1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak uczyć dzieci asertywności?

Jak uczyć dzieci asertywności?

Nauka asertywności to pobudzanie dzieci, żeby same uświadamiały sobie  i same określały własne granice. (Fot. iStock)
Nauka asertywności to pobudzanie dzieci, żeby same uświadamiały sobie i same określały własne granice. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak wychowywać dziecko, by wyrosło na człowieka znającego i potrafiącego bronić swoich granic? Stosować represje, precyzyjnie nim kierować, czy pozwolić, by samo odkrywało bezpieczny brzeg? Odpowiedzi szuka psycholożka Aleksandra Piotrowska.

Wydaje się, że by człowiek znał swoje granice, trzeba mu je od samego początku stawiać. – Nie jest to takie proste – mówi psycholożka Aleksandra Piotrowska. – Przede wszystkim trzeba pobudzać dzieci, żeby uświadamiały sobie i same określały własne granice. To nie my, rodzice, mamy ustanowić dziecku jego granicę, ono samo musi ją znaleźć, odkryć, poczuć. W ten sposób pracuje na swoją dobrą, asertywną przyszłość. Myślę, że zbyt często sądzimy, że stawiać granice to sprawiać, by dziecko było posłuszne. Efekt jest odwrotny – posłuszne dziecko nie ma pojęcia o swoich granicach, bo nie ma żadnych szans, by je poznać – tłumaczy psycholożka. – Często spotykam rodziców, kiedy ujadają na swoje dziecko, które kurczowo trzyma łopatkę i krzyczy, że jej nie odda koledze. Zawstydzony rodzic krzyczy: „Trzeba się dzielić, oddaj łopatkę”. A potem przychodzi do mnie załamana mama nastolatki i pyta: „Co robić, moja córka jest wycofana, nie potrafi zawalczyć o swoje”. Dostrzegam korelację pomiędzy tymi sytuacjami. A może zbyt często powtarzamy dzieciom, że trzeba się dzielić? – zastanawia się Aleksandra Piotrowska. Taka postawa sprawia, że człowiek wyrasta w przeświadczeniu, że podstawową wartością jest służyć innym, być dla innych… Owszem, to jest wartość, ale ona nie może przysłaniać wszystkich innych wartości, bo to blokuje umiejętność „czytania” swoich potrzeb. – Zamiast krzyknąć: „oddaj!”, lepiej na spokojnie, kiedy emocje opadną, porozmawiać, skłonić do refleksji: „Zastanów się, na czym ci zależy, być może różowa łopatka jest dla ciebie ważna, wybierz zatem inne rzeczy, którymi chcesz się podzielić, a tę, na której najbardziej ci zależy, zachowaj dla siebie do zabawy” – podpowiada psycholog. – Zdecyduj, dokonaj wyboru, pomyśl, co jest dla ciebie ważne – to sposoby na to, by w przyszłości dorosły człowiek znał swoje granice, by potrafił ich bronić.

Stwarzanie ram daje młodemu człowiekowi poczucie bezpieczeństwa, ale rygorem możemy go złamać, sprawić, że jego granice w przyszłości nie będą istnieć.

Nauka na własnych błędach

– Wciąż dostrzegam u dorosłych zbyt duże przywiązanie, a wręcz bazowanie w wychowywaniu na systemie karania – mówi Aleksandra Piotrowska. – Rodzice wciąż kombinują, jakie zastosować represje, by dzieci nie powielały niechcianych przez nich zachowań. Wciąż wisząca nad głową groźba to prosta droga do wychowania nieasertywnego człowieka. Będzie próbował żyć tak, by spełniać oczekiwania innych. Wychowujemy dziecko przeświadczone o tym, że to inni mają kierować jego zachowaniem. A na ich przychylność trzeba sobie zasłużyć uległością, poświęceniem swoich przekonań, wartości. Trzeba „zaprzedać siebie”, by świat nas pokochał i zaakceptował. Nasze granice tu zupełnie nie istnieją, nie mogą mieć znaczenia – dodaje.

Przeciwieństwem takiej postawy jest tzw. wychowywanie po partnersku. – Śmieję się, bo to jest po prostu ładne określenie wycofania się z roli wychowawcy, dezercji z funkcji rodzica. Unikanie sytuacji, kiedy dziecko będzie „nieszczęśliwe”. Z takiej postawy rodzica wyrastają najczęściej dorośli, którzy mają w głowach i sercach kompletny chaos, nie są w stanie respektować granic innych, mają skłonność do pakowania się z buciorami w strefę komfortu drugiego człowieka. W umyśle tak wychowywanego człowieka granice innych ludzi w ogóle nie istnieją. Zarówno system represji, jak i system beztroski stosowane przez rodziców przekładają się na utratę szans rozwojowych dla dziecka – podkreśla Aleksandra Piotrowska. – Często spotykanym błędem jest przeświadczenie, że dziecko to glina, z której rodzic lepi, na swoich zasadach, jakiś okaz. Określenia typu „biała tablica”, „czysta karta do zapisania” to błędna droga. Rolą rodzica nie jest zapisywanie tej karty, rolą rodzica jest nauczenie dziecka, by pewnie i komfortowo trzymało w ręku długopis. Jeśli chcemy, by znało w przyszłości swoje granice, umiało ich bronić, by było asertywne, dajmy mu pisać, z błędami, ale własnoręcznie.

Jeżeli wychowanie opiera się na filozofii, że dziecko to elastyczna glina, którą można pięknie ulepić, to jest prawie pewne, że wyrośnie ono na człowieka, który nie będzie bronił swoich granic. (Fot. iStock) Jeżeli wychowanie opiera się na filozofii, że dziecko to elastyczna glina, którą można pięknie ulepić, to jest prawie pewne, że wyrośnie ono na człowieka, który nie będzie bronił swoich granic. (Fot. iStock)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rodzic i jego oczekiwania, czyli jak zbudować prawdziwą relację z dzieckiem

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Często jeszcze przed narodzinami dziecka układamy sobie idealny plan wychowawczy. Problem, że w tym planowaniu jest mało miejsca na potrzeby… dziecka. Jak więc zbudować prawdziwą relację?

Na jednej z warszawskich ulic młoda kobieta szarpie rozhisteryzowanego, 4-, 5-letniego chłopca. To jego mama. Oboje głośno krzyczą. Ostatecznie chłopiec siada na środku chodnika, bije pięściami mamusię, która próbuje go podnieść. Mijają ich podejrzliwie zerkający przechodnie. Przerażona kobieta bezradnie rozgląda się wokół i cicho prosi chłopca żeby wstał. Założę się, że przed narodzinami synka nie tak wyobrażała sobie relacje z dzieckiem. Co więc się stało?

W ostatnich latach nasze rodzicielskie plany bywają coraz bardziej szczegółowe: planujemy, kiedy zajdziemy w ciążę, jak będzie przebiegał poród, z ilu tygodni urlopu macierzyńskiego lub tacierzyńskiego skorzystamy. Układamy sobie w głowie obraz relacji z dzieckiem, nosimy w głowie cały szereg obietnic składanych.. samym sobie, które brzmią jak zaklęcia i zwykle zaczynają się od słów „nigdy” albo „zawsze”. Na przykład „NIGDY nie poniżę swojego dziecka publicznie, tak jak mnie poniżano; NIGDY nie będę go z nikim porównywał; ZAWSZE będę spokojnie i łagodnie rozwiązywała wszelkie spory; ZAWSZE przytulę dziecko, nawet jak będę zła".

Z czasem zaczynamy coraz bardziej koncentrować się na tym wszystkim, co wydarzyło się kiedyś. Po to, by nie zdarzyło się (NIGDY WIĘCEJ!) w naszej rodzinie. Sam fakt urodzenia się dzieci w jakiś magiczny sposób przenosi nas do dzieciństwa: przypominamy sobie różne sytuacje. Porównujemy się z niemowlęciem, przeciwstawiamy własne metody wychowawcze metodom rodziców. Gdy utykamy w trudnych wspomnieniach z dzieciństwa, okazuje się, że zamiast być w prawdziwym kontakcie z dzieckiem i realizować jego potrzeby, próbujemy zaspokajać swoje własne dziecięce niespełnienia, braki miłości, młodzieńczy bunt, żądając od wszystkich uwagi, miłości itd, czyli tego wszystkiego, czego kiedyś nie dostaliśmy. Koncentracja na tym niewiele ma jednak wspólnego z aktualnymi potrzebami naszego dziecka. Brnąc dalej tą ścieżką, stajemy się RODZICEM REAKTYWNYM, który przez większość swego rodzicielskiego czasu jest w reakcji na coś, co pochodzi z jego wewnętrznego świata, co powstało w przeszłości jako skutek smutku, zaniedbania, braku prawdziwej miłości i troski. To tu należy szukać źródeł bezradności albo niewłaściwie używanej siły i władzy w stosunku do własnych dzieci. Dlaczego 35-letni dorosły mężczyzna albo kobieta  czuje się bezradna  wobec 4-latka i jego histerii? Czego się przestraszyli? W jaką rolę bezwiednie wpadli?

Rodzic reaktywny to ktoś, kto nie ma prawdziwego kontaktu ze swoim dzieckiem, bo zbyt często bywa w kontakcie ze swoim wewnętrznym światem. Toczy wewnętrzny dialog, krótko mówiąc: nie ma go, jest nieobecny w relacji z dzieckiem i wcale nie z nadmiaru pracy. Jakiekolwiek wydarzenie choć trochę przypominające „tamtą” trudność wtrąca go z powrotem w jego wewnętrzny nierozwiązany od lat problem. I nie ma znaczenia, że sytuacja jest nieco inna - gwałtownie reagujące dziecko przypomina dorosłej kobiecie gwałtowną siłę, której kiedyś używano wobec niej. Kobieta nie może sobie z tym poradzić poradzić. Niepocieszone, przestraszone Wewnętrzne Dziecko w niej odzywa się znów. Zamiast krótkim komunikatem postawić granice, a potem z uwagą i miłością dopytać, co tak zirytowało malca, matka kuli się w sobie i cicho prosi malca, by „nie robił kłopotu”. Jeśli pozwolimy sobie zapaść się w przeszłości, zareagować tak jak w przeszłości, stajemy się nieobecni w relacji. Nie ma nas-rodziców w prawdziwej relacji z dziećmi. Wraca skrzywdzone dziecko, poniżany nastolatek, wyśmiewany publicznie i samotny.

Nawiązując do Analizy Transakcyjnej Berne’a, można powiedzieć, że to nie Dorosły albo Rodzic rozwiązuje problem z dzieckiem, ale zranione Wewnętrzne Dziecko usiłuje wyplątać się z bolesnej sytuacji. I nie jest to żadne zaburzenie, lecz zwykłe braki w komunikacji z drugim człowiekiem. Małym, nieświadomym, bezbronnym! To nieobecność w relacji tu i teraz, powszechna w nieuważnym, a czasem nieświadomym byciu w różnych rolach.

To także pewna forma zdrady wobec naszych dzieci. Bo zdrada w stosunku do dziecka to nie tylko jego odrzucenie. To także spłodzenie go (a tym samym obietnica składana dziecku i światu - bycia Rodzicem), a potem uporczywe, nieświadome trwanie w roli ofiary, Piotrusia Pana lub Księżniczki, gdy potrzebny jest pełnokrwisty świadomy swojej roli Rodzic.

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości. Jak zadbać o świadome bycie w roli rodzica, o aktywne słuchanie, a świadomą komunikację z naszymi ukochanymi dziećmi?

  1. Wyjdź z wymiaru nigdy-zawsze, ten wymiar zwykle jest nierealny, a tobie (tak jak każdemu) zdarzą się wpadki.
  2. Rozeznaj się w swoich zasobach rodzicielskich. Zobacz, czym dysponujesz: jaki wzorzec dominuje w twojej komunikacji z dzieckiem?
  3. Dowiedz się jakie masz rangi, kim jesteś, jak używasz siły i wrażliwości w relacji z dziećmi?
  4. Jakie postaci (spersonifikowane wzorce osobowości) funkcjonują w twoim wewnętrznym świecie, kiedy i w jakim celu posługujesz się nimi, jakie masz trudności, by ich użyć w relacji z dzieckiem
  5. Dowiedz się, jaki jest twój mit życiowy, twój mit relacji z dzieckiem oraz twój rodzicielski mit, poszukaj ich w swoich snach, marzeniach o relacji ze swoim dzieckiem. Odkryj, czym dysponujesz, jaki jest twój jasny i mroczny sen wokół relacji z dzieckiem
  6. Dowiedz się, na czym polega prawdziwa żywa relacja, aktywne słuchanie, bycie w relacji, a czym wychodzenie z relacji. Naucz się używać całego spektrum różnych swoich cech i jakości z tym związanych, by móc w pełni świadomie być ze swoim dzieckiem, stawiać granice i otwarcie komunikować swoje uczucia.
Dorota Biały, psychoterapeutka i coach w Instytucie Psychologii Procesu, pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak nauczyć dziecko reagować na przemoc ze strony rówieśników?

Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dziecko samo z siebie nie wie, jak się prawidłowo reagować na przemoc. Nauczy się tego po reakcji rodziców. To wy wysyłacie informację, co trzeba robić, a co ważniejsze - co trzeba o sobie myśleć.

Dziecko, które doświadcza przemocy, rodzice instynktownie chronią. Przepełnione miłością i troską działania często przybierają formę spędzania z dzieckiem niemal całego dnia; jest ono odprowadzane do szkoły, zabierane zaraz po ostatniej lekcji, organizuje mu się różne atrakcje i tym samym jeszcze bardziej alienuje ze środowiska rówieśniczego. Nadopiekuńczość nie ma dobrych stron w żadnej sytuacji. Jeśli rodzice mają silną potrzebę ochrony dziecka, lepiej się wyprowadzić (nawet jeśli to naraża rodzinę na spore koszty i zamieszanie), ale nigdy nie zastępować sobą świata kolegów — niezbędnego do prawidłowego rozwoju.

Wszystko zależy od ciebie

Poniżej wskazówki, które warto mieć na względzie, mierząc się z problemem przemocy:
  • Nie zmienisz zachowania innych dzieci w klasie twojego dziecka, nie zapobiegniesz agresji. Jedyne, co możesz pokazać dziecku, to jak na nią reagować i wytłumaczyć skąd się bierze.
  • Zapytaj, co się stało i spokojnie wysłuchaj. Nie wierz we wszystko. Pamiętaj, o czym dziecko starsze już wie: nie warto od razu przyznawać się, że to była sprzeczka, a nie jednostronne pobicie.
  • Nie przesłuchuj dziecka („O której to było? Kto to widział? A gdzie była pani? Pokaż mi, jak on cię kopnął”). Pozwól mu spokojnie opowiedzieć to powoli, swoimi słowami, z uwzględnieniem tylko tych rzeczy, które dla niego były ważne.
  • Nie podsuwaj dziecku gotowego scenariusza: „Ty tylko stałeś, a on zaczął bez żadnego powodu, tak?”. Dziecko, zdając relację z takiego zdarzenia, jest wytrącone z równowagi. Żeby sprawę szybciej zamknąć, potwierdzi wszystko, co tylko ty chcesz usłyszeć!
  • Zapytaj, co chce teraz zrobić. Być może dziecko wzruszy ramionami i powie: „Nic, przecież bez przerwy ktoś się z kimś bije”. Nie pochwalaj tego, zrób pogadankę na temat szkodliwości wszelkich form agresji, ale zrozum, że jeden incydent nie zrobi dziecku krzywdy.
  • Jeśli dziecko doświadczyło poważnej szkody (jest na przykład ranne) idź do szkoły, ale nigdy w charakterze prokuratora. Zgłoś problem, a nie żądaj najwyższej możliwej kary. Uważaj na swoją postawę. Dość często okazuje się, że twoje dziecko nie było takie całkiem niewinne, a w połowie wypadków to ono wszczęło bójkę, sprzeczkę i jego zachowanie też pozostawia wiele do życzenia.
  • Jeśli rozbierasz włos na czworo, masz do dziecka pretensje, obarczysz je winą, że niepotrzebnie podeszło, powinno zareagować inaczej itd. — twoja agresywna reakcja wyrządzi więcej emocjonalnej szkody niż samo zajście, bo dziecko poczuje, że nie jesteś po jego stronie, że masz pretensje o coś, na co ono nie miało wpływu. Zrozumie, że nie sposób cię zadowolić.
  • Oskarżanie dziecka, ostra interwencja w szkole, pretensje wobec agresora i jego rodziców, a nawet samodzielne ukaranie sprawcy jest typowym zachowaniem człowieka wzburzonego. Gdy buzują w nas emocje, mamy silną potrzebę działania. Chcemy coś zrobić, mieć poczucie, że walczymy o dziecko, że go bronimy. Wielu rodziców idzie do szkoły z pretensjami, bo uważa, że jeśli tego nie zrobi, zyska sobie opinię niezainteresowanego, patologicznego, nieczułego rodzica.
  • Pamiętaj, żeby twoja reakcja nie obciążyła nadmiernie dziecka. Nie przynieś mu wstydu i nie skonfliktuj go z kolegami na dobre. Pamiętaj, że gdy ty — zadowolony, że „nie dasz swojemu dziecku zrobić krzywdy” — po ostrej interwencji wyjdziesz ze szkoły, ono będzie musiało nadal egzystować w swojej klasie.
  • Zawsze gdy chcesz pilnie interweniować w sprawie dziecka (zwłaszcza dziecka powyżej dziesiątego roku życia), pomyśl co by było, gdyby do ciebie do pracy przyszła twoja siostra i zrobiła koleżance awanturę, że jest dla ciebie niemiła albo popchnęła cię, biegnąc do bufetu.

Przemoc długoterminowa

Jeśli dziecko jest w szkole szykanowane i doświadcza przemocy długoterminowo, należy dać mu możliwie najsilniejsze wsparcie:
  • Miej dla dziecka czas, bądź do jego dyspozycji, zapewnij mu w domu obszar całkowitego bezpieczeństwa
  • Rozmawiaj o tym z dzieckiem, ale nie oskarżaj, że dopiero teraz ci mówi. Ono się bało ujawnić prawdę, ponieważ było zastraszone; agresor zawsze grozi, że najważniejsze to nikomu nic nie mówić. Ofiara, zwłaszcza małe dziecko, wierzy we wszystkie groźby, bardzo się nimi przejmuje i żyje w obawie, że jeśli się poskarży, to tylko pogorszy jego sytuację. Dlatego zamiast mówić:„Czemu mi nie powiedziałeś?”, daj dziecku nagrodę: „To bardzo mądrze, że mi o tym powiedziałeś”.
  • Zaproponuj jakieś możliwe do realizacji rozwiązanie, na przykład, żeby mijało agresora, żeby starało się nie przebywać samo.

Technika pozbawiania mocy

  • Małoletnia ofiara przemocy jest przekonana, że agresor jest znacznie silniejszy niż jest w rzeczywistości. Warto pokazać, że się myli, że agresor to takie samo dziecko jak wszystkie inne.
  • Mów o agresorze jego zwyczajnym imieniem. Wszyscy w rodzinie wymyślcie, co można zrobić, żeby nie traktować go jak kogoś niezwykłego.
  • Poproś dziecko, żeby stanęło przed lustrem i powiedziało: „Nie boję się nikogo”. Stań koło niego i postawą dawajcie do zrozumienia, że się nikogo nie boicie. Pokaż dziecku, że za pomocą odpowiedniego trzymania brody i odpowiedniej postawy ciała może się wydawać znacznie większe niż jest w rzeczywistości. Nawet siedmiolatek zobaczy różnicę w wyglądzie kogoś, kto się boi i tego, kto się nie boi.
  • Namów dziecko, żeby w razie kłopotów krzyczało wniebogłosy. Razem naróbcie sporego wrzasku i poćwiczcie okrzyki: „Odejdź! Puść mnie!”.
  • Możecie też subtelnie ponaśmiewać się z agresora: „Ale zbyt ładny to on nie jest”. Nie jest to zachowanie wychowawcze, ale przy takim problemie bardzo ofierze potrzebne.
  • Naucz dziecko nie odwracać wzroku. Patrzenie ludziom w oczy odbiera im część odwagi i jest najlepszym sposobem okazywania odwagi własnej. Proś dziecko, żeby patrzyło w oczy wszystkim osobom, z którymi ma kontakt. Nie nabędzie tego nawyku od razu, ale niech zacznie od dwóch osób dziennie, a z czasem patrzenie w oczy podświadomie przekuje się w pewność siebie.
  • Pokaż dziecku moc słów: „Nie zgadzam się! Puść mnie! Odejdź! Daj mi przejść! Mam na imię Michał!”.
  • Koniecznie zadbaj, aby dziecko miało jakiś inny punkt oceny samego siebie w postaci kolegów, które je lubią. Gdy jesteś nielubiany tylko w jednym środowisku, to jeszcze nie dramat. Dramat zaczyna się, gdy to twoje jedyne środowisko rówieśnicze. Dbaj więc, by dziecko w każdym wieku miało kolegów spoza szkoły: sąsiadów, kuzynów, dzieci waszych znajomych, kolegów z poprzedniej szkoły. To bardzo cenna odskocznia od trudnych szkolnych relacji.
  • Na pewno nie jest błędem zabranie dziecka z obszaru oddziaływania agresora. Jest to często znacznie lepszy pomysł niż zmuszanie osłabionego psychicznie doświadczaną przemocą człowieka, aby koniecznie „postawił się” agresorowi. Najważniejsze jest, żeby dziecko odzyskało poczucie bezpieczeństwa.

Dziecko może być zamieszane w przemoc w trzech rolach: agresora, ofiary i świadka przemocy. Każda z nich niesie za sobą możliwość obciążenia emocjonalnego i chociaż z punktu widzenia rodzica najbardziej martwimy się, gdy dzieci są ofiarami przemocy, warto zdawać sobie sprawę, że obciążenia wynikające z tego, że widziało się zło, a nic się nie zrobiło, mogą odbić się na przyszłym życiu dziecka nawet bardziej niekorzystnie niż bycie ofiarą.

  1. Psychologia

Jak przygotować dziecko do samodzielnego życia?

Wejście w dorosłość to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. (Fot. iStock)
Wejście w dorosłość to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. (Fot. iStock)
Podobno to rodzice, nie dzieci, coraz częściej mają problem z odcięciem pępowiny. Jak przygotować się na wyfrunięcie młodych z gniazda? Na przykład skupiając się na przygotowaniu stosownego „posagu”. – Ale tak, by był dla nich podporą, a nie balastem – mówi psychoterapeutka Joanna Wróblewska.

Kiedy kończy się dzieciństwo?
W naszej kulturze przyjęło się myśleć, że wejście w dorosłość to albo moment, kiedy dziecko zdaje maturę i wychodzi z domu, albo gdy kończy studia i „rusza w świat”, ma pierwszą pracę, zarabia pierwsze pieniądze.

Dla dziecka jest to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. Dla rodziców bywa jednak trudny, ponieważ wiąże się z olbrzymią zmianą w całym systemie rodzinnym. Pozwolenie dziecku na odejście to wysoki próg do przejścia, zwłaszcza że dzisiejsi rodzice mają tendencję do chronienia dzieci przed całym światem, przed wszystkim złymi rzeczami, które mogą im się przytrafić. Bardzo ingerują w kontakty rówieśnicze, ale także w to, jak dziecko funkcjonuje w szkole. Chcą zadbać o to wszystko, z czym kiedyś młodzież radziła sobie świetnie sama.

Takie zachowania rodziców wynikają z chęci chronienia dzieci czy chodzi także o wyposażenie ich w jakiś kapitał?
Kapitał, w jaki wyposaża się dziecko, zależy od wartości wyznawanych w rodzinie i od tego, co rodzina postrzega jako ważne i przydatne. W niektórych domach najistotniejszy jest aspekt materialny, ważne jest, aby dziecko miało mieszkanie, samochód czy zabezpieczenie finansowe na start. W innych rodzinach z kolei nacisk położony jest na to, aby dobrze przygotować dziecko do wykonywania pracy, która będzie użyteczna dla innych. Jeszcze gdzie indziej najważniejsze będzie wykształcenie, stąd moim zdaniem zabieganie rodziców o wysokie oceny w szkole, dostęp do prestiżowego liceum postrzegany jest jako zapewnienie dobrego startu w dorosłość.

Czy taki kapitał może stać się balastem?
Czasem rodziny wyposażają dzieci w jakiś zawód, bo od pokoleń wszyscy w rodzinie są na przykład lekarzami czy adwokatami. I pojawia się presja, żeby syn czy córka także podążali tą drogą. Wtedy może to być balastem, bo nie każdy młody człowiek musi chcieć kontynuować rodzinną tradycję. Gdy dziecko nie wpisuje się w kanon, może to być trudne dla obu stron.

Ale kapitał będzie wartością, jeśli będą to zasoby, nie tylko materialne, z którymi dziecko będzie mogło zrobić to, co zechce?
Każdy „posag” jest cenny. Nawet ciężkie doświadczenia, z którymi w dorosłym życiu możemy się zmierzyć, będą nas rozwijać. Zatem trudne relacje, oczekiwania rodziców pozwalają nam dookreślać się jako dorosłym ludziom. „Posag” może być dwojaki. Można go postrzegać materialnie – jako mieszkanie, samochód, pieniądze, ale zawsze jest też ta część niematerialna, czyli to, jak nauczyliśmy się postępować w trudnych sytuacjach i wchodzić w relacje. To wszystko ma wpływ na to, jak poradzimy sobie w życiu.

W amerykańskich filmach widzimy, że rodzice w miarę możliwości dają dzieciom wykształcenie, ale potem młodzi opuszczają rodzinny dom. W Polsce odcinanie pępowiny trwa dużo dłużej.
Są właściwie dwa sposoby radzenia sobie z odchodzeniem dziecka. Jeden jest bardziej naturalny: gdy dziecko wyjeżdża do szkoły czy na studia. Drugi polega na przeciąganiu momentu wychodzenia z domu. Trwa to wtedy w nieskończoność – nawet gdy dziecko założy własną rodzinę i ma własne dzieci, rodzice są wciąż na podorędziu i często ingerują w jego życie, mówią: „Tego nie rób! Źle się zachowujesz!”. Im samym trudno jest przeciąć pępowinę.

To nadopiekuńczość czy przekonanie, że dzieci mają obowiązek „spłacić dług” wobec rodziców?
Wielu rodzicom wydaje się, że wychowują dzieci dla siebie, a tak naprawdę my wszyscy wychowujemy dzieci dla świata. To, jakich wyborów będą dokonywać, i jak będą zachowywać się jako dorośli, to ich suwerenna decyzja. Jeżeli stworzymy z nimi dobre relacje we wczesnej młodości i okresie dorastania, to same z siebie będą dzwonić do rodziców, by spędzić z nimi czas, dowiedzieć się, co słychać. Wychowywanie dzieci w duchu, że mają one jakiś obowiązek, sprowadza relacje na niewłaściwe tory – rodzice czegoś oczekują, a dzieci próbują uciekać od tych oczekiwań.

Jak wytłumaczyć dziecku, że „posag” ma nie być dla niego obciążeniem? Niektórzy rodzice starają się wyposażyć dzieci na starcie w pieniądze, mieszkanie, firmę…
Jeżeli przekazujemy dziecku jakieś wartości materialne, a czasami – co zdarza się już przecież także w Polsce – są to duże i dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, to warto zadbać, by nie zostało przygniecione ciężarem, sprawdzić, czy faktycznie ono tego chce, oraz przygotować je do przejęcia tego majątku. A jeśli dajemy dziecku na przykład mieszkanie, to nie mówmy mu, jak ma je urządzić. Bo jeśli rodzic zawsze wie lepiej, to dziecko nie jest w stanie sprawdzić się jako dorosły człowiek, poznać konsekwencji swoich wyborów. Jeśli coś dajemy, to dajmy to naprawdę, na własność, pozwólmy dziecku tą własnością zarządzać. Okażmy mu zaufanie, przecież wiemy, jak je wychowaliśmy!

  1. Psychologia

Wychowanie - jak wyznaczać granice i docierać do źródeł problemów?

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Czy wychowywanie dziecka zawsze musi przypominać szkołę przetrwania? Jak nie pozwolić wejść sobie na głowę? W jaki sposób wyznaczać granice? Gdzie szukać źródeł problemów? Psychiatra Robin Skynner w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” daje wskazówki i stawia zaskakujące tezy.

1. To nie geny decydują o podobieństwie, ale deficyty

Zdarza ci się zrobić grymas typowy dla twojej mamy lub usłyszeć: „z ciebie to wykapana babcia!”? Tak, to prawda, masz w sobie wiele cech krewnych, ale nie jest to kwestia genetyki, tylko nawyków przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Według Robina Skynnera nastawienia i sposoby reagowania, które dominują w danej rodzinie, są tak silne, że przejmują je nawet adoptowane dzieci czy psy. Co więcej, okazuje się, że dobierając się w pary, szukamy ludzi przypominających nam krewnych, czyli przejawiających podobne do naszych wzorce zachowań. W ten sposób, tworząc nową rodzinę, w pewnym sensie znów odtwarzamy własną. I tu tkwi szkopuł: otóż każda rodzina ma specyficzny sposób traktowania emocji, czyli jedne uważa za „dobre” i te otwarcie wyraża, a inne uważa za „złe” i te chowa – jak to określa Skynner – za kurtynę. Najciekawsze jest to, że dobieramy się właśnie na podstawie rzeczy schowanych za ową kurtyną. Czyli jeśli w twojej rodzinie wszyscy mieli problem z wyrażaniem złości, oczywiście starannie ukryty, najprawdopodobniej ty również go masz i zwiążesz się z mężczyzną, któremu też jest on nieobcy – bo zna go z własnego domu. Dobra wiadomość jest taka, że oboje możecie uświadomić sobie, co trzymacie za kurtyną i i zacząć z tym pracować.

2. Jeśli rodzice ci czegoś nie przekazali, to dlatego, że sami tego nie dostali

W rozwoju każdego człowieka występują określone etapy. Są jak kolejne lekcje, które trzeba odrobić, jeśli chce się uzyskać świadectwo dojrzałości. Zdarza się jednak, że pewne lekcje przegapiamy i są to zwykle te, które przegapili też nasi rodzice. Opuszczony etap będzie „wracał” do nas dotąd, aż go przepracujemy. Na przykład jeśli w okresie dorastania nie otrzymałaś od rodziców solidnej dawki miłości połączonej z dyscypliną, możesz mieć problem z akceptowaniem autorytetów oraz szefowaniem innym. Dlaczego rodzice nie dali ci tego, co powinni? Bo sami tego nie dostali od swoich rodziców, więc skąd mieli wiedzieć, że trzeba. Ale każdą lekcję można odrobić w dorosłym życiu.

3. Najszczęśliwsze małżeństwa nie boją się swoich wad

Każda krytyka trochę boli? Nieprawda! Według Robina Skynnera boli tylko ta, która dotyka rzeczy schowanych za kurtyną. Bo wtedy godzi w mniemanie o sobie. Jeśli zdajesz sobie sprawę z własnych wad, to nie denerwuje cię, jeśli bliska osoba je wytknie. Tacy ludzie tworzą najszczęśliwsze małżeństwa. Świadomość tę mogli zyskać w zdrowej i kochającej się rodzinie lub wypracować na drodze pracy wewnętrznej. Z kolei najbardziej destrukcyjne związki tworzą partnerzy, którzy tak dużo rzeczy chowają za kurtyną, i jest to dla nich tak przerażające, że obydwoje starają się utrzymać ją szczelnie zasłoniętą. Na co dzień nieustannie walczą ze sobą, ale mimo to nie potrafią się rozstać.

4. Najpierw trzeba dawać dziecku dużo bliskości, a potem je od siebie odsuwać

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. – Niemowlę musi przekonać się, co jest wewnątrz, a co na zewnątrz jego osoby. Inaczej mówiąc, musi określić, co jest nim, a co nie jest. I na początek z wielu praktycznych względów to, co „nie jest nim”, to jego mama – pisze Skynner. Dlatego dobrze jest, jeśli w późniejszym rozwoju dziecka matka nie zawsze będzie od razu biegła do jego łóżeczka czy z prędkością światła reagowała na prośby i nalegania. Odrobina frustracji jest dla malucha dobra, bo uczy go radzenia sobie z trudnymi emocjami. Co nie zmienia faktu, że stały i bliski kontakt z matką jest podstawą właściwego rozwoju dziecka w pierwszych etapach życia.

5. Bajki pozwalają maluchom radzić sobie z dziecięcą gwałtownością

Dlaczego bajki dla najmłodszych często są tak okrutne? Dlaczego zaludniają je tłumnie wstrętne kobiety: wiedźmy, czarownice, macochy, złe siostry (no, może poza matkami chrzestnymi)? Te historie tak fascynują dzieci, bo – zdaniem Skynnera – odpowiadają przeżywanym przez nie fantazjom i projekcjom. Kilkulatki zaczynają oprócz miłości do matki odczuwać także złość, a czasem nienawiść. Ale jak można być złym na mamę?! Gdyby nie bajki, w których mogą dać ujście tym nowym, niepokojącym uczuciom i np. bezkarnie nienawidzić inną kobietę – wiedźmę, od razu schowałyby je za kurtynę. Bajki są dla dzieci wentylem bezpieczeństwa: im częściej będą mogły oczyścić się z trudnych uczuć, tym rzadziej będą je okazywać.

6. Pluszowy miś – ważny element dorastania

– Miś to „obiekt przejściowy”, czyli przedmiot, który pozwala dziecku przejść od stanu, w którym nie może długo wytrzymać bez wsparcia emocjonalnego dostarczanego przez matkę, do sytuacji, gdy może zacząć przyjmować je od innych ludzi – pisze Skynner. Gdy matki nie ma w pobliżu, przytulenie do pluszaka pozwala przywołać z pamięci jej dotyk i bliskość. Poza tym maluch, zajmując się swoim misiem, dowiaduje się wielu rzeczy o sobie. Zwykle każe mu „grać” siebie, podczas gdy on sam „staje się” matką misia. Mówi do niego, karmi, tłumaczy, żeby się nie bał… W ten sposób uczy się tego, co jest obowiązkiem matki, a co – dziecka, co jeszcze silniej wyznacza granicę pomiędzy nimi.

7. Wyraźne zakazy sprzyjają rozwojowi dziecka

To nieprawda, że wyrozumiali, wyluzowani rodzice to gwarancja lepszego rozwoju dzieci. Jest dokładnie przeciwnie. Według Skynnera, jeśli rodzice stawiają wyraźne ograniczenia, a zarazem nie przestają dawać dziecku wsparcia emocjonalnego, może ono wypróbować swoją siłę i nauczyć się stopniowo nad nią panować. Jeśli mama i tata nie stawiają wymagań, to jedyną rzeczą, jaka zostaje dzieciom, jest nieustanne sprawdzanie, gdzie są granice. Czyli: im mniej stanowczy dorośli, tym bardziej nieznośne latorośle! Ale uwaga: granice powinny być stawiane na zasadzie pokazania rozsądnej kary za złe zachowanie: „Nie rób tego, bo nie dostaniesz deseru”, a nigdy na zasadzie szantażu emocjonalnego: „Nie rób tego, bo mamie będzie przykro”.

8. Zdrowe rodziny są oparte na partnerstwie rodziców, dysfunkcyjne – na władzy matki

To jedna z najbardziej kontrowersyjnych teorii psychiatry. Sam długo się przed nią wzbraniał, ale doświadczenie wskazywało na jedno: w najzdrowszych rodzinach władza podzielona jest równo pomiędzy dwoje rodziców, w pozostałych przypadkach, gdy jedno z rodziców miałoby zostać szefem, to lepiej, by był nim ojciec, a nie matka. Zdecydowana postawa ojca, który powinien „wkroczyć na scenę”, gdy dziecko dorasta, to podstawa właściwego rozwoju malucha. Po pierwsze, tata wprowadza rządy silnej ręki, w kontraście do mamy, która pozostaje troskliwa i opiekuńcza. Poza tym ojciec ma jeszcze jedną ważną rolę do odegrania: odzyskać żonę, czyli stać się w pewnym sensie rywalem dla malucha. To ważny etap także dla rozwoju seksualności dziecka. Przekaz: „Rodzice się kochają i czasem chcą spędzać czas tylko ze sobą, w  swoim intymnym świecie” to impuls do tego, by miłości, akceptacji i spełnienia zaczęło szukać też w świecie zewnętrznym. Jest to najistotniejsze w tzw. fazie edypalnej, gdy dziecko zaczyna pożądać rodzica przeciwnej płci, czyli mniej więcej w wieku sześciu lat.

9. Lepiej mieć więcej niż jedno dziecko

Maluch, który ma rodzeństwo, uczy się obcowania w grupie i zdrowej rywalizacji. Poznaje zazdrość, uczucie często chowane za kurtynę, i powoli się z nią oswaja. Wprawia się też w zawieraniu kompromisów. Poza tym rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko, rozkładają swoją opiekuńczość, troskę i przywiązanie na więcej niż jedną osobę. Jedynakowi trudniej się od nich uwolnić i uniezależnić.

10. Rodzice powinni przede wszystkim być rodzicami

Nastolatki nie tolerują przekraczania granic pomiędzy tym, co właściwe dla dorosłych, a co dla młodych. Dlatego tak źle reagują na to, gdy mama przychodzi na imprezę szkolną w seksownych dżinsach i obcisłej bluzce. Mama powinna się ubierać i zachowywać jak mama. Nie jak koleżanka czy siostra. Ona reprezentuje to, co rodzicielskie, tym samym dając dzieciom punkt odniesienia, wobec którego mogą określić siebie. Dlatego – według Skynnera – rodzice powinni obstawać przy swoich poglądach, nawet jeśli usłyszą, że są „wapniakami”, a usłyszą na pewno. I bardzo dobrze! Taka kolej rzeczy.

  1. Psychologia

Mądre wychowanie - czyli jakie?

Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, by dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy. Ani o to, by chronić przed złem całego świata. To o co chodzi w rodzicielstwie? Wyjaśnia psycholog dr Magdalena Śniegulka.

Coraz więcej par odkłada na później decyzję o powiększeniu rodziny. Chcą skupić się na rozwoju zawodowym, życiowych przyjemnościach. Mówią: „To nie jest dobry czas na dziecko”, ale czy kiedykolwiek będzie?
Nigdy nie ma dobrego momentu na dziecko. Ale też pary, o których pani mówi, nie stanowią większości. Nadal jest sporo osób, które zostają rodzicami stosunkowo wcześnie, tak jak zrobili to ich rodzice i rodzice ich rodziców. Na pewno coraz więcej wiemy o dzieciach i dzieciństwie oraz potrzebach tego okresu. I jest w nas większa gotowość na zaspokajanie tych potrzeb. A to może być trudnym, obciążającym wyzwaniem. Poza tym nasze społeczeństwo staje się coraz bogatsze, a w związku z tym poszerza się oferta skierowana do osób, które chcą, jak to się mówi, korzystać z życia.

Powiedzmy, że jestem młodą kobietą na progu dorosłego życia. Zwykle jeszcze na tzw. dorobku, nie na wszystko mogącą sobie pozwolić. I stoję przed dylematem: czy decydować się na dziecko, które nie tylko zahamuje mój awans zawodowy, ale też któremu nie będę mogła zapewnić tego, co chciałabym? A chciałabym wiele. Dlaczego? Bo jako dziecko łaknęłam dóbr, które nie były dostępne i teraz chciałabym to wynagrodzić mojemu dziecku. Tylko, że ono do szczęścia nie potrzebuje aż tylu rzeczy. Tak naprawdę ono potrzebuje głównie mnie.

Stąd przekonanie, że nie mogę sobie pozwolić na dziecko, dopóki nie będę mogła zapewnić mu dostatniego życia?
Właśnie. Odstraszająca może być także świadomość tego, że dziecko potrzebuje uwagi. Jeśli jesteśmy na fali wznoszącej, zadowoleni ze swojego życia, to może nam być bardzo trudno to przerwać i poświęcić się dla dziecka.

Czy tacy „spóźnieni” rodzice będą mieli potem inne podejście do wychowania niż ci, którzy nie zwlekali i zrobili to „na spontanie”?
Na pewno, ale ja bym wolała unikać wartościowania. Jest wiele czynników, które wpływają na to, jakimi będziemy rodzicami. Znam wiele badań na temat tego, jaki wpływ na przyszłe życie ma to, czy byliśmy jedynakami czy też pierwszym lub drugim z rodzeństwa. Wiele z nich wykazuje, że tak naprawdę kluczowa jest dojrzałość rodziców. Wtedy zarówno bycie jedynakiem, jak i piątym dzieckiem z rzędu jest zasobem, nie ograniczeniem. Dojrzałość to podstawa i nie zależy ona od wieku czy tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Dojrzałość ułatwia zachowanie dystansu i wyhamowanie ciągot do bycia rodzicem idealnym. Dojrzałość daje wolność i zrozumienie, że naprawdę nie muszę aż tak wiele, jak mi się wydaje.

To, co jest niepokojące, to sytuacja, w której mamy dziecko, czas i pieniądze, żeby je wychować, ale jednocześnie jest w nas wiele niepewności i lęku, więc skupiamy się na usuwaniu wszelkich niedogodności i przeszkód spod nóg dziecka. Wydaje nam się, że zawsze musimy być w stanie pełnej gotowości, że musimy być gwarantem szczęśliwego dzieciństwa. To może być potwornie męczące i dla rodzica, i dla dziecka. Nie na tym polega nasza rola.

A na czym polega?
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. Bo przecież nie wiemy, jak długo będzie nam dane uczestniczyć w życiu dziecka, czy nas nie zabraknie, a może samo wcześnie wyjdzie z domu. Dlatego od momentu porodu powinniśmy pamiętać, że dziecko nie jest naszą własnością, lecz osobnym bytem. To bardzo trudne zadanie, ale daje też rodzicowi wolność i poczucie „ja też jestem ważny”. Jednak to się nie uda bez akceptacji siebie.

Jakie sprawy trzeba w sobie „pozałatwiać”, żeby przygotować się dobrze do roli rodzica?
Pojawienie się dziecka to dobry moment, żeby zastanowić się nad tym, jaką jestem osobą, jakie rzeczy są dla mnie ważne, jakie wartości. Czego będę uczyć moje dziecko? Jak będę je wprowadzać w świat? Ile siły mam w sobie, żeby z tym światem się zmierzyć? Co w ogóle sądzę o świecie?

Ważne jest też to, jaki mamy stosunek do własnego dzieciństwa. Czasem obserwuję pewną postawę u dorosłych, którą można wyrazić słowami: „Taka jestem, bo takich miałam rodziców”. Tak może powiedzieć dziecko, dorosły powinien już rozumieć pewne mechanizmy i mówić raczej na przykład: „Jest mi trudno wyrażać emocje, ale mogę się tego nauczyć”. Miejmy świadomość, że jakkolwiek nasi rodzice nie byli wolni od błędów, to jednak chcieli dla nas dobrze. Bardzo rzadko spotyka się rodzica, który robi dziecku celowo krzywdę, większość chce jak najlepiej. Jedni myślą, że najlepiej to znaczy wyznaczać granice, inni, że należy być przyjacielem, a jeszcze inni, że trzymać dzieci na dystans. Która metoda jest najlepsza? To zależy od dziecka. Bo nasze dziecko to nie my. System wychowawczy, który byłby najlepszy dla nas, jemu może nie posłużyć. Niektóre dzieci są łatwe i przyjemne, uśmiechają się od małego, bardzo szybko odnajdują się w kontekście społecznym, internalizują normy i zasady, są wrażliwe… Inne potrzebują dużo czasu, żeby się tego nauczyć, a na dodatek mają taki temperament, że reagują złością w sytuacjach dla nas neutralnych. Każde z tych dzieci potrzebuje zupełnie innego wzmocnienia, ale każde potrzebuje też akceptacji.

Wielu rodziców jest przekonanych, że dzieci same sobie nie poradzą bez ich ciągłego wsparcia.
Chciałabym, żeby współcześni rodzice pozbyli się tej napinki. Żeby potrafili zobaczyć w sobie zasoby, które będą stanowiły dla dziecka oparcie. Żeby byli też gotowi dziecko pooglądać. Nie kierować nim, nie sugerować mu dróg, tylko wspierać w kroczeniu tymi, które samo wybierze. I pozwólmy dziecku być dzieckiem, pozwólmy mu „marnować” czas. Rodzice, którzy boją się, że dziecko sobie nie poradzi, zwykle nie dają mu żadnych możliwości, żeby się nauczyło dawać sobie radę. Bo jak się uczymy najlepiej? Na własnych błędach!

Jakie są największe wyzwania dla współczesnego rodzicielstwa? Media? Świat wirtualny?
Myślę, że w każde rodzicielstwo jest wpisane zadanie zmierzenia się z postępem cywilizacyjnym, odnalezienia się w nowym świecie, by potem przeprowadzić przez niego nasze dziecko. Wyjątkowe dla naszych czasów jest to, że młodsze pokolenia są bardziej kompetentne i uzdolnione w kwestii nowych technologii. Dlatego największym wyzwaniem współczesnych rodziców jest umieć słuchać dziecka i przyznać, że w pewnych sprawach to ono jest ekspertem. I nie przesadzajmy z czarnym PR-em. Dostępność Internetu ma wiele pozytywnych aspektów – obecnie można w nim znaleźć w sekundę informację na każdy temat, kiedyś dostęp do takiej wiedzy był utrudniony. Przy umiejętnym pokierowaniu Internet może zachęcić nasze dzieci do pogłębiania wiedzy. Dlatego nie narzekajmy na wirtualny świat, bo nie ma co stawać w poprzek postępowi. Jeszcze sto lat temu wprowadzenie elektryczności uznawano za straszne zagrożenie.

Są rodzice, którzy jednak starają się stawać w poprzek.
Ale wtedy wychowują swoje dzieci pod kloszem, z dala od realnego świata, tak jakby Internet, telewizja i gry nie istniały. Przecież wszyscy żyjemy w jakiejś społeczności, nie jesteśmy samotną wyspą. Jeśli dziecko w domu nie styka się z grami czy światem wirtualnym, większego szoku poznawczego dozna, gdy dorośnie i dopiero wtedy pozna zakazany owoc. Poza tym poczuje się wykluczone, jeśli w szkole co chwila będzie słyszało o nowych grach czy filmach. Zrobimy mu większą przysługę, jeśli nauczymy korzystać z nowych technologii w sposób krytyczny. Sama znam kilkulatki, które oglądają reklamy i mówią: „Ale bzdury chcą nam wcisnąć”.

W jakim stopniu dzieci świadczą o nas? A w jakim tylko o sobie?
To strasznie trudne pytanie. Bo dzieci są różne, po prostu. Jedne są ciche, dobre, wrażliwe i utalentowane, inne trudne, wybuchowe, powolniejsze. Z tych pierwszych łatwo być dumnym i przyjemnie jest podbijać sobie samopoczucie myślą, że to dzięki nam taki fajny egzemplarz dostał świat. Ale są też sytuacje, w których trudno być dumnym ze swojego dziecko. Zwłaszcza jeśli ma jakieś dysfunkcje, np. ADHD czy kłopot z przystosowaniem się do pewnych form. Znam rodziców, i bardzo ich za to podziwiam, którzy są niezwykle dumni z wysiłku, jakie ich dziecko wkłada w to, by sobie poradzić z tymi dysfunkcjami. Prawda jest taka, że dzieci prócz nas wychowuje świat. Oczywiście rola rodzica jest nieoceniona, ale to, kim się staje dziecko, to już wyłącznie jego zasługa. Na pewno możemy być dumni z tego, że na różnych etapach jesteśmy z dzieckiem i pokazujemy mu pewne narzędzia, a ono korzysta z nich w dobry lub mniej mądry sposób. Myślę, że można być też dumnym z tego, że dziecko nie jest mną, że jest inne, samodzielne.

Dr Magdalena Śniegulska psycholog, dydaktyk ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.