1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy myślisz i czujesz pozytywnie?

Czy myślisz i czujesz pozytywnie?

123rf.com
123rf.com
Są ludzie, którzy są szczęśliwi i zadowoleni z życia. Są i tacy, którzy narzekają na swój los i doświadczają wielu negatywnych emocji. Jaka jest różnica między tymi, którzy mają pozytywne samopoczucie a tymi, którzy cierpią?

Badania psychologiczne zapewniają nam cenny wgląd w to, od czego zależy nasze poczucie szczęścia. Istnieje 6 podstawowych zmiennych, które odnoszą się do subiektywnego dobrego samopoczucia. Stabilne poczucie własnej wartości Pozytywnie myślenie o sobie w największej mierze decyduje, czy jesteśmy zadowoleni z naszego życia, czy nie. Wysokie poczucie własnej wartości pomaga nam być w relacjach z innymi ludźmi a także popycha do rozwoju. Gdy zaś się rozwijamy, zmieniamy, podejmujemy wyzwania życiowe, doświadczamy pozytywnych emocji, bo potrafimy sobie radzić z własnym życiem.

Poczucie sprawczości

Chaos z życiu jest przytłaczający i bardzo negatywnie wpływa na psychikę. Dlatego poczucie sprawczości jest kluczowym wskaźnikiem subiektywnego samopoczucia. Jeśli wierzymy, że mamy wpływ na zewnętrzne okoliczności, doświadczamy błogiego poczucia bezpieczeństwa. A także mamy odwagę, by osiągać nasze cele, mamy nadzieję i wiarę w przyszłość.

Ekstrawersja

Przeprowadzono badanie z udziałem studentów, którzy zostali poproszeni o opisywanie swojego nastroju przez tydzień. Okazało się, że szczęśliwsi byli studenci o usposobieniu ekstrawertycznym. Ekstrawertycy są bardziej towarzyscy, w ich życiu jest więcej relacji międzyludzkich i dzięki temu częściej doświadczają pozytywnych emocji. Optymizm

Optymiści wierzą, że wydarzą się dobre rzeczy a przeciwności losu się odwrócą. Dzięki temu nie przeżywają napięcia, związanego z zamartwianiem się i kreowaniem czarnych scenariuszy. Ważne jest jednak, żeby od pozytywnego optymizmu odróżniać nierealistyczny, który prowadzi do nadmiernego ryzyka i lekceważenia objawów problemów. Jednak zdrowa dawka optymizmu w pozytywny sposób pomaga nam angażować się w osiąganie sukcesu.

Pozytywne relacje społeczne

To kolejny wskaźnik dobrego samopoczucia. Istnieją dwa główne „składniki” pozytywnych relacji społecznych: przyjmowanie i udzielanie pomocy i emocjonalna zażyłość. Społeczne poparcie daje nam zdolność do radzenia sobie z życiem w bardziej efektywny sposób. W efekcie czujemy się na świecie bezpieczniej. Emocjonalnej zażyłości doświadczamy, kiedy jesteśmy połączony z innymi poprzez głębokie i znaczące związki.

Poczucie sensu i celu życia

Zadowolenie z życia zależy od odkrycia naszego celu życia, naszej osobistej misji i wizji. Kiedy możemy poczuć, że to co robimy ma jakiś większy sens niż krótkoterminowe cele, nasze życie jest szczęśliwsze. Duchowość pomaga nam się otworzyć na odkrycie misji życia.

Większość z tych zmiennych jest ze sobą powiązanych. Pojawiają się, gdy jesteśmy gotowi rozwijać się w tym obszarze. Określ, gdzie czujesz, że potrzeba ci więcej równowagi i jasności.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Niech ta jesień będzie inna! Jak nie dać się chandrze?

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Dla wielu z nas jesień oznacza kryzys w rocznym cyklu życia. A kryzys ma to do siebie, że albo da nam siłę do walki, albo powali i osłabi. Wybierzmy pierwszą opcję i skonfrontujmy się ze wszystkim, co trudne. Nie po to, żeby cierpieć, lecz by móc to zmienić. A wiosną powiedzieć sobie: „Ale szybko minęła ta szarówka. Zrobiłam tyle fajnych rzeczy, że nawet nie zdążyłam załamać się pogodą”.

Dla wielu z nas jesień oznacza kryzys w rocznym cyklu życia. A kryzys ma to do siebie, że albo da nam siłę do walki, albo osłabi. Wybierzmy pierwszą opcję i skonfrontujmy się ze wszystkim, co trudne. Nie po to, żeby cierpieć, lecz aby móc to zmienić.

Dla większości z nas życie toczy się w dwóch światach: wiosenno-letnim, kojarzonym z radością i aktywnością oraz jesienno-zimowym, utożsamianym z brakiem energii, a nawet z melancholią. Temu podziałowi sprzyja klimat. Ale czy musimy się mu poddawać? To nie pory roku powinny decydować o tym, jak wygląda nasze życie. Uświadomienie sobie tego może być pierwszym krokiem do zmian. Niech ta jesień będzie inna. Koniec z mówieniem: „Byle do wiosny”, i z obiecywaniem: „Wiosną schudnę, poszukam nowej pracy, wyjdę do ludzi”. Takie odraczanie różnych działań tylko pogarsza nasze samopoczucie. Czujemy złość, bo zaczynamy postrzegać się jako osoby słabe. Bezczynność karmi też wszystkie lęki.

Ja i jesień - mój rozwój

„Zapiszę się na angielski, francuski, zacznę nowe studia” – obiecujemy sobie. I nic z tym nie robimy. A potem zazdrościmy komuś, kto dobrze zna język albo ciągle się dokształca. Złościmy się na siebie, że kiedyś coś zaniedbałyśmy. Im większą czujemy złość, tym mniej chce nam się zacząć. Dlaczego rezygnujemy z tego, co dla nas ważne? – Naszym największym wrogiem jest wewnętrzny opór – mówi Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka. – Istotne, żeby zobaczyć, z czego on wynika. Czasem winne jest tzw. wyobrażenie poznawcze, czyli wizja tego, ile trzeba będzie poświęcić czasu i energii, aby osiągnąć cel. Tak jakby edukacja była potworem, który wtargnie do naszego świata i zdestabilizuje dotychczasowy porządek. Czasem przyczyną są stereotypy. „Nauka w tym wieku? To wariactwo. Kształcenie jest dla młodych”. Często też nie chcemy się konfrontować z własnymi emocjami, choćby ze wstydem wynikającym z poczucia, że jesteśmy kimś gorszym (a przecież podczas lekcji to się wyda).

Gdy już wiemy, czego się boimy, możemy to zwizualizować. W taki sposób często z naszymi lękami pracują terapeuci. Załóżmy, że najtrudniejszy jest wstyd. Terapeuta spytałby: „Co może się stać najgorszego podczas pierwszych zajęć nauki języka?”. Usłyszałby na przykład: „Może się okazać, że jestem najsłabsza”. Dopytałby: „Ale co konkretnie znaczy dla ciebie "najsłabsza"? Może to, że nie odezwiesz się na lekcjach? Albo że nie będziesz potrafiła prowadzić swobodnej konwersacji? Bądź jako jedyna uciekniesz z zajęć i więcej się na nich nie pojawisz?”. Kolejne pytanie dotyczy tego, jak możesz sobie z tym poradzić – na przykład umawiając się ze sobą, że niezależnie od wszystkiego wytrzymasz trzy zajęcia albo porozmawiasz z koleżanką, która biegle zna język. Po co to robić? Żeby urealnić złudzenie, że ona jest wybitna. Może się okazać, że studiowała za granicą lub w dzieciństwie była z rodzicami na placówce. Urealnienie jest pomocne w odzyskiwaniu poczucia własnej wartości. Kolejny skrypt: „Jestem za stara” – też można urealnić. Każdy z nas przecież zna ludzi, którzy zaczynają robić coś późno: po pięćdziesiątce bronią doktoratu, zaczynają naukę języka, a nawet zmieniają zawód. Przykłady takich osób mogą nas zmotywować.

Karolina Cwalina, coach, twórczyni projektu „Sexy zaczyna się w głowie”, proponuje metodę, która pozwoli nam zacząć coś nowego. – Proszę klientki, żeby wyobraziły sobie, jak się czują z tym, że nie porozumiewają się dobrze po angielsku, niemiecku lub francusku. Mówią o złości, frustracji, zazdrości, poczuciu winy. Potem proponuję, żeby wyobraziły sobie siebie, gdy już podszkolą język – jakby to wpłynęło na różne obszary ich życia? Jeśli chodzi o pracę, najczęściej opowiadają o większych możliwościach rozwoju i awansu. Życie osobiste i przyjacielskie – brak poczucia wstydu, gdy podróżujesz z przyjaciółmi, możliwość załatwienia sprawy w każdym kraju. Gdy nazwiemy profity, które uzyskamy dzięki nauce, poczujemy przyszłą satysfakcję – dzięki temu łatwiej nam będzie zapisać się na zajęcia.

Rozbrajamy też bombę: „To zajmie mi tyle czasu…”. Nauka nie polega na tym, że każdego wieczoru ślęczymy w domu nad książkami. Zaczyna się od małych kroków, które wspólnie ustalamy, na przykład: kilka słówek dziennie, raz w tygodniu film w oryginalnej wersji językowej. Co zyskujemy? Latem mamy już za sobą co najmniej pół roku pracy – i nie chodzi tylko o naukę języka, ale także o wzrost poczucia wpływu i własnej sprawczości.

Ja i jesień - moje ciało

Lato jest dla naszego ciała bezlitosne. Obnaża wszystkie jego niedoskonałości. Obnaża też w jakimś sensie nas, bo żyjemy w czasach, gdy zadbane ciało jest synonimem siły, samokontroli i sukcesu. Jeśli jest za grube, za blade, za obłe – czujemy się źle. To trochę tak, jakbyśmy mieli wypisane na czole: „Nie radzę sobie ze sobą”. W efekcie, często z powodu lęku przed opinią innych lub z obawy przed konfrontacją ze swoimi głębszymi uczuciami, zaczynamy wiosną tresować ciało i je katować: głodówka albo monodiety, intensywne ćwiczenia… Ile w tym prawdziwego kontaktu ze swoją fizycznością i rozumienia jej?

Jesienią zaś ciało schodzi na dalszy plan. Schowane pod grubym ubraniem, ukryte pod płaszczem – przestaje być dla nas priorytetem. Wcześniej musztrowane, teraz zostaje zaniedbane. Nie służy mu nadmierna ilość alkoholu i inne używki, niezdrowe jedzenie oraz nadmierna praca.

– Zapominamy też, że zła komunikacja z ciałem wpływa negatywnie na nasze samopoczucie – mówi Małgorzata Ohme. – I tak wpadamy w błędne koło, bo wiosną mamy kilka kilogramów więcej, jesteśmy nieszczęśliwe i zmęczone. Tymczasem jesień to idealny czas, żeby odzyskać kontakt z ciałem. Otoczyć je troską i czułością, a nie traktować jak surowy nauczyciel czy rodzic, który stawia mu tylko wymagania. Pierwsze pytanie mogłoby brzmieć: „Co ukrywam pod warstwą tłuszczu: lęk, złość, jakieś zranienie?”. Drugie: „Co jest dla mnie naprawdę ważne i dlaczego?”. Mimo społecznej presji nie musimy wszystkie być takie same.

Warto zwizualizować to, jak chcemy wyglądać, oraz co będziemy czuły, gdy to się uda: co zyskamy, a czego na przykład boimy się zyskać. Część kobiet podświadomie boi się być szczupła, bo wiążą to z wybuchem seksualności, otwartością na mężczyzn, a one tego nie chcą. Powodem może być lęk przed zranieniem, utratą związku lub zmianą w życiu.

Następnie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za dużo jemy. Dla wielu z nas jedzenie wiąże się z konkretnymi emocjami, choćby nudą. Latem mamy więcej bodźców, by być aktywnym. Ich brak jesienią możemy odreagowywać, pochłaniając jedzenie. Zajadać możemy też smutek, rozpacz, czasem złość i stres. Ważne, by rozpoznać własny przypadek i, gdy pojawi się dana emocja, rozładowywać ją w inny sposób: pójść na masaż, akupunkturę, spotkać się z przyjaciółmi. Albo poćwiczyć – nie musimy kompulsywnie angażować się w bieganie, chodzenie na siłownię, basen lub jogę. Tym razem (to plus) czas nikogo nie goni. Niektórzy psychoterapeuci proponują następującą technikę: rozbierz się, stań przed lustrem, dotykaj się z czułością, a w końcu zapytaj swoje ciało: „Hej, czego potrzebujesz? Jak mam o ciebie zadbać?”. Zaufaj pierwszej intuicyjnej odpowiedzi – możesz czuć wstręt na samą myśl o bieganiu, ale joga już nie będzie budzić takich emocji. Nieważne, co jest modne – czasem wystarczy zacząć od spacerów czy wyjścia w niedzielę na basen. Istotne, żeby tej jesieni przyświecała nam myśl: „Nie udaję, że mojego ciała nie ma. Codziennie przeznaczam pół godziny na to, żeby coś dla niego zrobić, nawet jeżeli ma to być tylko długa relaksująca kąpiel”.

Ja i jesień - sprawy zamiecione pod dywan

Niewniesiony pozew rozwodowy, choć minęło już tyle miesięcy, a nawet lat. Nieuregulowana kwestia alimentów, długi, brak ważnych dokumentów, wciąż odkładana wizyta u lekarza. Prawie każda z nas ma sprawę wymagającą załatwienia – czasem drobiazg, który jednak uwiera. Lato to nie zawsze dobry moment na konfrontację (a raczej doskonały moment, by unikać trudnych spraw), bo wakacje, wyjazdy, relaks… „Nic na to nie poradzę, inni też tak mają” – racjonalizujemy. Jesienią jednak stare sprawy często wracają. Możemy znów ich unikać, powtarzając: „Zajmę się tym, ale nie teraz. Wystarczy, że za oknem jest koszmarnie”. Ale możemy też spróbować zachować się dojrzale i zająć się załatwianiem tego, co wydaje się trudne. Małgorzata Ohme: – Za brakiem działań zwykle kryje się strach. To tak, jakbyśmy stały za zamkniętymi drzwiami i panicznie bały się je otworzyć, bo w pokoju, do którego nie chcemy wejść, jest bałagan. Tylko że jak unikamy wkroczenia do niego, bałagan narasta.

Im dłużej analizujemy, tym trudniej zrobić pierwszy krok. Weźmy choćby rozwód czy sprawę o alimenty. Co się kryje za niepodjęciem walki o pieniądze dla swojego dziecka? Najczęściej nasze wyparte uczucia: ból, smutek, nieumiejętność konfrontacji z byłym partnerem czy zaakceptowania tego, co się stało. Czasem lęk przed jego oceną, otwartym konfliktem, narażeniem się na zranienie. Tyle że nie robiąc nic i tak cierpimy: nasza sytuacja finansowa jest niestabilna, mamy głębokie poczucie niesprawiedliwości, frustruje nas brak wpływu na własne życie. Dobrze jest więc – choćby nawet na początku wbrew sobie – powiedzieć: „Koniec tego!”. Jak działać?

– Skoro nie potrafiłyśmy tego zrobić dla siebie, skoncentrujmy się na tym, że robimy to dla dziecka – radzi Karolina Cwalina. Oto pytania, które mogą nam pomóc znaleźć motywację: „Dlaczego dla mojego dziecka ważne są pieniądze od ojca?”; „Co zyska, jak to wpłynie na jego rozwój i poczucie własnej wartości?”; „Co ja będę czuła, gdy zagwarantuję mu bezpieczeństwo?”. Potem należy rozpisać plan działania: dziś dzwonię do koleżanki, która wygrała sprawę o alimenty, jutro znajduję prawnika, za trzy dni robię kolejną rzecz.

Tak samo jest z każdą odkładaną sprawą. Lepiej nie myśleć o niej jako całości i nie planować, że od razu załatwi się wszystko, tylko działać krok po kroku. Zrealizowanie zaległych zadań, nawet tak drobnych jak wizyta u lekarza, da nam poczucie mocy.

Ja i jesień - inni ludzie

– Jesień to jeden z tych momentów, kiedy szczególnie potrzebujemy wsparcia bliskich, bo sami mamy ograniczone zasoby energii – tłumaczy Małgorzata Ohme. – Dlatego dobrze wykorzystać ten czas na poukładanie relacji z innymi. Odcięcie tego, co minione, zbliżenie się do tych osób, na których naprawdę nam zależy, może otwarcie się na kogoś nowego?

Na co dzień rzadko przyglądamy się temu, jakie mamy związki z ludźmi: że komuś dajemy za dużo energii i nie wystarcza jej dla innej ważnej dla nas osoby lub nie mamy odwagi, żeby odezwać się do kogoś, kogo zaniedbałyśmy. W efekcie czujemy się obciążone i zmęczone. Jak oczyścić przestrzeń wokół siebie? Według mnie w relacjach międzyludzkich najbardziej magiczne słowo to „spróbujmy”. Jestem za tym, żeby walczyć o każdą relację, dopóki ma to sens i dopóki po drugiej stronie jest wola. Ale nawet jeśli jej nie będzie, my przynajmniej wiemy, że zrobiłyśmy wszystko.

Dlatego warto zadzwonić do przyjaciółki, do której nie odzywałyśmy się pół roku, albo do siostry, z którą weszłyśmy w konflikt. Przeprosić, umówić się na rozmowę, nawet jeśli druga strona początkowo okaże złość. Złość jest tylko emocją i mówi nie o nas, tylko o czyichś niezaspokojonych potrzebach. Być może nie odpowiedziałyśmy na oczekiwania kogoś innego, być może musimy zmierzyć się z czyimś rozczarowaniem. Taka jest dynamika wielu relacji. Czasem nie ma nic lepszego niż oczyszczająca rozmowa z kimś, z kim miałyśmy konflikt lub niewyjaśnione sprawy.

Inna kwestia to umiejętność kończenia niektórych znajomości – zobaczenia, z kim czuję się dobrze, a z kim źle. Człowiek ma bardzo silną potrzebę aprobaty społecznej. Chcąc być lubiani i doceniani, ulegamy iluzji, że sympatia innych gwarantuje nam sukces i powodzenie. A przez to często tracimy czas na zaspokajanie emocjonalne tych, których zaspokoić się nie da albo my tego nie potrafimy. Żeby ułatwić sobie zakończenie wyczerpującej energetycznie przyjaźni, warto odpowiedzieć na pytania: „Ile straciłam przez tę osobę?”; „Ile razy mnie zaniedbała, zapomniała o czymś dla mnie ważnym?”; „Ile razy czułam się zlekceważona, oceniana?”; „Czy chcę się czuć tak, jak czuję się przy tej osobie?”. Zrezygnowanie z jakiejś relacji bywa niełatwe, bo odpuszczamy kontrolę, przyznajemy, że nie dla każdego możemy być ważni, nie każdego obchodzimy. Im silniejsza jest ta narcystyczna część w nas, tym jest to trudniejsze, ale tylko dzięki temu oczyścimy przestrzeń wokół siebie. Karolina Cwalina proponuje: – Bardzo przydatne może być po prostu wypisanie na kartce dziesięciu osób, na których nam zależy, i ocenienie w skali od 1 do 10, ile czasu poświęcamy każdej z nich, ile ona nam oraz co mogłybyśmy zmienić ze swojej strony.

Ja i jesień - przyjemności

Małgorzata Ohme: – Nie musimy tej jesieni zrobić tych wszystkich wymienionych rzeczy i konfrontować się z każdym trudnym obszarem naszego życia. Dobrze zrobić choć jedną, by poczuć siłę i być może tym samym otworzyć drzwi kolejnym zmianom. Przy tym wszystkim nie powinniśmy zapominać o magicznym słowie: „przyjemność”. Mam wrażenie, że dualizm naszego świata polega również na dawaniu sobie zgody na przyjemności i zabawę latem oraz całkowitym pozbawianiu się tego jesienią. Od kilku lat bardzo pracuję nad tym, by tak nie robić. W moim jesiennym planie tygodnia jest miejsce na wyjścia, wyjazd, spotkania z przyjaciółmi. To moje „święte dni”. Nie zamykam się wtedy w domu, nie izoluję, choć często miałabym na to ochotę. Wiem, że jeśli odpuszczę jedno, ruszy lawina, którą trudno będzie zatrzymać. Dlatego jestem zwolenniczką przestrzegania dyscypliny przyjemności, które są tak samo ważne – o ile nie bardziej – niż obowiązki.

  1. Psychologia

Dlaczego boimy się zmian? Jak wzmacniać poczucie sprawczości i trenować otwartość na nowe?

Bojąc się zmiany, prawie zawsze w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? (Fot. iStock)
Bojąc się zmiany, prawie zawsze w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? (Fot. iStock)
Jako gatunek wykazujemy wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi – mówi psychoterapeutka Magdalena Guzik. Dlatego zamiast unikać zmian, lepiej się ich spodziewać i przyjmować je z otwartymi ramionami. Niczym falę, która obmywa nam stopy, a zaraz potem odpływa, by zrobić miejsce kolejnej. 

Żyjemy w czasach, w których mamy coraz wyższą samoświadomość, a zagadnienia psychologiczne są nam dużo bliższe niż naszym rodzicom czy dziadkom. Czy to znaczy, że mniej boimy się zmian? Przede wszystkim żyjemy w świecie, w którym panuje duży nacisk na nieustanny rozwój. Z tematem zmiany mierzymy się zatem w sposób bardziej zaplanowany i przemyślany. Inaczej jest oczywiście w przypadku osób z dużym poziomem lęku czy doświadczających zaburzeń lękowych – dla nich strach przed zmianą staje się niejako głównym tematem życia, czymś, z czym borykają się bardzo realnie, doświadczając go wręcz fizycznie.

Nie trzeba jednak cierpieć na stany lękowe, by czuć się niepewnie w podlegającej ciągłym przeobrażeniom rzeczywistości. Dlaczego coś, co powinno być naturalne jak przypływy i odpływy morza, które obserwujemy siedząc na plaży – w większości ludzi budzi opór i niepokój? Mieliśmy tysiące lat, by się do tego przyzwyczaić. Panta rhei – mawiali starożytni, czyli wszystko płynie. W naszej epoce to już jednak nie płynięcie, to rozszalały nurt! Zmiany społeczne i kulturowe zachodzą tak szybko, że ciężko za nimi nadążyć. Myślę więc, że nawet jeśli nauczyliśmy się czegoś przez tysiąclecia, to dziś i tak znajdujemy się w sytuacji bezprecedensowej. Fakt, że od wieków trudno jest nam mierzyć się z czymś nowym, wynika z prostego faktu, że każda zmiana zaburza znajomy i oswojony już porządek rzeczywistości. Budzi to szereg emocji: od niepewności do niepokoju, a stąd już blisko do lęku, który może być paraliżujący. Przeglądu tych emocji mogliśmy dokonać w ostatnich miesiącach, kiedy wybuchała i rozwijała się pandemia – sytuacja była tak nieprawdopodobna i tak zupełnie nowa, że większość z nas reagowała szokiem, niedowierzaniem; następnie pojawiał się lęk o zdrowie, który stopniowo oswajaliśmy, później lęk o przyszłość. Nadal się z nimi mierzymy.

Kolejna rzecz, o której należy wspomnieć, to wydatek energetyczny, jaki wymuszają na nas zmiany. One zawsze wymagają jakiegoś działania, choćby namysłu i podjęcia decyzji, jak do nich podejdziemy. Można więc powiedzieć, że są emocjonalnie kosztowne – gdy zachodzą, musimy poradzić sobie z rozmaitymi emocjami, przede wszystkim tymi, które łączą się z utratą kontroli. Oczywiście inaczej ma się sprawa w wypadku zmian, które wymuszają na nas okoliczności zewnętrzne, a inaczej, gdy wypływają one z nas samych. W tym drugim przypadku są dużo łatwiejsze do przyjęcia. Chociaż nie zawsze…

Historia pokazuje, że jako gatunek wykazujemy jednak wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Do większości jesteśmy w stanie naprawdę wspaniale się przystosować, choćby łączyło się to z tak zwanymi negatywnymi emocjami. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi!

Mówimy o historii, a stąd już blisko do uwarunkowań kulturowych. Na ile są one istotne? Przyznam, że obracając się w środowisku bardzo międzynarodowym, często odnoszę wrażenie, że w nas, Polakach, lęk przed zmianą jest szczególnie mocny. Rzeczywiście jesteśmy społeczeństwem dosyć tradycyjnym, konserwatywnym, przywiązanym do pewnych wartości i niechętnie z nich rezygnującym. Z drugiej strony – i to warto podkreślić – jesteśmy także narodem, który w wielu momentach dziejów pokazał, że potrafi doskonale i niezwykle twórczo poradzić sobie z trudnościami. Mówi się przecież: „Polak potrafi!”. Sądzę więc, że kwestia polskiego podejścia do zmian nie jest jednoznaczna. Ja wprawdzie nie mam bardzo wielu kontaktów z przedstawicielami innych nacji, za to wnikliwie obserwuję moich pacjentów. Szczególnie wśród młodego pokolenia, tego już aktywnego zawodowo, widzę sporą otwartość na zmiany. Te osoby świetnie odnajdują się w nowych specjalnościach, podróżują, eksperymentują.

Może tym, co podskórnie czułam, był dysonans między tym, jacy rzeczywiście jesteśmy, a tym, jak siebie wyrażamy? Lubimy przecież w Polsce ponarzekać, na zmiany także, co rzeczywiście nie musi oznaczać, że ich nie akceptujemy i nie próbujemy sobie z nimi poradzić. Tak czy inaczej, gdy w naszym życiu zachodzą zmiany, u wielu osób emocje wymykają się spod kontroli. Jak zachować wewnętrzny spokój? Dotyczy to nie tylko sytuacji dramatycznych, ale także tych wyczekiwanych – ślubu, narodzin dziecka, nowego domu... Jak już wcześniej powiedziałyśmy, warto rozróżnić zmiany narzucone z zewnątrz (np. choroba kogoś bliskiego) od tych, które pochodzą od nas (np. decyzja o remoncie mieszkania). W obu przypadkach pewien stres jest potrzebny, bo mobilizuje nas do planowania i działania. U osób z większą wrażliwością może jednak stać się paraliżujący. Takie osoby rzadziej będą samodzielnie wprowadzać w życie jakiekolwiek zmiany, czyli te z drugiej kategorii – nie polubią remontów, przeprowadzek i nowych doświadczeń, choćby inni uważali je za ekscytujące. Aby opanować napięcie, które może pojawić się przy zmianach, warto skrupulatnie planować ich przebieg lub − w wypadku zmian z pierwszej kategorii − przemyśleć, co zrobimy, kiedy już zaistnieją. Pomaga to odzyskać przynajmniej częściowe poczucie kontroli.

Oczywiście trzeba też pamiętać, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu i wszystkiego nie zaplanujemy, nie rozpiszemy, nie przewidzimy. Pomocna może więc być zasada małych kroków – skupienie się na poszczególnych etapach. Sprawdza się ona zwłaszcza w sytuacjach, gdy obrany cel jest dla nas tak ważny, że z obawy przed porażką nie robimy nic. Gdy rozpiszemy go na etapy: mniejsze, czasem nawet bardzo drobne czynności, które pomału doprowadzą do efektu finalnego − cel przestanie wydawać się tak bardzo nieosiągalny.

Wspomniałaś o poczuciu kontroli. Skojarzyło mi się to z popularnym motywem wielu komedii romantycznych, gdzie panna młoda – a więc osoba mierząca się z piękną, upragnioną zmianą – wpada w zupełny popłoch. Czy to właśnie brak poczucia kontroli powoduje stres, także w chwilach zmian przez nas wyczekiwanych? Zdecydowanie tak. To, że czegoś wyglądamy, na coś czekamy, że podjęliśmy pewną decyzję – nie oznacza, że nie towarzyszą nam trudne emocje. Mogę przecież być ogromnie zakochana i szczęśliwa, a jednocześnie odczuwać wątpliwości, czy poradzę sobie w nowej sytuacji. Czynników stresogennych jest tu więc wiele. Kolejnym, bardzo zresztą ważnym, jest presja środowiska. W wypadku ślubu i wesela jest ona często silnie odczuwana – staramy się zadowolić rodziców, gości, partnera. Dotyczy to zresztą wszystkich zmian. Każda z nich wpisana jest bowiem w jakiś kontekst, w którym żyjemy – rodzinny, towarzyski, zawodowy....

Przypomina mi się własne doświadczenie sprzed kilku lat, gdy podjęłam decyzję o zmianie pracy. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, pełna entuzjazmu, nie mogłam doczekać się rozpoczęcia nowego projektu. Bardzo zdziwiły mnie wtedy reakcje znajomych, w większości negatywne. „Nie boisz się?” – pytali wielokrotnie, jakby lęk miał determinować moje wybory. „Może nie odniesiesz już sukcesu po raz drugi?”. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło; dziś myślę, że może po prostu przyjaciele projektowali na mnie swoje obawy. Możemy powiedzieć, że twoje otoczenie na decyzję o zmianie zareagowało dużym niepokojem. Bez względu na powody – to nie miejsce i czas na ich analizę – wyobrażam sobie, że było to dosyć obciążające. Komunikaty, jakie wtedy otrzymałaś, mogą bardzo podcinać skrzydła; odbierać poczucie przekonania co do dokonanego wyboru, ale też złościć. To kolejna emocja, która może pojawić się podczas dokonywania zmiany. Szczególnie, gdy coś lub ktoś staje na naszej drodze.

Bojąc się zmiany, prawie zawsze, w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? Nie chodzi tu zresztą tylko o jednoznacznie negatywne konsekwencje zmiany – to, co pozytywne, odniesiony sukces, też może budzić zazdrość czy zawiść. Co więcej, zmiana może zupełnie zaburzyć kontekst, w którym żyjemy. Weźmy za przykład rodzinę, w której kobieta, dotąd zajmująca się domem, staje się aktywna zawodowo. Taka zmiana diametralnie przeformułowuje jej życie, ale równie silnie wpływa na osoby trzecie − dzieci, partnera. To też musimy brać pod uwagę.

Wracając do twojej historii – warto podkreślić, że każdy ma inny próg otwartości na zmianę. Może twoi znajomi ustawili go w innym miejscu? Może są mniej otwarci na doświadczenia, mają większy poziom lęku? Podejrzewam, że ich reakcje w tej sytuacji były niegroźne i nie zaprzepaściły twoich planów. Ale wyobraźmy sobie reakcję lękliwej matki z małym dzieckiem, naturalnie chętnym do odkrywania świata. Ciągły komunikat z jej strony w stylu: „Uważaj, zaraz się przewrócisz. To niebezpieczne” może zaważyć na chęci eksplorowania, a w dłuższej perspektywie sprawić, że dziecko przejmie lęk matki.

Czyli otwartość na zmiany wynika nie tylko z  naszej osobowości, ale także z doświadczeń i wychowania, z dzieciństwa? Zdecydowanie tak, ale pamiętajmy, że na te wzorce wdrukowane w dzieciństwie możemy wpływać, możemy je zmieniać w dorosłym życiu. Pomocna może być w tym terapia, w czasie której przyglądamy się wczesnym relacjom. Na ile nas one wzmacniały, budowały, a na ile przeciwnie, podcinały nam skrzydła? To przecież w tych wczesnych relacjach budujemy zaufanie do siebie i do świata. Czy jest on bezpieczny? Czy mam prawo sięgać po to, co sobie wymarzyłam? Jakie jest moje poczucie sprawstwa, poczucie wpływu? Co dostałem? Czego zabrakło? Na szczęście kształtuje nas w życiu wiele czynników, nie tylko wczesne relacje, ale też na przykład właśnie relacja terapeutyczna. Może ona stać się relacją korygującą, wzmacniającą, pokazującą, że wbrew temu, czego nauczyłem się w dzieciństwie, mogę sobie ufać i mieć poczucie wpływu na własne życie.

Poza cechami osobniczymi i nauką wyniesioną z wczesnych relacji mamy jeszcze trzeci element formujący naszą otwartość na zmiany: przeżyte już w późniejszym, nawet dorosłym wieku doświadczenia i traumy. Są w naszym życiu zdarzenia, które mogą zaburzać poczucie bezpieczeństwa i stanowić takie obciążenie, że wpływają nawet na osobę, która wcześniej nie bała się zmian.

Doskonale to rozumiem. Uwielbiam zmiany i nowe doświadczenia, ale w zeszłym roku przeszłam poważne załamanie, straciwszy dość zaawansowaną ciążę. Nagle ogarnął mnie lęk o przyszłość, zaczęłam  się bać wszystkiego i o wszystko – o bezpieczeństwo bliskich, o swoje zdrowie. Strata, którą przeżyłam, stanowiła właśnie takie obciążenie. Warto dodać, że zmiany przez nas pożądane też oznaczają w pewnym sensie stratę. Oczywiście. Każda zmiana łączy się z jakąś stratą, z tego prostego powodu, że zawsze wybierając bycie w jednym miejscu, rezygnujemy z bycia w drugim. Może to być bolesne, nawet jeśli z nową rzeczywistością łączą się radość i liczne korzyści. To zresztą refleksja, która przychodzi i pogłębia się z wiekiem – im więcej mamy lat, tym wyraźniej widzimy, że każda decyzja oznacza rezygnację z czegoś innego. You can do anything, but you can't do everything – mówi anglojęzyczne porzekadło. Możemy wiele, ale nie damy rady zrobić wszystkiego jednocześnie. Trzeba się z tym pogodzić.

W artykułach na temat lęku przed wprowadzaniem modyfikacji w życiu kilkakrotnie spotkałam się z wyrażeniem „aktywne zarządzanie zmianą”. Czy to właśnie to? Pogodzenie się z faktem, że nie możemy wszystkiego, i wybór pola, na które mamy wpływ, a następnie aktywne go kształtowanie? Przyznam, że termin, na który się powołujesz, brzmi dla mnie bardziej jak hasło coachingowe niż wyrażenie z zakresu psychologii. Domyślam się, że związany jest z aktywnym planowaniem działań, które mają doprowadzić do zmiany – coś takiego bardzo potrzebne jest w organizacjach. Możemy nawiązać tu do innego ważnego terminu, mianowicie poczucia sprawczości. Pippi Pończoszanka mawiała: „Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze dam radę”. Im więcej w nas takiego przekonania i poczucia sprawczości, tym lepiej. Jeśli mamy go niewiele, też czeka na nas dobra wiadomość: poczucie zaufania do siebie można wzmacniać, można nad nim pracować; znamy narzędzia, które temu służą. Powtarzam jednak, że trzeba zostawić pewien margines na to, czego w życiu nie da się kontrolować. „Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” – tę myśl Woody'ego Allena też trzeba mieć gdzieś w zanadrzu. 

Magdalena Guzik psycholog, psychoterapeutka, trenerka. Prowadzi terapię osób dorosłych z zaburzeniami lękowymi, doświadczających kryzysów osobistych czy trudności w relacjach. Wspiera Fundację Melancholia, zajmującą się edukacją społeczną w zakresie szerzenia wiedzy o depresji

  1. Styl Życia

Rafting. Ty kontra rzeka

Rafting może być świetnym sposobem, by zmierzyć się z tym, co nas blokuje. (Fot. iStock)
Rafting może być świetnym sposobem, by zmierzyć się z tym, co nas blokuje. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Nasza dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.

  1. Psychologia

Moc sprawcza - przejmij kontrolę nad swoim życiem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Robimy to, co robią inni, a nawet lubimy to, co lubi większość. Dlaczego kierujemy się tym, co mówi świat zewnętrzny, a nie tym, co nam w duszy gra? Rozmawiamy z psycholożką dr Pauliną Sobiczewską ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Powody mogą być różne, zależne od tego, gdzie ich szukamy – czy w osobowości, temperamencie, czy w sytuacji, w jakiej ludzie się znajdują. Jeśli skupimy się na człowieku jako jednostce, to opieranie się głównie na opiniach innych może być przejawem czegoś, co nazywamy zewnętrznym umiejscowieniem kontroli. Czyli przekonaniem, że wszystko, co się nam zdarza, jest związane z jakimś zewnętrznym centrum dowodzenia, że wyniki naszych działań nie zależą bezpośrednio od tego, co sami robimy, tylko od losu, szczęścia, różnie ludzie to sobie definiują. W przeciwieństwie do takich osób ci z wewnętrznym umiejscowieniem kontroli nie lubią korzystać z pomocy różnego rodzaju specjalistów, nie wierzą lekarzom, nie chcą się konsultować, są przekonani, że efekty ich działań zależą bezpośrednio od nich samych.

Z czego ta różnica wynika?
Umiejscowieniem kontroli różnimy się tak, jak różnimy się kolorem oczu, to nasza charakterystyka powiązana poniekąd z pewnością siebie. Jak ktoś jest mało pewny siebie, to będzie szukał autorytetów na zewnątrz. Z kolei jak jest skrajnie pewny siebie, to będzie miał za nic opinie innych. Możemy też spojrzeć z perspektywy społecznej na to, że ludzie, zwłaszcza młodzi, kierują się opiniami innych, na ogół rówieśników, i w pewnych sytuacjach są to typowe zachowania. Jak nie wiemy, w którą stronę iść po wyjściu z autobusu, to idziemy tam, gdzie idzie najwięcej ludzi. Gdy nie wiemy, jak się zachować w teatrze, w kościele, to robimy to, co robi większość. Ma to, oczywiście, związek z konformizmem.

Jednak przekonanie, że to ja decyduję o swoim życiu, implikuje większe zaangażowanie, większą motywację do działania.
Oczywiście, bo jeśli jestem przekonana, że wynik mojego działania ma związek z tym, co robię, jak bardzo przykładam się do pracy, to staram się pracować na maksimum swoich możliwości. Natomiast jeśli mam przekonanie, że wynik mojego działania indywidualnego, a zwłaszcza w pracy w grupie, nie będzie brany pod uwagę, to dość łatwo się wycofuję, mniej się angażuję i nie biorę na siebie odpowiedzialności za efekty. No i wtedy te efekty są na ogół marne.

Co zrobić, żeby ktoś uwierzył, że ma moc sprawczą?
Przede wszystkim spowodować, żeby uwierzył w związek swojego działania z realnymi efektami tego działania w jego życiu. Najprościej powołać się na jakieś doświadczenia z przeszłości, kiedy zaangażował się w jakąś pracę i coś osiągnął. Zobacz: biegałeś codziennie i schudłeś. Jeśli nie mamy do czego się odwołać, to zaplanujmy aktywności, zajęcia, które pokazywałyby związek działania z efektami. Tę zależność trzeba odczuć, niektórzy ludzie naprawdę nie potrafią sami dostrzec na przykład związku między swoją sytuacją materialną a decyzjami, jakie w życiu podjęli. Narzekają, że mało zarabiają, a nie dokształcają się, nie mają odwagi założyć własnej firmy czy nawet poprosić o podwyżkę. Oczywiście, pamiętajmy, by nadmiernie nie konfrontować, nie krytykować takich ludzi, bo to ich do działania nie zmobilizuje. Jeśli ktoś ma przekonanie, że jego życiem kieruje los albo ktokolwiek inny poza nimi samymi, i jeśli nie chce się wyzbyć tego przekonania, zawsze znajdzie milion tłumaczeń na to, że mu się coś nie udało. Raczej warto zauważać i doceniać: Jak zdecydowałeś, żeby wyremontować mieszkanie, to sprawnie sobie z tym poradziłeś i dzięki temu mieszkasz wygodniej. Ważne, aby nieustannie podnosić u tych ludzi poczucie kontroli i co za tym idzie – poczucie skuteczności działania.

Najlepiej zacząć od kształtowania w dziecku przekonania, że ma wpływ na to, co się mu przydarza.
Zdecydowanie tak. Zastanówmy się nad tym, co mówimy do dzieci. W Polsce jak dziecko narysuje coś ładnego czy dobrze rozwiąże zadanie, mówimy: „O, udało ci się”. Czyli od razu kierujemy kontrolę na zewnątrz. Amerykanie mówią: „You did it!”, czyli: „Zrobiłeś to”. Tym samym przekazują dziecku informację: „Postarałeś się, dzięki temu dobrze wykonałeś zadanie”. Pewne przekazy są głęboko zakorzenione w języku.

Źle coś zrobiłem, jestem do niczego, więc nie mam prawa do odpoczynku. Tak często myślimy.
A powinniśmy wiedzieć i uczyć tego dzieci, że jeśli chcemy być wydajni, to musimy bardzo racjonalnie zarządzać swoją energią, swoim ciałem i umysłem. Gdy ktoś kupuje samochód i chce długo nim jeździć, to doskonale wie, że trzeba o niego dbać, dolewać olej, robić przeglądy itd. Wiele osób, dbając o swoje samochody, jednocześnie stwierdza: „Jestem tak zaganiana, że nie mam ani chwili, żeby odpocząć, niewiele jem, niewiele śpię, nie pamiętam, kiedy zrobiłam coś dla przyjemności”. Ludzie, pracując od świtu do nocy, tak dalece zatracili kontakt ze sobą, że nie czują nawet, że są wyczerpani, że chce im się pić, jeść. A tak obciążony organizm spala dużo więcej energii, gorzej pracuje, bo to jest mniej więcej tak, jakbyśmy tym samochodem jechali pod górę na ręcznym. Wszystko się wtedy niszczy. Nie mówiąc o tym, że nie da się jeździć samochodem bez tankowania paliwa.

Ludzie idą po rozum do głowy, dopiero kiedy coś się stanie.
Tak, uczą się, gdy dostają poważne ostrzeżenie od życia, na przykład przeszli zawał albo gdy zachorował ktoś w najbliższej rodzinie. Wtedy przyjmują do wiadomości, że bez tankowania daleko nie pojadą.

Nie potrafimy się zatrzymać nawet na urlopach.
Z jednej strony konieczne jest zminimalizowanie bodźców chociażby po to, żeby usłyszeć, czego nasze ciało potrzebuje. Czasami na szkoleniach z zarządzania wydajnością daję uczestnikom minutę, żeby zamknęli oczy i niejako przeskanowali swoje ciało, zastanowili się, czego potrzebuje głowa, szyja, barki. Ktoś mówi, że potrzebowałby się przespać albo pooddychać świeżym powietrzem, ktoś inny, że chce mu się pić. Potrzebna jest choćby minuta, żeby organizm miał szansę wysłać do mózgu informacje, co musi „zatankować”.

Z drugiej strony – młode pokolenie przyzwyczajone jest do multitaskingu, do wielu bodźców naraz, oni słuchają muzyki, odrabiają lekcje i czytają wiadomości na smartfonie. Do końca nie wiadomo, jak to ostatecznie wpłynie na ich organizm, energię do działania. Być może okaże się, że ci młodzi w kolejnych pokoleniach będą bardziej odporni, tego nie wiemy. Na razie jednak nadmiar bodźców jest bardzo obciążający dla umysłu, dla funkcji poznawczych, żeby ogarnąć te wszystkie nadchodzące bodźce, organizm ignoruje inne. Niektórzy młodzi ludzie doprowadzają się do skrajnego wycieńczenia, grając w gry komputerowe, nie słyszą wołania organizmu, żeby odpocząć, spełnić swoje potrzeby fizjologiczne. Oni kompletnie nie są wtedy w kontakcie ze sobą.

Dorośli też oddają siebie w ręce różnej maści specjalistów od duszy i ciała.
To taki amerykański trend, że zaczynamy mieć specjalistów od wszystkiego. Do ogródka mam ogrodnika, do dzieci nianię, do małżeństwa terapeutę. Oddajemy dużo dziedzin swojego życia specjalistom czy pseudospecjalistom, którzy mają nam te obszary zorganizować, często nawet nie podejmując wcześniej próby poradzenia sobie samemu. Tym samym oddajemy im kontrolę nad swoim życiem.

Lenistwo to czy wygoda?
Ludzie wybierają specjalistów, ponieważ uważają, że oni lepiej się na tym znają i że samo przekazanie im sprawy już tę sprawę poniekąd załatwia. Specjaliści są, oczywiście, potrzebni, mogą nam doradzić, coś podpowiedzieć, ale to nas nie zwalnia z odpowiedzialności za swoje życie.

dr PAULINA SOBICZEWSKA, psycholożka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, zajmuje się m.in. motywacją, stresem, prowadzi szkolenia z zakresu psychoedukacji: komunikacji, asertywności, efektywnego działania.

  1. Psychologia

Odporność psychiczna. Czym jest? Jak ją wzmacniać?

Odporność psychiczna to m.in. umiejętność konstruktywnego myślenia o sobie, o świecie, o popełnionych błędach. (fot. iStock)
Odporność psychiczna to m.in. umiejętność konstruktywnego myślenia o sobie, o świecie, o popełnionych błędach. (fot. iStock)
Dlaczego jedne osoby są w stanie podnieść się po największych porażkach, otrzepać i iść dalej, a inne może załamać czyjaś krzywdząca opinia czy niespełniona miłość? Za oba te scenariusze odpowiada nasza odporność psychiczna. Cecha, w którą jesteśmy wyposażeni wszyscy w mniejszym bądź większym stopniu. Psycholog biznesu dr Anna Syrek-Kosowska przekonuje, że warto ją nie tylko poznać, ale i rozwijać.

Odporność psychiczna - co oznaczy ten termin? Intuicyjnie zdajemy się rozumieć. Na ile jednak intuicyjna definicja pokrywa się z naukową? Pojęcie odporność psychiczna najczęściej bywa utożsamiane z „byciem twardym”. W świetle badań psychologicznych jest to jednak zbyt duże uproszczenie. Według prof. Petera Clougha z Uniwersytetu w Manchesterze i dr. Douga Strycharczyka, konsultanta w zakresie rozwoju zasobów ludzkich,  autorów znakomitej książki "Odporność psychiczna. Strategie i narzędzia rozwoju” i światowej sławy autorytetów w tej dziedzinie – odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności, w jakich przychodzi nam się z nimi mierzyć, czyli niezależnie od tego, czy jesteśmy zdrowi, pełni energii, majętni  i otoczeni gronem oddanych nam osób czy osamotnieni, schorowani  i w kiepskiej sytuacji finansowej.

Autorzy wymieniają cztery filary odporności psychicznej, ujęte w tzw. modelu 4C. Pierwszy to wyzwanie (challenge), czyli postrzeganie życiowych wyzwań jako szansy; drugi – pewność siebie (confidence), oznaczającą wysoki poziom wiary w swoje możliwości; trzeci – zaangażowanie (commitment), czyli wytrwałość w realizowaniu zadań; czwarty – poczucie wpływu/kontrola (control), rozumiane jako przekonanie o tym, że mam wpływ na swój los.

Na odporność psychiczną, czyli sposób radzenia sobie ze stresem wpływają także inne czynniki, jak wiek, płeć, umiejętność korzystania ze wsparcia społecznego czy kondycja fizyczna. W innych definicjach odporności psychicznej zwraca się też uwagę na takie jej elementy, jak wewnętrzna dyscyplina, wiara w siebie, cierpliwość, wytrwałość, odpowiedzialność, tolerancja bólu czy pozytywne nastawienie. Jak widać, naukowe rozumienie odporności psychicznej jest bardzo szerokie i o wiele głębsze niż potoczne, ale w dużym stopniu się z nim pokrywa.

Czy jest jakiś związek między wysoką odpornością psychiczną a zadowoleniem z życia czy może nawet szczęściem? Na co dzień pracuję z kadrą zarządzającą, m.in. z zarządami dużych firm i korporacji, mam więc okazję mierzyć natężenie tej cechy u konkretnych osób przy użyciu rozmaitych narzędzi, w tym tzw. kwestionariusza MTQ48, i równocześnie obserwować, np. podczas coachingu, jakie praktyczne konsekwencje może mieć mniejsza lub większa odporność psychiczna i jak bardzo wpływa na subiektywne poczucie zadowolenia i spełnienie w różnych życiowych rolach. Osoby odporne psychicznie postrzegają wyzwania jako nowe możliwości, a ich wiara w siebie, wytrwałość w osiąganiu celów i poczucie wpływu na życie pozwalają na stawianie sobie ambitnych celów, przezwyciężanie trudności i sprzyjają poczuciu sprawstwa. W obliczu sytuacji stresujących takim osobom jest po prostu łatwiej.

Moje obserwacje potwierdzają to, co wychodzi też w innych badaniach – im większą mamy odporność psychiczną, tym więcej osiągamy i lepiej się czujemy. Czy to jest równoznaczne z poczuciem szczęścia? Niekoniecznie. Wartością leżącą u podstaw odporności psychicznej jest raczej zadowolenie niż szczęście rozumiane jako stan powiązany z przeżywaniem przyjemności, zaangażowaniem i poczuciem sensu. Odporność psychiczna ma największy związek z czymś, co możemy określić jako równowaga i wewnętrzny spokój.

W jakim stopniu na odporność psychiczną ma wpływ genetyka, a w jakim doświadczenia życiowe i środowisko, w którym wyrastamy? Czyli w jakim stopniu rodzimy się odporni, a w jakim dopiero tacy się stajemy? Badacze traktują odporność psychiczną jako cechę osobowości, którą w dużym stopniu dziedziczymy po przodkach, ale jednocześnie dodają, że jej poziom może być zmieniany. Na taką możliwość wskazują zarówno badania w dziedzinie epigenetyki, jak i efekty odpowiednich treningów, które osobom mniej odpornym psychicznie pozwalają rozwinąć zdolności psychiczne i lepiej radzić sobie w sytuacjach silnie stresujących.

Peter Clough i Doug Strycharczyk twierdzą, że odporność jest dość plastyczną cechą naszej osobowości, a jej poziom w ciągu życia może zarówno rosnąć, jak i maleć. Spadek odporności mogą spowodować długotrwały stres, dotkliwe porażki czy zmiana stanu zdrowia i kondycji psychicznej. Z kolei na wzrost odporności duży wpływ ma środowisko, w jakim wyrastamy, oraz postawa rodziców wobec trudnych wydarzeń, z jakimi stykamy się we wczesnym rozwoju.

Z pewnością to, na ile jesteśmy odporni psychicznie, w dużej mierze wpływa na nasze życie, szczególnie w obliczu presji i wyzwań. Jako przykład podam coś z własnej działki. Badania przeprowadzone na grupie menedżerów pokazują wyraźny związek między poziomem odporności psychicznej a miejscem w strukturze organizacyjnej. Większa odporność wiąże się zwykle z wyższym stanowiskiem i wyższą odpowiedzialnością.

Co ciekawe, Peter Clough i Doug Strycharczyk podkreślają, że opozycją do odporności psychicznej nie jest słabość, ale wrażliwość. Dodają, że nie oznacza to bynajmniej, że osoby wysoce odporne są niewrażliwe. Autorzy koncepcji odporności psychicznej faktycznie sporo uwagi poświęcają w książce właściwemu rozumieniu jej przeciwności – określanej jako wrażliwość, a nie jako słabość psychiczna. Zgodnie z tym rozróżnieniem osoby bardzo odporne psychiczne nie dopuszczają do siebie presji, wyzwań czy silnego stresu – po prostu „nie robi to na nich wrażenia”. Z kolei osoby mniej odporne są bardziej podatne na stres, wyzwania i presję, a więc i mocniej odczuwają ich negatywne skutki.

W praktyce często spotykam się z utożsamianiem wrażliwości z empatią, co może być o tyle mylące, że w konsekwencji osoby „mniej wrażliwe” mogą być postrzegane jako mniej wyczulone na potrzeby innych, bardziej egocentryczne, przypominające roboty w ludzkiej skórze. Może to wzbudzać opór, szczególnie wśród osób, które charakteryzują się wysoką odpornością psychiczną i równocześnie są empatyczne oraz wrażliwe na emocje innych. Badania jednoznacznie dowodzą, że można być jednocześnie odpornym psychicznie i opiekuńczym. Co więcej, wykazują silny pozytywny związek między odpornością psychiczną a inteligencją emocjonalną. Osoby o wysokiej inteligencji emocjonalnej potrafią nie tylko rozpoznawać i kontrolować własne stany emocjonalne, ale też stany emocjonalne innych. Warto jednak pamiętać, że inteligencja emocjonalna nie ma nic wspólnego z nadmierną emocjonalnością, która może wręcz przeszkadzać w odczytywaniu emocji.

A czy można być zbyt odpornym psychicznie? Na podstawie badań i obserwacji można mówić o potencjalnie negatywnych skutkach skrajnie wysokich wyników związanych z poszczególnymi wymiarami składającymi się na model 4C. Na przykład zawodowo te konsekwencje to branie na siebie za dużo obowiązków, co u menedżerów czasami przybiera formę tzw. mikrozarządzania, niedostrzeganie własnych słabości, angażowanie się w zbyt wiele zadań jednocześnie oraz niezauważanie, że inni są mniej zmotywowani i potrzebują większego wsparcia lub ośmielenia.  Z kolei w codziennym życiu osoby z wysoką odpornością psychiczną mogą podejmować niepotrzebne ryzyko, a w przypadku bardzo dużej pewności siebie – w skrajnych przypadkach mogą być odbierani jako aroganccy i dominujący. Według mnie kluczowy jest kontekst, w jakim osoba o wysokiej odporności psychicznej działa. Zupełnie inaczej będzie się przekładać na efekty pracy wysoka odporność dowódcy wojskowych sił specjalnych, a zupełnie inaczej artysty. Są takie obszary życia, np. relacje, w których to właśnie większa wrażliwość jest bardziej cenna i adekwatna.

Myślę, że niezależnie od poziomu naszej odporności psychicznej, zawsze ważna jest uważność w kontakcie z drugą osobą. Dzięki niej łatwiej nam dostrzec, jak bardzo się różnimy w odbieraniu świata i we wrażliwości na stresujące zdarzenia. Zwłaszcza w świecie biznesu niezbędne jest, by lider znał swoje mocne strony i potencjalne obszary rozwoju, ale też umiał dostrzec potencjał pracowników, biorąc pod uwagę także ich większą lub mniejszą odporność psychiczną.

Rodzice też są swoistymi menedżerami swoich dzieci… Rodzice mają ogromny wpływ na swoje dzieci, warto o tym pamiętać także w obszarze kształtowania czy rozwijania odporności psychicznej od najmłodszych lat. Zadania rodziców w tym temacie to m.in. zachęcanie dzieci do uprawiania sportu czy po prostu regularnej aktywności fizycznej, rozwijanie pewności siebie, stawianie adekwatnych do wieku wyzwań, pozytywne odpowiadanie na sukcesy dzieci, ale też pokazywanie, jak konstruktywnie radzić sobie z niepowodzeniami. Zainteresowanym szczegółami, polecam książkę Paula Tougha „Jak dzieci osiągają sukces”.

Oczywiście trzeba zacząć od siebie i przyjrzeć się własnym postawom wobec wyzwań i sposobom radzenia sobie ze stresem – w ten sposób będzie nam łatwiej naturalnie modelować pozytywne wzorce u dzieci. Szczególnie ważne jest nietraktowanie dziecka jako kopii siebie samego lub kogoś, kto ma nam wynagrodzić stracone szanse, a dostrzeganie indywidualnych potrzeb i dobieranie do nich odpowiednich metod wychowawczych.

Mam wrażenie, że szczególnie dzisiaj – kiedy codziennie towarzyszą nam stres i presja – warto wzmacniać swoją odporność psychiczną. Rzeczywiście, żyjemy w streso- i presjogennej rzeczywistości. Z danych dotyczących kondycji psychicznej naszego społeczeństwa wynika, że dla wielu ta presja jest zbyt wielka, na przykład wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn to aż 25 osób na 100 tys., co znacząco przekracza średnią dla Unii Europejskiej (16 osób). Dramatyczny jest także odsetek samobójstw wśród dzieci. W ogóle rośnie liczba osób borykających się z problemami psychicznymi czy uzależnieniami. Poza tym jesteśmy narodem zmęczonych ludzi, którzy często nie wiedzą, jak zadbać o swoją kondycję psychiczną i emocjonalną. Badania pokazują, że osoby bardziej odporne psychicznie o wiele lepiej radzą sobie ze zmęczeniem. Na szczęście sporo się zmieniło w świadomości społecznej na temat zdrowego stylu życia, znaczenia diety i aktywności fizycznej. Warto, aby równie popularne jak praca nad ciałem, stały się techniki wzmacniania własnej psychiki – wtedy będziemy mogli mówić, że naprawdę zatroszczyliśmy się o nasze zdrowie.

Dr Anna Syrek-Kosowska: psycholog biznesu, executive coach i superwizor coachingu (acc. CSA). Specjalizuje się w zarządzaniu talentami, ocenie psychometrycznej i coachingu. Wykładowczyni oraz prelegentka uczelni polskich i zagranicznych. Autorka wielu publikacji z obszaru psychologii i rozwoju kapitału ludzkiego.