1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Stoicyzm pandemiczny

Stoicyzm pandemiczny

Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze - mówi Marcin Fabjański, praktykujący stoik. (Fot. iStock)
Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze - mówi Marcin Fabjański, praktykujący stoik. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Epiktet, Marek Aureliusz, Seneka – wszyscy oni twierdzili,że dopiero w zderzeniu z trudnościami mamy szansę kształtować swój charakter. I zdaniem filozofa Marcina Fabjańskiego warto brać przykład ze starożytnych stoików. Dziś może nawet bardziej niż kiedyś.

Czy to są dobre czasy dla stoików? Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze.

Obawiałam się, że pan to powie... A ja domyślałem się, że pani się obawia. Jeśli jednak mam odpowiedzieć prawdziwie, będzie to musiał być banał. Każde czasy są dobre dla stoików. Zaraz powiem dlaczego, i może to będzie mniej banalne. Celem życia stoika jest rozwinięcie pewnych cech charakteru, zwanych w starożytności cnotami. Jeśli przez chwilę spojrzymy na nasze życie z tej perspektywy – jako na materiał szkoleniowy czy pomoc naukową służącą do pracy nad sobą – to zrozumiemy, że jeśli nie byłoby na świecie żadnych problemów, to nie dałoby się tych cnót w ogóle wykształcić, bo nie byłoby do tego pretekstu. Cnoty rozwijają się bowiem w zetknięciu z trudnościami. Ale z drugiej strony, jeśli te trudności są bardzo przygniatające i radykalne, to nie jest to dobra sytuacja dla kogoś, komu bliżej jest do początkującego filozofa, a daleko od bycia mędrcem. Bo podział jest taki: człowiek pospolity, filozof, który dopiero rozwija swoje cnoty, oraz mędrzec, czyli ten, który już je rozwinął – przy czym nie wiemy, czy ów mędrzec istnieje naprawdę, czy jest tylko ideałem, do którego mamy dążyć.

Jakie cnoty stoicy uznawali za najcenniejsze? Cierpliwość? Wstrzemięźliwość? Też, natomiast trzy fundamentalne cnoty w starożytności to: odwaga, mądrość i sprawiedliwość. Stoicy dodawali do tego jeszcze jedną – wytrwałość, choć myślę, że można ją traktować jako cnotę pomocniczą, taką praktyczną podpórkę do osiągnięcia trzech powyższych. Ponieważ o cnotach uczę od lat, logiczne, że po takim wstępie podawałem zwykle, która jest moją ulubioną. Długo myślałem, że jest nią mądrość. Ostatnio to się jednak zmieniło. W rozmowach ze studentami doszliśmy do wniosku, który dzielimy właściwie z antycznymi Grekami, że fundamentalną cnotą jest cnota odwagi, bo bez niej w ogóle nie można zacząć czegoś takiego jak projekt budowania siebie. Bo żeby to zrobić, trzeba się przeciwstawić swojemu środowisku. W łagodnych przypadkach skutkuje to tym, że zostajemy uznani za dziwaków, i by to znieść, też trzeba trochę odwagi. W sytuacjach skrajnych kończymy jednak jak Sokrates, czyli jeśli mamy się trzymać swojego, musimy popełnić samobójstwo, i do tego trzeba tej odwagi już trochę więcej.

Czemu przeciwstawiają się stoicy? Oni buntują się wobec błędów w myśleniu. Stoicyzm to nie jest ideologia ani religia, nie wytacza więc dział przeciwko innym ideologiom czy religiom, tylko przeciwko egzystencjalnej naiwności człowieka pospolitego, czyli człowieka, który nie jest filozofem. Taki ktoś wszystko, co robią inni, i wszystko, co zostało mu zaaplikowane w tym społeczno-kulturowym pakiecie pod tytułem wierzenia, zwyczaje i poglądy, zasysa bezkrytycznie. I wobec tego właśnie buntują się stoicy.

Błędy myślenia, o których pan mówi, to na przykład oczekiwanie, że życie będzie toczyć się tak, jak ja chcę, albo że pewne problemy będą mnie omijać? Są różne kategorie błędów myślenia. To, o czym pani mówi, dotyczy postawy życiowej. Generalizując, błędy myślowe polegają na tym, że ulegamy różnym rozdrażniającym nas emocjom i zamiast stworzyć wobec nich rodzaj dystansu i – jak mówi Epiktet – wejść w dialog ze zdarzeniami, my reagujemy mechanicznie. Tak jak nam każą emocje i tak jak reagują inne osoby z grupy, w której się wychowywaliśmy. Czerpanie z tradycji mechanicznie nie jest krytycznym myśleniem, nie jest budzeniem refleksji.

Czyli chodzi o trwałą zmianę perspektywy. Jak rozumiem, to następuje powoli... A może tylko się pocieszam, bo ciężko mi to na razie przychodzi? To nie jest coś, czego można się nauczyć na weekendowym kursie, to ma być trudne. Dlatego pedagogika stoicka, jak zresztą pedagogika innych szkół filozoficznych, jest pomyślana jako projekt na całe życie. I też nie wiadomo, czy tego życia nam starczy, by doprowadzić go do końca. Ale gdyby to było łatwe i nie wymagało ogromnej odwagi, to nie byłoby takie ekscytujące i nie przyniosłoby owoców, które obiecuje stoicyzm w postaci ataraksji – psychofizycznego stanu, który ja nazywam „dostrojeniem do procesu życia”. To stan, w którym nie podlegamy już żadnym błędom myślenia grupy (pytanie, czy jest osiągalny, czy jest tylko ideałem), tylko czemuś, co jest rozumem w nas, ale jednocześnie jest rozumem we wszechświecie; czyli czemuś, co kieruje nami w bezwysiłkowy, mądry sposób. Z punktu widzenia jednostki, czyli wytrenowanego stoika, który został mędrcem, te trzy cnoty realizują się w nas wtedy w sposób spontaniczny. Taki ktoś nie musi się starać, bo zharmonizował się, dostroił do rozumu i jest jego wyrazem.

A wszyscy inni go nie cierpią... Większość – zapewne tak. Bo jest żywą, chodzącą obelgą dla tych, którzy twierdzą, że posiedli prawdę, że ich ideologia i sposób myślenia są jedynymi właściwymi.

A czy pan ten stan już osiągnął? Jest momentami do niego bliżej? Momentami – tak. I proszę podkreślić słowo „momentami”. Bo to nie jest linearny proces, czasem ten stan przychodzi, a czasem odchodzi. Ale nawet gdyby nie był w pełni osiągalny, warto iść ścieżką cnót, bo samo jej pokonywanie sprzyja refleksji i dodaje nowej perspektywy naszemu życiu. To jest właśnie główny cel istnienia filozofii – przeciągnąć ludzi na stronę świadomego życia. Dla mnie przedsionkiem filozofii było science fiction, które jest opowieścią o innych światach niż ten, który zasysamy automatycznie. Zawsze miałem w sobie impuls, który kazał szukać tajemnicy pod powierzchnią rzeczy.

Czy stoicyzm jest w stanie ograniczyć ilość cierpienia w naszym życiu? Nie jest w stanie zmniejszyć bólu, ale reakcję na ból, czyli cierpienie – już tak. To też jest jedno z fundamentalnych zadań filozofii. Oczywiście filozofia jest umiłowaniem mądrości i zdziwieniem światem, ale jest też odpowiedzią na ludzkie cierpienie. Ktoś kiedyś zauważył, że cierpienie nie jest nam dane, a zależy od naszej postawy. To, jak reagujemy na egzystencjalny ból, jaki nam serwuje świat, może nasze cierpienie zwiększać lub zmniejszać. I tak powstała sztuka bycia, zwana filozofią.

Jaki jest ten świat według stoików? Fascynujący? Logiczny? Sprawiedliwy? Jest rozumny, czyli nie jest chaosem. Jest zbudowany według pewnych reguł i dobrze te reguły poznać, bo wtedy mamy szansę na rozkwitnięcie, na szczęście i na odklejenie się od naszych różnych udręk psychicznych. Kiedy nie znamy reguł, projektujemy na świat rzeczy, których nie ma. Tak naprawdę o wiele częściej walczymy z naszymi konstruktami mentalnymi niż z rzeczywistością. Czyli najpierw budujemy pewną fikcję, a potem nie możemy żyć spontanicznie i spokojnie, bo bez przerwy ją fortyfikujemy. Ale to nie może się udać; nasze fikcje prędzej czy później polegną w starciu z rzeczywistością. A najpewniej wtedy, gdy wydarzy się coś istotnego egzystencjalnie: choroba czy zbliżająca się śmierć, i nie będziemy już w stanie dokarmiać naszych fałszywych przekonań. Na przykład takiego, że jesteśmy nieśmiertelni... Pierwszym krokiem stoickiego rozwoju byłoby więc rozpoznanie tego, czym ta rzeczywistość jest. Drugim – dostrojenie się do niej. Czyli zgoda na to, by ten sam rozum, który rządzi całym wszechświatem, rozświetlił się również w nas.

Jak zatem rozumnie wytłumaczyć pandemię? Pandemia jest rozumna. By to udowodnić, nie musimy odwoływać się wcale do stoicyzmu. Przede wszystkim jest wynikiem naturalnych procesów, a nie skazą na rzeczywistości, jak lubimy teraz myśleć. Wirus SARS-CoV-2 to nie jest złośliwa istota, która przeciwstawia się człowiekowi, tylko efekt dynamiki organicznej rzeczywistości wokół nas. Logiczne następstwo pewnych procesów. Na przykład już teraz wiemy, dzięki rozwiniętej nauce eksperymentalnej, że jedną z przyczyn pandemii jest niszczenie bioróżnorodności na naszej planecie, która pełni funkcję zbiorowego mechanizmu immunologicznego. Stoickie podejście polega na tym, by starać się jak najlepiej zrozumieć ten mechanizm. Natomiast podejście człowieka pospolitego, bezrefleksyjnego jest takie, że pandemia to jakiś kłopot, który sprowadził zły los, źli ludzie, bogowie albo jakiś spisek i który odbieramy jako osobistą obelgę. Co więcej, jeśli się zaszczepimy, będzie po problemie, bo przechytrzymy pandemię. Ja nie jestem przeciwnikiem szczepień, już raczej ich zwolennikiem, chcę tylko zwrócić uwagę na to, że takie myślenie jest bardzo ograniczone. Zaszczepimy teraz rzesze ludzi, które potem pójdą dalej wycinać hektary lasów, budować na ich terenie kolejne osiedla i produkować kolejne miliony dóbr niepotrzebnych. Jeśli jako stoik miałbym już jakoś antropomorfizować tę pandemię, to nie jako wroga, ale nauczyciela. Z punktu widzenia rozwoju cnót jest to doskonała okazja.

W nowym wydaniu pana „Stoicyzmu ulicznego” można znaleźć rozdział o przeziębieniu. Pisze pan, że nie ma co wściekać się na to, że jesteśmy chorzy, bo wirus grypy działa tak, jak został skonstruowany, zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Podobnie komputer psuje się dlatego, że jedną z cech maszyn jest to, że mogą się psuć. Bo to leży w ich naturze. W tym rozdziale cytuję Marka Aureliusza: „Każde zdarzenie jest tak zwykłe i znane jak róża na wiosnę i owoc w jesieni. Czymś takim jest bowiem i choroba, i śmierć, i potwarz, i zasadzka, i wszystko to, co głupców cieszy i smuci”. Marek Aureliusz radzi, żebyśmy nie rozwijali neurotycznej, czyli opartej na namiętności, relacji z takim naturalnym zdarzeniem, jakim jest przeziębienie lub nawet COVID-19. To nie znaczy, że mamy się nie leczyć czy nie szczepić. Wprost przeciwnie, kiedy ujrzymy w wirusie logikę rzeczywistości, będziemy mogli zadziałać na niego w inteligentny sposób. Inaczej będziemy działać w sposób magiczny, przedfilozoficzny, naiwny. Będziemy wymyślać covidowi, uznawać, że jest osobiście skierowany przeciwko nam.

Książka po raz pierwszy ukazała się 11 lat temu, ale na opisane w niej przykłady można też spojrzeć przez pryzmat pandemii albo niezależnie od niej. Nadal się przecież irytujemy, stojąc w korku czy słuchając nieuprzejmej ekspedientki. Nadal pytamy siebie czasem: czemu właśnie mnie to spotyka? Ja łączę to z rozrostem ego w naszych czasach. Mamy problem z ujrzeniem siebie jako kropelki w morzu, do czego namawiają stoicy. To nie jest tak, że w antyku ludzie mieli mądrość na zawołanie. Mimo że stoicy byli podziwiani i stawiani za wzór, to przecież filozofowie są zawsze outsiderami, ułamkiem społeczeństwa. Jak się czyta pisma dawnych stoików, to wydaje się, że tak samo trudno było starożytnym Rzymianom jak nam dzisiaj. Człowiek wyciągnięty z natury, będący władcą samego siebie i udający, że nie podlega żadnym uwarunkowaniom zewnętrznym, jest pewnie dzisiaj bardziej popularny, choć nie był nieznany w starożytności. Wystarczy spojrzeć na niektórych cesarzy rzymskich czy dowódców greckich, jak Aleksander Wielki. Im wydawało się przecież, że są bogami. I to myślenie dzisiaj też jest nam bliskie.

Przypuszczam, że nie zmienił się też bardzo taki obrazek z pana książki: dziecko dopomina się o naszą uwagę, a my przecież jesteśmy bardzo zajęci. Wiele osób zamkniętych w domu z rodziną mogło ostatnio wyjątkowo utożsamić się z tym przykładem. I to jak! Zagonieni w codziennym pędzie sądzimy, że aktywnie uczestniczymy w życiu. Ale bycie zajętym to jest bardzo często strategia służąca temu, by uciekać od życia. Po to mamy obowiązki, by nie musieć stawać twarzą w twarz z naturą, która w tym przypadku ma postać dziecka. Bo dziecko naturalnie żąda naszej uwagi. A dotychczasowe wymówki, że musimy dłużej zostać w pracy czy jechać w podróż służbową, w pandemii już nie obowiązują. Podczas lockdownu zapukała do naszego życia natura, również w takiej fundamentalnej postaci naszej biologiczności, jaką jest ciało. Na co dzień zwykle je ignorujemy: służy nam do tego, by wykonywać zadania, przenosić nas z miejsca na miejsce. Będąc w domu, mamy więcej okazji, by temu ciału przyjrzeć się w lustrze, zobaczyć, ile przybyło mu zmarszczek czy kilogramów, ale też o nie bardziej zadbać.

A czy ta nasza irytacja nie jest spotęgowana tym, że chcemy robić zbyt wiele rzeczy naraz? Jak najbardziej. Mamy przecież naturalną potrzebę, by kończyć rzeczy, a nie tylko je zaczynać. Nasza uwaga też ma potrzebę, by pobyć jakiś czas z jednym przedmiotem. To potrzeba kontemplacyjna, którą kiedyś ludzie realizowali, będąc w lepszym i bliższym kontakcie z przyrodą lub stosując różne techniki kontemplacyjne. Dziś zabieramy naszej uwadze taką możliwość. Idealnym sposobem na jej odbudowanie jest wybranie się do lasu czy do parku. A że rzadko mamy taką okazję, po to jest moja książka. Pozwala zastosować szybkie interwencje przeciwko podrażnieniu, tak szybkie, jak szybkie jest nasze życie. Te interwencje są czasem sekundowe. Moja studentka opowiadała mi, że jedną z nich z powodzeniem stosuje, kiedy jedzie z mężem przez miasto i jakiś samochód wciska się na ich pas. Jej mąż bardzo się na to wkurzał, do momentu aż przypomniała jemu i sobie moją radę, by nie patrzeć na czyjeś denerwujące zachowanie jako na obelgę skierowaną przeciwko nam, tylko jak na schorzenie. Jeśli ktoś jest chory, to nie mamy mu za złe, że kaszle. Zatem jeśli spojrzymy na czyjeś przykre słowa jako na przykład choroby, nie fizycznej, tylko mentalnej, i potraktujemy je jak kaszel wychodzący od tego człowieka – to złość nam minie. Moja książka jest zachętą do zabawy różnymi technikami i sztuczkami stoickimi. Wierzę, że stosując je na co dzień, możemy, ku własnemu zaskoczeniu, za jakiś czas zorientować się, że suma naszych podrażnień życiowych bardzo się zmniejszyła.

A co jeśli taka „chora” osoba jest w naszym życiu na stałe? Spotykamy ją codziennie w pracy, jest członkiem naszej rodziny, sąsiadem... Czy to nie cudowne, że dostarcza nam na co dzień – bez konieczności płacenia za drogie kursy – okazji do samodoskonalenia i rozwijania cnót?! To jedna ze zmian perspektywy, jakie proponują stoicy. Nie każdemu może jednak przypaść do gustu. Prawdopodobnie chcielibyśmy zrobić coś więcej, także ze względu na tę osobę. Bądźmy tego pewni, ona też cierpi, może nawet bardziej niż my, którzy dostajemy „odłamkami” jej cierpienia. Stoicy na pewno by nie założyli, że czyjaś złośliwość bierze się z niczego. Oczywiście nasz wpływ na innych jest znikomy, możemy kontrolować jedynie siebie. Zatem jeśli ta osoba zobaczy, że nie wywołuje w nas już tak łatwo irytacji, a wprost przeciwnie – radość, że możemy rozwijać nasze cnoty, to straci motywację. Jej zachowaniem może bowiem nieświadomie kierować chęć zwrócenia na siebie uwagi. Jeśli jej nie dostaje, traci impet. To coś, co nazywa się pasywną zmianą sytuacji – nie wymaga od nas konkretnej interwencji, zwłaszcza jeśli nie wiemy, jak się zachować, a polega jedynie na zmianie postawy.

W jednym miejscu cytuje pan Senekę, który mówi, że aby nauczyć się życia, potrzeba wysiłku i czasu. Czy zatem postawa stoicka może przyjść do nas z wiekiem? Myślę, że czynnik wieku, starzenia się i nabierania doświadczenia jest uwzględniony w pedagogice stoików, ale radziłbym nie czekać na starość i zacząć wcześniej. Stoicyzm zakłada, że życie jest ewolucyjnym procesem, a postawa, którą mamy w sobie wykształcić – czymś intymnym. To nie jest coś, co możemy sobie przyswoić teoretycznie, to musi się stać naszym instynktem, co wymaga czasu, prób i wielu doświadczeń. Ta umiejętność może w nas rosnąć i słabnąć, dojrzewać i zanikać. Tak długo, jak żyjemy, tak długo uczymy się tego życia. Ale też jak mówi Seneka, „nic nie jest bardziej obce dla człowieka zajętego niż życie”. Czyli możemy być na tej planecie 80 lat i równie dobrze nie pożyć ani dnia, bo tak bardzo byliśmy zajęci. 

Marcin Fabjański, praktykujący stoik, założyciel szkoły filozoficznej we Włoszech, autor bestsellera „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, po ponad dziesięciu latach wraca z kultową już książką „Stoicyzm uliczny”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak być w pełni sobą? 12 praktyk, które pomogą uwolnić się od ograniczeń

Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Każdy pragnie żyć pełnią życia w zgodzie ze sobą. Blokują nas ograniczenia, które często tkwią w nas samych. Oto 12 kroków, dzięki którym droga ku wewnętrznej wolności stanie się prostsza.

1. Praktykuj akceptację

Pogódź się z tym, jak jest. Całościowo. Nie staraj się niczego zmienić, zrozumieć, uniknąć. Przyjmij każdą swoją myśl, emocję i okoliczności, w których się znajdujesz. Stań przed lustrem i powiedz do siebie: „Akceptuję siebie dokładnie taką, jaką jestem”. Powtarzaj kilka razy dziennie.

2. Ćwicz zaufanie

Nawiąż kontakt ze sobą -  jeśli masz poczucie swojej jaźni, duszy, jestestwa, jesteś bezpieczna.

3. Wzmacniaj poczucie bezpieczeństwa

Znajdź sobie miejsce, które jest dla ciebie schronieniem. Może to być twój pokój, sypialnia a tam półka z ulubionymi przedmiotami. Albo wizualizacja, która przenosi się w bezpieczne miejsce. Chodzi o azyl, w którym możesz się w każdej chwili schronić.

4. Rób rachunek sumienia

Zamiast kłócić się bezproduktywnie z krytykiem wewnętrznym, naucz się obiektywnie określać swoje mocne i słabe strony. Zrób listę trzech swoich cech, nad którymi chcesz popracować. Bądź jednak dla siebie łagodna, postępuj ze sobą życzliwie.

5. Słuchaj mądrych ludzi

Wybierz sobie kogoś w rodzaju mistrza. Osobę, która poprowadzi cię przez zwątpienia i zakręty mądrą wskazówką. Może to być ktoś znany ci z kart książki albo osoba z całkiem bliskiego otoczenia.

6. Bądź gotowa przejść własne ograniczenia Sporządź listę tego, co chcesz osiągnąć w życiu. Zastanów się, co cię ogranicza i co możesz zrobić, żeby przestało cię blokować.

7. Pielęgnuj poczucie pokory

Poznanie prawdy o sobie to ciężka praca. Poproś siłę wyższą, żeby pomogła ci na tej drodze samowiedzy. Licz się z tym, że zaliczysz upadki w poznawaniu siebie. Ale za każdym razem się podnoś.

8. Ucz się przebaczać

Trzeba mieć odwagę, żeby umieć przebaczyć. Jeśli tego nie zrobimy, głęboka uraza wnika w głąb naszej istoty. W naszym ciele powstają napięcia, które powodują zmęczenie i choroby. Wówczas nie ma możliwości, żeby żyć pełnią siebie.

9. Pomagaj, rób coś dla innych

Zastanów się, co możesz zrobić dla świata. Pomagaj, zajmij się wolontariatem lub rób to na własną rękę w najbliższym otoczeniu.

10. Myśl o sobie dobrze

Możesz powtarzać mantrę: „Jestem w porządku. Jestem w porządku. Jestem w porządku.” Te słowa uwalniają od strachu, który pochodzi z ego i otwierają na nowe możliwości. Jeśli jesteś w porządku, należy ci się wszystko, co do ciebie pasuje.

11. Dbaj o życie duchowe

Medytuj, uczęszczaj na warsztaty rozwojowe, czytaj lektury o tematyce duchowej, ćwicz jogę. Dbaj o swego ducha tak, jak pamiętasz o swoim ciele – które karmisz, myjesz, robisz mu badania. Sfera duchowa również wymaga starania.

12. Praktykuj bezwarunkową miłość

Do najbliższych, do przyjaciół, do świata. W słowach i myślach posyłaj im współczucie. Myśl również o tych osobach podczas medytacji, wysyłając w ich kierunku światło.

  1. Styl Życia

Katarzyna Kasia - nigdy więcej

Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Filozofka, którą pokochało społeczeństwo. Katarzyna Kasia w „Szkle kontaktowym” w TVN24 poczuciem humoru rozbraja najtwardszych. Namawia do dialogu i przekonuje, że więcej nas łączy, niż dzieli. A jeśli dzieli nas wszystko, to przynajmniej razem się z tego śmiejmy.

Kiedy mówiłem, że robię z panią wywiad, słyszałem: „z naszą Kasią?”. Często pani to słyszy? Na jednej z demonstracji starsza pani wręczyła mi znaczek „Konstytucja” i cukierka, mówiąc: „Fajnie, że jesteśmy razem”. Reprezentowała Polskie Babcie. Jest w nich siła, determinacja, dystans. Walczą o Polskę dla wnuków. Tyle razy dostały po głowie, przeżywały przełomy, cieszyły się, że sklepy przestały być puste, że Polska jest w Unii Europejskiej. „Konstytucja” i cukierek wyrażają spełnione nadzieje. Miło jest wspólnie w tym być, bo tak samo jak ja jestem widzów, to oni są moi.

Jest pani filozofką, której społeczeństwo słucha z uśmiechem, i to naprawdę słucha. Od lat wykładam na wyższej uczelni. Niełatwo zdobyć uwagę stu osób, mówiąc o filozofii starożytnej. Chcę, by rozumiała moja córka, by rozumiały moje koleżanki, moi studenci i widzowie. Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać.

Czuje pani odpowiedzialność za Polskę? Zapewniła mi wykształcenie. Mam poczucie, że powinnam oddać tę wiedzę. Dlatego wykładam w szkołach publicznych. Tak rozumiem patriotyzm.

A humaniści – już nawet to słowo wypowiadam, przepraszając – nie wstydzą się poczucia misji? Nastały czasy jednoznaczności. Ludzie mówią od razu wielkimi literami. Tymczasem humanistyka opiera się na wątpliwościach. Dopuszczamy, że możemy nie mieć racji. Wykład noblowski Olgi Tokarczuk był o tym. Błona fotograficzna wystawiona na światło reaguje w zależności od tego, jak jest czuła. A ponieważ jesteśmy bardzo czuli, łapiemy mnóstwo półcieni, niewidocznych elementów. Zamiast czerpać przyjemność z niuansów, wstydzimy się.

Filozofka może odmienić naszą sytuację? W czasach radykalnego pogłębiania podziałów filozofka zadaje pytanie, czy aby na pewno są tak wyraźne. W tej chwili bardzo trudno rozmawiać z kimś, kto ma inne poglądy polityczne. Gdybyśmy nie byli tacy czarno-biali, zobaczylibyśmy, że powodów do konfliktu jest o wiele mniej. To polityka sprzedaje nam pakiety myślowe – zestawy: mały liberał, mały nacjonalista. W nich jest wszystko – ubranie, język, sposób widzenia świata, stosunek do polityki wewnętrznej i międzynarodowej, wartości rodzinne. Ludzie tacy nie są, mogą rozpakować pudełko i zdecydować, co wyjmą. Nie powinniśmy brać całości, chociaż to wygodniejsze, bo elementy są spójne i mamy pokusę, żeby wszystko było jasne i oczywiste.

Naprawdę więcej nas łączy? Mimo różnych poglądów na politykę czy polską tradycję zawsze jest przestrzeń do rozmowy. Może to być sport, jazda samochodem, kompot śliwkowy albo sernik. Wiele razy spotykałam ludzi, których poglądów nie podzielałam, ale nawet przy radykalnej różnicy udawało się rozmawiać. Wystarczy minimalne poczucie humoru, żeby dostrzec śmieszność takiej sytuacji. Świadomość, że już nic nas nie łączy, może być inspirująca. Henri Bergson mówił o grzeczności serca, empatycznym szukaniu porozumienia.

W którym momencie poczuła się pani obywatelką? Kiedy odebrałam dowód osobisty, żeby zagłosować w referendum konstytucyjnym. Wreszcie i ja mogłam wrzucić małą kartkę do urny. Chciałam głosować, odkąd – mając 11 lat – poszłam z rodzicami na wybory 1989 roku. Byli szczęśliwi, wzruszeni, ręce im się trzęsły. Kiedy byłam w siódmej klasie, wprowadzono religię do szkół. Jako jedyna dziewczynka w szkole na nią nie chodziłam. Zostałam przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Bałam się, że dzieci mnie wykluczą, a one doceniły, że dokonuję własnych wyborów. Pracowałam dla dobra całej społeczności, co było ważną nauką.

Mniej więcej w tym czasie wzięła pani udział w dokumencie Krzysztofa Krauzego „Źródło”. Jako żydowska dziewczynka towarzyszyła pani w podróży do Białegostoku pochodzącemu stamtąd francuskiemu prawnikowi Samuelowi Pisarowi, ocalonemu z Holocaustu. Po latach opisała to pani w osobistym eseju o antysemityzmie. Dzień po telewizyjnej emisji cała klatka schodowa była pokryta gwiazdami Dawida powieszonymi na szubienicach, napisami „Jude raus”… Zobaczyłam je, wychodząc do szkoły. Przestraszyłam się, ale i poczułam gniew. Urodziłam się w Warszawie, tu się wychowałam, mieszkam całe życie. Jakim prawem ktoś mówi, że mam się wynosić? Mój pradziadek zginął w Katyniu, był Żydem i polskim oficerem. Babcię wyrzucono w 1968 roku z Uniwersytetu Warszawskiego, była adiunktką na Wydziale Chemii. Mojej mamie pani od historii powiedziała, że nie zda matury, bo jest syjonistką. Zdziwiona przyszła do domu i dopiero wtedy usłyszała o żydowskim pochodzeniu. Przede mną już nikt niczego nie ukrywał. Byłam chyba naiwna, bo w ogóle nie rozumiałam, jak można być antysemitą. Nadal nie rozumiem.

Zrozumiała pani, jak bardzo można się bać? To nie tylko mój strach, ale wszystkich poprzednich pokoleń, które doświadczyły potwornych prześladowań. Tuwim w pięknym tekście „My, Żydzi polscy” pisał, że jest Polakiem, bo jego nienawiść do polskich antysemitów jest większa niż do innych antysemitów. Bardzo dobrze to rozumiem, bo polski antysemityzm uderza mnie jako Żydówkę i jako Polkę. Chciałabym myśleć o Polsce jedynie dobrze. Jak zareagowałabym, gdyby coś takiego spotkało moją córkę?

Ma dzisiaj tyle lat, ile pani wówczas. Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego o aborcji poszłyśmy na demonstrację. Stałyśmy na placu Zamkowym. Nagle usłyszałyśmy donośne męskie głosy, zobaczyłyśmy neofaszystowską bojówkę, biegła na nas. Ludzie zaczęli się cofać. Osłoniłam Ninę. Złapałam ją za rękę i odeszłyśmy dalej. Była przerażona, trzymała mnie mocno. To się działo w Warszawie w XXI wieku. Dlaczego moja córka musi mieć takie doświadczenie inicjacyjne? Polska dziewczynka musi zobaczyć faszystów, mając 13 lat? Przeżyć strach towarzyszący nam od pokoleń? Tak się wściekłam, że jeśli mogę coś zrobić, żeby w Polsce nigdy więcej nie było faszyzmu, antysemityzmu, bezsensownej przemocy, zrobię wszystko.

Jak pani poznawała rodzinną historię? Czytaliśmy pamiętniki pradziadka. Dużo opowiedziała mi jego siostra, cudowna ciocia Lesia. Przeżyła w Warszawie drugą wojnę światową. Znaliśmy historię mojej babci. Tata, który w Marcu ’68, w proteście studentów, pobity przez ZOMO, omal stracił życie, powtarzał, że bardzo chciałby być Żydem. Pewnego razu poszłam do Zachęty na wystawę „I ciągle widzę ich twarze”, to zdjęcia żydowskich rodzin, w większości zgładzonych. Wśród nich zdjęcia rodziny o tym samym nazwisku, co mama mojego ojca. Powiedziałam szczęśliwa: „Tata, masz całkiem porządną żydowską rodzinę”. Zawsze miałam poczucie, że jednolita tożsamość ogranicza. Wśród przodków mam biskupa Kościoła protestanckiego. Mój tata był wiecznie wątpiącym chrześcijaninem, niestrudzonym badaczem Świętego Augustyna.

Jak dorasta się w domu historyków filozofii? Mieliśmy bardzo dużo książek, które namiętnie czytałam. Było bardzo cicho. Tata nieustannie studiował dzieła, więc potrzebował ciszy. Nawet kiedy z bratem się kłóciliśmy, staraliśmy się robić to jak najciszej, żeby mu nie przeszkadzać.

Była pokusa, by krzyknąć? Jasne. Zwłaszcza gdy się ma młodszego brata. Nieustannie z Jankiem toczyliśmy boje. Kiedy byliśmy mali, tata co wieczór nam czytał, naśladując głosy znanych aktorów, postaci z życia publicznego. Przeczytał nam całą klasykę – Trylogię Sienkiewicza, „Pana Tadeusza”, całego Moliera. A myśmy czerpali stamtąd wątki do naszych zabaw. Bawiliśmy się w Juranda i Krzyżaka, co było dość brutalne. Ale Sienkiewicz silnie oddziałuje na wyobraźnię dzieci.

Pani była Jurandem czy Krzyżakiem? Zamienialiśmy się. Była taka scena, w której Jurand wchodzi do karczmy, a Krzyżak coś do niego mówi, i wtedy Jurand rzuca nim o ścianę. Krzyżakowi pęka czaszka, mózg się rozlewa, krew płynie po ścianie. Akurat w tej scenie każde z nas chciało być Jurandem. Kiedy tata kończył czytać „Pana Wołodyjowskiego”, a finał jest pełen napięcia, myśmy potwornie płakali, i tata też płakał, tak że nie mógł czytać. Przyszła mama, czytała i płakała, a potem znowu tata czytał. Na pewno dom miał wpływ na to, kim jestem. Nauczyłam się pokory wobec filozofii. Mama zajmowała się etyką, tata historią filozofii starożytnej i średniowiecznej, ale słowo „filozof” zarezerwowali dla Platona, Sokratesa, Arystotelesa, Kanta. Siebie określali nauczycielami filozofii. Kiedy po maturze wybierałam studia, tata powiedział, że musimy poważnie porozmawiać. Pierwszy raz tak serio. Usiedliśmy. Zapytał, co chcę robić. Odpowiedziałam, że zdawać do szkoły filmowej. Bardzo dużo rysowałam i chciałam robić filmy animowane. „No, tak. Ale to bez sensu. Jak z tego będziesz żyła? Z głodu umrzesz”. Byłam pod wrażeniem jego praktyczności. „A co zrobisz, jeśli się nie dostaniesz?”. „Pójdę na filozofię”. „To bardzo dobra decyzja. Będziesz miała zawód. Może nie nauczysz się wbijać gwoździ, ale dowiesz się, po co robić dziurę w ścianie. Będziesz miała w ręku najlepszy fach, jaki w ogóle można mieć. To studia, które na wszystko cię otworzą”. Od razu poszłam na filozofię, czego nigdy nie żałowałam.

Ojcu poświęciła pani bardzo osobisty esej „Kto obroni żydowskiego profesora?”. Mój ojciec umarł wiele lat temu. Urodził się w 1934 roku w Warszawie. Mój dziadek był inżynierem, specjalistą od radia. W 1938 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii zgłębiać tajniki swojej specjalności. Tymczasem wybuchła wojna. Babcia z moim małym tatą przemierzyli pieszo drogę z Warszawy do Rzeszowa, gdzie jeden z jej braci był księdzem. Na plebanii przetrwali wojnę. Dziadek wrócił na początku lat 50. Nie poznałam go, minęliśmy się na świecie o kilka miesięcy. Dorastanie mojego taty musiało być trudne. Wybrał filozofię z tym przekonaniem, że to jedyny prawdziwy zawód. Miał ojca na Zachodzie, więc nie miał szans na uniwersytet. Poszedł na Wydział Mechanizacji Rolnictwa na Politechnice Warszawskiej, bo przyjmowali wszystkich. Trafił do studenckiego teatru Stodoła. Po roku dostał się na wymarzoną filozofię, ale pozostał w Stodole. Przez całe życie wspominał tournée z „Ubu Królem”, w którym grał Generała. W 1968 roku był młodym asystentem z obronionym doktoratem i zaczęły się wydarzenia, które zmieniły jego życie. Z uczelni wyrzucono Leszka Kołakowskiego, jego wielkiego przyjaciela i mistrza. Wydział Filozofii zamknięto. Ojcu sugerowano wyjazd z Polski, ale nie chciał, pamiętając, że jego ojciec nie mógł tu wrócić. Wielopokoleniowa, wielowątkowa historia nawarstwiającej się traumy.

Wydaje się naturalne, że została pani pełnomocniczką uczelni do spraw równouprawnienia. Kiedy pierwszy raz weszłam na uczelnię, żeby uczyć studentów, poczułam się w stu procentach u siebie. Od 12 lat pracuję na ASP. Bardzo lubię naszych studentów. To wyjątkowe, bardzo kreatywne osoby o szerokich horyzontach. W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że w szkole wydarzały się sytuacje, które nie powinny mieć miejsca. Dlatego z grupą studentów postanowiliśmy przedstawić projekt działań anty­dyskryminacyjnych. Wyższe uczelnie są autonomiczne po to, by nie wykluczać, nie poniżać. Nie są miniwersjami świata, jaki jest wokół. Tymczasem ludzie przenoszą złe schematy. Mało co mnie tak wkurza, jak usprawiedliwianie niegodnych zachowań tym, że „zawsze tak było”. Często mówią tak osoby krzywdzące innych. W logice wnioskowanie przez analogię jest zawodne. Nie można na podstawie czegoś, co się kiedyś działo, zakładać, że znowu tak będzie.

Ostatnio motorem wielu działań stał się gniew. Dlaczego? Gniew stał się reakcją na władzę, która nie przestrzega praw człowieka. Nie jest uogólniony, nie każe wybijać okien przypadkowym ludziom, ale skierowany jest właśnie na władzę, którą chcemy zmienić. Próbowaliśmy na wiele sposobów negocjować, rozmawiać, szukać porozumienia. To się nie udało. Ten gniew nie jest punktem wyjścia. Jest punktem dojścia, dojrzałością do działania. Jest w nim potencjał do zmiany, ale trzeba uważać, komu zaufamy i za kim pójdziemy. Kiedy gniew stanie się zbiorowy, może zostać przez kogoś zawłaszczony. To, co dzieje się w Polsce, to dopiero początek gniewu. W ostatnich protestach wzięło udział wielu młodych ludzi. Jest nadzieja, bo mają duże poczucie wpływu na świat, którego często brakuje innym grupom społecznym. Kluczowe też jest zaufanie. Władza robi wiele, żebyśmy go do niej nie mieli. Sobie też nie ufamy. Musimy zadbać o wpływ na własny los i odbudować zaufanie, żeby Polska znów stała się poważnym państwem w Unii. Musimy nauczyć się budować, bez względu na to, kto rządzi.

Boi się pani o nasze miejsce w Unii Europejskiej? Prawo do bycia we wspólnocie jest podstawowe. Pamiętam noc akcesji. Byłam w Turynie, pisałam doktorat. Z dwojgiem przyjaciół umówiliśmy się, że wypijemy szampana. Podszedł kelner, słysząc naszą rozmowę, odpowiedział po polsku. Kolega komentował: „Oni teraz muszą się nauczyć podstawowych zwrotów, bo już jesteśmy Europejczykami”. Kelner oczywiście okazał się Polakiem. A potem pojechaliśmy popatrzeć na nasze ciepłe Morze Śródziemne, bo już było nasze. Nad ranem wracaliśmy do Turynu, zatrzymując się na każdej stacji benzynowej i kupując gazety. Na tylnym siedzeniu zgromadził się ich spory stos, a pierwsze strony obwieszczały to, co zmieniało nasze życie w stu procentach.

Skąd u pani Włochy? Ta miłość zaczęła się w Liceum Batorego. Miałam wymagającą nauczycielkę, ale po czterech latach czytałam w oryginale Pirandella czy Buzzatiego. Zaczęłam jeździć do Włoch. Odkryłam południe. To nie tylko upał, słońce i niebieskie morze, ale trud, praca. Bardzo kocham Sycylię, Kalabrię, więc sam czubek buta. Lampedusa pisał w „Gepardzie” [w Polsce powieść znana też pod tytułem „Lampart” – przyp. red.], że na Sycylii każda kropla wody okupiona jest kroplą ludzkiego potu. Widziałam wypalone słońcem pustkowia. Życie wymaga tam innego rytmu. Pierwszy raz pojechałyśmy z mamą na Sycylię na początku moich studiów. Na lotnisku w Katanii wypożyczyłyśmy samochód. Jechałyśmy jak zaczarowane bocznymi drogami, gajami oliwnymi i cytrynowymi. Poprosiłam, by zatrzymała samochód. Powietrze wibrowało od gorąca. W rowie leżała gigantyczna cytryna. Podniosłam. „Mamo, chcę już tutaj zostać na zawsze”. Na słupie było wypłowiałe ogłoszenie o wynajmowaniu domków. Pojechałyśmy. Otworzyła starsza pani. Była pora sjesty i bardzo, bardzo gorąco. Powiedziała, że nie ma domu do wynajęcia, „ale teść córki, która tutaj leży, bo jest w zagrożonej ciąży, ma”. Pół godziny później była tam cała wielka sycylijska rodzina. Dom wynajęłyśmy. Z rytmem południa nie wolno walczyć, bo to rytm natury. Trzeba go poznać, dostosować się, żyć z nim w zgodzie. Bardzo za nim tęsknię, ale też za patrzeniem na morze, bo dużo człowiekowi daje. Tęsknię, bo wszystko zostało zatrzymane.

W „Szkle kontaktowym” komentuje pani polityków. Nie ma pani ochoty powiedzieć im czegoś wprost? Czasem aż chciałabym podejść i powiedzieć: „Czy mógłby pan zrobić krok do tyłu i posłuchać, co mówi, zachowując przy tym kamienną twarz i powagę? Jeżeli może pan to zrobić, to już nie ma dla pana ratunku. Ale jeśli się pan uśmiechnie, to wciąż mamy przestrzeń do dialogu”. 

Katarzyna Kasia – filozofka, absolwentka Wydziału Filozofii i Socjologii UW, stypendystka włoskiego MSZ i The Kościuszko Foundation, visiting scholar w Princeton University. Na ASP w Warszawie prowadzi zajęcia z historii filozofii, estetyki i filozofii kultury. Komentatorka „Szkła kontaktowego” w TVN24, prowadzi poranne audycje w Radiu Nowy Świat.

  1. Psychologia

Dbać o siebie to trzymać ster swojego życia

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
My, kobiety, bardzo lubimy uszczęśliwiać innych własnym kosztem. Dlaczego tak uporczywie trwamy przy tym bezsensownym nawyku?

Wiele razy na koniec jakiejś kobiecej opowieści słyszę pytanie: „I co mam zrobić?”. Odpowiedź często wydaje mi się oczywista. Ale co z tego, skoro jest to moja odpowiedź? Nawet nie zamierzam się nią dzielić. „A co chcesz zrobić?” – pytam w takiej sytuacji. I zaczyna się żmudne poszukiwanie odpowiedzi, długie brodzenie przez niepewność i lęki, więc czasem idę na skróty i dopytuję: „A co powiedziałabyś swojej przyjaciółce, gdyby była w takiej sytuacji?”. Teraz odpowiedź zwykle przychodzi z łatwością. Wiemy, co warto zrobić w jakiejś sytuacji, ale same nie potrafimy podjąć decyzji. Lęki, wątpliwości, wyobrażenia, co pomyślą inni, trzymają nas w miejscu i nie pozwalają zrobić tego, co chcemy. Potrzebujemy, by ktoś z zewnątrz nas popchnął, dał nam pozwolenie, zapewnił, że mamy prawo zadbać o siebie, że nasze potrzeby i uczucia wcale nie są mniej ważne niż potrzeby i uczucia innych.

Coś się kończy, coś zaczyna

„Każdy dzień zachęca cię ku temu, byś zaakceptował rolę lidera w swoim życiu. Często żyjemy przyzwyczajeni do roli obserwatora i pozwalamy innym, by mówili nam, co mamy robić – co jeść, jak się ubierać, jakie produkty kupować, w jakiego Boga wierzyć, a nawet jak być szczęśliwym. Głęboko zakorzenione poczucie zależności od czegoś na zewnątrz, pozwalanie na to, by ktoś inny trzymał ster naszego życia, wydaje się być czymś naturalnym, choć mędrcy za wszelką cenę starają się nam powiedzieć, że nie tędy droga. Nie wierz ślepo w to, co słyszysz, co ci radzą, zawsze sprawdzaj to sam na sobie, stosując w swoim życiu. Eksperymentuj. Niech życie będzie twoim laboratorium”. Ten fragment książki „Uszanuj siebie. Wewnętrzna sztuka dawania i przyjmowania” Patrycii Spadaro wydał mi się bliski. Tak, też tak myślę. Życie to zadanie, za które warto wziąć odpowiedzialność.

Wiem, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Czasem nie potrafimy zrobić ruchu, bo w pułapce trzyma nas przekonanie, że nie mamy wyjścia. Albo gdzieś w głębi duszy wierzymy, że musimy trwać w toksycznej relacji, bo nic lepszego nam się już nie zdarzy. Jeśli zrezygnujemy z pracy lub ze związku, to może w innej pracy będzie gorzej albo już zawsze będziemy same? Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre. Czasem latami trwamy w tym, co jest, choć buntujemy się przeciwko temu, ale nie chcemy kończyć sytuacji. Bywa, że z obawy przed końcem nie chcemy jej nawet zaczynać.

Ewa, lat 32, uczestniczyła w warsztacie, gdzie kilka kobiet było po rozwodzie, o czym mówiły, przedstawiając się w pierwszej rundce. – Ja to chyba nigdy nie wyjdę za mąż – powiedziała, gdy przyszła jej kolej. – Chyba nie zniosłabym takiej porażki jak rozwód. – Porażki? Ja uważam rozwód za swój największy sukces – zaoponowała jedna z uczestniczek, wywołując dyskusję. Sukces to czy porażka? A może jedno i drugie? A może to zależy od okoliczności?

Wiele osób traktuje koniec jak coś złego, do czego za wszelką cenę nie należy dopuścić. Patricia Spadaro proponuje inne spojrzenie: „Kiedy doświadczysz zakończenia czegoś w życiu, potraktuj to jak uroczystość rozdania dyplomów i rozpoczęcie czegoś nowego. Życie przypomina salę szkolną i pod wieloma względami to, co dobiega końca, jest jak ukończenie pewnego etapu i promocja, mimo że na pierwszy rzut oka może się wydawać całkiem inaczej. W większości przypadków zakończenia przychodzą, ponieważ nauczyłeś się jednej lekcji i jesteś gotów na następną albo też wyczerpałeś wszystkie możliwości, które dotychczasowa sytuacja miała ci do zaoferowania i potrzebujesz zmiany scenerii, by na scenę weszły nowe możliwości. Zakończenia nie tylko są czymś naturalnym, ale i koniecznym”. Jasne, że nie wszystko można i warto kończyć, nawet jeśli jest źródłem cierpienia. Czasem zamiast kończyć, warto zaakceptować to, co jest. Dzięki temu zyskujemy wolność, choćbyśmy nadal były w trudnej sytuacji.

Wybór zamiast złości

Małgorzata, lat 42, matka niepełnosprawnego dwunastolatka, jest zła na cały świat, co widać od progu. Spóźniła się na warsztat, ale nie zamierza za to przepraszać. To i tak cud, że tu jest, bo zwykle nie ma szansy wyrwać się z domu. Syn wymaga stałej opieki, a nikt nie chce jej w tym pomagać. Wiele lat temu musiała zrezygnować z pracy, żeby się nim zająć, ledwie wiąże koniec z końcem, a właściwie nie wiąże, bo mąż odszedł, założył nową rodzinę i płaci bardzo małe alimenty, a ona nie ma jak pracować.

– I to ma być moje życie?! – wykrzykuje ze złością swój sprzeciw. Złość ją przepełnia. Wylewa się z niej w każdym kontakcie, w każdej mini sytuacji, inne osoby odruchowo trzymają się od niej z daleka. – I co mam zrobić? Powiedz mi, jak jesteś taka mądra! – A co byś chciała zrobić? – pytam, choć wiem, że to pytanie może jej się nie spodobać. – A kogo to obchodzi, czego ja chcę? W moim życiu nie ma miejsca na żadne chcenie! Jest tylko „muszę” i „powinnam”! – słyszę żal w jej głosie. – Mnie obchodzi. Co chciałabyś zrobić, Małgosiu? – pytam. Wybucha płaczem. Płacze długo, inne kobiety też mają łzy w oczach, w końcu się uspokaja.

– Więc co byś chciała zrobić, Małgosiu? – zaczynam od początku. – Przecież wiesz, że nic nie mogę zrobić – mówi z rozpaczą. – A gdybyś mogła? – Rzuciłabym to wszystko i zaczęła swoje życie od nowa. – To co cię powstrzymuje? – Ja go kocham, nie chcę go zostawić, to mój syn! – wyrzuca z siebie. – No to chcesz się nim opiekować czy wolałabyś rzucić to wszystko? – zależy mi, żeby sama sobie odpowiedziała na to pytanie. Małgosia znów płacze, a grupa razem z nią. – Chcę, ale już nie mam siły. Nikt mi nie pomaga, od lat nie mam czasu dla siebie, rodzina się ode mnie odwróciła, jest obrażona, że nie jestem miła, a jak mam być miła w tej sytuacji, która mnie wykańcza? – przyznaje wreszcie.

Małgosia złości się na innych, że mają lepiej. Zniechęca ich do siebie ciągłymi pretensjami. Skłania do tego, by bronili się przed nią, a nie pomagali jej, choć ich pomoc jest jej bardzo potrzebna. A gdyby tę sytuację udało się Małgosi zaakceptować? „Jakkolwiek paradoksalnie by to zabrzmiało, otwierając się na jakieś trudne doświadczenie, akceptując to, co jest, możesz łatwiej z niego wybrnąć. Dzieje się tak dlatego, że nie zużywasz już takiej ilości energii, jakiej potrzeba do stawiania oporu, przeprowadzania ataku, ukrywania czegoś lub zaprzeczania czemuś, co się wydarzyło. Teraz możesz przeznaczyć tę samą energię na poszukanie optymalnego rozwiązania” – pisze Patricia Spadaro.

Kiedy uda nam się zaakceptować trudną sytuację, w której jesteśmy, możemy zacząć szukać sposobu zadbania o siebie i swoje potrzeby. Co sprawi, że poczujesz się lepiej? Pytamy o to swoje przyjaciółki albo dzieci, kiedy jest im trudno. A siebie? Siebie też warto o to pytać. Gdybyśmy traktowały siebie tak, jak traktujemy innych, rzadziej tkwiłybyśmy w pułapce.

W gruncie rzeczy życie nieczęsto stawia nas przed wyborami albo-albo. To albo tamto. Znacznie częściej zadanie polega na tym, byśmy zmienili sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Byśmy przestali reagować nawykowo, a zaczęli szukać własnych odpowiedzi.

Prosić i brać

Niedawno znów spotkałam Małgosię. Nadal jest matką niepełnosprawnego dziecka, ale ma trochę czasu dla siebie i na pracę. – Nie wiem, jak to się stało, ale mój były mąż zaczął mi trochę pomagać. Mama też nie jest już obrażona. Ani siostra. Trzy popołudnia w tygodniu mam wolne, w końcu czuję, że żyję. – To nie stało się samo, Małgosiu. Ty to zrobiłaś – nie mam wątpliwości. – Chyba tak. Przestałam się czuć taka pokrzywdzona, odkąd wiem, że chcę się opiekować swoim synem, a nie tylko muszę. Zaczęłam szanować siebie za swój wybór, już się nie czuję w pułapce. To po prostu jest moje życie.

Małgosia przestała się złościć i nauczyła się prosić o pomoc. Teraz nie tylko daje, ale również bierze. To ważna zmiana.

Patricia Spadaro proponuje w swojej książce, byśmy stawiali siebie na szczycie swojej listy priorytetów. „Nie czekaj do momentu, aż odhaczysz wszystkie inne zadania, które robisz dla innych, zanim zaoferujesz sobie to, czego potrzebujesz. Wyznacz dla siebie czas, aby troska o siebie nie była punktem, który zawsze spychasz na sam koniec listy”.

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie.
Na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre.

  1. Styl Życia

Tak jak jest… Buddyjska mniszka Pema Chödrön uczy, jak kochać życie, takim jakie jest

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Idea doceniania rzeczy takich, jakie są, jest prosta i możliwa do zrealizowania, ale również bardzo głęboka. To klucz do tego, by czuć życzliwość i miłość do innych i do siebie samych. Ta zdolność do otwierania się, do świeżego doświadczania rzeczy jest zawsze obecna w naszym umyśle. Jak odkryć tę umiejętność?

Wszyscy przeżywamy chwile, kiedy doceniamy widoki, smaki, zapachy takie, jakie są. Rozluźniamy się i nagle, nie wiadomo dlaczego, akceptujemy nasze doświadczenie, nie chcąc, aby czegoś było mniej czy więcej, lub żeby było inaczej. Czujemy, że wszystko, przynajmniej w tej chwili, jest kompletne.

Kiedy nasz umysł jest otwarty i świeży, widzimy piękno wszędzie, także w nas samych. To poczucie delektowania się wyjątkowością każdej chwili. Nigdy nie było tak, jak teraz. I nigdy więcej nie będzie tak, jak teraz. Żyjemy w zgodzie z przemijalnością świata, z siłą jego oddziaływania i głębią jego bogactwa.

Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, jak ważne jest nasze nastawienie. Może się okazać, że nawykowo skupiamy się na braku kompletności. Mamy takie myśli jak: „Jestem niegodny, ciągle mi czegoś brakuje, świat to same problemy”. Z takim nastawieniem zobaczymy niedoskonałość, gdziekolwiek spojrzymy, i zawsze będziemy czuć niezadowolenie.

Sposobem na zmianę negatywnego nastawienia jest zapisywanie wszystkiego, za co jesteśmy wdzięczni. Możemy zapisywać najzwyklejsze rzeczy, takie jak sposób, w jaki światło rozjaśnia czyjąś twarz lub odbija się od ściany budynku. Może to być smak zwykłego lunchu, z różnymi odcieniami słodyczy, słoności, kwaśności lub goryczy. Może to być jakiś utwór muzyczny lub obraz albo sposób, w jaki ktoś się porusza. Może to być głos, który usłyszysz. Może obca osoba właśnie coś powiedziała i ku twojemu zaskoczeniu odkrywasz, że ma piękny akcent. Docenianie ludzi i rzeczy w ten sposób nie wymaga wielkiego wysiłku, ale rozgrzewa nasze serca i sprawia, że czujemy się połączeni ze światem. To o wiele przyjemniejsze niż kolekcjonowanie pretensji od rana do nocy, co może się łatwo zdarzyć, jeśli tylko ulegniemy sile napędowej naszych przyzwyczajeń.

Możemy również pamiętać o odczuwaniu wdzięczności za wszystko, co mamy. W moim przypadku teraz, gdy skończyłam osiemdziesiąt lat, mogłabym mówić o fizycznym bólu, zmarszczkach, problemach z zębami – różne rzeczy przychodzą mi do głowy. Oczywiście, zdarza mi się narzekać! Ale praktykując wdzięczność, mogę myśleć o tym, że nadal jestem w stanie chodzić na długie spacery. Moja starsza siostra, która kiedyś była wielką miłośniczką wędrówek, cierpi na artretyzm i nie może już chodzić daleko, jednak nie traci ducha i nie narzeka. Ale jej artretyzm uświadamia mi za każdym razem, gdy idę na spacer, jak bardzo jestem wdzięczna za moje nogi, stopy i biodra. Jak cudowne jest to, że są sprawne a ja mogę zażywać spacerów, które mnie orzeźwiają i dodają wigoru, zamiast kończyć się takim bólem, że więcej nie chciałbym już tego robić.

Możemy stracić te możliwości w każdej chwili. Ale ja wciąż widzę i nawet jeśli nie tak dobrze jak kiedyś i potrzebuję okularów do czytania, nadal mogę zobaczyć wszystkie kolory tęczy. Obserwuję zmiany pór roku, wilgoć na liściach, wiatr poruszający drzewami. I nadal całkiem dobrze słyszę. Jeden z moich przyjaciół stracił słuch w takim stopniu, że aparaty słuchowe nie pomagają. Pewnego dnia położył rękę na mojej i powiedział: „Oddałbym wszystko, aby móc po prostu siedzieć i słuchać ptaków”. Pomyślałam wtedy, że ja nadal mogę słuchać ptaków. Naprawdę muszę skupić się na tym, że jest to wciąż możliwe i być za to wdzięczna.

Kolejną praktyką, z której często korzystam, jest zwracanie szczególnej uwagi na obcych ludzi, których spotykam na co dzień. Po raz pierwszy wypróbowałam to z kasjerką w banku. Podczas gdy ona dokonywała obliczeń, ja starałam się patrzeć na nią jak na żywą istotę ludzką. Jakimś cudem ta anonimowa kasjerka, której jedynym zadaniem, wydawać by się mogło, jest liczenie moich pieniędzy, zaczęła stawać się kobietą, która ma swoje życie, pracę, przyjaciół, zajęcia, rzeczy, które lubi i których nie lubi. Zauważyłam jej ubranie, włosy, sposób, w jaki poruszała rękami. Wyobrażałam sobie, co robiła przed przyjściem do pracy tego dnia: jak wybrała swój strój, nałożyła makijaż i – tuż przed wyjściem z domu – podjęła spontaniczną decyzję, aby założyć kolczyki, które niedawno dostała od swojego przyjaciela. To ćwiczenie wywołało uczucie naturalnego zainteresowania tą anonimową kobietą. Poczułam ciepło w stosunku do niej po prostu dlatego, że była człowiekiem, który ma swoje życie.

Kiedy staramy się dostrzec ludzi i w ten sposób wykorzystać naszą wyobraźnię, zaczynamy odczuwać naszą jedność z innymi. Każdy jest centrum własnego wszechświata, a jednocześnie jesteśmy anonimowymi ludźmi, których inni nawet nie zauważają. Wszyscy mamy pełne życie z naszymi własnymi wersjami radości i smutku, nadziei i strachu. Jeśli poświęcimy czas, aby docenić innych w ten sposób, obcy ludzie, których spotykamy, stają się lustrami pokazującymi nam nasze własne człowieczeństwo i naszą wrażliwość. Wtedy możemy zamienić naturalną życzliwość, która pojawia się w stosunku do innych, w naturalną życzliwość w stosunku do nas samych.

Możemy odczuwać życzliwość nie tylko w odniesieniu do rzeczy, które łatwo w sobie polubić, ale także w odniesieniu do tego, co nas denerwuje lub rozczarowuje. Nasze złe nawyki, nasze lęki, powracające myśli, że coś jest z nami zasadniczo nie tak – niezależnie od tego, czy musimy poradzić sobie z przejściową czy przewlekłą nerwicą – to tylko część tego, kim jesteśmy, przynajmniej chwilowo. Możemy zostawić miejsce dla tych niełatwych myśli i emocji, nie odrzucając ich, ale też nie ulegając im. Dzięki takiej nieosądzającej postawie, możemy odczuwać wdzięczność za to, jacy jesteśmy. Pomoże nam to poznać i zaufać naszej podstawowej dobroci, która jest kompletna, bez żadnych braków.

Mówienie o docenianiu świata „takiego, jaki jest” i nas samych „takich, jacy jesteśmy” jest kolejnym sposobem mówienia o ścieżcen nieodrzucania. Idąc tą drogą, możemy stosować aktywne praktyki, takie jak dawanie i branie. Innym razem jednak możemy eksperymentować z prostszym podejściem. Możemy spróbować po prostu siedzieć z tym wszystkim – z naszymi myślami, uczuciami, odczuciami – i pozwolić, aby wszystko było takie, jakie jest.

Anam Thubten w nauczaniu o lotosie i błocie mówi: „Wszystkie wady, jakie istnieją, są częścią nas samych. Proces samouzdrowienia zaczyna się wtedy, gdy przyjmujemy je takie, jakie są. Mogą być pożywką dla naszego wewnętrznego wzrostu. Uznanie ich, bez zaprzeczania i manipulowania, jest punktem zwrotnym”. W pewnym sensie praktyka akceptowania i pozwalania jest jeszcze bardziej radykalnym podejściem niż tonglen. Czy to rzeczywiście możliwe, że nasze neurotyczne nawyki i dysfunkcjonalne wzorce zaczną same się leczyć, jeśli tylko pozostaniemy z nimi, zamiast im ulegać lub uciekać przed nimi? Jest to coś, nad czym warto się głęboko zastanowić i wypróbować najlepiej, jak w danej chwili potrafimy.

Anam Thubten podkreśla, że odwaga w przyznaniu się do naszych „wad” nie polega na pogrążeniu się w poczuciu wstydu lub winy. Chodzi o to, żeby „nie ukrywać niczego przed świadomością”. Zamiast reagować w ten czy inny sposób, możemy po prostu nie ukrywać niczego przed własnym umysłem. Wszystko, co obserwujemy, możemy po prostu uznać za dojrzewanie nasion karmicznych. To, co pojawia się w naszym umyśle i sercu, jest ni mniej, ni więcej tylko naszym obecnym doświadczeniem. Nawet nasze dobre i złe cechy są tymczasowe i nieistotne, nie są ostatecznym dowodem naszej wartości lub jej braku. Nie są one nieodłącznie związane z zasadniczym charakterem naszej podstawowej dobroci; są po prostu tym, czym są. Jeśli nauczymy się pracować w ten sposób z naszymi doświadczeniami, to zamiast ulegać pokusie starych nawyków, możemy pozostać z nimi, dopóki samoistnie nie znikną.

Kiedy czujesz, że zamykasz się w sobie, spinasz się i nastawiasz przeciwko temu cennemu światu lub swojemu drogiemu staremu „ja”, możesz użyć „tak, jak jest” jako antidotum. Jest to mantra, którą możesz zastosować od razu, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Proste powiedzenie: „To doświadczenie jest kompletne takie, jakie jest” lub „Jestem kompletny taki, jaki jestem” jest sposobem na złapanie siebie w momencie, gdy zaczynasz dzielić swoje doświadczenie na pół, na to przeciwko temu, lub ja przeciwko tobie. Jest to sposób na złapanie siebie, gdy zaczynasz utrwalać dualistyczny sposób postrzegania, który zawsze przynosi walkę i niezadowolenie.

Trungpa Rinpocze opisał podstawową dobroć jako „blask nie do powstrzymania”. Oznacza to, że prędzej czy później – bez względu na to, jak bardzo jesteśmy uparci, leniwi czy wątpiący – dotrze do nas zaufanie do naszej podstawowej dobroci i podstawowej dobroci świata. Będziemy rozwijać pełne zaufanie do naszego doświadczenia „takiego, jakie jest”. Jest to nieuniknione.

Cudowna ironia tej duchowej podróży polega na tym, że odkrywamy, iż prowadzi nas ona do tego, abyśmy stali się tym, kim jesteśmy. Podniosły stan oświecenia to nic innego jak pełne poznanie naszego świata i nas samych takich, jacy jesteśmy.

Innymi słowy, ostatecznym rezultatem tej drogi jest bycie w pełni człowiekiem. A ostateczną korzyścią, jaką możemy przynieść innym, jest uświadomienie im, że oni również osiągają pełne człowieczeństwo, gdy są tym, kim są.

Fragment książki „Twoje wspaniałe życie. Jak przyjąć to, czego nie chcemy otrzymać." 

Pema Chödrön - buddyjska mniszka amerykańskiego pochodzenia, którą pokochały gwiazdy Holllywood. Po rozstaniu z mężem znalazła ukojenie w buddyzmie. Autorka wielu popularnych poradników, w tym bestsellerowej książki "Nigdy nie jest za późno" polecanej przez wiele gwiazd, m.in.: Oprah Winfrey, Gwyneth Paltrow oraz Jeffa Bridgesa.
 

  1. Psychologia

Zostań swoim najlepszym przyjacielem

Dla naszego bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do niczego. (Fot. iStock)
Dla naszego bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do niczego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kto nie zna tych stanów, kiedy nic nam się nie chce, czujemy się jak opona bez powietrza, ciało i umysł śpią, ba, nawet nie jest to sen, tylko letarg. Kiedy świat jawi się jako breja bez koloru, a własna osoba wydaje się pomyłką natury. Kiedy nawet jak na zewnątrz słońce, to w nas pada mżawka, a parasol zepsuty.

Proszę was usilnie o uwagę i czułość dla naszej ludzkiej rozlazłości. Najbardziej dla własnej, ale i dla cudzej… Tym bardziej że McŚwiat mamy teraz neonowy, glamour, wymagane jest stanie na straży własnej wyjątkowej błyszczącości (nie mylić z błyskotliwością), zadaniowości, skuteczności w zarządzaniu własnymi interesami i powalanie na kolana innych z powodu bycia nie do zdarcia niezależnie od tego, co nas spotka i od kogo. Inni, powaleni na kolana, podziwiają, zazdroszczą i… czekają na wsypę. Może i z nieżyczliwości, ale nie tylko. Czują w tej postawie coś sztucznego, nadmiarowego, przeczącego ludzkiej zwykłości.

Miałyśmy na studiach koleżankę blondynkę, zawsze wymyślnie ubraną, umalowaną, uczesaną. Szczególnie fascynowała nas jej tzw. tapeta. Staranna, wypracowana, codzienna maska. Zastanawiałyśmy się, ile jej to co rano zabiera czasu. I po co. Na pierwszej wspólnej wycieczce ustawiłyśmy straże, żeby przydybać ją rano jeszcze bez tej tapety. Udało się. Wyglądała, wstyd się przyznać ku naszej wielkiej uciesze, okropnie. Najpewniej gdyby się tak mocno codziennie nie malowała, wyglądałaby dla nas normalnie także i rano. A tak zostało poczucie jakiejś okropnej zgrozy, że taka bezbarwna, smutna, brzydka. Objawiło się UKRYWANE. Wydało się.

W tej niefajności nie chodzi oczywiście tylko o wygląd jak w tym przykładzie. Ale jakże on jest symboliczny. Jak gruby makijaż nakładamy na nasze JA, żeby je pokazać innym albo bez obrzydzenia patrzeć na siebie w lustrze. Ciągle to samo. Niedokochanie. Nie wystarczam taka, jaka jestem. Muszę się starać, o czymś siebie i innych przekonywać. Jak łatwo nawet rozwój pomylić z tym wiecznym poprawianiem siebie. W wydaniu szczególnie ambitnych – z udoskonalaniem siebie.

Wtedy takie dni, kiedy jestem żadna, do niczego nie mam woli ani siły, jawią się jako porażka, pomyłka w najlepszym razie. Jak to, tyle zrobiłam i to wszystko na marne? Znów się nie stawiam na wezwanie?! A czyje to właściwie wezwanie? Ludzkości, kultury, społeczeństwa, absolutu, Pana Boga, mamusi, tatusia, męża, mojego ego? Wszystkiego tego razem do kupy. To strasznie dużo na jednego człowieka. Który jest z tym stanem najczęściej sam, bo się go okropnie wstydzi, przeważnie nie rozumie, a już na pewno sobie nie życzy.

A ja was proszę, pokochajcie siebie szczególnie wtedy. Nie zostawiajcie siebie, nie oceniajcie. Doceńcie. Właśnie wtedy jesteśmy sobie sami najbardziej potrzebni. Nie sztuka lubić się w celofanie, w dobrym stanie, pogodzie ducha. Nie sztuka ucieszyć się, jak nas inni zauważą, docenią lub kiedy coś wygramy.

Wiem, są tacy, co to nawet wtedy się nie cieszą. Ciągle im mało przekonywania, że są do rzeczy. Takim jeszcze trudniej przyjąć siebie w stanie degrengolady, bo wydaje im się, że to stan stały, który się jeszcze umie pogorszyć. Tu uwaga! Niech ci, którzy tylko czasem wpadają we własną „nicość”, wiedzą, że są inni, którzy w tym stanie giną co dnia. Pamiętajmy, że nie nasze nieszczęście największe, choćby nie wiem, jakie ono było. Ta prawda może służyć i dla pociechy, i dla pokory, i dla przytomności.

Dla naszego zaś bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do dupy. Według mnie takie okresy są nie tylko zrozumiałe. One są konieczne. Jako przeciwwaga naszego pędu, perfekcjonizmu, bezlitosnych wobec siebie wymagań, naszego wewnętrznego Rodzica, za często nieczułego i bezwzględnego. Jako przeciwwaga doskonałości, starania się, budowania siebie lepszym. Jako wielkie wołanie naszego nadużywanego organizmu, który wymusza w ten sposób nicnierobienie, na jakie świadomie sobie nie pozwalamy.

Podziękujmy naszemu ciału, naszej nieświadomej mądrości, że zamiast zachorować i zmusić nas do poddania się, przysyła nam wiadomość znacznie zdrowszą: zatrzymaj się, zajmij sobą, a nie osiągnięciami, bądź człowieku dla siebie dobry!