wewnątrz nas. Czego nam nie wolno? Popełnić błędu. Wahać się. Mylić się. Nie wiedzieć. Wyjechać gdzieś. Napisać książkę. Odpocząć. Cieszyć się z pysznego obiadu, bo to znaczy, że się obżarłam i będę gruba. Nie wolno kupić sobie niczego, co jest droższe niż sto złotych. Ten głos to także: „Nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”. Za późno, żeby ci się udało, żebyś zmieniła pracę, żebyś była szczęśliwa. Nie stać cię, żebyś mieszkała tak, jak lubisz, tak jak ci się podoba. Musisz kupić tanie, brzydkie meble, ponieważ nie wolno ci mieć pięknych rzeczy. Nie wolno ci kochać, bo to niebezpieczne. Nie wolno ci być kochaną. Nie wolno ufać. Nie wolno. Nie wolno.

Z „nie wolno” łączy się poczucie winy – za to, co zrobiłam albo nie zrobiłam, czego nie dokończyłam, nie dopilnowałam, o czym zapomniałam. Za to, że źle wyglądam. Drobne zaniedbania uruchamiają lawinę wstydu. I irracjonalny lęk przed nieszczęściem: zaraz wydarzy się coś złego. Więc lepiej zapaść się pod ziemię, umrzeć. To jest wstyd siebie prawdziwej, całej – i tej, która wie, i tej, która się boi, waha, popełnia błędy. Wtedy szczególnie irytują osoby, które nie wstydzą się siebie, nie boją się występować publicznie, prezentować efektów swojej twórczości, mimo że nie są wielkimi artystami. Nie wstydzą się siebie, ponieważ siebie poznały, dotknęły, oswoiły.

Jeżeli popełnisz błąd, musisz siebie ukarać, poczuć złość, zachować się autoagresywnie, doświadczyć bólu. Jeden mały krok zrobiony nie w tę stronę, w którą „należy”, kwestionuje wszystko, łącznie z prawem do istnienia. Musisz siebie ukarać choćby pracą ponad siły, nieszanowaniem granic ciała, „umieraniem” ze zmęczenia. To są najważniejsze pytania: Czy głęboko czuję, że mam prawo być na świecie bez względu na to, jaki popełniłam błąd? Czy jestem doskonała? Czy coś osiągnęłam? Czy dobrze wyglądam? Czy mam prawo do istnienia?

Na szczęście żyjemy w czasach powrotu do mądrości dawnych kultur, w których znajdujemy przekazy o wewnętrznej kobiecej mocy. Antropolożka Clarissa Pinkola Estés przez 21 lat pisała książkę „Biegnąca z wilkami”, w której zgromadziła mity i opowieści z całego świata na temat kobiecości. Książka stała się światowym bestsellerem, jest ciągle wznawiana, co świadczy o tym, że tęsknimy za pełnią i pragniemy ją odzyskać. Clarissa pisze: „Zdrowa kobieta przypomina wilka: krzepka, po brzegi pełna, potężna siła życiowa, świadoma swego terytorium, pomysłowa, lojalna, lubiąca wędrówki, życiodajna”. To kobieta kochająca tworzenie, zanurzona w życiu, będąca życiem, radosna i wolna.

W świetnej książce „Ma-uri. Dar życia i moc kreacji” Justyna Rychlewska-Suska, uzdrowicielka i artystka, odkrywa życiodajny świat pradawnych polinezyjskich – maoryskich i hawajskich – systemów wiedzy. Opisuje drogę kobiety otwartej i odważnej, gotowej mierzyć się z przywiązaniem do negatywnych myśli, do poczucia winy i obwiniania, do osądu, lęku i przemocy. Każda z nas rodzi się wyposażona w potężne siły twórcze; możemy zmieniać wzorce, które już nie wspierają życia w nas, na takie, które z życiem płyną. Możemy odkrywać kobiecą mądrość i moc, transformować ograniczające przekonania i stare mentalne programy. Praktykować współczucie i szacunek dla siebie, uczyć się łagodności w budowaniu partnerskich związków.

Wiedza starych mądrych kultur stanowi dla naszej kultury drogowskaz, pisze Justyna. Celem jest wewnętrzna wolność; to możliwość świadomego wyboru myśli, postawy, reakcji emocjonalnej, działania. Na tej drodze prowadzi nas głos serca, ciało, sny, przeczucia, intuicja. Życie mówi do nas: poprzez spotykanych ludzi, odnalezione książki, słowa klucze. Poprzez ciało wypełnione ciepłem i witalnością, ale także niepokojem i bólem. Podążamy za marzeniem, które odkrywamy jako swoje przeznaczenie; główne zadanie, z którym przyszłyśmy na ten świat. Marzenie daje o sobie znać zawsze wtedy, gdy robimy coś, co przepełnia nas radością i poczuciem sensu; gdy niejako stapiamy się z działaniem. Nasze marzenie staje się oczywiste w momentach, gdy ludzie są nam wdzięczni za to, kim jesteśmy. Jesteśmy sobą bez wysiłku udowadniania światu czegoś innego. I jesteśmy świadome, że proces kreacji, transformacji nigdy się nie kończy.

Szanujemy siebie. Ufamy sobie. Współczujemy sobie. Udzielamy sobie wszelkiej pomocy. Stoimy po swojej stronie. Afirmujemy życie, którym jesteśmy.