1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sabina Spielrein i początki psychoanalizy

Sabina Spielrein i początki psychoanalizy

Dzięki tej kobiecie Zygmunt Freud i Carl Gustaw Jung dokonali przełomowych odkryć dotyczących ludzkiej seksualności. Sabina Spielrein trochę bezwiednie doprowadziła do „wyzwolenia ukrytych żądz”.

Zygmunt Freud i Carl Jung, dwaj wielcy twórcy psychoanalizy, poznają się dzięki 19-letniej, pięknej Sabinie cierpiącej na ataki histerii. Nikt nie wie jeszcze, że pacjentka wywrze tak ogromny wpływ na obu myślicieli, a jej choroba pozwoli dokonać przełomowych odkryć dotyczących ludzkiej seksualności. Choć zdiagnozowana u Sabiny histeria była dość częstym schorzeniem wśród kobiet, to właśnie jej przypadek odmienił oblicze psychoanalizy.

Urodziła się 7 listopada 1885 roku w Rostowie nad Donem. Jej ojciec był, pochodzącym z Warszawy, przemysłowcem. Matka (dentystka) jako jedna z pierwszych kobiet w Rosji  posiadała wykształcenie uniwersyteckie. W 1904 roku Sabina, z powodu zaburzeń psychicznych, trafiła do kliniki psychiatrycznej w Burghölzli, która na początku wieku była najbardziej postępową placówką tego typu. Tu została poddana psychoterapii Carla Gustawa Junga. Tu właśnie zaczęła się jej przygoda z psychoanalizą, romans z Jungiem i przyjaźń z Freudem.

Sabina Spielrein była pierwszą pacjentką Junga. Ponoć to ona wymyśliła część pojęć, które obecnie są częścią myśli filozoficznej Junga. Nie leczył jej elektrowstrząsami czy hipnozą, lecz rozmawiał z nią godzinami. Trudno odgadnąć kto, w kim zakochał się pierwszy. Ona widziała w Jungu wybawiciela i odkrywcę skrywanych dotąd żądz. On miał dosyć nudnego życia, w którym zamykała go rodzina. Dopiero, kiedy w 1909 roku, ich romans wyszedł na jaw, Jung postanowił się wycofać. Fascynację i pożądanie pokonał strach przed końcem kariery. Brutalne zerwanie doprowadziło do rozpaczy Sabinę. Miłość przyniosła jej ból, ale i pozwoliła rozwinąć skrzydła.

Po zerwaniu z Jungiem i wielu perturbacjach, Sabina trafiła pod skrzydła Freuda. W 1911 roku została członkinią Wiedeńskiego Stowarzyszenia Psychoanalitycznego, ale jej nowatorskie teorie nie spotykały się z entuzjastycznym przyjęciem. Sabina Spielrein z jednej strony została zdradzona przez Junga, który garściami czerpał z jej prac, z drugiej nie była doceniana przez Freuda. Do końca życia szamotała się miedzy Jungiem a Freudem. Jednego kochając, drugiego podziwiając i naukowo wspierając. Dopiero po latach obaj, w swoich pracach, powołali się na dokonane przez Spielrein odkrycia. Dopiero kilkanaście lat temu przy jej nazwisku pojawiło się takie określenie jak „pionierka psychoanalizy”.

Sabina Spielrein w 1923 roku wróciła do Rosji, do rodzinnego Rostowa i zajęła się psychologią dziecięcą. W trakcie II wojny światowej została zamordowana przez nazistów.

Komentarz psychologa i psychoterapeuty Anny Nity na temat Sabiny Spielrein i roli kobiet w psychoanalizie:

Początek XX wieku był czasem przyspieszonego rozwoju nauk przyrodniczych (teoria Darwina).  Kobiety jednak nie od razu stały się beneficjentami tych zmian. Na ich wychowanie wpływały restrykcyjne normy kulturowe epoki wiktoriańskiej i gorset, który krępował nie tylko kibić, ale także możliwości twórczego rozwoju. Uwięzione w świecie robótek ręcznych, zależne od ojców i mężów, nie miały możliwości intelektualnego rozwoju i traktowane były jako osoby bez seksualnych potrzeb. Nic zatem dziwnego, że epidemia histerii wybuchła właśnie w tym czasie i dotyczyła głównie kobiet.

Psychoanaliza zaczęła się od zwrócenia uwagi na objawy cierpiących na histerię kobiet. To od nich pierwsi adepci tej metody dowiadywali się o istnieniu nieuświadomionych potrzeb i myśli. Nie przypadkiem najsławniejsze pacjentki pierwszych psychoanalityków, po wyzdrowieniu, okazywały się niezwykle twórczymi i niezależnie myślącymi osobami. Przypadek Sabiny jest dowodem na to, że histeria niejednokrotnie była przejawem buntu ubezwłasnowolnionych kobiet czy też zastępczą formą twórczej realizacji. Sabina Spielrein pod płaszczem choroby kryła niebagatelną osobowość, żywą inteligencję oraz duży temperament seksualny. Pacjentki  histeryczne po terapii stawały się często aktywnymi i odnoszącymi sukcesy kobietami. Tak stało się w przypadku pierwszej leczonej psychoanalizą pacjentki Berty Pappenheim oraz właśnie Sabiny Spielrein, która została pierwszą kobietą - analityczką, a sam Freud z uznaniem wypowiadał się o jej pracy.

W tamtych czasach psychoanaliza była też jedną z bardzo niewielu dostępnych dla kobiet dróg kariery: Towarzystwo Psychoanalityczne chętnie je przyjmowało i ceniło intelektualny wkład kobiet w rozwój tej dziedziny. Inne kierunki nauk, co najwyżej, łaskawie tolerowały kobiety. Psychoanaliza i kobiety wiele sobie zawdzięczają: pacjentki histeryczne stanowiły inspirację do teoretycznych rozważań Freuda i jego kontynuatorów. Freud cenił spojrzenie kobiet na problemy życia psychicznego, korespondował z wieloma z nich, stając się ich intelektualnym przyjacielem i mentorem. Swoje dziedzictwo pozostawił zaś w rękach najmłodszej córki Anny, która jako jedyna z jego dzieci zajęła się psychoanalizą i twórczo ją rozwijała, opisując np. mechanizmy obronne.

Anna Nita - psycholog, psychoterapeutka, absolwentka Wydziału Psychologii UW oraz Instytutu Dziennikarstwa WDiNP UW, obecnie szkoli się w Studium Psychoterapii Laboratorium Psychoedykacji.  Autorka artykułów z dziedziny psychologii, współredaktorka książki „Instrukcja Obsługi Tekstu. Metody retoryki”. Prowadzi  psychoterapię w nurcie psychodynamicznym. Odbyła staże kliniczne m.in.. na Oddziale Nerwic IPiN, Oddziale Nerwic Młodzieży NZOZMCNiP. Pracuje jako psycholog w Fundacji ITAKA, gdzie zajmuje się pomocą psychologiczną dla rodzin osób zaginionych oraz profilaktyką ucieczek z domu wśród dzieci i młodzieży. Interesuje się psychoanalizą i problematyką tożsamości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Jeśli podczas zwyczajnej rozmowy nagle serce zaczyna ci kołatać albo czujesz mdłości, czy jest to znak, że dzieje się coś złego? Twój rozum nie dostrzega zagrożenia, ale widzi je ciało? Czy ono wie coś, o czym umysł nie ma pojęcia? Czym jest ta mądrość ciała – jeśli istnieje – i jakie znaczenie ma dla niej duchowość – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Podczas trudnej rozmowy z przyjaciółką wsłuchałam się w to, co płynęło z mojego ciała. Było spokojne. Pomyślałam więc, że to, co słyszę, jest prawdą. Oparłam się na tzw. mądrości ciała. Czy to miało sens?
To przejaw idealizacji ciała. Uznajemy ciało za depozytariusza mądrości, prawdy, a nawet sumienia, by przeciwstawić je skołatanej i zagubionej głowie. Jazgotowi sprzecznych myśli i poglądów. To na swój sposób miłe, czasami pomocne, ale jednak tylko symboliczne uproszczenie. Bo jak się bliżej przyjrzeć temu, co się z ciałem dzieje w takich sytuacjach, to zobaczymy, że ono tylko przepisuje nasze mentalne i emocjonalne konflikty na odczuwalne sygnały. Szczególnie te konflikty, które wyrzucamy poza obręb świadomości. A więc jeśli nauczymy się trafnie odczytywać sygnały płynące z ciała, staną się one źródłem informacji o nieuświadomionym konflikcie, dyskomforcie, niechęci itp. Sygnały te mogą mieć postać np. kołatania serca, mdłości, duszności czy bólu głowy.

Mówisz o moim konflikcie, a ja myślałam, że ciało sygnalizuje konflikt, jaki przeżywa mój rozmówca, udając na przykład sympatię. Mam kłopot z połapaniem się, o co innym chodzi, więc pytam ciało: czy ta osoba jest mi życzliwa, czy nie?
To też się może zdarzyć. Jeśli jesteśmy bardziej świadomi od osoby, z którą wchodzimy w interakcję, a ona wypiera ze swojej świadomości – czyli nie chce się sama przed sobą przyznać do jakiegoś uczucia czy pragnienia – to możemy w języku doznań ciała i związanych z tym emocji przeżywać to, czego ona nie chce wiedzieć o sobie. Jeśli umówiliśmy się na kawę z kimś, kto jest zagniewany i sfrustrowany, ale nie dopuszcza tego do świadomości, to po jakimś czasie, nie mając do tego powodów, zaczynamy czuć się zagniewani i sfrustrowani. Sami się sobie dziwimy i odbieramy ten stan jako nie nasz, jakby narzucony z zewnątrz. To się nazywa identyfikacja projekcyjna. Jeśli w danej sytuacji nasze ciało milczy albo nadaje sygnały dobrego samopoczucia, to znaczy, że umysł niczego przed sobą nie ukrywa, nie przeżywa nieuświadomionych konfliktów ani wątpliwości. To znaczy także, że nie odbiera sygnałów zagrożenia z instynktownej obserwacji języka ciała, wyrazu oczu, tonu głosu, sposobu oddychania tej drugiej istoty. Ale to nie ciało, tylko umysł czyta i analizuje, tyle że poza naszym świadomym podglądem, i tłumaczy je na język ciała. Tak więc w wielu sytuacjach ciało odgrywa rolę rzecznika podświadomości, która używa języka doznań jako feedbacku – informacji zwrotnej – dla świadomej części naszego umysłu.

W baśniowej metaforze można to opisać tak: królowa Świadomość nie radziła sobie z zarządzaniem odziedziczonym po przodkach, bogatym i pięknym królestwem noszącym nazwę Życie. Postanowiła więc zatrudnić doradczynię, która cieszyła się świetną reputacją i nazywała Podświadomość. Jednak to nie załatwiło problemu. Zatrudniona Podświadomość – mimo że była kuzynką królowej – używała bowiem języka dla niej niezrozumiałego. A też często nic nie mówiła, tylko wymownie patrzyła na królową albo wymownie nie patrzyła. Świadomość rozpuściła więc wieści, że szuka tłumacza, by jej to, co Podświadomość przekazuje swoim językiem i milczeniem, wyjaśniał. Wiele czasu upłynęło i królowa już traciła nadzieję, gdy w końcu przed jej obliczem stanęła zmysłowa, niesforna i trochę dziecinna kobieta o imieniu Ciało, która bez wahania podjęła się roli tłumaczki. Od tej pory królowa wiedziała, że jeśli Ciało miało mdłości, gdy królowa zabierała się do podpisywania jakiegoś traktatu, to absolutnie nie należało go podpisywać. Że był to wyraz dezaprobaty Podświadomości, która miała dostęp do tajnych danych wywiadowczych i do prastarych archiwów. Podobnie gdy królowa Świadomość postanawiała zaprosić jakiegoś rycerza albo dworzanina – w ramach nagrody za wierną służbę – do swojej łożnicy, bacznie wsłuchiwała się w niezbędną tłumaczkę Ciało i gdy ta informowała ją o ciężarze na sercu i zaciśniętym kroczu, to Królowa odsyłała delikwenta. I tak dzięki dobrze układającej się współpracy wielkiej trójki w królestwie Życie zapanowały harmonia, dobrobyt i spokój.

Krótko mówiąc: jeśli między naszą świadomością i podświadomością pojawia się konflikt, to podświadomość wysyła do świadomości sygnał, używając do tego języka ciała. Wtedy w jakimś miejscu odczuwamy dyskomfort.

Czy to, w którym miejscu odczuwamy ów dyskomfort, ma znaczenie dla zrozumienia przekazu naszej podświadomości?
Każda przestrzeń ciała poprzez swoją funkcję specjalizuje się w dostarczaniu świadomości pewnego rodzaju doznań i emocji. (Szczegółowo mówiliśmy o tym w poprzednich wywiadach). Miednica specjalizuje się w dostarczaniu informacji o potrzebach seksualnych i preferencjach dotyczących np. doboru partnerów. Obszar splotu słonecznego i przepony specjalizuje się w motywacji w dążeniu do celu i poziomie niepokoju, frustracji z tym związanych oraz w budowaniu swojej popularności i wpływie wywieranym na innych. Obszar serca dostarcza świadomości informacji o konfliktach emocji i sumienia. Gardło informuje o poziomie wstydu i rozpaczy. Plecy i kręgosłup o przeciążeniach związanych z odpowiedzialnością. Nogi o zagrożeniu poczucia wolności i autonomii. Ręce o motywacji do działania, o bezradności i sprawczości. Bywają jednak duże różnice indywidualne. Każdy ma po części swój własny język ciała.

Na pewnej wymuszonej randce skręciłam nogę i ona boli mnie w podobnych sytuacjach od wielu lat.
To właśnie przykład mechanizmu różnicowania i indywidualizowania języka ciała. Gdy w jakiejś przestrzeni ciała nastąpi doświadczenie silnego bólu, zranienia, traumy, to ponowne zranienie przypomina cały kontekst sytuacji pierwotnego zranienia, a to powoduje podobne do pierwotnych objawy. Na tej samej zasadzie u różnych osób w różnych miejscach ciała może się pojawiać informacja o zamiecionym pod dywan podświadomości konflikcie wewnętrznym.

A kiedy serce łomocze?
Gdy serce łomocze, to zazwyczaj chodzi o zagrożenie i związaną z nim mobilizację organizmu. Może być też tak, że walczą w umyśle dwie konkurencyjne interpretacje sytuacji, w jakiej się znajdujesz, np. „jest fajnie – zostaję” i „jest okropnie – uciekam”. Konflikt sprawia, że serce łomocze. Postępujemy ze sobą tak, jakbyśmy jednocześnie dodawali w samochodzie gazu i wciskali hamulec.

To co w takiej sytuacji robić?
Zarejestrować, co się dzieje. Na przykład: „Podczas rozmowy z tym facetem dziwnie wali mi serce. O co chodzi?”. Ciało, oczywiście, nie odpowie, ono tylko nada sygnał, że coś jest nie tak, że jest jakiś konflikt, że dzieje się coś, z czego sobie nie zdajemy sprawy. To doinformowany umysł musi rozstrzygnąć: czy ten mężczyzna budzi lęk, czy pożądanie. Dobrą metodą jest dokonanie wyobrażeniowej próby obu sytuacji. I ta, w której będzie więcej energii i przekonania, to trafna odpowiedź na pytanie: o co chodzi?

Co mogłoby to jeszcze być? Te dwie interpretacje kołaczącego serca wydają się jedyne.
Serce może walić także z powodu konfliktu sumienia związanego z tym mężczyzną, z tą sytuacją. Może coś przed nim ukrywasz? Albo boisz się, że on coś ukrywa? Wiele różnych sytuacji uzasadnia bicie serca. Jeśli mamy zdolność do głębokiej i szczerej autoanalizy, to sami sobie poradzimy. W przeciwnym razie warto pójść do pracującego z ciałem psychoterapeuty. Bo łatwo tu się pomylić.

Jak można się pomylić?
Jeśli w sytuacji niemającej nic wspólnego z erotyką czy z seksem odczuwamy nagle silne podniecenie, to wcale nie znaczy, że chodzi o seks. Skojarzenie może być odległe i zapośredniczone. Gdy młoda dziewczyna doświadczała zakazanych i wypieranych ze świadomości pragnień seksualnych związanych z nieuwodzącym, opiekuńczym ojcem, to gdy w dorosłym życiu spotka mężczyznę, który podobnie jak ojciec opiekuńczo i ciepło zachowa się wobec niej, może odczuć niezrozumiałe dla niej podniecenie. Czyli kontekst sytuacyjny sprawi, że uruchomią się stare wypierane uczucia i pragnienia. Ciało reaguje zgodnie z tym, co twój podświadomy umysł pamięta.

To, co mówisz, świadczy o tym, że terapia zorientowana na ciało, o której w tym roku opowiadałeś, najtrafniej pozwala poznać siebie.
Niestety, jeszcze niewielu ludzi rozumie i praktykuje psychoterapię, używając ciała jako medium. Nikt nas tego nie uczy, więc nie ma tego w naszej kulturze. I jak coś się dzieje z ciałem, to idziemy do lekarza, a ten daje nam lekarstwo, po którym niepokojący objaw mija. Ale z punktu widzenia psychologii ciała objaw jest po to, aby skłonić świadomość do poszukiwania prawdziwych przyczyn. Bo zgodnie z tą koncepcją choroba jest spowodowana konfliktem lub traumą na poziomie emocji i umysłu. Aby naprawdę wyzdrowieć, trzeba znaleźć ten konflikt i go rozwiązać. Jeśli skoncentrujemy się na likwidacji objawu – zgubimy trop.

Jakie inne stany umysłu mogą jeszcze szkodzić ciału?
Podstawowy konflikt, który większość z nas przeżywa nieświadomie, to konflikt między tzw. małym umysłem, czyli ego, i dużym umysłem, czyli duchem. Konflikt ten bywa brzemienny w skutki, ale jest przez nas nieuświadamiany, ponieważ ego tak się panoszy, że przykrywa ducha. Doświadczamy wtedy jakichś uporczywych, ale niespecyficznych i trudnych do odczytania objawów na poziomie ciała, których lekarze nie są w stanie powiązać z zaburzeniem jego funkcji czy struktury. Czasami takie objawy nazywamy chorobą duszy.

Czyli ciało nie ma swojej mądrości, nie kombinuje po swojemu?
Nawet nie możemy być pewni, że sfera instynktów pozostaje w pełni niezależna od treści świadomości i podświadomości. Doświadczenia psychoterapeutów ciała, a także hipnotyzerów, mistyków, a ostatnio fizyków kwantowych świadczą raczej o tym, że ciało i umysł nie są odrębnymi bytami, które pozostają ze sobą w jakiejś częściowej i niejasnej relacji, lecz podobnie jak energia i materia – dwoma sposobami przejawiania się tego samego. Z tego punktu widzenia zarówno materializm uznający, że świadomość i duch są funkcjami wysoko zorganizowanej materii, jak i spirytualizm, uznający materię za emanację świadomości lub ducha, są w błędzie. Nie ma podstaw do traktowania ciała jako niezależnej od umysłu przestrzeni, gdzie tylko biologiczne i chemiczne oddziaływania mają sens. Patrzmy więc na ciało i umysł jak na dwie strony tego samego medalu. Wprawdzie jeszcze nie wiemy, z czego zrobiony jest ten medal, ale dla naszych rozważań nie ma to takiego znaczenia. Zajmiemy się tym w następnym cyklu.

Skoro ciało i umysł to dwie strony medalu, to jaki stan umysłu najbardziej szkodzi ciału
? Gdy mały umysł ego zaczyna walczyć z ciałem albo je ignoruje i nadużywa. Podejmuje skrajne decyzje, takie jak na przykład: „seks jest najważniejszy” albo „żadnego seksu”, albo „będę palić, pić i objadać się”, albo „ będę jeść ziarnko ryżu dziennie”. Tego typu decyzje to aberracje niepoukładanego ego, które nie może znaleźć ani umiaru, ani kontaktu z ciałem. W rezultacie ciało nadużywane w służbie ego prędzej czy później zachoruje, aby przywołać ego do porządku. Ciału więc pomaga temperowanie ego. Czyli psychoterapia, psychologiczna praca z ciałem, medytacja i inne zaawansowane praktyki duchowe. Ego jest fałszywym królem, więc im mniej ego, tym lepiej dla ciała. Im mniej ego, tym więcej ducha, a z duchem ciało nie ma kłopotu, bo duch widzi rzeczy takimi, jakimi są, i od niczego się nie oddziela. Nie ma więc żadnych konfliktów ani napięć. Wtedy ciało może wreszcie odpocząć od szalonego jeźdźca uzurpatora i realizować swój potencjał w spokoju.

Uważa się, że potrzeby ciała przeszkadzają w rozwoju duchowym, i to umysł musi je tonować.
Ciało jest w naszej kulturze ofiarą ego, które przypisuje mu własne aberracje. Król uzurpator o imieniu Ego, aby ukryć swoją niekompetencję i szaleństwo, znalazł w ciele kozła ofiarnego. Wygodnie jest sądzić, że to nie ja, tylko moje nieme ciało jest siedliskiem zła, zwierzęcych, nieokiełznanych popędów i agresji oraz wynaturzonej seksualności. Ale w istocie to ego wynaturza naturalne potrzeby ciała.

Św. Paweł mówił o ościeniu, z którym żył, zapewne to metafora pożądania, ale też dodawał, że to miejsce siły i spotkania z Bogiem, czyli rozwoju duchowego.
To wszytko prawda, tylko ja bym tego ościenia nie umieszczał w Bogu ducha winnym ciele.

No dobrze. To pójdziemy w stronę duchowości również po to, aby nasze ciała mogły wreszcie odpocząć.
I zachować zdrowie.

  1. Psychologia

Świat jest lustrem - nauczyć się w nie patrzeć

Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. W ten sposób można nawiązać kontakt z tym, co zepchnięte w cień, poszerzyć swoje pole widzenia i rozumienia świata.

Świat jest lustrem. To jedno z tych zdań na temat rzeczywistości na tyle wyświechtanych, że nawet nie zastanawiamy się nad ich głębią. Doświadczam, jak ważnym zasobem jest ta świadomość i korzystanie z niej na co dzień. Odszukiwanie znaczeń w rzeczywistości stało się moją pasją, sposobem na nawigowanie w życiu. Wy stworzyliście metodę pracy coachingowej, która opiera się na tym założeniu. Yaron Golan:
Uświadomienie sobie tego, że w otaczającym nas świecie widzimy przede wszystkim to, co mamy w sobie, było dla nas przełomowym momentem. Oboje jesteśmy trenerami, w sposób naturalny zaczęliśmy wykorzystywać w coachingu opowiadania, zdjęcia, symbole. Zafascynowało nas, jak głęboko i skutecznie można dzięki nim pracować. A że kochamy gry, stworzyliśmy narzędzie – The Coaching Game – które wykorzystuje twórczo właśnie te elementy.

Efrat Shani:
Obraz, słowo i opowieść to trzy podstawowe składniki świata, jaki znamy. To, co nas otacza, dociera do nas głównie za pośrednictwem oczu i uszu.

A co z innymi zmysłami? E.S.:
Raczej dopełniają przekaz wizualny. W naszej kulturze najważniejszym kanałem kontaktu jest wzrok, a potem słuch.

Y.G.:
Wszystko, co widzimy i słyszymy, odbieramy na dwóch poziomach: indywidualnym oraz uniwersalnym. Obrazy, symbole i historie sięgają nie tylko do zasobów naszej pamięci jako jednostki, ale też do wspólnej „biblioteki” ludzkości, którą Jung nazywa nieświadomością zbiorową. Dlatego praca z obrazami i symbolami bywa tak głęboka. Nawet nie uświadamiamy sobie, jak bardzo zmienia nas coś, co widzimy, do jakiego miejsca w nas dociera przekaz jakiejś sceny czy obrazu. W dużym stopniu żyjemy życiem nieuświadomionym, które przemawia do nas poprzez sny, obrazy, baśnie, symbole. Czasem jedyny sposób, by dotrzeć do tych zapisów, to użyć języka, w jakim się zapisały. Można powiedzieć, że ludzka pamięć jest rodzajem albumu ze zdjęciami, które przechowujemy w folderach. Niektóre z różnych powodów trafiają do folderu z napisem „zakaz dostępu”. Nie pamiętamy ich, co nie znaczy, że znikają.

E.S.:
Te schowane przed światem i sobą obrazy bywają źródłem złego samopoczucia, napięcia, trudności, stłumionych emocji. Sporo energii życiowej zużywamy, by trzymać je w zamknięciu. Dlatego im więcej obszarów siebie wyjmujemy z tego zakazanego albumu, tym łatwiej nam się żyje, mamy więcej energii do dyspozycji, mniej nas blokuje. Najbardziej ograniczają nas nasze własne zamrożone uczucia i historie, z którymi nie chcemy się spotkać.

Praca z obrazem potrafi ten dostęp otworzyć? E.S.:
To, co widzimy, potrafi wywołać tamten schowany obraz na zasadzie skojarzeń. Jest jak lustro. Potrafi też dotrzeć bezpośrednio do poziomu emocjonalnego, głębokiego, omijając inne poziomy. Wiele razy widziałem podczas sesji, jak ktoś wyciąga kartę, patrzy na zdjęcie i zaczyna płakać. Nagle. Jakby ktoś odkręcił kurek. To momenty, w których rozszerza się pole widzenia. Zaczynamy widzieć coś, co próbowaliśmy ukryć sami przed sobą i przed innymi. A więc jakiś obszar się uzdrawia, napięcie opada. To wielka ulga. Podobnie jedno usłyszane zdanie lub słowo potrafi czasem podpowiedzieć rozwiązanie, którego nie chcieliśmy dopuścić do świadomości z lęku przed konsekwencjami. Uświadamiamy sobie, że coś nas ograniczało, na przykład nie pozwalało nam zrobić ważnego kroku.

Kiedy wydarza się coś trudnego, przerażającego, dziecko zasłania oczy. Nie chce patrzeć na to, co okropne. Y.G.:
Świetna metafora dla tego stanu. A więc coś w nas, jakaś część nas zamyka oczy, nie chce czegoś widzieć. I tak żyjemy. Aż pojawi się coś, co pomoże nam te oczy otworzyć.

E.S.:
Po angielsku to see oznacza jednocześnie „widzieć i rozumieć”. Język odzwierciedla to połączenie. Zobaczyć coś naprawdę, to znaczy zrozumieć, uświadomić sobie tego istotę. Siła obrazu jest wielka. W tym sensie mówimy, że świat jest dla nas lustrem. Wszystko wokół to przecież ruchome „zdjęcia”. Nie trzeba specjalnych narzędzi. Wystarczy się rozejrzeć i zobaczyć, co nas otacza. Nasza psychika dąży do zdrowia, więc wyłapuje w naszym otoczeniu obrazy, które są metaforą tego, z czym mamy trudność. W ten sposób świat podstawia nam lustro: pokazując kolejne historie, w których ta sytuacja się odbija. Niektórzy mówią, że specjalnie przyciągamy takie sytuacje, w których nasze chore mechanizmy i przekonania mają szansę się pokazać, żebyśmy mogli wreszcie zobaczyć, że tak działamy, i podjąć decyzję o zmianie. Na przykład mamy problem z granicami, nie umiemy odmawiać, więc nieświadomie będziemy się ciągle wmanewrowywać w sytuacje, czyli obrazy, w których powinniśmy odmówić, ale nie umiemy. I cierpimy z tego powodu. Tak długo, aż wreszcie dotrze do nas, że to my powinniśmy coś tu zmienić. Na tym polega uzdrowienie, że widzimy nagą prawdę tej sytuacji, naszą rolę w tym, co się dzieje. A następnie bierzemy odpowiedzialność za nasze reakcje, wybory.

Y.G.:
Gdy zaczynamy zauważać, że wszystko, co widzimy wokół, to wskazówki, zaczynamy też żyć bardziej świadomie. W jakimś sensie budzimy się. Wtedy każda rzecz, zdjęcie, film, nawet reklamowy billboard na ulicy przestają być tylko tą rzeczą samą w sobie. To potencjalna ścieżka dostępu do nas samych. Idąc nią, przestajemy obarczać odpowiedzialnością innych, być ofiarą sytuacji. Kolejny raz trafiam na kogoś, kto mnie nie szanuje? Zamiast się skarżyć, pytam się siebie: „Czy ja szanuję samego siebie? Czy ja szanuję innych?”. Pewnie odkryję, że coś w tej sprawie mam do zrobienia na własnym polu. Dlatego mi się znowu powtarza ta sytuacja! Co mogę zrobić, by się więcej nie powtarzała? Takie podejście daje poczucie siły, wpływu.

Gdy zobaczyłam waszą grę, skojarzyła mi się z... tarotem. Choć na tych kartach są współczesne zdjęcia. Ale pomysł wybierania karty, która naprowadza odpowiedź, przypomina wróżenie. E.S.:
Zgadza się. Fascynuje mnie obraz i symbol jako klucz do podświadomości. I choć współcześnie upowszechnił ją Jung, nie jest to wiedza nowa. Wykorzystywana jest w wielu kulturach i naukach ezoterycznych od tysiącleci. Zasada działania kart tarota jest podobna: obraz, który widzimy, potrafi wydobyć z podświadomości skojarzenia, do których inaczej nie mamy dostępu. To może brzmieć jak magia, ale taka jest po prostu właściwość naszego umysłu. Wspomnienia, myśli to są obrazy. I tyle.

Ja mam poczucie, że moje myśli są słowami, zdaniami... E.S.:
Bywają, to prawda. Albo inaczej: czasem do warstwy słownej mamy lepszy dostęp. Ale nawet te myśli zdania tworzą obrazy albo stany emocjonalne, które łatwo się na nie przekładają. Słowa, dźwięki, zapachy wywołują w nas wspomnienia, czyli obrazy. To, co się wydarzyło, historia– to kolejne obrazy.

Y.G.:
Słowo to język lewopółkulowy. Czyli porządek, logika, zasady, kategorie, przekonania, kontrola. Lewa półkula dominuje w naszej kulturze, a więc dla wielu ludzi łatwiejsza i bardziej naturalna jest ścieżka słów. Język jest rodzajem tłumacza rzeczywistości i prawej półkuli. Bo prawa półkula to emocje. A jej językiem są obrazy właśnie.

E.S.:
Ciekawa jest dynamika powstająca dzięki łączeniu obrazu i słów. Ponieważ obrazy przemawiają do prawej półkuli, a słowa do lewej, ich zestawienie tworzy nowe jakości. Na tym polega kreatywność. Proces twórczy to połączenie pracy obu półkul, znajdowanie nowych znaczeń. A więc świadoma zabawa z tym poziomem otwiera w nas obszar kreatywności. Niezbędny, jeśli chcemy żyć pełnią życia.

Mówicie, że historia to obrazy. Przyznaję, że opowieść to moja ulubiona forma lustra dla świata wewnętrznego. Y.G.:
Moja też. Czym innym są baśnie? Biblia jest tak napisana. Jezus nauczał przez przypowieści, w których słuchacze mogli przejrzeć się jak w lustrze. Czym innym są dzisiejsze filmy? Opowiadają wymyśloną historię, w której widz odnajduje siebie, identyfikując się z bohaterem. I przez to może coś zrozumieć, coś sobie uświadomić albo coś przeżyć.

Albo przynajmniej pozwala zadać sobie razem z bohaterem jakieś ważne pytania. Dziś pracując z wami, wylosowałam zdjęcie z narysowaną na murze dziewczynką, która skacze na skakance. Obok widać kawałek okna za kratami. Podpis: kreatywność. Pytanie, które zadaliście, było proste: Czego teraz potrzebuję w moim życiu? Ta karta natychmiast uświadomiła mi, że brakuje mi zabawy, lekkości. Oraz to, że tylko ode mnie zależy, czy moja kreatywność jest wypuszczona na wolność. Poczułam, że ostatnio raczej wciskałam sama siebie za te kraty. A moja wewnętrzna dziewczynka potrzebuje więcej wolności. Cała praca i uświadomienie sobie tego zajęło mi może z minutę...

Y.G.:
Jak to szybko działa, prawda? Mnie fascynuje też to, jak różnymi drogami idą ludzkie skojarzenia. Są osoby, które wyciągając tę samą kartę, nie zwracają uwagi na okno i kraty. Niektórzy skupiają się na tym, że mur, na którym narysowano dziewczynkę, jest obdrapany. Ale pani wewnętrzna sytuacja, poczucie samoograniczenia znalazło odbicie w tym oknie z kratami, które wybiło się na plan pierwszy.

E.S.:
Kolejna rzecz, która przekonuje mnie do pracy z obrazami, historiami czy symbolami jako lustrem: dają dystans. Czasem emocje związane z jakimś tematem lub pytaniem są zbyt silne, nie chcemy się przyznać, że coś czujemy, z czymś sobie nie radzimy. Ale można mówić o obrazie, o bohaterze – co przeżywa, co mógłby zrobić. Mówimy o zdjęciu albo o historii, ale tak naprawdę – o sobie. Przecież wszystko pochodzi z naszego świata wewnętrznego. To są nasze poglądy, przemyślenia, emocje. Koncepcje, spostrzeżenia, skojarzenia. Wszystko, co widzimy, jest w nas. To metafora naszego wewnętrznego świata.

Tak można pracować z dziećmi. Kiedy mój syn był mały, trudno mu było mówić o swoich przeżyciach. Więc wieczorami opowiadaliśmy bajkę o chłopcu, który był jego alter ego. Mój synek opowiadał, co się temu chłopcu wydarzyło, jak mu minął dzień. Mógł mówić o sobie, ale w trzeciej osobie, niejako z dystansu. Y.G.:
Dorośli też często chowają się za cudzą historią. Tak się dzieje, kiedy uznają jakiś temat za trudny albo wstydliwy. Mówią: „Mój przyjaciel ma taki a taki problem, co robić?”. To pozwala przerobić jakiś własny próg, dostać pomoc.

E.S.:
Chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Obraz to język, którym zaczęliśmy mówić świadomie dopiero niedawno. W każdym razie na tak masową skalę. Dziś to dominujący sposób komunikacji. Bombardują nas obrazy, przekazujemy sobie wiadomości poprzez zdjęcia, wysyłamy MMS-y. To język, który się teraz rozwija. Jesteśmy tego świadkami.

Y.G.:
Choćby taka prosta rzecz: zdjęcia, które umieszczamy na Facebooku jako swoje wizytówki, czyli zdjęcia profilowe. Niektórzy mają fotografie z dziećmi, inni w kostiumie kąpielowym albo chowają się za abstrakcyjnym rysunkiem. To komunikaty. Mówią, kim jesteśmy na głębszym poziomie.

Albo i nie. Na warsztatach robiliśmy kiedyś ćwiczenie: jeden z mężczyzn usiadł na krześle przed nami, a my mieliśmy napisać o nim kilka zdań. Jaki jest, kim jest, gdzie mieszka, co robi itp. Ciekawe było, że każdy miał coś do powiedzenia na jego temat, choć go nie znaliśmy. I to, że nasze wyobrażenia były zupełnie różne: od drwala, ojca gromadki dzieci, po geja w mieście, który rzeźbi w drewnie... Y.G.:
Coś z tego było prawdą?

Naprawdę rzeźbi w drewnie. Coś tam jednak prawdziwego zobaczyliśmy. Przeczytałam kiedyś ważne zdanie: To, co widzimy w kimś, może być prawdą o tej osobie. Ale nie musi. Natomiast zawsze jest prawdą o tobie. E.S.:
Nie zobaczymy w nikim tego, czego nie ma w jakimś sensie w nas samych. To, co dla nas w danym momencie jest ważne, wysuwa się na plan pierwszy i to zauważamy, na to przede wszystkim zwracamy uwagę. Nasz umysł podsuwa nam potwierdzające sygnały. Jakbyśmy mieli założony filtr, który przeczesuje rzeczywistość w poszukiwaniu pasujących obiektów. Fakt pozostaje faktem: wyraźnie przechodzimy jako ludzkość z fazy języka mówionego do fazy języka obrazowego. Dlatego warto się uczyć z niego korzystać. To wielki zasób. Myślę, że nie zdajemy sobie jeszcze w pełni sprawy z jego mocy, możliwości. Dopiero je badamy, odkrywamy. A nasz świat przez to się zmienia. Nasz umysł się zmienia. Kto wie, dokąd nas to zaprowadzi.

  1. Psychologia

Znaczenie snów - dopowiadają to, czego nie zauważamy

„Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago.(Fot. iStock)
„Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago.(Fot. iStock)
- Nasze sny nie mają nic wspólnego z intelektem. I w przeciwieństwie do niego nigdy nas nie okłamują – twierdził Carl Gustav Jung. Dopowiadają to, czego nie zauważamy albo co jest dla nas niewygodne, choć prawdziwe. To nocny zmysł, równie cenny jak pięć pozostałych, których używamy za dnia.

Rosyjskiemu naukowcowi Dmitrijowi Mendelejewowi okresowy układ pierwiastków chemicznych ukazał się we śnie. Mendelejew badał wówczas właściwości metali i niemetali, biedząc się nad odkryciem logicznych powiązań między nimi. Po godzinach bezowocnego ślęczenia poszedł spać. W nocy miał sen, w którym zobaczył pierwiastki sklasyfikowane w grupy według masy atomowej. Wizja senna była tak szokująca, że Mendelejew z wrażenia się obudził i zapisał ją na papierze. Niezwykłe było to, że jego sen przewidział także istnienie ośmiu innych nieznanych pierwiastków, z których trzy odkryto jeszcze za jego życia.

Wiele wynalazków i odkryć zostało zainspirowanych snami, a czasem wręcz dokonało się we śnie. Niels Bohr opracował model atomu na podstawie snu, w którym widział słońce i krążące wokół niego planety, a Elias Howe w nocy wynalazł maszynę do szycia.

Sny bywają także „twórcami” słynnych dzieł. Robert Louis Stevenson często „pisał” we śnie, a po obudzeniu szybko notował na papierze literackie wizje. Salvador Dali większość swoich obrazów wyśnił, a Wagner „Pierścień Nibelungów” „usłyszał” po raz pierwszy w nocy. Do wyśnionych utworów należą też podobno „Ulisses” Joyce’a, „Boska komedia” Dantego, „Kandyd” Woltera. Proroctwo, intuicja pozaintelektualna czy też przetworzenie posiadanej wiedzy i informacji, które sen wyłowił z chaosu i nadał im ostateczną formę?

Marzenia senne

Afrykańskie plemiona wierzą, że istnieją dwa rodzaje marzeń sennych: ota (z języka suahili), czyli wielkie wizje mające znaczenie nie tylko dla śniącego, ale też dla całej społeczności, a nawet dla ludzkości, oraz ndoto, czyli powszednie „małe” sny, w których śnimy o naszych problemach. Ota zdarzają się bardzo rzadko i tylko naprawdę wielcy ludzie, tacy jak wodzowie, szamani i inne osobowości charyzmatyczne, mogą je mieć – mówił na swoich seminariach Carl Gustav Jung, twórca psychologii głębi. Jung zakładał istnienie nieświadomości zbiorowej całej ludzkości i wierzył, że wiedza z niej pochodząca bywa dostępna ludziom za pośrednictwem potężnych snów.

Wielki sen wodza albo szamana zawsze miał kluczowe znaczenie dla całego plemienia. Jedna z eskimoskich legend opowiada o starym szamanie, który pod wpływem wizji sennej o dalekiej krainie obfitości poprowadził głodujące plemię z Grenlandii przez Zatokę Baffina do Ameryki Północnej. W połowie podróży niektórych opanowały wątpliwości, czy wizja jest prawdziwa. Część plemienia zawróciła i zginęła, podczas gdy pozostali dotarli do wybrzeża północnoamerykańskiego, gdzie wody obfitowały w foki, wieloryby i morsy.

Wśród północnoamerykańskich Indian panuje przekonanie, że sny ważne dla całej społeczności, decydujące np. o tym, czy plemię będzie miało wystarczający zapas jedzenia, by przetrwać zimę, mogą mieć tylko ludzie o czystym sercu, gdyż tylko oni nawiązują we śnie duchową łączność z przyrodą. O wyprawie na polowanie zawsze decydował sen szamana, któremu potrafiło się przyśnić, w jakim miejscu i dokładnie o jakiej porze przejdzie stado zwierząt.

Norbu Rinpocze i Lopon Tenzin Namdak w książce „Tybetańska joga snu i praktyka naturalnego światła” piszą, że takie zdolności senne mają osoby dojrzałe, o wysoko rozwiniętej świadomości. Pracując nad sobą, zaczynają doświadczać tzw. siddhi, czyli zdolności parapsychologicznych. Do klasycznych siddhi należą właśnie prorocze sny (a także czytanie myśli, leczenie przez dotyk, przebywanie w dwóch miejscach w tym samym czasie i widzenie przyszłości).

Choć „małe” sny są dużo mniej fascynujące niż te wizjonerskie, trudniej nam je zrozumieć, gdyż często bywają dla nas niejasne. Mają jednak ogromną wartość. Próbują nam pomóc w rozwiązaniu problemów i – jeśli traktujemy je poważnie – stanowią małe kroczki do wzbogacania własnej osobowości i coraz lepszego funkcjonowania w świecie. Fritz Perls, założyciel szkoły psychologicznej Gestalt, nazwał sny królewską drogą do integracji i rozwoju osobowości.

Śpiący umysł

Neurolodzy starają się wyjaśnić funkcję marzeń sennych, badając pracę mózgu podczas snu. Okazuje się, że kiedy śpimy, wyłączają się najwyżej zorganizowane i racjonalne struktury umysłu, a do głosu dochodzi układ limbiczny, bardziej pierwotna część mózgu, którą można nazwać umysłem emocjonalnym. Doktor Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago sądzi, że sen jest symbolicznym odbiciem naszego stanu psychicznego, a mózg pracuje wtedy nad rozwiązaniem trudnych problemów emocjonalnych.

Podczas pierwszej fazy REM (Rapid Eyes Movement) zanurzamy się w najgłębszych emocjach, następnie odreagowujemy je w postaci marzeń sennych podczas kolejnych REM, które powtarzają się czterech do pięciu razy w nocy. Dlatego pierwszy sen zwykle ma bardzo niepokojącą treść. Ten zły sen to jednak dopiero początek całej akcji nocnej! Podczas kolejnych faz REM śpiący umysł przenika wszystkie zasoby pamięci i sięga do naszych podobnych doświadczeń, aby znaleźć sposoby na poradzenie sobie z dziennymi emocjami, i przedstawia je nam w postaci kolejnych snów. W związku z tym mimo złego wieczornego nastroju rano możemy zbudzić się już w o wiele lepszym humorze.

 
Marzenia senne zapewniają nam więc zdrowie psychiczne! „Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Cartwright. Gdy jednak nasze problemy są zbyt trudne i śpiący umysł nie umie sobie z nimi poradzić, sen zaczyna powtarzać się w postaci koszmaru, nie wychodząc poza pierwszą fazę REM. Taki nawracający koszmar (który może dręczyć nas nawet latami) to znak, że nie dajemy sobie rady z jakimś urazem i potrzebna jest już pomoc psychoterapeuty.

Istnieje wiele dowodów na to, że sny mogą nas poinformować o rozwijającej się chorobie, zanim pojawią się jej pierwsze symptomy. Podczas fazy REM umysł wychwytuje zmiany zachodzące w ciele, zanim dostrzeże je świadomość – tłumaczy prof. Robert van de Castle z Health Sciences Center Virginia University. Taki sen przeżył w dramatycznych okolicznościach Jeffrey Lim, dziennikarz brytyjskiego tygodnika „The Observer”. W programie „Tajemnice snu” Discovery Science opowiadał, że w wyniku powikłań, do jakich doszło, gdy był operowany w szpitalu, nie obudził się po narkozie i zapadł na kilka tygodni w śpiączkę. Nieprzytomny i podłączony do sztucznego płucoserca śnił. We śnie czuł, że jest sparaliżowany i nie może mówić, a żona i lekarz zapewniają go, że wróci do zdrowia. Lim obudził się po czterech tygodniach. Sen się sprawdził: nie miał władzy ani w rękach, ani w nogach, z powodu wykonanej tracheotomii nie mówił. Był jednak całkowicie spokojny. Sen przygotował go na stan, w jakim się znalazł po przebudzeniu. Wiedział też, że dojdzie do siebie. Z czasem Lim odzyskał pełną sprawność fizyczną i umysłową, obecnie czuje się dobrze i pracuje.

Znaczenie snów. Czego chcą od nas sny?

Choć sen może nas poinformować o stanie psychicznym i fizycznym czy pomóc odreagować stresy, to wskazówki, jakie niesie, warto sobie uświadomić – pisał psycholog Eugene Gendlin w swojej książce „Let Your Body Interpret Your Dreams”. Dlatego lepiej przypominać sobie sny. Co zrobić, żeby sen nie uległ zapomnieniu? Przede wszystkim od razu po obudzeniu można powtórzyć go sobie w myśli. Niektórzy terapeuci, idąc za radą Junga, zalecają swoim pacjentom zapisywanie snów, a także skojarzeń i uczuć, jakie wywołują, w dzienniku. Bo sny odsłaniają te uczucia, których nie dopuściliśmy do świadomości za dnia. Dzięki zapiskom możemy dokładnie poznać pełne własne nastawienie do jakiegoś problemu czy osoby. Praca ze snem pozwala lepiej rozumieć własne opory i pragnienia, a radzenie sobie z nimi napotyka wtedy na mniejsze przeszkody, uważał Jung. Możemy też śledzić, jak zmieniają się nasze sny w miarę upływu czasu i pracy nad sobą.

Dobrym sposobem na odkrycie sennego przekazu jest wchodzenie w role postaci ze snu i odgrywanie ich jak w teatrze. Wiele nurtów psychologicznych zakłada bowiem, że każdy element snu (wszystkie jego osoby, nawet fragmenty otoczenia i przedmioty) reprezentuje jakąś część nas samych. W „Gestalt Theraphy Verbatim” Perls pisał: „Nie interpretujemy snów. Robimy z nimi coś bardziej interesującego. Zamiast analizować i jeszcze bardziej dzielić sen, chcemy go ponownie ożywić”. Pacjent opowiada więc swój sen, używając czasu teraźniejszego zgodnie z gestaltowską zasadą „tu i teraz”, następnie – jeśli sen jest długi i skomplikowany – wybiera fragment, który wydaje mu się najważniejszy. Odtwarzając gesty i ruchy ciała postaci ze snu, doświadcza uczuć, których sobie wcześniej nie uświadamiał.

Amerykańskiego psychologa Lane’a Aryego przez wiele lat dręczył sen, w którym uciekał przed dwoma potężnymi mężczyznami. Gdy rozpoczął pracę nad lękiem, który czuł we śnie, jego treść diametralnie się zmieniła. Podczas kolejnej nocy, zamiast uciekać, zatrzymał się i zapytał mężczyzn, czego od niego właściwie chcą. „Jesteśmy tutaj po to, aby nauczyć cię prawdziwej męskości”, odpowiedzieli. I przez dalszą część snu wyjaśniali mu, na czym polega bycie mężczyzną. Gdy Arye pozwolił mężczyznom ze snu przemówić, koszmar już się nie powtórzył. W ten sposób postacie ze snów konsekwentnie dążą do wzbogacania naszej osobowości w nowe postawy życiowe. W jednym ze swoich dzieł „Archetypy i symbole” Jung napisał, że najgorszy wróg z naszego snu może okazać się w efekcie najlepszym sprzymierzeńcem i przyjacielem.

Przypadek Almaszara

Wspominając swoje sny, warto pamiętać, że tak jak mity i baśnie przemawiają do nas nie dosłownym, lecz symbolicznym językiem i symbolicznymi obrazami. Choć stworzono wiele senników tłumaczących znaczenie poszczególnych symboli, to dla każdego z nas mogą one mieć zupełnie inny, indywidualny sens, związany z osobistymi doświadczeniami, wyobrażeniami i uczuciami. Przed dosłownym odczytywaniem „małych” snów przestrzega opowiadanie balwierza o piątym bracie w „Baśniach z tysiąca i jednej nocy”. Almaszar zainwestował wszystkie pieniądze w kosz wyrobów szklanych, ponieważ śnił, że się na nich wzbogaci. Niestety, któregoś dnia przypadkowym kopnięciem stłukł całe szkło. Gdyby uznał senne bogactwo za symbol jakiejś części własnej osobowości, być może baśń skończyłaby się happy endem...

  1. Styl Życia

Sztuka afirmacji, czyli dialog z podświadomością. Jak afirmować na co dzień, by przynosiło to rezultaty?

Do zapisywania afirmacji  przyda się specjalny zeszyt - to znakomita zachęta do codziennej praktyki. (Fot. iStock)
Do zapisywania afirmacji przyda się specjalny zeszyt - to znakomita zachęta do codziennej praktyki. (Fot. iStock)
Jak przejść przez czas odosobnienia i kwarantanny i zachować dobrą kondycję psychiczną? - Jako psychoterapeutka szczególnie polecam pisanie afirmacji. Trzeba pisać same afirmacje, ale i nasze reakcje na nie. Dopiero wtedy następuje zmiana myśli - radzi Katarzyna Miller. Spróbujmy więc rozmowy z naszą podświadomością!

Jak przejść przez czas odosobnienia i kwarantanny i zachować dobrą kondycję psychiczną? - Jako psychoterapeutka szczególnie polecam pisanie afirmacji. Trzeba pisać same afirmacje, ale i nasze reakcje na nie. Dopiero wtedy następuje zmiana myśli - radzi Katarzyna Miller. Spróbujmy więc rozmowy z naszą podświadomością, odkrywając prawdziwą moc afirmacji!

Afirmacja (z łac. afirmatio – potwierdzenie) oznacza wyrażenie zgody, uznanie czegoś za fakt, prawdę. To, co nasza podświadomość ocenia jako prawdziwe, staje się naszą rzeczywistością. Jeśli przyjęliśmy, że duże pieniądze nie dają szczęścia, trudno, byśmy stali się ich szczęśliwymi posiadaczami (choć nieszczęśliwymi i owszem). Podświadomość przechowuje mnóstwo takich programów – stworzonych na podstawie obiegowych opinii, komunikatu wygłoszonego (nawet jednorazowo) przez ważną dla nas osobę czy pod wpływem brzemiennej w skutki sytuacji.

Zadaniem tych programów (wzorców) jest dbać o nasze bezpieczeństwo – w pewnym sensie tworzą nam mapę świata, dzięki czemu łatwiej możemy poruszać się w terenie. Z tym, że w miarę jak się rozwijamy, taka mapa może się okazać nieaktualna. Informacje zakodowane w dzieciństwie, np. „nieposłuszeństwo i sprzeciw są karane” czy „jeśli wszystko zjem, dostanę nagrodę”, w pewnym momencie nie chronią, ale ograniczają. Wtedy warto przekonać podświadomość, by zastąpiła je nowymi.

Posługując się afirmacjami, uczymy podświadomy umysł nowych sposobów myślenia, wyobrażeń na temat nas samych i świata, korzystniejszych dla siebie zasad gry. Tak długo, aż je zaakceptujemy i zaczniemy wcielać w życie.

Najlepszą techniką afirmacji jest zapisywanie ich na kartce.
Należy je pisać codziennie, przez co najmniej 21 dni (gdybyśmy z jakichś powodów wypadli z rytmu, za każdy opuszczony dzień dokładamy kolejne trzy). Dobrze jest wrócić po jakimś czasie do „przepracowanych” już treści, by je odświeżyć i utrwalić – to klucz do skutecznej afirmacji..

Zasady prawidłowych afirmacji

Afirmacja to pozytywne zdanie dotyczące nas samych: poczucie własnej wartości, bezpieczeństwa, celów życiowych, związków, finansów, emocji, zdrowia, wyglądu, czyli wszystkiego, co uważamy za ważne i co chcielibyśmy zmienić. Aby je sformułować tak, by podświadomość przerobiła je na nowy, efektywny program, trzeba znać kilka ważnych zasad wpływających na moc afirmacji:

1. Wszystkie stwierdzenia (o wyjątkach dalej) formułuj w czasie teraźniejszym. Jeśli zasugerujesz podświadomości: „Będę dbał o swoje zdrowie”, będzie to oznaczało dla niej bliżej nieokreśloną przyszłość – podświadomość nie zna pojęcia czasu, dla niej wszystko dzieje się tu i teraz.

2. Zrezygnuj ze słów: „chcę”, „pragnę”, „potrzebuję”. Posługując się nimi przekonujesz podświadomość o swoich pragnieniach, a przecież nie o to chodzi w skutecznej afirmacji, by trwać uparcie w chceniu czy dążeniu, utrwalać w sobie stan niespełnienia, ale by urzeczywistnić konkretne cele: być zdrowym, bogatym, mieć satysfakcjonującą pracę, szczęśliwy dom.

3. Pomijaj słowo „nie”. Prawdopodobnie podświadomość w ogóle je omija. Zresztą skoro masz się przeprogramować na pozytywne myślenie po co przywoływać to, co nas trapi i ogranicza? Zamiast: „Nie denerwuję się”, pisz (mów) afirmację uwalniające: „Zawsze zachowuję spokój”.

4. Treść skutecznej afirmacji musi zostać najpierw zaakceptowana – nie dogadamy się z podświadomością, faszerując ją kłamstwami. Wmawianie sobie zdrowia podczas choroby nie przyniesie rezultatów. Ale możesz afirmować, że czujesz się coraz lepiej. Trudno też utrzymywać: „Mam oszczędności na koncie”, jeśli akurat odnotowałaś debet. Ale możesz zadecydować: „Otwieram się na lepsze zarządzanie domowym budżetem”. Ważne jest, przy tym, jak podświadomość rozumie pewne kluczowe pojęcia.

5. Na podświadomość mocno działa słowo pisane, dlatego dobrze jest pracować z afirmacjami na piśmie.

Przyda się specjalny zeszyt - to znakomita zachęta do codziennej praktyki.

I jeszcze dwie bardzo istotne kwestie: w afirmacjach używamy własnego imienia, a każde zdanie zapisujemy w trzech osobach (co najmniej pięć powtórzeń dla każdej).

Ja, Marta, jestem chciana i kochana (x 5). Ty, Marta, jesteś chciana i kochana (x 5). Ona, Marta, jest chciana i kochana (x 5).

Chodzi o to, że często przyswajaliśmy negatywne opinie na własny temat wygłaszane przez innych („Jesteś...”, „Marta jest...”). Pracujemy nad tym, by przeprogramować je na wszystkich możliwych poziomach.

 

Porozmawiaj ze swoją podświadomością, wykorzystując moc afirmacji

Pisanie afirmacji nie jest zwykłym, mechanicznym odrabianiem pracy domowej, to prawdziwy dialog z podświadomością. Nowe, pozytywne treści siłą rzeczy natrafiają w niej na stare, mocno zakorzenione programy. To powoduje zwarcie, konflikt – podświadomy umysł zna inną „prawdę”, broni swoich „racji”.

Może się więc zdarzyć, że będziemy afirmować pracę, zarobki albo udany związek, a podświadomość zareaguje sprzeciwem: jesteś na to za głupi, za brzydki... Nie ignoruj takich sygnałów – to jak zamiatanie śmieci pod dywan. Każdy sprzeciw, opór to informacje o tym, co przeszkadza nam w osiągnięciu celu.

Co z takim negatywnym wzorcem zrobić? Rozwiązaniem jest tzw. kolumna reakcji – margines po prawej stronie, na którym zapisujemy wszystkie sabotujące zmianę przekonania. To podpowiedź, z czym trzeba jeszcze popracować, innymi słowy – materiał do kolejnych afirmacji uwalniających, np.: „Jestem dość inteligentny, by mieć przyjemną, spełniającą moje ambicje, dobrze płatną pracę”, „Jestem wystarczająco atrakcyjny, by być w zdrowym, w pełni satysfakcjonującym związku...”.

Bardzo dobrym sposobem na dokopanie się do negatywnych programów jest regresing – sesje oddechowe pozwalające cofnąć się do źródła niekorzystnego zapisu i pozbycie się go – w to miejsce łatwiej będzie wprowadzić nowy. Na szczęście nawet najbardziej destrukcyjne wzorce można zastąpić pozytywnymi.

Afirmacje - od czego zacząć? Jak afirmować?

Przede wszystkim nazwijmy problem, z którym się borykamy, ustalmy, co chcielibyśmy zmienić. Potem skupmy się na tym, co jest przeciwieństwem tego stanu rzeczy, co da nam satysfakcję i spełnienie w danej dziedzinie życia. Bardzo ważne jest więc wytyczenie sobie konkretnego celu. Jeśli jest nim szczupła sylwetka, nie ma potrzeby afirmować, że jemy o połowę mniej albo zdobywamy pieniądze potrzebne na kurację odchudzającą. Może się przecież okazać, że diety i zabiegi nie poskutkują albo że pieniądze, które do nas przyjdą, wydamy na inne cele. Świat dysponuje nieograniczoną liczbą rozwiązań dla każdej sytuacji. Zaufajmy, że afirmując, np.: „Z każdym dniem jestem szczuplejsza, aż do osiągnięcia najwłaściwszej dla mnie wagi”, znajdziemy najkorzystniejszy sposób pozbycia się zbędnych kilogramów.
Tekst skutecznej afirmacji powinien być prosty, krótki, jednoznaczny i jak najbardziej nasz. Chodzi o to, by słowa przemawiały do naszego wnętrza, działały na nas, żeby je poczuć.
Przyjmuje się, że lepiej jest unikać wszelkich negatywnych określeń, czasem jednak – gdy zmagamy się z wyjątkowo trudnym problemem – warto odwołać się do afirmacji uwalniających, np.: „Ja, Andrzej, uwalniam się od nałogu palenia...”. To dobry sposób na to, by na przykład pożegnać się ze szkodliwymi nawykami. Ale bardzo ważne jest, by pokazać podświadomości, że nic nie traci w związku z tą rezygnacją, zaproponować jej w zamian coś atrakcyjnego. W tym celu dodajemy formułę „na rzecz...” (ufności i lekkości, doskonałego zdrowia, wolności, świeżego oddechu) albo afirmację uzupełniającą (np. „Ja, Andrzej, żyję na luzie, płynę z nurtem”, „Ja, Andrzej, wybieram doskonałe zdrowie” itp.).

Do afirmacji uwalniających można też zaliczyć te wybaczające. Wszelkie urazy – gniew, żal, poczucie krzywdy – blokują życiową energię, sprawiają, że tkwimy w schematach, w starych strukturach. Wybaczając sobie i innym, odblokowujemy ogromne zasoby energetyczne, które możemy spożytkować na poprawę jakości naszego życia. W afirmacjach wybaczających używamy wyjątkowo czasu przeszłego, np.: „Ja, Anna, wybaczam mężowi, że mnie okłamywał”. To ważne – nawet jeśli miałoby się okazać, że sprawca nie zmienił jeszcze swoich zwyczajów. Przy okazji: afirmacje nie są do tego, by zmieniać innych. Nie pisz: „Wszyscy myślą i mówią o mnie, że jestem mądry i piękny” – lepiej popracuj nad poczuciem wartości albo nad przyciąganiem przez afirmacje uwalniające do swojego otoczenia osób, które doceniają inteligencję i atrakcyjność. Nie pisz też: „Mój szef Tadeusz lubi mnie i chwali”. Raczej: „Pracuję w idealnych dla siebie warunkach, z idealnymi dla mnie ludźmi”. Może się okazać, że naszym szefem będzie ktoś o innym imieniu. Albo nawet że sami obejmiemy kierownicze stanowisko.

Myśl, słowo, czyn

Czasem rezultaty pracy pojawiają się bardzo szybko, innym razem na działanie mocy afirmacji trzeba poczekać. Na pewno nie należy się zniechęcać skutkami ubocznymi. Podświadomość będzie się buntować przeciwko zmianom, być może podsuwając jako argumenty nieprzyjemne obrazy z przeszłości, wyparte wspomnienia, a nawet przyciągając różne przeszkody. Potrzebne będą ufność i determinacja, świadomość, że tak właśnie przebiega proces oczyszczania. Przyda się też – jak w każdej długoterminowej pracy – cierpliwość, łagodność, wyrozumiałość dla samego siebie. Podczas pisania skutecznych afirmacji niewskazany jest pośpiech – dobrze jest dać sobie więcej czasu, żeby skupić się na treści, poczuć ją, być w bliskim kontakcie ze sobą. Sprzyja temu głęboki oddech, wypowiadanie zdań na głos, wizualizacja celu.

Niektórzy powtarzają afirmacje przy wykonywaniu różnych czynności, inni nagrywają je, a potem odsłuchują, jeszcze inni wypowiadają przed lustrem albo wieszają karteczki z ich treścią w widocznych miejscach w mieszkaniu. Każdy sposób jest dobry, jeśli go polubimy i ocenimy jako skuteczny.

Afirmację możemy uznać za spełnioną, kiedy jej treść przestaje budzić w nas emocje – po prostu staje się naszą prawdą, gotową do urzeczywistnienia. I jeszcze jedno: samym pisaniem afirmacji nie przyciągniemy tego, czego pragniemy. Przygotują one pole do skutecznych działań, co nie znaczy, że obędzie się bez tych ostatnich. Bo – wiadomo – by móc wykorzystać pełną moc afirmacji, za myślą i słowem muszą pójść czyny.

  1. Psychologia

Mapa marzeń – jak stworzyć skuteczna skuteczną droga drogę do celu?

Mapa marzeń jest skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. (fot. iStock)
Mapa marzeń jest skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak dziecinna zabawa, mapa marzeń jest skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. Jak działa? Aktywizując myślenie o naszych celach, otwiera umysł na dostrzeganie szans i chwytanie okazji.

Dziś obchodzimy dzień tworzenia mapy marzeń. Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak dziecinna zabawa, jest ona skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. Jak działa mapa marzeń? Kiedy robić i jak przygotować się do jej wykonania? Aktywizując myślenie o naszych celach, otwiera umysł na dostrzeganie szans i chwytanie okazji.

Kiedy kończyłam kilka lat temu szkołę trenerów prowadzoną przez psychologów, ze zdziwieniem przyjęłam instrukcję ćwiczenia, podczas którego mieliśmy przygotować mapę marzeń. Myślałam, że to raczej zadanie dla osób wierzących w czarodziejskie sztuczki zamiast siłę intelektu, a jednak… Ta z pozoru nieracjonalna czynność, z pogranicza parapsychologii i wierzeń ludowych, ma solidne podstawy naukowe – dobrze przygotowana, przemyślana mapa celów i marzeń pozwala wyodrębnić własne marzenia i potraktować je w kategorii celów. Pomaga wyciągnąć z zakamarków myśli to, co naprawdę dla nas ważne. Nazwać to i ukonkretnić. Mapy marzeń działają na zasadzie prostej techniki wizualizacyjnej. Dzięki niej programujemy mózg w taki sposób, by dostrzegać w życiu sprzyjające okoliczności. W myśl zasady: na czym się skupiasz – tego doświadczasz. Mapa marzeń to nic innego, jak sposób na aktywizowanie działań w kierunku własnych pragnień.

Potęga umysłu

Jeśli myślisz, że ci się coś uda – to masz rację. Jeśli myślisz, że się nie uda – też masz rację. Ten znany paradoks potwierdza, że to my (w dużej mierze) jesteśmy kowalami swojego losu i że prawie zawsze (poza sytuacjami losowymi) mamy wybór. To raczej dobra wiadomość, choć może nie dla tych, którzy oczekują, że okoliczności zewnętrzne – jakaś siła wyższa, Bóg czy też łut szczęścia – zadecydują za nich.

– Mapa marzeń jest niczym innym jak umową z losem – twierdzi Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego. – To zamówienie do naszej podświadomości napisane w jej języku, czyli w języku obrazów i emocji. Z kolei dla naszego umysłu racjonalnego mapa marzeń przedstawia się jako niegroźna, czasem infantylna zabawa z obrazkami. Niech i tak będzie. Grunt, że działa.

Mapa marzeń – kiedy najlepiej ją wykonać? Można to zrobić w każdym momencie życia, choć znawcy tematu twierdzą, że najlepiej kierować się fazami Księżyca, które mają wpływ na cykl przyrody, przypływy i odpływy mórz i oceanów, ale także na cykl kobiecy. Dla wszelkich początków, a więc także planowania i wyznaczania celów, najlepszy jest nów. To jest najlepszy czas, by usiąść nad kreowaniem swojego świata i wyrażeniem go w postaci mapy marzeń, bo wraz z nowiem każdego następnego dnia księżyca przybywa i wiedzie nas do pełni.

Jak zrobić mapę marzeń? Aktywizacja myślenia przede wszystkim

Mapa marzeń działa nie tylko dlatego, że uświadamiasz sobie, co jest dla ciebie w życiu ważne, na czym ci najbardziej zależy i do czego chcesz dążyć, ale też dlatego, że wieszając ją lub ustawiając w miejscu, na które często spoglądasz, uaktywniasz myślenie o tych celach. Ważne, by mapę marzeń skończyć przed powieszeniem. By niczego już potem nie doklejać, nie mieszać. To, że robi się ją w jeden wieczór, też ma znaczenie – chodzi o maksymalną koncentrację, a nie rozpraszanie uwagi.

– Patrząc na mapę marzeń, karmimy naszą podświadomość tym, czego pragniemy – mówi Beata Markowska. – Można ustawić ją jako tapetę w komputerze lub komórce. Dobrze jest zmieniać co jakiś czas miejsce położenia mapy celów, ponieważ umysł przyzwyczai się do jej obecności i po jakimś czasie zacznie ją ignorować. Po przestawieniu w inny punkt mieszkania zaczną się wyłaniać nowe informacje, mapa marzeń zacznie działać na nowe bodźce. Umysł dostanie świeżą pożywkę.

Mapą marzeń posługują się także psycholodzy kliniczni i psychiatrzy. Doktor Kubler-Ross opisała tę technikę w książce „Życiodajna śmierć”. Jej obserwacje, jak i wiele badań klinicznych potwierdzają nasze nieświadome projekcje, które odzwierciedlają się w każdym ludzkim tworze plastycznym, czy to będzie rysunek, pismo, wycinanka, wydzieranka, czy inne działanie, jak np. właśnie mapy marzeń. Wykonując taką pracę, piszemy swoją opowieść. Zatem wiedząc już, jak zrobić mapę marzeń, która przybliży nas do realizacji założonych celów, pora przystąpić do realizacji – do dzieła!