1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Typ uległy - osoba podejrzanie miła

Typ uległy - osoba podejrzanie miła

fot.123rf
fot.123rf
Jest jak Kopciuszek pozbawiony dobrej wróżki. Słaby i bezradny, poświęcający się innym. Dobroć ta jest jednak pozorna, bo w rzeczywistości neurotyczny typ uległy oczekuje wiele. Bezwarunkowej opieki, ciągłego towarzystwa i tego, że ktoś weźmie odpowiedzialność za jego życie.

Typ uległy dąży ku ludziom. Ma wyraźną potrzebę miłości i akceptacji a zwłaszcza pragnie posiadać „partnera” - przyjaciela, kochanka, żonę, męża. Życie bez miłości jest dla niego płaskie, puste i daremne. Każdy z nas chce doświadczać bliskości, to oczywiste, ale przy zaburzeniu neurotycznym te dążenia są kompulsywne, nieuświadomione, uzależniające. Osoba uległa oczekuje, że ktoś wypełni wszystkie jej oczekiwania co do życia i weźmie na siebie odpowiedzialność za całe dobro i zło. Niezaspokojenie tych pragnień rodzi lęk lub przygnębienie. Ten typ pragnie przede wszystkim przynależności do kogoś. Szuka pokrewieństwa uczuć, charakterów i zainteresowań, nie zważając na to, co ludzi w naturalny sposób dzieli. Nie wynika to z ignorancji, ale właśnie z powodu determinujących go kompulsywnych potrzeb. Bo tak naprawdę czuje się on jak dziecko, otoczone przez tajemnicze i groźne stwory. Stoi kruche i bezradne wobec ludzi i życia. To typ potrzebujący akceptacji, chcący by ludzie pragnęli jego obecności i go kochali. Musi czuć się zawsze mile widziany, aprobowany i doceniany. Potrzebny, ważny dla innych, a zwłaszcza dla jednej konkretnej osoby. On pragnie, aby chroniono go, opiekowano się nim i kierowano. I wydaje mu się, że te pragnienia są zupełnie naturalne. Być cząstką większej całości i liczyć na pomoc innych. Wydaje mu się, że jego walka o miłość i akceptację jest szczera, podczas gdy prawdziwe jest nienasycone pragnienie bezpieczeństwa. Dążenie to jest tak silne, że determinuje postępowanie neurotyka.

On przymila się innym,
wydaje się że jest wrażliwy na potrzeby ludzi. Typ uległy dostrzeże pragnienie pomocy, zrozumienia ale nigdy nie izolacji, zachowania tajemnicy, prywatności. Dopasowuje swoje zachowanie do oczekiwań otoczenia, „zapominając” o sobie. Staje się „nieegoistyczny”, gotów jest do poświęceń, nie stawia wymagań. Poza nieograniczoną potrzebą miłości. Często uważany jest za kogoś, kto jest za wszystko wdzięczny, wielkoduszny i kto każdy przejaw życzliwości uważa za wielką łaskę. W głębi serca skrywa sekret, że ludzie którym schlebia, nie obchodzą go, uważa ich za egoistów. Jednocześnie jednak przekonuje siebie, że ludzie są „mili”, godni zaufania i w porządku. Dlatego często rozczarowuje się i zwiększa brak swojego ogólnego poczucia bezpieczeństwa. Słabość uległego polega na tym, że nie ufa on własnym uczuciom i opiniom, lecz ślepo oddaje innym wszystko to, co jest zmuszony od nich chcieć. Cierpi psychiczne katusze, jeśli jego życzliwość zostaje nieodwzajemniona.

Typ uległy unika okazywania niechęci, stroni od kłótni i konfliktów, wycofuje się ze współzawodnictwa.
Usuwa się z blasku reflektorów. Łagodzi spory, dąży do pojednania, nie żywi urazy. Wypiera pragnienie zemsty. Sam często się dziwi skąd u niego tyle łagodności i dobra. Charakteryzuje się tym, że automatycznie przyjmuje na siebie winę, oskarża siebie i analizuje swoje zachowanie, bojąc się kolejnego ataku. Wszelka agresja go przeraża. Uległość to liczne zahamowania - taka osoba, że umie wymagać, by inni ją szanowali, nie umie naciskać, krytykować, wydawać poleceń, nie dąży też do ambitnych celów. Nie potrafi podejmować działań wyłącznie dla własnych korzyści. Często nie umie rozkoszować się czymkolwiek w samotności - posiłkiem, spacerem, koncertem, wieczorem w domu. W ten sposób staje się zależna od innych.

Często otwarcie mówi o sobie, że jest słaby i delikatny, że nie umie przepychać się łokciami.
Kiedy takiego człowieka zostawi się samemu sobie, czuje się jak Kopciuszek pozbawiony dobrej wróżki. Bezradność ta znajduje częściowe potwierdzenie w rzeczywistości. W żadnych okolicznościach ktoś taki nie będzie walczył ani współzawodniczył i to jest jego autentyczna słabość. Widoczne jest to w marzeniach sennych - uległy często śni opowieści o eterycznych postaciach i ofiarach ulegających groźnym przeciwnikom. Na jawie domaga się ochrony, ale rzadko wprost. Robi to podstępem – chorobą czy trudną sytuacją życiową wzbudza litość oraz wymusza wsparcie.

Ma skłonność do podporządkowywania się.
Jako oczywistość traktuje, że wszyscy są ważniejsi od niego, bardziej atrakcyjni, inteligentniejsi, bardziej wartościowi. Skutkuje to brakiem zdecydowania i pewności siebie. Nawet w dziedzinach, w których osoba uległa jest uzdolniona, poczucie niższości powoduje zaniżanie swoich kompetencji. A jeśli zjawi się ktoś agresywny czy arogancki, przegrywa bez walki. Zależność od innych ludzi polega na tym, że poczucie własnej wartości jest warunkowane pochwałami, karami, doświadczaniem czy brakiem miłości. Każde odrzucenie jest dla uległego katastrofą. To przerażające niebezpieczeństwo. Neurotyk jest w stanie naprawdę wiele zrobić, by odzyskać względy osoby, która w jakikolwiek sposób wywołała u niego takie poczucie zagrożenia. Może nawet „nadstawić drugi policzek” co często robi . Uległe jest odczuwanie, myślenie i działanie - cały styl życia.

Taka osoba piętnuje egotyzm, nieczułość, brak skrupułów, dominację, ale skrycie podziwia te aspekty, bo kojarzą się jej z nieosiągalną „siłą”.
Tak naprawdę mocno wypiera ona własne tendencje agresywne. Gdy uważnie przyjrzymy się typowi uległemu, pod przesadną troskliwością dostrzeżemy zimny brak zainteresowania drugim człowiekiem, bunt i lekceważenie, nieuświadomione zapędy pasożytnicze, chęć wykorzystywania i manipulowania innych. Poza tym pragnienie bycia lepszym i chęć zemsty, żeby pognębić przeciwnika. Nie lubimy bowiem tych, od których jesteśmy zależni. Człowiek uległy mocno wypiera te uczucia, drzemiące w nim siły. Dlaczego? To skazana na porażkę próba rozwiązania wewnętrznego konfliktu. Dążenie do poczucia jedności i spójności w miejsce sprzecznych, rozdzierających uczuć. Próba uporządkowania własnej osobowości. Jest to jednak droga na skróty, która nie doprowadzi do celu. Wypieranie ze świadomości jakiegokolwiek przejawu agresji, zamiast świadomego przeżycia złości podczas życiowych konfrontacji, prowadzi do dominacji pod pozorem „miłości”, stawiania żądań w imię swojej „bezbronności”. Okazjonalnie typ uległy może pokazać gniew, ale potem poczucie winy przygniata go takim ciężarem, że wraca do znanej, „bezpiecznej” łagodności. By zlikwidować uległość neurotyczną, trzeba poddać analizie obie strony konfliktu.

Więcej w książce Karen Horney „Nasze konflikty wewnętrzne”, wydawnictwo Rebis

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kochać żonatego

Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie można się przytulić w miejscach publicznych. Czasem wręcz nie można się przyznać do znajomości. Nie można do niego zadzwonić, gdy ma się stłuczkę, bo on i tak nie przyjedzie na pomoc.

Są kobiety, które nie chcą się angażować w bliskie relacje i twierdzą, że bycie kochanką jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują pragnienie posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn już będących mężami innych kobiet. Czy mają szansę na powodzenie – odpowiada psychoterapeuta Tomasz Srebnicki.

Kobieta poznaje mężczyznę, chciałaby sobie ułożyć życie, ale okazuje się, że on jest żonaty. I co ona ma zrobić?
Zostawić żonatego i poszukać takiego, który jest wolny. Oczywiście, każda kobieta (jak i każdy mężczyzna) ma w sobie potencjał do zostania kochanką (kochankiem), takie przypadki się zdarzają: w delegacji, na imprezie, po alkoholu, z kolegą ze szkoły… Ale jeśli się zdarzyło, to rozumiem, że nie trwa długo. Owszem, poniosły mnie emocje, ale teraz widzę, co się dzieje, i kończę tę relację. Zrównoważony pod względem samooceny, wyborów moralnych, odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę człowiek nie wszedłby w relację długotrwałego, przynoszącego cierpienie wielu stronom romansu. A relacja z żonatym mężczyzną taka będzie.

Przeczytałam na jednym z forów: „Ja tylko walczę o swoje szczęście, gdyby żona spełniała wszystkie jego potrzeby, to on nie musiałby szukać gdzie indziej”.
To, o czym pani czyta na forach, jest próbą radzenia sobie z łamaniem tabu. Ponieważ w naszej kulturze bez względu na to, jak nowocześni jesteśmy, posiadanie kochanki czy kochanka jest tabu. Osoba, która wchodzi w trójkąt, zagraża istnieniu rodziny. Najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym dyskomfortem jest przekierowanie odpowiedzialności za całą sytuację na drugą kobietę, żonę. Dla niektórych kobiet kochanek źródłem satysfakcji i przyjemności może być również to, że w konkurencji o samca one są ważniejsze.

Potrzebują usprawiedliwienia, żeby nie czuć się złą osobą?
Jeśli komuś zależy przede wszystkim na byciu dobrym, to nie wchodzi w bycie kochanką!

Bo kochanka zawsze nosi piętno?
Bo narusza równowagę społeczną. Jeśli żyjemy w kulturze, która wprawdzie dopuszcza posiadanie kochanki, ale nie wynegocjowała wzorca, że można ją posiadać, to na to piętno bycia kochanką kobieta się sama skazuje.

Wydaje się, że wiele kobiet nie ma poczucia sprawczości. Często słyszę: „Tak wyszło”. Jakby zostały wrzucone w tę sytuację.
Ja bym to wiązał z kulturowym wzorcem uwodzenia: to mężczyzna uwodzi, a kobieta się poddaje. On inicjuje grę, której ona ulega. To oznacza, że kobieta jest mało odpowiedzialna za to, że wchodzi w relację. Jest uwodzona i w sposób bezwolny się w coś angażuje. Ten sam mechanizm jest widoczny w nawiązywaniu romansów, z wyjątkiem pań cynicznych, które z góry zakładają romans jako wygodną dla siebie strategię. Ta bezradność rodzi potem kolejne problemy.

Jakiego rodzaju?
Właśnie takie, że kochanki żyją z piętnem albo tkwią w poczuciu bezradności, czują się jak w klinczu, nie wiedzą, co mają dalej zrobić. Warto wiedzieć, że mężczyzna nie bierze sobie kochanki po to, żeby z nią być. A to oznacza, że ona naraża się na życie w długotrwałej sytuacji niejasności, niedopowiedzeń, różnych skomplikowanych gier podjazdowych, które z reguły do niczego poza rozpaczą nie prowadzą.

Mówi pan, że mężczyzna nie bierze kochanki po to, żeby z nią być. To po co bierze?
Po pierwsze, żeby się dowartościować. Po drugie, bo ma przekonanie: „Moje potrzeby są najważniejsze, inni służą tylko do realizacji tego planu”. Biorę sobie kochankę, twierdząc, że to najbezpieczniejszy sposób na seks, szczególnie jeśli kochanka jest w małżeństwie, bo będzie uważać, dochowa tajemnicy, będzie też łatwiej się rozstać, gdy już nie będzie potrzebna. Trzecia przyczyna wiąże się z unikaniem bliskości. Na przykład mężczyzna uważa, że jego żona jest zbyt wymagająca, a nie potrafi się temu przeciwstawić, więc znajduje kochankę, która będzie służyła rozładowaniu napięcia między nim a żoną. Kochankę, która niczego od niego nie oczekuje albo tylko sprawia takie wrażenie. I dzięki temu on nie będzie musiał swojego problemu w małżeństwie rozwiązywać. Żona wprawdzie dalej wymaga, ale dzięki temu, że kochanka niczego nie chce, on nie musi konfrontować się z faktem, że ma kłopot w małżeństwie. Będzie się złościł na żonę, skarżył kochance, ale dalej nie tknie problemu. I to są często kochanki (i kochankowie) współpracujący. Czyli jakby zaangażowani w relację małżeńską, rozmawiają o tych problemach, są przyjacielscy, wspierający, co, oczywiście, do niczego nie prowadzi. Czwartym powodem jest chęć rozstania się z aktualną partnerką/żoną. Nie umiem inaczej – biorę sobie kochankę. Co ciekawe – po tym można poznać tę strategię, w jakiś dziwny sposób żona nagle dowiaduje się jakoś o kochance i…  musi dojść do rozwiązania. No i ostatni powód posiadania kochanków, który znam z pracy z pacjentami, to potrzeba większych wrażeń. Są tzw. szczęśliwe pary, które długo funkcjonują z zaangażowaniem, intymnością, natomiast z prostym problemem seksualnym, np. niezgraniem seksualnym lub większymi potrzebami jednej ze stron. I wtedy te kochanki służą dostarczaniu sobie różnego poziomu satysfakcji, często tylko seksualnej.

W tym wypadku mielibyśmy raczej do czynienia z przygodami, a nie długotrwałymi romansami?
W dodatku z jasno zwerbalizowanym kontraktem, że tak powiem, na seks. I tu pewnie większego kłopotu by nie było. Najgorzej mają te kochanki, gdzie jest albo problem z bliskością, albo potrzeba wyjścia z relacji poprzez kochankę.

Dlaczego one mają najgorzej?
Bo jeżeli się w to angażują, to najprawdopodobniej mają jakiś swój poważniejszy deficyt. I będą doświadczały cierpienia.

Czy przybywa kochanek?
Nie znam badań, natomiast intuicja mi mówi, że rzeczywiście jest więcej relacji pozamałżeńskich. To nie wynika z kryzysów małżeństwa, rodziny, tylko z większego przyzwolenia na strategię radzenia sobie z problemami pt. „nie rozwiązuję, tylko szukam uników”. Jest jeszcze problem promowania braku jakichkolwiek ograniczeń.

Nie przekonuje nas zasada: Nie da się zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu?
Ja generalnie nie wierzę w to powiedzenie, bo się z nim głęboko nie zgadzam. Raczej powiedziałbym, że nie da się zbudować szczęścia na swoim nieszczęściu. Bo zostawanie kochanką to jest własne nieszczęście i na tym faktycznie z reguły się nie da zbudować szczęścia.

A na czym polega to „własne nieszczęście”?
Bez względu na to, jak bardzo ta kochanka czuje się adorowana przez cudzego męża, warto się zastanowić, jak bardzo już na wstępie naraża się na unieważniające doświadczenia: nie spędzi z nim wigilii ani świąt; po 18 on musi być z żoną, bo ona się wścieka, gdy go nie ma; pół godziny po seksie on wstaje, bo musi wracać do domu.


Dokładnie – jakie są zaczątki tego związku? To unieszczęśliwianie siebie.

Jakie jeszcze koszty ponosi kochanka?
Kosztem generalnym jest nieszczęście wszystkich. I kochanka, i kochanki, żony czy męża, dzieci. Kosztem jest zdrowie psychiczne, a jeśli u kobiety istnieje podatność, to problemy z nastrojem, depresją, z odżywianiem itd. Nie wprost, ale jako efekt zupełnie niepotrzebnego wystawiania się na działanie różnych stresorów. Dalej – banalne narażanie się na odkrycie tej zdrady, co podobno powinno niektórych podniecać, ale z reguły nie podnieca. No i wreszcie ogromna samotność.

Kiedyś dochodziłoby jeszcze niebezpieczeństwo powicia bękarta. Teraz już chyba ta figura nie funkcjonuje, ale w ogóle urodzenie dziecka z mężczyzną, który ma inną rodzinę, to jest narażanie tego dziecka na samotność i odrzucenie.
Z tym łączy się łamanie tabu: żeby nie następował rozpad społeczeństwa, będzie ono dążyło do przywrócenia równowagi. Dobrze, że zaczęliśmy tolerować dzieci pochodzące z nieprawego łoża, bo to jest jednak zjawisko teraz dość częste, natomiast rodzi się pytanie: Po co się na to narażać? Choć to pytanie powinno być czynnikiem poprzedzającym wejście w całą historię: „Czy warto?”.

Chyba na początku nie myśli się o konsekwencjach. Może wszystko przesłaniają jakieś nadzieje? Na co może liczyć singielka, wchodząc w relację z zajętym mężczyzną?
Pewnie różnie kobiety by odpowiedziały, ale na przykład podświadomie na to, że tego związku nie będzie. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni: „I tak mnie nikt nie pokocha, mnie nie może się udać”. Taka relacja miałaby służyć do potwierdzenia takiego sposobu myślenia.

Czy bycie kochanką zawsze źle się kończy? Niektóre badania mówią, że raptem 3 proc. mężczyzn zostawia swoje żony i wiąże się z kochankami.
Czyli za dobre zakończenie przyjmujemy, że kochankowie zostają małżeństwem?

Znam kilka historii, które właśnie tak się skończyły.
Ja bym tego końcem nie nazwał. Może być tak, że kochanek i kochanka, czyli nowa para, która powstała na skutek rozwodu, są dojrzałymi, rozsądnymi ludźmi i potrafią sobie wytłumaczyć, dlaczego w taki sposób weszli w relację i mogą na zrozumieniu tego budować związek. Może tak być, choć to wymaga cholernie dużo pracy.

Czyli nie mogli się inaczej rozstać z pierwszymi partnerami?
Są też prostsze motywacje: mąż nie chce dziecka, a kobieta tak, znajduje więc kochanka, który też chce mieć dziecko, a z kolei jego żona nie ma takich planów. I znowu mamy tu trudny początek, ale to jest do przepracowania. Najważniejsze, że nie ma włączania się w trójkąty. To etap wychodzenia ze starej relacji i wchodzenia w nową.

Mam wrażenie, że takich rozwiązań historii z kochankami jest mniej niż nieszczęśliwych romansów, bolesnego tkwienia w nierozwiązywanej latami sytuacji niedopowiedzenia.
Cudzołóstwo zawsze było grzechem. I nie chodzi o religię i o grzech moralny, tylko że człowiek potem ponosi dramatyczne konsekwencje tego typu zachowań.

Co można by podpowiedzieć kobiecie, która weszła – z różnych względów – w relację z żonatym mężczyzną? Może wierzyła w jego obietnice, może sama sobie zbudowała iluzję, że ten cudzy mąż stanie się kiedyś własnym, ale on się nie staje, sytuacja się przeciąga, cierpienie się pogłębia…
Żeby wyszła z tej relacji.

A jeśli nie ma siły? Nie wierzy, że to możliwe, cierpi i nie umie tego przerwać.
Powiedziałbym tak: „Rozumiem, że cierpienie, którego doświadczasz teraz, jest cierpieniem mniej zagrażającym niż to, którego myślisz, że doznałabyś, rozstając się z tą osobą”. I tu jest już kwestia podjęcia decyzji. Czy chcesz dalej cierpieć, czy chcesz coś zrobić ze swoim życiem?

Czy mogą pomóc rozmowy z koleżankami albo psychoterapeutą?
Rozmowy z koleżankami z reguły pokazują, jakie koleżanki mają fantazje albo jak by chciały sobie poradzić ze swoimi mężami. Lepiej zwrócić się do mądrych, dojrzałych kobiet, pozytywnie nastawionych do tej naszej kochanki. Babcia może się okazać lepsza niż koleżanki. Natomiast terapeuta może pomóc w określeniu, dlaczego kobieta znalazła się w takiej relacji, czego się boi w wyjściu z niej. I zdecydować, czy mam dosyć, czy chcę w tym być. Bo kobieta może mieć potrzebę tkwienia w chorym, niszczącym ją układzie. Chce tylko zminimalizować cierpienie z tym związane, na przykład lepiej sobie radzić, gdy kochanek wyjeżdża z żoną na narty. Teraz to strasznie przeżywa, a chciałaby, żeby ją to mniej ruszało.

I może się okazać, że wcale nie chcę niczego zmieniać? Że pasuje mi rola tej drugiej, że ja właśnie chcę dostawać jakieś emocjonalne resztki?
Tak. Co więcej, może się okazać, że to, że mówię, że jestem nieszczęśliwa, bardzo cierpię, jest też pewnym sposobem na życie. I jest to sposób dość wygodny.

Tomasz Srebnicki
, doktor nauk medycznych, psycholog, psychoterapeuta, asystent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

  1. Psychologia

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi.
To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba?
To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów?
Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej?
Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną?
Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich?
Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym?
Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Czym jest wolność w pracy i jak radzić sobie z jej ograniczaniem?

Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
- Kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych” - mówi socjolożka Agnieszka Gawkowska w rozmowie o wolności w pracy i sposobach radzenia sobie z jej ograniczaniem.

Czy ograniczenie wolności musi być czymś złym? Pewna ilość norm w pracy nam przecież służy.
Owszem. W latach 90. nie było dokładnie wiadomo, co w pracy można, a czego nie, według jakich wytycznych mamy pracować, do kiedy działamy na własną rękę, a z jaką sprawą trzeba iść do szefa. Jeśli ktoś podjął złą decyzję, nie było rozmowy o przekroczeniu kompetencji, bo nikt nie wiedział, jakie są. Wtedy przełożony był wszechmogący: tylko on ustalał, co jest dobre, a co złe i odpowiednio za to wynagradzał lub karał. Pracownik nie wiedział, w jakich granicach się poruszać.

Ale to się zmieniło: pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy.

Ale często nie możemy. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem niewiele zmieniło się od lat 90.
To prawda. W dodatku kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych”. A do tego obecni pracodawcy mają nowe narzędzia kontroli, więc teraz mogą ograniczać naszą wolność w bardziej wyrafinowany sposób.

Jakie to narzędzia?
Do nakładania kar, na które pozwala kodeks pracy, doszedł mobbing emocjonalny i psychologiczny, a także odmowa niektórych świadczeń. Zamiast ufać, że pracownicy jak najlepiej wypełnią swoje obowiązki, szefowie montują w służbowych samochodach GPS, zakładają podsłuchy na służbowe telefony, kontrolują skrzynki mailowe i przeglądane w internecie strony, a w biurach korzystają z systemu monitoringu. Ograniczaniem wolności, często ostatnio stosowanym, jest też niewypłacanie wynagrodzeń na czas lub wcale, wymuszanie pracy po godzinach, obowiązkowe delegowanie na wyjazdy integracyjne czy dyskryminacja kobiet – przed podpisaniem umowy o pracę żąda się zaświadczenia, że nie jest w ciąży lub deklaracji, że jej nie planuje. To niezgodne z prawem, ale jednak się zdarza i to wcale nie tak rzadko.

Co robić, kiedy pracodawca żąda ode mnie takiej deklaracji? Walczyć czy uciekać jak najdalej?
Trzeba mieć świadomość, że to nie tylko ograniczenie wolności, ale wręcz gwałt na niej. I lepiej przemyśleć, czy warto podjąć pracę w takiej firmie, bo to kiepsko wróży. Mamy prawo podejrzewać, że jeśli zajdziemy w ciążę, pracodawca nie zwolni nas wprawdzie w czasie jej trwania czy podczas urlopu macierzyńskiego – bo chroni nas prawo – ale najprawdopodobniej zaraz po jego zakończeniu. Jest to też sygnał braku zaufania i zapowiedź, że w przyszłości szef również zechce na wszystko wpływać i nie pozwoli na swobodny rozwój zawodowy.

W małych zespołach kontrola nie jest z reguły tak duża. Ludzie są zazwyczaj zgrani, skuteczni w działaniach i nie trzeba im cały czas patrzeć na ręce.
Ale zdarza się, że szef ma złe doświadczenia z pracy z poprzednim zespołem albo po prostu ma taki charakter i – mimo zgranego zespołu – wpada na pomysł instalowania narzędzi kontroli. Pracownicy nie mają na to większego wpływu.

A nie zasłużyliśmy na to? W czasie pracy bywamy dość niesubordynowani i beztroscy – serfujemy po internecie, dzwonimy do znajomych i rodziny…
To prawda, ale warto pamiętać, że im bardziej się nas kontroluje, tym bardziej szukamy sposobu, by się tej kontroli przeciwstawić – niekoniecznie racjonalnie. W Polsce można to trochę tłumaczyć uwarunkowaniami historycznymi. Poza tym kontrola powoduje, że bunt i niechęć do pracodawcy narastają. Fajny, zgrany zespół zrozumie, dlaczego są wprowadzane ograniczenia, ale jeśli ekipa jest liczna, pracująca do tej pory w innych warunkach, zacznie się buntować. W efekcie szef wraca do punktu wyjścia: choć firma jest pełna ludzi, nie ma chętnych do pracy, nie ma się na kim oprzeć. Powinien wtedy postawić sobie pytanie: „Czy rzeczywiście chcę mieć pod sobą rzeszę bezwolnych robotów?”. Szef musi pamiętać, że kiedy robot się zużyje, trzeba będzie włożyć sporo pieniędzy w jego serwisowanie lub wymianę części. A jak nastąpi awaria kilku robotów naraz, będzie jeszcze większy kłopot, bo inne roboty zrobią tylko tyle, ile muszą, nic więcej.

Z jednej strony jesteśmy bardziej kontrolowani z drugiej dostajemy polecenia, których wykonanie albo sposób ich realizacji nie zgadza się z naszym systemem wartości. Chcemy powiedzieć „nie”, lecz boimy się utraty pracy.
Zawsze możemy powiedzieć „nie”. Ale nie wystarczy: „nie, bo nie” – musimy zaproponować inne rozwiązanie. Sposób wykonania zadania nie jest dla pracodawcy tak ważny, jak efekty. Jeśli przedstawimy mu własną koncepcję, powinien się zgodzić. Bo szefom w gruncie rzeczy też zależy na tym, by pracownicy mieli o firmie dobre zdanie. Tym bardziej, że w dobie internetu czarny PR rozchodzi się błyskawicznie.

A jeśli szef despota w żaden sposób nie jest otwarty na dyskusję? Zdarzają się przecież i tacy…
Wówczas są dwa wyjścia: albo mimo to ryzykujemy rozmowę, albo godzimy się z sytuacją – ale już świadomie. Bo chociaż firma jest nie najlepiej zarządzana, to sama praca może być dla nas interesująca, dobrze płatna, rozwijająca... Najważniejsze, żeby mieć punkt odniesienia, dokładnie rozumieć, co tu robimy i dlaczego się na to godzimy.

Jeśli z powodu szefa cierpi cały zespół, może warto wyznaczyć rzecznika praw pracownika?
Świetny pomysł. Najlepiej, gdyby to była osoba, która ma z szefem dobry kontakt i mocną pozycję w firmie. Niech idzie w naszym imieniu z kilkoma gotowymi rozwiązaniami, żeby szef miał z czego wybierać. W ten sposób unikamy roszczeniowej postawy i sprawiamy wrażenie solidnych pracowników, którzy przemyśleli problem i dobro firmy naprawdę leży im na sercu.

A jeśli w rażący sposób ograniczana jest w zespole tylko nasza wolność? Czy wtedy też warto pokusić się o rozmowę z szefem?
Jak najbardziej. I również wszystko z góry przemyśleć, przygotować. Przede wszystkim wyciszyć emocje, żeby się nie rozpłakać, bo to może wzbudzić różne reakcje, włącznie z oskarżeniem o próbę manipulacji. Mówiąc o problemie, trzeba przenieść ciężar z tego, jak ja się z tym czuję, na to, jak się to przekłada na efektywność mojej pracy. Możemy wcześniej spisać sobie argumenty na kartce, żeby podczas rozmowy nie pogubić się czy nie odpłynąć w dygresjach. Tylko obustronny szacunek pozwoli nam na budowanie wolności w taki sposób, aby nie godziła w niczyje uczucia i interesy.

Kto może nam pomóc w walce o zachowanie wolności i godności w miejscu pracy?
Może nas wesprzeć wiele instytucji pozarządowych, np. Centrum Praw Kobiet czy Fundacja Promocji Kobiet. Przy uniwersytetach działają prawnicy udzielający bezpłatnych porad.

A co, jeśli nasza wolność do bycia sobą ograniczana jest nie przez szefa, ale przez współpracowników? Na Zachodzie, zawierając umowę o pracę, podpisuje się jeszcze jeden dokument – zobowiązanie do niedyskryminowania współpracowników ze względu na orientację seksualną, wyznanie, pochodzenie czy wyznawane poglądy.
W Polsce to nie jest tylko problem pracy. Nasze społeczeństwo nie jest tolerancyjne w stosunku do żadnej inności. To efekt braku edukacji i dobrego przykładu ze strony osób mających olbrzymi wpływ na nasz światopogląd – polityków, ludzi mediów... Dlaczego mielibyśmy być wolni w pracy, jeśli nie jesteśmy gdzie indziej? Przyznawanie się do bycia innym jest u nas politycznie niepoprawne. Z drugiej strony, konieczność udawania od 9 rano do 17 kogoś, kim się nie jest, może być nie do zniesienia. Problem rodzi się też, gdy „ujawnimy się” i spotkamy z ostracyzmem współpracowników, a także szefa, który zamiast nas chronić, przyłącza się do zespołu. To olbrzymi bagaż do udźwignięcia. Jeśli więc chcemy zachować godność i szacunek dla samego siebie, ale też otoczenia, jedynym wyjściem jest zmiana pracy.

  1. Psychologia

Trójczynnikowa koncepcja miłości

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
Miłość, niby wszyscy wiemy, co oznacza. Ale czy zapytana/y o definicję masz na pewno gotową odpowiedź? No właśnie…

Pod koniec lat osiemdziesiątych amerykański psycholog, Robert Sternberg, podjął to wyzwanie i postanowił rozłożyć na czynniki pierwsze „magiczne” i używane każdego dnia przez miliony ludzi na całym świecie, pojęcie. W ten sposób powstała Trójczynnikowa Koncepcja Miłości. Sternberg uznał bowiem, że „pełna” miłość składa się z trzech niezbędnych elementów: intymności, namiętności oraz zobowiązania. Jednak furtkę zostawił uchyloną przekonując, że każdy z tych składników jest plastyczny, i to wyłącznie od partnerów, pary zależy czy zdecydujemy się poszczególne elementy pielęgnować, rozwijać.

Intymnie

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. To sytuacja, kiedy z automatu uśmiechamy się, gdy śmieje się nasz partner i smucimy, gdy widzimy, że jemu jest źle. To chęć wyjaśniania nieporozumień, potrzeba pojednania po kłótni oraz wzajemne wspieranie się i zwierzanie. To twój partner jest pierwszą osobą, której opowiadasz, co czujesz, czy co cię spotkało. To właśnie intymność. Na początku związku bardzo powoli rośnie, ale opada jeszcze wolniej, zatem zwykle towarzyszy nam przez większość czasu trwania relacji. A kiedy wygasa, przy chęci i gotowości obu stron, można obudzić ją na nowo.

Namiętnie

Z definicji to: wysoka intensywność związana z pożądaniem o podłożu seksualnym lub romantycznym. Stała, silna tendencja do poszukiwania jedności fizycznej i/lub emocjonalnej z drugą, ukochaną osobą.

Na namiętność istotnie składa się pragnienie bliskości fizycznej z drugą osobą, podniecenie, ale to nie wszystko. To także rozmaite pozytywne uczucia, które towarzyszą związkowi na co dzień: zachwyt, wzruszenie, radość, ale również te negatywne: lęk, zazdrość, czy dojmująca tęsknota. To właśnie namiętność wyzwala w nas fantazje dotyczące partnera. O ile intymność pojawia się w związku powoli i powoli opada, dynamika namiętności jest zupełnie inna: na początku gwałtownie rośnie, szybko osiąga szczyt, ale równie szybko opada. Specjaliści przekonują, że mniej więcej po dwóch latach trwania związku nie ma już mowy o tym, by namiętność była na poziomie z początku związku. Jednak to naturalne i samo w sobie nie zagraża trwałości relacji.

Zobowiązująco

W tym przypadku szczególnie ważna jest nasza… praca! Chęć utrzymania stałości związku i poczucie odpowiedzialności za niego. To stałe wykazywanie zainteresowania, by przezwyciężać przeciwności, które przynosi los. Chodzi o świadomie ukierunkowane działania i myśli, których celem jest przekształcenie romansu w prawdziwy, trwały związek, chęć dbania o niego, pielęgnowania go. Zobowiązanie musi trwać „na dobre i na złe”. Wielu ekspertów przekonuje, że to właśnie ten składnik tworzy fundament teorii Sternberga. Bowiem wysoki poziom zobowiązania (nawet u jednego z partnerów) jest w stanie utrzymać związek na „odpowiednim” poziomie satysfakcji (oczywiście przez jakiś czas, bo pożądanym stanem jest poczucie zobowiązania obu stron). Dynamika zobowiązania jest inna niż te związane z intymnością i namiętnością. Poziom zobowiązania na początku rośnie powoli, następnie wraz z rozwojem relacji przyspiesza, aż w końcu osiąga stabilność i zwykle zachowuje ją już do końca związku.

Na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Santiago de Compostela, pod kierownictwem Roberta Sternberga stwierdzono, że i kobiety i mężczyźni przede wszystkom cenią w relacji intymności! To ona okazała się dla badanych najcenniejszym składnikiem związku.

Jeśli chodzi o namiętność, większość z par biorących udział w badaniu stwierdziło, że trudno jest im znaleźć pełną harmonię w tym obszarze relacji: albo mężczyźni potrzebują więcej tej składowej, a kobiety mniej lub odwrotnie. Zdecydowana większość twierdziła również, że pasja (namiętność) zanika wraz z upływem czasu. Brak symetrii dotyczy także ostatniego składnika, czyli zobowiązania. Sternberg sugeruje, że to zazwyczaj kobiety oczekują, potrzebują wyższego poziomu zaangażowania, mężczyźni raczej starają się, by ten element nie rósł.

7 sposobów na miłość

Miłość to nie tylko uczucie łączące kochanków, partnerów. Miłość także może mieć bardzo różne oblicza. I tak, na podstawie Trójczynnikowej Teorii Miłości Sternberg proponuje ideę, zgodnie z którą istnieje siedem dość jasno określonych „sposobów” na miłość:

1.Miłość w związku

Występuje ona wtedy, gdy istnieje mocne uczucie intymności między dwojgiem ludzi, ale nie ma w niej pasji i zaangażowania. Ta forma miłości jest charakterystyczna dla relacji między przyjaciółmi. Zazwyczaj są to bardzo trwałe relacje.

2. Krótkotrwały romans

W tym przypadku pojawia się namiętność, ale nie ma intymności oraz zobowiązania. Jest to charakterystyczne zjawisko dla tak zwanej „miłości od pierwszego wejrzenia”, zwykle to relacje krótkie i raczej płytkie.

3. Pusta miłość

Mówimy o niej wtedy, gdy nie ma już ani intymności, ani namiętności, a relacja opiera się na bardzo wysokim poziomie zaangażowania (zobowiązania) obu stron. Często to opis związku, który już bardzo długo.

4. Romantyczna miłość

W romantycznej miłości występuje mnóstwo namiętności oraz intymności, ale nie ma w niej zobowiązania. To coś na kształt „bujania w obłokach”, jest uczucie, ale nie ma rzeczywistej chęci stawiania wspólnie czoła problemom, które niesie życie.

5. Miłość społeczna

Ten rodzaj miłości pełen jest intymności i zaangażowania, ale nie ma w nim namiętności. Obie osoby cieszą się swoim wzajemnym towarzystwem i zdecydowały się utrzymać związek, pomimo braku jakiegokolwiek pożądania seksualnego czy romantycznych epizodów. Jest to typowa forma miłości panująca wśród przyjaciół czy bardzo dojrzałych par.

6.Głupia miłość

W relacjach tego typu dużo jest namiętności i silnego zaangażowania, ale brakuje intymności. Decyzja pozostania razem wynika przede wszystkim z pożądania seksualnego i romantyczności, a nie z chęci wzajemnego wspierania się i ufania sobie. Taki rodzaj relacji budują zwykle osoby, które cechują się wysokim stopniem niepewności i zależności od innych.

7. Miłość wytrawna

Stanowi ona „idealny” model miłości, w której wszystkie trzy składniki obecne są mniej więcej w równych proporcjach. Jest tutaj i namiętność, i intymność, a także zaangażowanie. Sternberg tłumaczy jednak, że ten rodzaj miłości jest… rzadkością.