1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Idealny partner - czy istnieje naprawdę?

Idealny partner - czy istnieje naprawdę?

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Brunet, 183 cm wzrostu, oczy brązowe. Mogą też być niebieskie. Rozumie twoje troski i humory, kocha i potrafi pięknie o tym mówić. Jest inteligentny i czuły, tryska dowcipem. Ale czy istnieje naprawdę?

Kogo pragną kobiety? Jest wiele teorii. Jedna mówi, że swojego przeciwieństwa, inna – że podobieństwa. Jeszcze inna, że kobiety instynktownie wybierają na partnerów mężczyzn podobnych do ich ojców. Socjologowie wspominają o zgubnym wpływie mass mediów na nierealistyczne wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner czy kochanek, a ewolucjoniści twierdzą, że zarówno człowiek pierwotny, jak i żyjący współcześnie, kieruje się – niekoniecznie uświadomionym – pragnieniem przekazania swoich genów.

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. Psycholog David M. Buss pociesza wprawdzie, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni oczekują od partnera zafascynowania, postawy miłości, zrównoważenia emocjonalnego, dojrzałości i niezawodności – czyli wszystkich tych cech, które pozwalają zbudować trwały i szczęśliwy związek. Badacz par i autor książki pt. „Jak zaczyna się miłość? Pierwsze trzy minuty” – Michael Lukas Moeller nie ma jednak wątpliwości: kobiety najczęściej wybierają mężczyzn o dobrej sytuacji materialnej i pozycji społecznej. Przy czym nie kierują się bynajmniej zawartością ich portfela, ale takim zestawem cech osobowości, które wskazywałyby na większą zaradność życiową, czyli: inteligencja, pewność siebie, dojrzałość, przedsiębiorczość. I dodaje, że ten trend utrzymuje się nawet pomimo coraz większej emancypacji – kobiety, które same są niezależne i przebojowe, potrzebują mężczyzn, którzy dotrzymają im kroku.

– Można odnieść wrażenie, że na przestrzeni lat czy nawet wieków niewiele się zmieniło w kwestii oczekiwań, jakie mamy wobec idealnych partnerów. Kobiety nadal chcą przede wszystkim, by mężczyzna, z którym się zwiążą, zapewniał byt i bezpieczeństwo – komentuje psycholog Adriana Klos. – Kiedy jednak bliżej przyjrzymy się ostatnim badaniom, dostrzeżemy niewielkie przesunięcie, wynikające zapewne ze zmiany ich statusu społecznego. W porównaniu ze swoimi prababkami współczesne kobiety są bardziej przebojowe i zorganizowane, nie zależy im już tak bardzo na tym, by mężczyzna miał dużo pieniędzy i władzę, bo same mogą sobie to zapewnić. Teraz bardziej chodzi im o to, by mężczyzna był partnerem, rozumiejącym je i współodczuwającym, na dodatek z poczuciem humoru, żeby się z nim nie nudziły.

Czuły, ale nie łagodny

Oto, jaki obraz wyłania się z coraz częściej przeprowadzanych badań. Czuły, inteligentny, odpowiedzialny, troskliwy, uczciwy, szczery, dojrzały – to zestaw cech idealnego mężczyzny, jakie podały użytkowniczki jednego z portali randkowych. Najmniej pociągający wydał im się partner, który jest: praktyczny, logiczny, łagodny, oszczędny, rzetelny, dokładny, systematyczny i zręczny.

Inteligencja, poczucie humoru oraz atrakcyjny wygląd to cechy, które z kolei uznali za najistotniejsze. Szukamy partnerów sympatycznych, troskliwych i kochających. Istotna jest również wierność, wyrozumiałość, szczerość i czułość. Czuły (znowu!), namiętny, rozumiejący potrzeby kobiet – oto Pan Idealny według Polek, które wzięły udział w badaniu na zlecenie Mattel Poland, producenta plastikowego ucieleśnienia dziewczęcych marzeń – Kena. Pytane kobiety marzą głównie o partnerze do rozmowy. Dobrze, gdyby był też wysokim (183 cm) brunetem o niebieskich lub brązowych oczach.

Idealny mężczyzna powinien być – i tu nie ma zaskoczenia – odpowiedzialny, inteligentny i mieć poczucie humoru. Umieć pocieszyć, ale i rozśmieszyć, no i jak najczęściej mówić „kocham”. Wszystko brzmi cudownie, tylko czy jedna osoba jest w stanie pomieścić w sobie tyle cech? – Im bliższy człowiek, tym większe oczekiwania, że spełni nasze potrzeby i większe ryzyko, że tak się nie stanie. Nikt nas nie zadowoli w pełni, nawet rodzona matka – przestrzega psycholog Adriana Klos.

Podążanie za ideałami jest szczytne, ale co, jeśli okaże się, że są nierealne? Czy to nie stanie się przyczyną odrzucenia kogoś „wystarczająco dobrego”, bo nie jest „dokładnie taki, jak marzyłam”? Z drugiej strony, czy warto iść na kompromisy i wiązać się z kimś, kto nie do końca odpowiada oczekiwaniom, ale się stara? Psycholog radzi, by zacząć od tego, by inaczej konstruować listę priorytetów.

– Zamiast wypisywać cechy, jakie powinien mieć mój wymarzony czy moja wymarzona, lepiej zastanowić się nad tym, na czym mi naprawdę zależy w życiu. Jak sobie wyobrażam swoją przyszłość, jakie wartości cenię. Czy chcę mieć dzieci, czy wolę mieszkać w mieście czy na wsi, czy chcę wziąć ślub czy żyć „na kocią łapę”, na co chcę odkładać pieniądze… – i szukać kogoś, kto ma zbieżne zapatrywania. Oczywiście drobne odstępstwa w mniej ważnych kwestiach są dopuszczalne, gorzej, gdy partner czy partnerka odstaje w tych najważniejszych – temperamentalnych czy światopoglądowych – mówi Adriana Klos. Bo ideał to ktoś, kto po prostu pasuje do naszej bajki.

Kwestia wiary?

Coś na pocieszenie. Naukowcy z University of Sheffield przeprowadzili ciekawe badanie. Wspólnie z badaczami z University of Montpellier we Francji zapytali grupę ok. 116 heteroseksualnych par, jak powinien wyglądać idealny partner, a następnie za pomocą specjalnego programu komputerowego porównali zmodyfikowane zdjęcia „ideałów” z portretami ich rzeczywistych „drugich połówek”. Okazało się, że wszyscy partnerzy życiowi są innego wzrostu, wagi i masy ciała, niż chcieliby badani. Mężczyźni woleliby, aby ich partnerka była szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości, kobiety z kolei ucieszyłyby się, gdyby ich partner miał bardziej potężny wygląd. Czego to dowodzi? Że marzymy o męskich mężczyznach i kobiecych kobietach, ale wybieramy… no właśnie, osoby mniej lub bardziej zbliżone do tego ideału. Tylko czy im bliżej gwiazd, tym będziemy bardziej szczęśliwi?

Tak – jeśli wierzymy, że trafiliśmy na ideał. To już wynik innych badań, opublikowanych na łamach „Psychological Science”. 193 pary co 3 miesiące przez 3 lata wypełniały ankietę, w której opisywały charakter partnera, oceniając jego pozytywne i negatywne cechy.

Na koniec opisywały, w jakim stopniu ich ideał powinien się nimi odznaczać. Wyniki były jednoznaczne: osoby, które nie idealizowały swojej „połówki” na początku związku, po trzech latach trwania badań były mniej zadowolone ze swojego małżeństwa. Ci, którzy byli przekonani, że ich ukochany czy ukochana ma w sobie wszystkie cechy, jakich pragnęli (nawet jeśli nie do końca było to zgodne z prawdą) wprost przeciwnie – radośnie utwierdzali się, że trafili w dziesiątkę.

Jaki z tego wniosek? Jeśli w liście do Mikołaja chcesz poprosić o Pana Idealnego, skup się na tym, co chciałabyś z nim robić, jakie wieść życie, jakie wartości powinien wyznawać. Dorzuć do tego jakiś szczegół, który cię najbardziej kręci, czyli błyszczące oczy, zgrabną sylwetkę, niski głos lub silne ręce. Zaklej kopertę, wyślij list, a potem – jak już rozpakujesz prezent – uwierz z miejsca, że to właśnie Ten!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Moja miłość go zmieni

Układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania. (Fot. iStock)
Układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania. (Fot. iStock)
Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się myśleć: "Cóż, z pewnością jego charakter nie należy do łatwych, ale ma w sobie zadatki na świetnego faceta. Gdybym się trochę postarała, dała mu więcej niż inne kobiety, on z pewnością udowodni, że stać go na więcej. Moja miłość go zmieni." Jeżeli tak, ten tekst jest właśnie dla ciebie.

Używam żeńskiej formy, ponieważ taka postawa jest raczej domeną kobiet. Jeśli jednak jesteś mężczyzną i myślisz podobnie, także zapraszam do lektury!

Beczka z prochem

- Doskonale wiem, jak to jest być artystą. Na początku też wpadałam w różne dołki – przyznaje Marlena, 38-letnia projektantka. - Dlatego, kiedy spotkałam Marka, od razu zrozumiałam jego problemy. To naprawdę inteligentny, błyskotliwy facet. Ale napisanie dobrego scenariusza, to nie lada wyzwanie. Nie dziwiłam się, że odrzucał mało ambitne chałtury, nawet, gdy z jego finansami było krucho. Jeśli człowiek chce coś osiągnąć, musi się na tym skoncentrować. Szybko złapaliśmy prawdziwe porozumienie, a potem cóż... zakochałam się.

Po kilku tygodniach Marek wprowadził się do Marleny. - Postanowiłam, że pomogę mu stanąć na nogi - wspomina. - Mój biznes naprawdę dobrze się rozkręcił, więc stać mnie było na to, aby zafundować Markowi warunki do twórczej pracy. Na początku było wspaniale. Czułam, że znalazłam prawdziwy diament, który wymaga tylko podszlifowania. Marek zachowywał się wspaniale, był taki czuły i mówił o swojej pracy z ogromną pasją. Niestety, po kilku miesiącach coś zaczęło się psuć. Miewał długie chandry i napady złego humoru, pisanie mu nie szło. Chodziłam na palcach, bo wierzyłam, że impas minie, a on złapie wenę.

Marlena zaczęła żyć marzeniami. Nieustannie wyobrażała sobie, że Marek odbiera jakąś ważną nagrodę za swoje twórcze osiągnięcia, a ona jest tuż obok i czuje na sobie jego wzrok, pełen miłości. Niestety, myliła się. Teraz zdała sobie sprawę z tego, że jej wizje nigdy nie znajdą odzwierciedlenia w rzeczywistości.

- Marek, mimo mojej miłości, wsparcia i zachęt, przez dwa lata nie dokończył swojego scenariusza. Ciągle coś w nim zmienia, poprawia albo wścieka się i wykreśla całe partie - przyznaje 38-latka. - Żyje wygodnie na mój koszt, a w dodatku staje się coraz bardziej opryskliwy. Ostatnio temat scenariusza stał się beczką z prochem. Wystarczy, że spytam, jak mu się pracowało, a on zaraz wybucha. Nie wiem co robić. Czuję, że nawet nie docenia tego, co dla niego robię. Czy powinnam odejść?

Historia, którą opowiedziała Marlena, miewa także inne odsłony. Ileż razy słyszymy: on jest wspaniały, ale...

• nie umie okazywać uczuć, bo został kiedyś zraniony, • nie skończył szkoły, studiów, bo nauczyciele rzucali mu kłody pod nogi, • za dużo pije, bo jest bardzo wrażliwy, a świat taki okrutny, • nie może znaleźć pracy, bo jest zbyt skromny żeby rozpychać się łokciami itp.

Jak działa schemat?

Nie jest ważne co dokładnie jest z nim nie tak. W tym schemacie liczy się sposób myślenia: "Ja pomogę mu stanąć na nogi, przy mnie nauczy się tego, czym jest miłość".

Niestety, układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania.

Przyczyna

Być może to ty sama czujesz się niewiele warta, dlatego uważasz, że dopiero gdy wykażesz się determinacją, cierpliwością, wielkim uczuciem, wspaniałomyślnością, tolerancją, hojnością i innymi zaletami, udowodnisz, że zasługujesz na to, by cię pokochano.

Aby móc się wykazać, potrzebujesz kogoś, kto stworzy ci odpowiednią szansę. Mężczyzna, który sobie radzi w życiu, nie da ci jej. Dlatego szukasz takiego, który cię potrzebuje, a nie pragnie. Przy nim zaprezentujesz cały arsenał pozytywnych cech. Szukasz więc kogoś, kogo ocalisz, kto będzie miał wystarczający powód by z tobą być.

Dlaczego tak masz?

Prawdopodobnie wychowywano cię w taki sposób, że utożsamiłaś swoje poczucie własnej wartości z byciem "dobrą". Nauczyłaś się, że twoje samopoczucie zależy od tego, czy jesteś akceptowana, a więc dostatecznie miła, pomocna i kochająca.

Sygnały ostrzegawcze

• Na początku najbardziej wzruszające i urocze wydaje ci się to, co jest, obiektywnie patrząc, jego najmniej zachęcającą cechą (np. emocjonalne zamknięcie, nieporadność życiowa, milczkowatość). • Szybko tłumaczysz jego zachowanie tym, że nie otrzymał w życiu wystarczającego wsparcia i miłości. • Masz wrażenie, że jesteś jedyną osobą, która może go zrozumieć i mu pomóc. • Czujesz, że nie możesz go zostawić. • Usprawiedliwiasz jego zachowanie przed sobą i innymi, nawet jeśli w głębi serca jesteś nieszczęśliwa.

Te sygnały są wystarczającym powodem, abyś zastanowiła się nad tym, co robisz ze swoim życiem.

Skutki tego postępowania

Angażujesz całą swoją energię w pomaganie, ulepszanie, ratowanie kogoś innego, podczas gdy to ty potrzebujesz wsparcia i poprawy samooceny.

Gdybyś zainwestowała te wszystkie działania w siebie, byłabyś, no właśnie… śmiem twierdzić, że kim tylko chcesz! Zwykle jednak marnujesz mnóstwo możliwości dotyczących własnej osoby.

Jak to zmienić?

1. Na początek "obejrzyj" swoje dotychczasowe związki, wykorzystując technikę dysocjacji.

Usiądź wygodnie, weź kilka oddechów i wyobraź sobie, że oglądasz na dużym telebimie film ze swoim udziałem. Oczywiście mam na myśli film o historii twojego związku. Postaraj się patrzeć oczyma widza, a nie zakochanej kobiety – to ważne. Skomentuj obiektywnie to, co widzisz.

2. Sporządź listę raniących zachowań, upokarzających sytuacji i strat, które poniosłaś działając według schematu "moja miłość go zmieni".

3. Zrób listę działań i wszystkich twoich inicjatyw, które podjęłaś dla swojego mężczyzny bez rezultatu. Następnie napisz, co mogłabyś w tym czasie, korzystając ze wszystkich środków, zrobić dla siebie.

4. Ucz się doceniać ludzi, którzy sobie radzą i biorą odpowiedzialność za swoje życie. Oczywiście, nie ma niczego złego w byciu wsparciem i w pomaganiu. Miłość przecież wytwarza taką potrzebę. Jednak ważne jest to, że jest to działanie wzajemne i oboje powinniście wykazywać inicjatywę i troszczyć się o siebie nawzajem.

  1. Kultura

Sylwia Wilkos - obywatelka świata

Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Wyjechała do Los Angeles z powodu polskiego filmu, a rozkręca amerykańskie produkcje inspirowane tamtejszymi autorami i bohaterami. Weszła w świat, którym rządzą wielkie pieniądze i mężczyźni. Bez kompleksów, na swoich zasadach. Dziewczyna z Biłgoraja, producentka i scenarzystka, Sylwia Wilkos.

Mieszkasz od czterech lat w LA, mieście, które jawi się nam jako raj na Ziemi. Bo ocean, słońce, ciepło. Jesteś w raju?
Rzeczywiście mamy tu wiecznie niebieskie niebo, rześkość oceanu, ciepło. Mało jest miejsc na Ziemi, które zawierają jednocześnie tak mocne energie. Nie bez powodu wiele globalnych projektów zmieniających świat powstaje właśnie tu. Można powiedzieć, że Kalifornia generuje energię latania, bo człowiek ma poczucie, że cały czas fruwa. Ale można zafruwać się na śmierć.

Co cię przed tym „zafruwaniem się” uratowało?
To, że jestem z Polski i dzielę sobie świat pomiędzy tu i tam. Według Tybetańczyków człowiek osiąga swój największy potencjał w miejscu, w którym się urodził. A ja urodziłam się w Polsce – w kraju cierpienia, nostalgii, gdzie jednak łatwo się zakorzenić. Natomiast tu żyje się trochę w odrealnieniu, co jest trudne na dłuższą metę. Kiedy czekałam na zieloną kartę i nie mogłam wyjechać stąd przez siedem miesięcy, to każdy kolejny dzień był już dla mnie udręką.

Za czym wtedy tęskniłaś?
Za czterema porami roku, za naturalnymi cyklami przyrody, w których się wychowałam. Dla mnie wiosna to kaczeńce, łąki pełne kwiatów. Lato to wysyp chabrów, bławatków, maków. Potem w Polsce jest przygaszona jesień i hartująca zima. W LA mam cały rok te same palmy, błękit nieba, co wydaje się totalnym rajem, ale jak wychowało się gdzie indziej, w innym rytmie, to brakuje tych cykli przyrody i związanych z nimi zmian. Nie narzekam oczywiście, ale gdy za długo jestem w LA, mam poczucie, że oto pojawia się, jak na EKG, ciągła linia [śmiech]. I podobnie czuję się, gdy za długo jestem w Polsce. Potrzebuję tej drugiej nogi.

Jak to się stało, że tam pracujesz?
Tak naprawdę to było trochę tak, że najpierw chciałam wyjechać do Oksfordu, nawet szukałam tam mieszkania. I w czasie kiedy właśnie byłam w Anglii, odezwał się ktoś z Paramountu w sprawie remake’u „Jacka Stronga”, filmu, który wyprodukowaliśmy w Scorpio Studio w Polsce.

Ameryka cię zawołała?
Na to wygląda. Bo kiedy właśnie postanowiłam coś zmienić, to kosmos powiedział mi: „Okej, ale to nie jest ta zmiana, którą planujesz, pojedziesz do Stanów”. Nigdy nie chciałam mieszkać w Stanach. No, ale dzwonił sam szef produkcji z Paramountu. Najpierw w ogóle nie uwierzyłam, że może chodzić o propozycję współpracy. Taka nasza polska niewiara. Paramount proponował kupno licencji do filmu, ale nas to nie interesowało, zatrzymaliśmy prawa, zostaliśmy współproducentami. Pomyślałam, że będę pracować w Stanach i wracać do Polski. I tak na początku się działo. A potem okazało się, że jak wyjeżdżałam do Polski, to oni zajmowali się innymi projektami. W pewnym momencie podjęłam więc decyzję o kupieniu biletu w jedną stronę. Postanowiłam mieszkać w Stanach dopóty, dopóki nie zrobię filmu. Niestety, kiedy prace były już zaawansowane, Paramount zaczął się borykać z poważnymi problemami.

Masz teraz nowych amerykańskich wspólników. Jak ich do siebie przekonałaś?
Wszystko stało się naturalnie. Mojego wspólnika, Dana Chubę, doświadczonego producenta, poznałam przy okazji pracy z Paramountem. Kiedy okazało się, że wytwórnia ma problemy, Dan zapytał mnie, co robimy z „Jackiem Strongiem”. Odpowiedziałam: wycofujemy. Dan na to, że cokolwiek zrobię, pójdzie ze mną. I od tej pory pracujemy razem. Założyliśmy firmę, która nazywa się Sun Dragon, czyli Słoneczny Smok, w Polsce moja firma to Moon Dragon, czyli mamy dwa smoki [śmiech]. Pracujemy równolegle nad kilkoma projektami. Dawno temu kupiłam prawa do książki Edmunda Wnuka-Lipińskiego „Apostezjon”, wspaniałej trylogii o totalitaryzmie. Mamy już tłumaczenie na angielski, koncepcję projektu oraz partnera amerykańskiego. Z każdej części powstanie serial. Kolejnym pomysłem bliskim realizacji jest serial o Coco Chanel.

Skąd ten pomysł?
Zawsze podziwiałam CC i jako kobietę, i jako markę. Czekałam na filmy o niej, ale denerwowało mnie, że opowiadane są z pozycji mężczyzn, poprzez kolejne romanse Coco. Pomysł filmu o niej przyszedł – znów – naturalnie. Weszłam kiedyś do księgarni w Brentwood i widzę książkę o Coco Chanel: „Pearls, Perfume, and the Little Black Dress”. Dowiedziałam się, że za pół godziny odbędzie się tu spotkanie z autorką, Susan Goldman Rubin. Długo z nią rozmawiałam, spodobało mi się to, co mówiła o CC. Na przykład to, że CC dała kobietom wygodę, a dopiero potem wolność, że wyzwoliła je nie tylko od gorsetów, ale i od męskiego spojrzenia. Kiedy Susan dowiedziała się, że robię filmy, zaproponowała mi prawa do książki. I tak zaczęła się nasza przygoda z CC. Ten projekt to prawdziwy diament, ja chcę go oszlifować i pokazać światu.

Masz na oku też inną mocną kobietę.
Tak, Tamarę Łempicką. Od lat się nią interesowałam, chcieliśmy nakręcić fabułę, ale uznaliśmy z Danem, że tak bogate życie lepiej opowiedzieć w serialu. Skontaktowaliśmy się z prawnuczką Tamary, Marisą, która jest szefową Fundacji Tamary Łempickiej. W sumie mamy, na różnych etapach pracy, osiem projektów, w tym, bliski realizacji, serial o Zbigu Brzezińskim, jednej z najważniejszych postaci amerykańskiej polityki. Zagra go Patrick Wilson, który będzie też współprodukował film.

Jednak najbardziej spektakularny wydaje się projekt według dzieł amerykańskiej ikony literatury, Trumana Capote’a.
Dan zapytał kiedyś, czy byłabym zainteresowana jego twórczością. Nie wiedziałam, czy mam poważnie o tym myśleć, bo Capote to gigant, sądziłam, że jest poza naszym zasięgiem. A potem okazało się, że jego spadkobierca to przyjaciel Dana, Alan Schwartz. Kupiliśmy prawa do 16 opowiadań Capote’a, nakręcimy na ich podstawie dwa sezony serialu, po osiem odcinków każdy. Mamy prawa między innymi do legendarnej „Miriam”, „Dzieci w dniu urodzin” czy „Pięknego dziecka” o Marilyn Monroe.

Czy to nie bezczelność, że Polka chce opowiadać Amerykanom świat jednego z najbardziej amerykańskich pisarzy?
Teraz, jak o tym mówisz, to myślę, że jest to trochę zuchwałe. Ale wszystko przychodzi do mnie przez zupełny przypadek, choć wiem, że nie ma przypadków. Dan mówił wielokrotnie o Capote’em, a ja to puszczałam mimo uszu. Aż w pewnym momencie, trochę z inspiracji amsterdamskiego Netflixa, z którym rozmawialiśmy o zupełnie innym projekcie, ułożyła mi się w głowie cała koncepcja serialu według jego opowiadań. Z drugiej strony Capote, mimo sławy i chwały, całe życie pozostał outsiderem, więc myślę, że fajnie spojrzeć na niego oczami kogoś z zewnątrz.

Jak wpłynęła na ciebie praca w Ameryce?
Dzisiaj z perspektywy czasu widzę, że to najlepsze, co mi się przytrafiło w ostatnim czasie. Pamiętam, jak Ula Dudziak, która ma za sobą doświadczenie emigrantki, powiedziała mi kiedyś, że najgorsze to utknąć w tęsknocie za tą drugą stroną oceanu. Myślę, że już się od tej tęsknoty uwolniłam. Ale wtedy, kiedy wyjeżdżałam z Polski i oddawałam najemcy klucze do swojego warszawskiego mieszkania, poczułam, że czeka mnie wielka niewiadoma. To był moment krytyczny. Pamiętam rozmowę z moim amerykańskim kumplem, któremu zwierzyłam się, że czuję się jak imigrantka. Na co on: „Możesz myśleć o sobie jako »imigrantka« albo »obywatelka świata«, to twój wybór”. Więc wybrałam to drugie. Pomyślałam sobie: „Mogę mieć najlepsze tam i najlepsze tu”. I tak się dzieje. Jadę sobie tam i cieszę się oceanem, słońcem, przyjeżdżam tu i mam cztery pory roku. I wszędzie jestem w domu, co uświadomił mi COVID-19 – mogłam korzystać z lotów „do domu” w Ameryce i Polsce.

Starasz się być ambasadorką Polski?
Nie myślę w tych kategoriach. Pewnie gdybym usiadła i się zastanawiała, jak tu zaszczepić polskość za granicą, toby nic z tego nie wyszło. Po prostu robię tam filmy o wspaniałych ludziach: pułkowniku Kuklińskim, Zbigu Brzezińskim, Tamarze Łempickiej.

Pracujesz w filmowym centrum świata. Czujesz respekt?
Zawsze czuję respekt wobec osiągnięć innych. Ale nie jechałam tam jak do jakiejś Mekki. Podróżowałam wcześniej po całym świecie, studiowałam w Oksfordzie, nie idealizowałam Ameryki. Teraz uczę się tamtego rynku, mam świetnych przewodników, staram się robić to, co jest tam przyjęte, ale też szukam swojej drogi. Na przykład w Ameryce fukcjonuje określony sposób pitchowania projektów [przekonywania do nich innych – przyp. red.]. Pytam: „Dlaczego mam pitchować w ten sposób?”. Słyszę: „Bo takie są zasady”. A ja zdecydowałam, że będę to robić po swojemu.

I?
Przekonałam się, że to mi nie przeszkadza, tylko pomaga. Gdybym musiała wejść w schemat, czułabym się nienaturalnie. To kwestia wyboru, decyzji, czy bycie Polką przeszkadza, czy pomaga. W gruncie rzeczy wszystko może pomagać: to, że studiowałam w Anglii, pracowałam w Europie, że teraz pracuję w Stanach, że robię to z szacunkiem dla tego, co oni wypracowali, ale też po swojemu. Pamiętam, jak razem z Danem spotkaliśmy się z Basilem Iwanykiem, producentem między innymi „Johna Wicka”. Pytam, skąd ma takie nazwisko, a on: „Mój ojciec pochodzi ze Lwowa”. „Mój dziadek też” – odpowiadam. Na co Dan: Polish mafia. Po czterech latach pracy ze mną Dan zaczął doszukiwać się polskich korzeni i znalazł je w szóstym pokoleniu. Bardzo mnie tym rozbawił. Spotykam na przykład producentkę, która tak jak ja studiowała w Oksfordzie, i potem wszystko jest łatwiejsze.

Z tego, co mówisz, wynika, że procentuje bycie sobą, a jednocześnie otwartość na innych. Uczenie się na dobrych wzorcach, ale także odwaga przekonywania do swoich racji. Co jeszcze?
To, żeby się nie napinać, żeby dać się życiu prowadzić. Wtedy czasem trzeba zawrócić, a czasem przyśpieszyć. W takim podejściu jest zaufanie do świata i tego, co on nam przynosi.

Oprócz tego, że zajmujesz się produkcją filmów, jesteś także scenarzystką, między innymi filmu o Krzysztofie Baczyńskim.
Ten scenariusz jest już gotowy do produkcji. Krzysztof Baczyński to była moja fascynacja od podstawówki, chodziłam wszędzie z jego poezją. Jak czytałam jego słowa: „nie bój się nocy”, to czułam, że mówił do mnie. Tak naprawdę założyłam swoje pierwsze studio filmowe, Scorpio Studio, żeby zrobić film o Krzysztofie, a potem pojawiły się następne pomysły.

To była odważna wolta w twoim życiu, bo nie znałaś się na robieniu filmów.
Zawsze mnie ciągnęło do opowiadania historii, kreowania świata, bo też film i literatura bardzo pomagały mi w życiu. Myślałam o dziennikarstwie, reżyserii, szukałam po omacku. Studiowałam prawo, nauki polityczne i socjologię. Potem pracowałam w dużych korporacjach. Na szczęście uświadomiłam sobie, że największą pułapką, jaka na mnie czyha, jest stać się niewolnikiem tego świata. Ktoś powiedział, że niewolnik nie chce być człowiekiem wolnym, tylko chce być panem innych niewolników. Jestem ogromnie wdzięczna kosmosowi, że dał mi potężne dążenie do wolności. W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom, głębokiemu poczuciu przynależności do świata przyrody.

'Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans'. (Fot. Weronika Ławniczak) "Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans". (Fot. Weronika Ławniczak)

Masz chyba też szczęście do ludzi.
O tak, zwłaszcza starszych. Dużo zawdzięczam Heniowi Wujcowi, mojemu wujkowi, za którym nosiłam teczkę po Sejmie jako jego asystentka. W Oksfordzie poznałam Leszka Kołakowskiego, który był opiekunem mojej pracy doktorskiej. To mój Mistrz, tak się zresztą do niego zwracałam, potem zrobiłam o nim dokument pod tytułem „Rozmowy z Mistrzem”. Mistrz polecał mi różne lektury niezwiązane z doktoratem, między innymi: Milla, Rousseau, Webera, potem o nich dyskutowaliśmy w jego domu i było przy tym mnóstwo śmiechu. Żona Mistrza, pani Tamara, wtedy komentowała: „Nie wiem, jak napiszecie ten doktorat, skoro tylko się śmiejecie”. Mistrz dał mi niesamowitą odwagę bycia sobą, życia w prawdzie, choć może zabrzmi to patetycznie. Miałam też szczęście poznać Zbigniewa Brzezińskiego, wybitnego stratega i wspaniałego człowieka. W sumie jestem niezłą szczęściarą [śmiech].

No tak, na prywatnej audiencji, w Tybecie, przyjął cię sam Dalajlama.
To spotkanie dotyczyło projektu Partia Ziemi, nad którym pracuję od kilku lat. Nie ma nic wspólnego z polityką w tradycyjnym rozumieniu. To globalny ruch, który poprzez Internet będzie zajmować się sprawami Ziemi, ekosystemami. Potrzebna jest zmiana paradygmatu globalnego decydowania o jej sprawach. Ten projekt to moje oczko w głowie.

Jak go pogodzisz z produkowaniem filmów?
Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans. Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś, że ona zawsze miała poczucie sukcesu, ale nie czuła się wypełniona wewnętrznie. Ten projekt daje mi to „wypełnienie” i także wielką frajdę. Tworzę go z udziałem wielu ludzi na całym świecie. Nie wiem, czy się uda, ale zamierzam spróbować.

Masz megaciekawe życie, wiele osób ci zazdrości tego, co robisz, gdzie bywasz, kogo spotykasz. Ale przecież, gdy coś się zyskuje, to coś się też traci. Masz poczucie, że coś ważnego straciłaś?
Na pewno uporządkowane życie. Zapytałam kiedyś psycho­terapeutkę, dlaczego moje życie układa się tak nieschematycznie. Odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego chce pani schematycznego życia, skoro jest pani nieschematyczna?”. Miałam kiedyś superstanowisko, duże pieniądze, służbowy samochód, a strasznie się męczyłam. Czułam, że muszę coś zmienić, ale nie miałam odwagi. I wtedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel, profesor geografii w Oksfordzie. Powiedział: „Zawsze jak coś wybierzesz, to będziesz musiała z czegoś zrezygnować”. Następnego dnia złożyłam wymówienie. Poczułam moc. Jak mówi Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”: lekarstwo poznajesz po tym, że cię wzmacnia, a nie osłabia. 

Sylwia Wilkos, producentka filmowa (między innymi: „Jack Strong”, „Sęp”, „Kurier”, „Rozmowy z Mistrzem”), scenarzystka. Ukończyła prawo na UW oraz nauki polityczne i socjologię w Oksfordzie. Doktorantka profesora Leszka Kołakowskiego. Działaczka na rzecz Ziemi.

  1. Psychologia

Czy cierpisz na perfekcjonizm?

Dążenie do perfekcji - to przypadłość, która wykańcza nie tylko perfekcjonistę, ale też wszystkich, którzy z nim obcują. (Fot. iStock)
Dążenie do perfekcji - to przypadłość, która wykańcza nie tylko perfekcjonistę, ale też wszystkich, którzy z nim obcują. (Fot. iStock)
Często w swojej pracy spotykam się z ludźmi, którzy przeżywają katusze, próbując uczynić swoje życie idealnym. W swojej głowie słyszą mantrę: „Cokolwiek zrobiłeś, mogłeś zrobić to lepiej”. Machina pędzi na oślep, a rozdrażnienie pojawia się za każdym razem, kiedy coś nie układa się po ich myśli. Rujnują nie tylko swoje życie, ale i bliskich. Osoby te cierpią na perfekcjonizm.
  • Czy pragniesz być najlepszym we wszystkim, co robisz?
  • Czy to powoduje stałe niezadowolenie z osiąganych wyników?
  • Czy uważasz, że jesteś tyle wart, ile osiągniesz?
  • Czy nieustannie poszukujesz akceptacji innych osób poprzez stawianie sobie zbyt wysokiej poprzeczki lub ciągle ją podnosisz?
  • Czy wszelka krytyka z zewnątrz wytrąca cię z równowagi, zamiast skłonić do konstruktywnych przemyśleń?
  • Czy stawiasz sobie nierealistyczne cele?

Jeśli twoje odpowiedzi są twierdzące, być może cierpisz na perfekcjonizm, a twoje poczucie wartości zależy od opinii innych ludzi.

Perfekcjonizm to nic innego jak dążenie do realizowania skrajnie wysokich wymagań wobec siebie, które mogą prowadzić do obniżenia poczucia własnej wartości, a tym samym wywoływać kiepskie samopoczucie. To zjawisko społecznie akceptowane, ale w rzeczywistości to groźne uzależnienie, którego zadaniem jest oderwanie człowieka od nieprzyjemnych uczuć i utrzymanie go z dala od trudnych i niewygodnych pytań. Osiągnięcie perfekcji jest dla nas nieosiągalne tak samo, jak przekonanie, że alkohol utopi wszystkie nasze smutki, dzięki czemu świat będzie przyjazny i kolorowy. Dla perfekcjonistów jedynym źródłem satysfakcji jest zakończony powodzeniem cel ostateczny, stanowiący o ich wartości. Nie potrafią cieszyć się z samego procesu dochodzenia do niego, co sprawia, że w życiu codziennym trudno z nimi funkcjonować.

Predyspozycje do bycia perfekcjonistami mają przede wszystkim:

  • dzieci - jedynacy lub najstarsi z rodzeństwa,
  • dzieci rodziców perfekcjonistów,
  • dzieci, które nie otrzymywały od rodziców bezwarunkowej miłości i ciągle musiały czymś sobie na nią zasłużyć.

Jeśli cierpisz na perfekcjonizm, każdy najmniejszy nawet błąd uznajesz za porażkę. Szukasz winy w sobie, a przecież błądzenie jest rzeczą ludzką. Każdy z nas ma swoje słabości. Człowiek bez wad nie istnieje. Jeśli nieustannie unikasz porażek, podcinasz sobie skrzydła, bo zamykasz ścieżkę rozwoju i nie uczysz się na błędach. Szwankują też twoje relacje, bo rzadko kto jest w stanie sprostać twoim wymaganiom, a ciągłe porównywanie się z innymi bywa meczące dla bliskich. Perfekcjonista raczej nie wie co to relaks i taryfa ulgowa. Jego lista zadań nigdy się nie kończy. Dlatego perfekcjonizm kojarzy mi się z syzyfową pracą lub stajnią Augiasza.

Perfekcjonizm jest tak samo niebezpieczny jak zawarcie paktu z diabłem. Jeżeli „diabeł” już zapukał do twoich drzwi i zawarłeś z nim układ w zamian za własne szczęście, postaraj się zrobić wszystko, aby się wycofać z propozycji.

Co możesz zrobić na początek?

  • Poznaj swoje potrzeby i zgodnie z nimi wyznaczaj cele. Nie musisz ustalać priorytetów zgodnie z oczekiwaniami innych. Masz prawo żyć własnym życiem.
  • Wyznaczaj sobie nowe cele dopiero wtedy, jak już zrealizujesz poprzednie. Stosuj metodę małych kroków, czyli zjadaj słonia po kawałku.:)
  • Od czasu do czasu zrób coś „byle jak” lub tylko „na pół gwizdka”. Nie wszystkie nasze zadania wymagają 100 proc. zaangażowania.
  • Naucz się prosić o pomoc. To świetnie buduje relacje z innymi.
  • Doceniaj siebie nawet w drobnych osiągnięciach.
  • Nie porównuj się z innymi. Jesteś tak samo zdolny jak inni.
  • Naucz się odpoczywać i codziennie znajdź czas dla siebie, czyli zrób coś co jest użyteczne tylko dla ciebie i sprawia ci prawdziwą przyjemność.
  • Zaakceptuj i pokochaj siebie takim, jakim jesteś, czyli pełnym wad i sprzeczności.

Sylwia Kalinowska, psycholożka, coach, trenerka radykalnego wybaczania.

  1. Psychologia

Jak spełniać marzenia? Metoda: Radykalna Manifestacja Marzeń

Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz czegoś bardzo. Przywołujesz, wizualizujesz – bo wierzysz w prawo przyciągania. I nic… Może w twojej podświadomości tkwi jakiś sabotujący program? Spróbuj Radykalnej Manifestacji Marzeń.

Autorem metody jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. Wybaczenie to ważny krok, żeby oczyścić się z trudnych emocji: złości, żalu, poczucia krzywdy, winy, wstydu. Uwalniając się od świadomości bycia ofiarą, otwieramy się na nowe doświadczenia, na przyjmowanie „darów losu”.

Więc załóżmy, że wybaczyłaś, a dawne urazy nie blokują już twojej manifestacji. Twoje świadome intencje są jasne – wiesz, czego chcesz. Przeszłość została odkreślona grubą kreską, wszystko gotowe na stworzenie wymarzonej przyszłości. A mimo to twoja twórcza moc wydaje się mało skuteczna... Frustrujące, prawda?

Rzecz w tym, że jest jeszcze podświadomość, wypełniona różnymi informacjami na temat otaczającego świata i nas samych. Jeśli tkwią w niej takie przekonania jak: „nie zasługuję”, „nie jestem w tym dobra”, „nie starczy dla innych”, to sprawy znacznie się skomplikują. Co zrobić? Możesz zacząć nurkować w głąb, odkrywać kolejne sabotujące przekonania i zamieniać je na bardziej wspierające. Ale możesz też ominąć podświadomość i pójść dalej! Wcześniej jednak poznaj teorię dwóch światów. Sprawdź, w który bardziej wierzysz...

Na jakim świecie żyjesz?

Zdaniem Colina Tippinga żyjemy obecnie pomiędzy dwoma modelami świata. Przejmujemy stopniowo niektóre idee nowego modelu, ale stary wciąż mocno się trzyma... Więc odczuwamy euforię, nadzieję, zaczynamy wszystko od nowa, po czym coś ściąga nas w dół. O co chodzi z tymi modelami?

Colin Tipping twierdzi, że większość ludzi próbuje wykorzystać prawo przyciągania do zdobycia tego, czego im brakuje, a to jest właśnie myślenie przynależne staremu modelowi. Opiera się on na świadomości niedostatku. Zdaniem autora Radykalnej Manifestacji Marzeń poczucie braku tworzone jest celowo – żeby podnieść wartość różnych rzeczy. Tak działa system gospodarczy. Dlatego tak trudno nam przyjąć inną perspektywę, uwierzyć w nieograniczoną obfitość wszechświata, o której zapewniają nauczyciele duchowi (przejście do nowego modelu zwykli oni nazywać „przebudzeniem”).

Stary model każe walczyć, nowy zachęca, by ufać. Stary oparty jest na podziałach, dualizmach, na obwinianiu, lęku, konfliktach. Nowy – na jedności, miłości, na przekonaniu, że wszechświat działa w sposób doskonały. Że nie ma czego wybaczać, bo świat zewnętrzny jest jedynie projekcją naszego świata wewnętrznego. Że wszystko dzieje się po coś – wciąż zmierzamy do podniesienia jakości życia, do uzdrowienia. I choć fizyka kwantowa dostarcza dowodów na poparcie nowego modelu, stosujemy go w dość ograniczonym zakresie – w około 10 proc. sytuacji, jak uważa Tipping. Ale nie ma powodu przeskakiwać do niego na siłę czy wyrzucać sobie, że zostajemy z tyłu. Paradoksalnie, możliwe jest funkcjonowanie w obu modelach i korzystanie – w zależności od okoliczności – z tego, co proponują. Jeśli więc czujesz zew walki i wiesz, że to jedyny sposób, żeby dopiąć swego – walcz! A potem medytuj, proś i dziękuj. Jedno nie wyklucza drugiego. Ważna jest świadomość, jakiego wyboru dokonujesz w danym momencie.

To dzieje się teraz

A wracając do marzeń i przekonań blokujących ich realizację... – Jeśli chcesz wiedzieć, jakie są te ostatnie, co tkwi w twojej podświadomości, po prostu przyjrzyj się uważniej swojemu życiu, temu, co ci się przydarza – podpowiada Tipping. Za najbardziej szkodliwe (i absurdalne) uważa przekonania dotyczące niezasługiwania.
Wszechświat jest całkowicie neutralny, nie ocenia, nie przesądza, czy jesteśmy czegoś warci.
To jedno z podstawowych założeń Radykalnej Manifestacji Marzeń: przestajesz zajmować się osądami, kolekcjonować urazy i zasługi. Rezygnujesz z usprawiedliwiania się i krytykowania innych. I wciąż dbasz o podnoszenie poziomu wibracji: o to, by odczuwać akceptację, miłość, radość, spokój...

Nowy model rzeczywistości ma w dużej mierze charakter metafizyczny i zakłada istnienie inteligencji duchowej. I to jest właśnie sposób na poradzenie sobie z zapisanymi w podświadomości programami. Świadomy umysł z najszlachetniejszymi intencjami zwykle okazuje się za słaby. To dlatego często skarżymy się, że afirmacje nie działają... Podświadomość odrzuca zapewnienia w rodzaju „kocham siebie”, „jestem bogata” i realizuje stary program. W starciu dwóch umysłów – świadomego i podświadomego – musimy liczyć się z tym, że wygra ten drugi. Chyba że włączymy do procesu manifestacji inne jakości – serce, ducha...

Jak to wygląda w praktyce?

  • Przede wszystkim uświadom sobie potrzebę. Czego chcesz i dlaczego to dla ciebie takie ważne? Co ma z tego wyniknąć? Na ile to pragnienie jest prawdziwe, czy nie jest tylko chwilową zachcianką?
  • Kiedy już wybrałaś to, co chcesz zamanifestować, nadaj swojemu pragnieniu formę. Po prostu nazwij rzecz po imieniu – niezależnie od tego, czy ma to być rower, ogródek, nowa praca czy partner. Napisz na kartce, zadbaj o niezbędne szczegóły. Nie pisz: „chcę”, tylko np.: „mam”. Używaj czasu teraźniejszego – jakby manifestacja już nastąpiła – a jednocześnie wyznacz limit czasowy. Może gramatyka na tym ucierpi, ale zdanie „cieszę się ze znalezienia idealnej dla mnie pracy do końca roku” da się chyba zaakceptować...
  • A teraz wypowiedz swoje pragnienie na głos. Tak, to ważne – w ten sposób nadajesz mu moc. Może też zechcesz przeczytać te słowa komuś życzliwemu – to dobry sposób na podniesienie energii życzenia. Dobrze, jeśli temu „odpalaniu rakiety” towarzyszą emocje. Zaufaj im, to dobry nośnik...
  • I jeszcze obraz, czyli wizualizacja. Wprowadź do niej elementy, które już są w twoim życiu – niech twoja wizja mówi: „to dzieje się teraz”. Poczuj radość, wdzięczność, zachwyt...
  • A teraz krok, który przez wielu jest pomijany – przejście na poziom wiary, nowego modelu, duchowej inteligencji. Co robisz? Dziękujesz za wsparcie podświadomości i przekazujesz sprawę odpowiednio „wyżej”. Ufasz, odpuszczasz kontrolowanie procesu. Oczywiście, pozostajesz współodpowiedzialna za tworzenie twojego życia, ale bez wymuszania, oczekiwania. Nie przywiązujesz się do rezultatu.

Ruch i otwartość

Najważniejsze więc to wyruszyć w podróż, a deklarując światu potrzebę zmiany, właśnie w tę podróż wyruszyłaś. Tipping przywołuje na tę okoliczność termin „precesja”, ukuty przez amerykańskiego konstruktora i filozofa Buckminstera Fullera. Chodzi o to, że – kiedy do poruszającego się obiektu przyłożymy siłę – powstaną inne ruchy, być może również niespodziewane. Wyruszamy więc z punktu A do B, a po drodze przydarza nam się C. I być może to właśnie C, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę, o którego istnieniu być może nie wiedzieliśmy, jest prawdziwym celem naszej podróży... Żeby go jednak odkryć, trzeba być w ruchu. Trzeba czegoś chcieć!

W Manifestowaniu Marzeń Tipping zaleca taktykę małych kroków. Na początku możesz nie wierzyć, że to działa – po prostu udajesz. Tak długo, aż stanie się prawdą. Może zechcesz codziennie rano postawić sobie za cel zamanifestowanie czegoś – niekoniecznie zaraz wielkiego marzenia, ale czegoś, co sprawi ci przyjemność. Niektórzy potrafią „wyczarowywać” sobie w ten sposób miejsca parkingowe, inni – ludzką życzliwość. Oczywiście, liczy się też realistyczne podejście – jeśli jeździsz do pracy metrem, raczej mało prawdopodobne jest, że spotkasz po drodze wiewiórkę...

Uważaj, żebyś sama nie zaczęła sabotować swoich manifestacji, np. zniecierpliwieniem i sprawdzaniem, tworzeniem czarnych scenariuszy, rozmową z nieodpowiednimi (sceptycznie nastawionymi) ludźmi czy tłumaczeniem własnych sukcesów jako zwykłego zbiegu okoliczności. Najważniejsze, żeby utrzymać wysokie wibracje. Otwartość i pogodę ducha. Nikt nie twierdzi, że jest to łatwe. Ale na pewno jesteś jedną z tych osób, które przekonały się już, że to możliwe.

  1. Psychologia

Erotyka w snach. O czym fantazjujesz podczas snu?

Silna presja potrzeby seksualnej nie może wytwarzać snów, ale w dużym stopniu jest ona odpowiedzialna za ich treść. (Fot. iStock)
Silna presja potrzeby seksualnej nie może wytwarzać snów, ale w dużym stopniu jest ona odpowiedzialna za ich treść. (Fot. iStock)
Marzenia senne są często symboliczne. Co twoje sny mówią o twoich potrzebach erotycznych?

„Śniła mi się jaskinia, do której szedłem długim, wąskim korytarzem. W środku byli ludzie w przebraniach i z zasłoniętymi twarzami. Wnętrze oświetlały jedynie świece. Wyglądało to na jakiś rytuał.  Na czymś w rodzaju ołtarza leżała naga kobieta, pozostali stali tworząc krąg i podpierali się długimi laskami. Było to przerażające, ale miało w sobie coś podniecającego”.

„Śniło mi się, że spacerowałam brzegiem morza, było mi błogo i byłam zrelaksowana. Na plaży nie było nikogo. Nagle z naprzeciwka nadszedł mój profesor ze studiów. Był ode mnie dużo starszy, ale we śnie nie czułam różnicy wieku. Podszedł do mnie, wziął za rękę i razem weszliśmy do morza, nie zdejmując ubrań. Odczuwałam podniecenie i niesamowitą przyjemność”.

„Śniło mi się, że jestem w opuszczonym zamku, który miał mnóstwo schodów. Czułem niepokój chodząc po korytarzach i piętrach. Nagle z jednej komnaty wyszła moja żona i zaczęła się uwodząco uśmiechać, już zacząłem iść w jej kierunku, kiedy z drugiej komnaty wyszła jej siostra i także kusząco na mnie patrzyła. Czułem się nieswojo i nie wiedziałem co robić. Było to podniecające, choć kłopotliwe”.

To kilka przykładów z niezliczonej ilości marzeń sennych, jakie może zafundować nam nasz mózg, kiedy śpimy. Skąd jednak w naszych snach dziwne sytuacje, nieznane postaci - co to wszystko tak naprawdę oznacza?

Marzenia senne to aktywność psychiczna spontanicznie występująca w czasie snu. Śni każdy, nawet jeśli temu zaprzecza, dzieje się to jednak wyłącznie w tzw. fazach snu paradoksalnego, podobnego pod względem procesów bioelektrycznych mózgu do stanu czuwania, mimo, że jest to sen głęboki. W trakcie marzeń sennych odbywa się proces obrazowego przetwarzania nierozwiązanych problemów i konfliktów, który rozładowuje napięcia psychiczne.

Silna presja potrzeby seksualnej nie może wytwarzać snów, ale w dużym stopniu jest ona odpowiedzialna za ich treść. Może przy tym dochodzić do erekcji penisa lub łechtaczki, a nawet do orgazmu.

W interpretacji snów Zygmunt Freud, austriacki neurolog i psychiatra, widział najlepszą drogę do nieświadomości, czyli do wypartych pragnień i konfliktów, powodujących powstawanie nerwic. Przyczyn zaburzeń psychicznych upatrywał on przede wszystkim w niezaspokojonym popędzie seksualnym, stąd jego teoria marzeń sennych skoncentrowała się w głównej mierze na rozszyfrowywaniu seksualnej treści symboli sennych. I tak wszelkie przedmioty o wydłużonym kształcie, laski, pnie drzew, parasole, wszystkie rodzaje broni podłużnej i ostrej, noże, sztylety, piki mają wyobrażać męski członek. Natomiast puszki, pudełka, skrzynie, szafy, piece odpowiadają ciału kobiecemu, podobnie jak jaskinie, statki i wszelkiego typu naczynia. Jako częste symbole stosunku seksualnego wymieniał Freud latanie, jazdę pociągiem oraz wchodzenie po drabinie i schodach.

W wielu snach seks występuje właśnie w postaci symboli. Kiedy jednak pojawia się bezpośrednio, oznacza to, że łatwiej akceptujemy swoje własne pragnienia i urazy na tle seksualnym. Sny erotyczne mówią też, przed jakimi wyzwaniami stajemy i jak przebiega nasz rozwój. W rozwoju psychicznym i seksualnym zastój następuje jedynie wtedy, gdy na określonym etapie dojrzewania zatrzymają go choroba lub cierpienie. Wówczas jednak problem ten będzie uparcie pojawiał się w snach, aż do czasu gdy będzie można go rozwiązać.

Tymczasem według Carla Gustawa Junga, szwajcarskiego psychiatry i ucznia Freuda, w każdym z nas, niezależnie od własnej płci, istnieje wewnętrzny aspekt osobowości mający płeć przeciwną, czyli w każdym z nas istnieje pierwiastek zarówno kobiecy (Anima) jak i męski (Animus). Jeśli zaprzecza się jego istnieniu lub go tłumi, często może się on pojawiać w postaci obrazów sennych, czasem rozpoznawalnych dla śniącej osoby, a czasami nie. We śnie odzwierciedleniem Animy, która symbolizuje nieznaną nam i najczęściej nie uświadomioną sferę uczuć, może być postać każdej kobiety. Tymczasem wyrazem Animusa, czyli męskich, uporządkowanych i ukierunkowanych na cel sposobów myślenia i zachowania, są wszelkie postacie męskie.

Zasadniczym celem rozwoju osobowości człowieka jest integrowanie i równoważenie w sobie tych różnych, a często przeciwstawnych sił męskich i żeńskich. Najczęściej jednak mamy do czynienia z sytuacją, kiedy któryś z tych aspektów wysuwa się na pierwszy plan, powodując wewnętrzną dysharmonię. Jeśli przewaga znajduje się po stronie Animusa, wówczas w naszych snach dominować będą męsko-falliczne symbole agresji, jak np. sztylet, włócznia, armata. Przewaga Animy objawia się albo poprzez fiksacje na cechach macierzyńskich, albo poprzez ucieczkę od rzeczywistości i strach przed żeńską seksualnością. Niezależnie od płci osoby śniącej, w marzeniach sennych może objawiać się dominacja, zarówno sił męskich jak i żeńskich. Pojawiające się w snach zachowania seksualne również powinniśmy odnosić do nas, nawet jeśli aktywne pod tym względem są tylko inne osoby. Erotyczne aspekty marzeń sennych należy interpretować przede wszystkim na płaszczyźnie podmiotowej. Seksualność symbolizuje zbliżenie i zjednoczenie męskich i żeńskich stron naszej osobowości. Świadomy i nieuświadomiony stosunek do naszych agresywnych i seksualnych impulsów popędowych współdecyduje o tym, czy w marzeniach sennych jesteśmy zdolni do swobodnych zachowań seksualnych. Przez nie wyraża się bowiem to, czy potrafimy podporządkować swoje seksualne impulsy i życzenia celowi zjednoczenia męskich i żeńskich aspektów osobowości, czy też żyją one własnym życiem, oderwane od procesów rozwojowych przebiegających w  naszej psychice.

Każdy sen, w którym pojawiają się treści seksualne, można interpretować na kilka różnych sposobów. Śniąca osoba sama decyduje, która z tych interpretacji jest najbardziej trafna. Będzie to zależało od tego, co w danym śnie było szczególnie uderzające. Nie wszystkie wyobrażenia występujące w snach związanych w jakiś sposób z erotyką muszą stanowić sugestię samego aktu płciowego. Często mogą one ukazywać, jak ktoś radzi sobie z własną seksualnością, związkami i emocjami.

Sny mogą stanowić pomoc w rozwiązywaniu problemów pojawiających się w związkach intymnych. Prawie każdy sen śniony w sytuacji kryzysowej dla naszego związku wyraża lęki i nadzieje, które z nim podświadomie wiążemy. Sny wyrażające nadzieje pokładane w związku można potraktować jako wskazówkę do pozytywnego przetwarzania snów ujawniających związane z nim podświadome lęki.