1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wojciech Eichelberger: „Nie uczmy dzieci uległości i konformizmu – to najgorsze, co możemy im podarować na resztę życia"

Wojciech Eichelberger: „Nie uczmy dzieci uległości i konformizmu – to najgorsze, co możemy im podarować na resztę życia"

- Nagradzanie dzieci za to, że się nie sprzeciwiają, że realizują posłusznie i bezwolnie projekty rodzicielskie dotyczące ich życia, uczy bezradności, rodzi niskie poczucie wartości, wywołuje utratę zaufania do własnych potrzeb, aspiracji i możliwości - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Dzieci znają to przykazanie od najmłodszych lat. Słyszą je od mamy, taty, dziadków, pani w przedszkolu, nauczycieli, obcych ludzi, no i od Świętego Mikołaja oczywiście. O to, czy grzeczność to rzeczywiście cnota, którą warto kształtować, pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Co tak naprawdę znaczy „być grzecznym”? Być posłusznym, siedzieć cicho?
W moim rozumieniu to określenie ma co najmniej trzy znaczenia. Pierwsze, najogólniejsze i zbliżone do „być uprzejmym”, to: traktowanie innych z szacunkiem, szanowanie ich granic, ich potrzeb, a także godności. Drugie: postępowanie zgodne z przyjętymi zasadami dobrego wychowania i obyczaju, a także dobrych manier. Tak rozumianej grzeczności warto dzieci uczyć. Natomiast nie powinniśmy wpajać grzeczności wymuszanej groźbą lub przemocą i przejawiającej się jako podszyta lękiem uległość – czyli bezwzględne podporządkowywanie się rodzicielskim strategiom i zabiegom wychowawczym, a także ich niemądrym poleceniom i zachciankom.

Dzieci reagują na przymus zamknięciem w sobie lub nieszczerym potakiwaniem.
Ale też takie metody wychowawcze instalują w psychice trwałą postawę uległości, konformizmu i bezradności: nie wychylaj się, nie wyrażaj własnego zdania, nie sprzeciwiaj się, nawet wtedy, gdy ktoś silniejszy od ciebie nakazuje ci lub proponuje coś, na co się wewnętrznie nie zgadzasz. Uczenie dzieci uległości i konformizmu jest czymś najgorszym, co możemy im podarować na resztę życia. Nagradzanie za to, że się nie sprzeciwiają, że realizują posłusznie i bezwolnie projekty rodzicielskie dotyczące ich życia, uczy bezradności, rodzi niskie poczucie wartości, wywołuje utratę zaufania do własnych potrzeb, aspiracji i możliwości.

„Bądź grzeczna” słyszą częściej dziewczynki.
No właśnie. Od chłopców rzadziej oczekuje się grzeczności, a nawet zarzuca się im czasami, że bywają zbyt ulegli – z dwojga złego lepsze to drugie. Skutek jest taki, że ciągle większość kobiet musi w dorosłym życiu wkładać wielką pracę w to, by pozbywać się kompleksu ofiary. Choć też w zamian wielu mężczyzn musi uczyć się szacunku wobec innych i panowania nad swoją agresją. Kłopot w tym, że sporo dostrzega w tym męską cnotę i nie widzi powodu, żeby nad tym pracować.

Jest jeszcze inne pojmowanie grzeczności, czy raczej niegrzeczności. Tak mówi się o dziecku, które nie daje się uspokoić, płacze, awanturuje się. A ono może być po prostu zmęczone.
Z reguły za zachowaniem, które nazywamy – stereotypowo i nietrafnie – niegrzecznym, stoją różne ważne przyczyny, na przykład właśnie wspomniane zmęczenie. Ponieważ małe dziecko nie potrafi ani zidentyfikować w sobie, ani zakomunikować, że źle się czuje, to gdy jego wrażliwe zmysły i mózg są przestymulowane – na przykład hałasem, chaosem wizualnym i rozgorączkowanym tłumem w galerii handlowej – całym sobą protestuje przeciw przebywaniu w takim miejscu. Gdy broni się jak może przed sytuacją, której nie daje już rady znosić, to rodzice uważają, że jest niegrzeczne i kaprysi. To tak, jakby mieć pretensje do dziecka, że protestuje, gdy wkładamy je do zbyt gorącej kąpieli.

Ono nie rozumie wymogu grzeczności w takiej sytuacji.
I to jest jego bezcennym, ratującym zdrowie i życie biologicznym odruchem. Tak więc na swoje szczęście będzie w takich sytuacjach „niegrzeczne” dopóty, dopóki karzące reakcje rodziców nie zablokują mu tego biologicznego programu. Ku jego szkodzie, bo podąży za tym już nie biologiczna, ale także psychiczna blokada zdolności do obrony, do protestu, do stawiania granic agresorom i złoczyńcom, a także do wyrażania swojej woli i ważnych potrzeb. Pamiętajmy, że „niegrzecznymi” są najczęściej dzieci nadmiernie kontrolowane i że jest to przejaw ich zdrowego, człowieczego sprzeciwu. Próbują dotrzeć do dorosłych ze swoją ważną skargą: „Krzywdzicie mnie! Potrzebuję swobody, zaufania i szacunku!”.

Dzieci są pogubione, bo słyszą sprzeczne komunikaty. Raz krytykuje się je za brak poczucia humoru, innym razem za żartobliwe podejście do tematu. Czasem rodzice reagują emocjonalnie na jakieś ich zachowanie, innym razem w podobnej sytuacji w ogóle nie reagują. Tak zwana niegrzeczność może wynikać z niespójności rodziców?
A także z ich niezdolności do stawiania w danej sytuacji właściwej diagnozy. Przykład: rodzice się śpieszą na umówiony obiad, kilkuletnie dzieci siedzą na tylnym siedzeniu auta i w pewnym momencie zaczynają „rozrabiać”. Bo albo się nudzą, albo są głodne, albo chcą się poruszać. Ale dla rodziców najważniejsze jest – zdążyć na obiad. Dzieci są więc coraz agresywniej uspokajane. Narasta konflikt i zła atmosfera. Czy nie lepiej zapytać je, o co chodzi? Albo zatrzymać się w wygodnym miejscu i poświęcić im pięć, dziesięć minut, bawiąc się w berka? Wszystkim by to przecież dobrze zrobiło. Wtedy też być może dostrzeglibyśmy, że dzieci nie są „niegrzeczne”, lecz mądre, bo starają się zakomunikować rodzicom swoje ważne, naturalne potrzeby.

Na tej zasadzie, z ważnych powodów, reagują „niegrzecznością” na przykład na narodziny brata czy siostry. Albo na rozstanie rodziców czy ciężką chorobę ukochanej babci.
Oczywiście. Dziecko wyraża swoje emocje tak, jak umie. Dobrze, gdy jest to protest, czyli bycie „niegrzecznym”. Gorzej, gdy jest to wycofanie i depresja albo autoagresja i lęk. Trzeba wtedy pochylić się nad dzieckiem i cierpliwie rozmawiać, pamiętając o tym, że dzieciom jest trudno trafnie identyfikować i nazywać uczucia, szczególnie gdy sami rodzice tego nie potrafią.

Warto się więc zastanowić nad przyczynami „złego” zachowania. Bo może stoi za nim faza rozwojowa, na przykład bunt czterolatka, kiedy malec bardziej manifestuje swoją niezależność.
Zdecydowanie tak. Gdyby wszystkie dzieci ulegały i pozwalały rodzicom na traktowanie swojego życia jako tworzywa do taśmowej produkcji „grzecznych dzieci”, to świat już dawno stanąłby w miejscu. Nie rozwinęłyby się miliony wspaniałych talentów artystycznych, naukowych, inżynierskich i sportowych, nie wydarzyłaby się w dziejach żadna z postępowych rewolucji. A najmniej prawdopodobne byłyby dziejące się teraz na naszych oczach rewolucja feministyczna i rewolucja LGBTQIA. Czas więc docenić i głosić niekłamaną chwałę małych i dużych dziecięcych buntowników i rewolucjonistów obojga płci. Niech takich dzieci będzie coraz więcej. A dzięki temu niech coraz mniej będzie dzieci wchodzących w dorosłe życie z ugruntowanym syndromem ofiary. Bo jakoś tak się dzieje, że ci, w których duszach bunt i potrzeba wolności zostały stłumione, w dorosłym życiu zbyt często szukają sobie ofiar, tłumią bunt i wolnościowe aspiracje słabszych od siebie. W tym także swoich własnych dzieci.

Wróćmy do grzeczności rozumianej jako dobre maniery.
Proponuję nazywać to kulturą osobistą.

Jak wobec tego uczyć kultury osobistej? Bo że trzeba uczyć, to bezdyskusyjne. Jakie metody są twoim zdaniem najlepsze?
Kultury, tak jak innych ważnych cech, umiejętności i strategii życiowych, nabywamy w relacjach z rodzicami i wychowawcami przede wszystkim poprzez obserwowanie, naśladowanie i „nasiąkanie”. Ta nauka trwa od niemowlęctwa, a nawet – jak wskazują na to coraz liczniejsze badania z zakresu epigenetyki – zaczyna się już w łonie matki. Odbywa się to na zasadzie przekazu hormonalnego, czyli rodzaju hormonów dominujących w matczynym krwiobiegu. Jeśli we krwi matki dominują hormony stresu (adrenalina i kortyzol), to dziecko będzie się uzbrajać do walki i obrony, zanim jeszcze się urodzi. Jeśli zaś we krwi matki będą dominowały na przykład hormon nagrody i przyjemności (dopamina) oraz hormon więzi z innymi i sympatii (oksytocyna), to dziecko urodzi się przyjaźnie i ufnie nastawione do świata i ludzi. Trzeba przyznać, że ta wiedza poważnie rozszerza naszą rodzicielską odpowiedzialność za przyszłość dzieci. Epigenetyka zapewne nie pozostaje też bez związku z przekazywaniem dzieciom kultury osobistej. Dzieci bardzo wrażliwie odbierają emocjonalno-hormonalny stan rodziców, choćby w trakcie wykonywania przez nich czynności pięlęgnacyjnych, a także w trakcie rozmów, posiłków, czasu wolnego i w ogóle codziennego życia. W tym kontekście ważna jest kwestia, czy kultura osobista rodziców jest spójna z ich pozytywnym, oksytocynowym stosunkiem do ludzi, czy jest jedynie wyuczoną i wytrenowaną przykrywką uogólnionej niechęci i nieufności. Ważne jest też, aby słowny przekaz rodziców był spójny z ich zachowaniem nie tylko wobec innych dorosłych, lecz przede wszystkim wobec samego dziecka.

Czyli najlepszą metodą uczenia dziecka, nie tylko kultury osobistej, jest dobry przykład?
Tak traktowane zakoduje głęboko w swoim sercu, że skoro ono zasługuje na szacunek, to inni też. Jeżeli natomiast żądamy od nastolatka, żeby był grzeczny, żeby nie stawiał oporu, i zachowujemy się wobec niego w sposób, który nie znamionuje szacunku, to może nam w końcu zadać kłopotliwe pytanie: „Skoro chcecie, żebym był grzeczny, to dlaczego nie jesteście grzeczni wobec mnie?”.

Logiczne pytanie.
Nie tylko logiczne, także przenikliwe i mądre. To, że dziecko w ogóle potrafi takie pytanie zadać, winno być traktowane przez rodziców jako ich wychowawczy sukces. Chodzi o to, że nie wolno oczekiwać od własnych dzieci czegoś, czego sami nie potrafimy. Na przykład dziecko podnosi głos w rozmowie, a my krzyczymy jeszcze głośniej: „Nie krzycz na mnie!”. Albo mój ulubiony przykład: tatuś widzi, że w piaskownicy jego synek bije młodszego kolegę łopatką po głowie. Łapie więc synka za kark, podnosi do góry, daje mu potężnego klapa w tyłek i mówi: „Teraz będziesz wiedział, że nie wolno bić młodszych i słabszych od siebie”. Jako rodzice nieświadomie robimy takie rzeczy niemal bez przerwy, zapominając, że w wychowaniu obowiązuje święta zasada walizki: można z niej wyjąć tylko to, co się do niej włożyło.

Przełóżmy tę zasadę na konkret. Jak włożyć do tej walizki umiejętność sprzątania? Małe dziecko nie chce sprzątać zabawek. W jaki sposób je do tego zachęcić?
Nie ma tu jednej odpowiedzi na wszystkie sytuacje. Najogólniejsza rada: być uważnym, elastycznym i działać w zgodzie ze zmieniającymi się okolicznościami. Można na przykład zaproponować dziecku: „Pomogę ci, posprzątajmy razem”. Ale najpierw trzeba zadać sobie niełatwe pytanie: Czy ja sam robię to, czego wymagam od dziecka? Czy zostawiam po sobie porządek? Jeśli odpowiedź jest pozytywna, to trzeba cierpliwie rozmawiać z dzieckiem i szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Pamiętając o tym, że może właśnie przechodzi fazę buntu, że może czuje, iż rodzice poświęcają mu za mało czasu i uwagi, więc ściąga ich uwagę, sprawiając kłopot, albo po prostu jest zmęczone i zniechęcone szkołą, nieprzewidywalną przyszłością i alarmującym stanem planety.

Starsze powtarzają: „To mój pokój, mnie bałagan nie przeszkadza”.
No i mają rację. A czy my, dorośli, lubimy, jak nam mama albo teściowa przestawia meble i sprząta w naszym pokoju? Negocjujmy i ustalmy ostateczną granicę tej rodzącej się autonomii: „OK, masz rację, twój pokój, twoja sprawa. Tylko pamiętaj, że mieszkasz z innymi, którzy też mają prawo mieszkać tak, jak lubią, a tak się składa, że lubią porządek. Więc umówmy się, że dopóki z twojego pokoju nie będą wychodzić robaki, to nie będziemy się w to wtrącać”. I trzeba dotrzymać tej umowy. Na ogół dość prędko dziecko dochodzi do wniosku, że nie najlepiej się czuje w tym bałaganie, i bierze się do porządków.

Czy nie uważasz, że najlepszą formą nauki dobrze rozumianej grzeczności jest uczenie samodyscypliny?
Na docelowym etapie rozwoju chodzi o to, żebyśmy czuli, iż naszą naturalną, prawdziwą potrzebą i przywilejem jest życie w takim samym otoczeniu, jakie oferujemy naszym ważnym znajomym i gościom, że zasługujemy na taki sam szacunek. Co więcej, szacunek należy się także tym, których zachowania, poglądy czy preferencje nam się nie podobają. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji obrony przed bezpośrednim, fizycznym atakiem lub jawnym zamachem na naszą wolność, autonomię i poczucie godności. Te zasługują na słuszny gniew, a nawet nienawiść. W tej ważnej sprawie, na początkowych etapach rozwoju naszej świadomości, samodyscyplina jest nam z pewnością bardzo potrzebna. Polega ona na powstrzymywaniu się od dewaluujących, stygmatyzujących i nienawistnych odruchów, zachowań i emocji – a także myśli – wobec konkretnych osób czy grup ludzkich, których poglądy, zachowania wygląd, kolor skóry i tym podobne nam się nie podobają. Dodam na wszelki wypadek, że takiej samodyscypliny powinni szczególnie wymagać od siebie rodzice, opiekunowie i nauczyciele w swoich relacjach z dziećmi. Wtedy dzieci spokojnie i niepostrzeżenie nasiąkną szacunkiem do siebie i do innych, a także samodyscypliną. A świat stanie się lepszy.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze