1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Obserwuj albo giń. Dlaczego interesuje nas życie innych ludzi? Rozmowa z dr Joanną Heidtman

dr Joanna Heidtman, psycholożka, socjolożka (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Śledzimy czyjeś potknięcia, trudności i możemy poczuć, że u nas nie jest tak źle, albo wręcz, że my radzimy sobie całkiem nieźle. Na czym polega mechanizm kwaśnych winogron i słodkich cytryn? Rozmawiamy z dr Joanną Heidtman, psycholożką i socjolożką.

Proces sądowy dotyczący Amber Heard i Jonny’ego Deepa śledzono na całym świecie, nasze media też pełne były informacji na ten temat. Rozumiem, że była to odpowiedź na zapotrzebowanie. Dlaczego my tak bardzo chcemy, potrzebujemy, obserwować takie rzeczy?
Pytanie, tak naprawdę, brzmi: Dlaczego nas interesuje życie innych ludzi? Mówiąc potocznie: Co nas to obchodzi?! I dlaczego to działanie, ta czynność śledzenia odbywa się niemal na poziomie automatu. Bo przecież nawet ci, którzy mówią: „Ja? Skąd, ja tego chłamu nie czytam”, nie mogą się czasem oprzeć, żeby jednak na coś nie rzucić okiem.

Cofnę się do pradziejów. Czasem lubię to robić, żeby pokazać, że nasze różne zachowania, które wydają się dziwaczne, niepotrzebne czy wręcz szkodzące, mają swoje praźródło w tym jak kształtował się nasz ludzki gatunek. Kiedy rozwijaliśmy się jako ludzie bardzo wiele, a konkretnie wszystko, bo nasze przetrwanie, zależało od tego czy dobrze umieliśmy przyglądać się innym ludziom, obserwować ich, właściwie odczytywać wrogie i przyjacielskie intencje. Ci, którzy się tego nie nauczyli – nie przetrwali.

Obserwuj albo giń!
Dokładnie. Ta zupełnie podstawowa ciekawość, nie naukowa, badawcza, psychologiczna, ale zwyczajna ciekawość dotycząca bzdetów – jak wygląda, w co jest ubrany, gdzie poszedł – bo przecież każdego dnia zbieramy całą masę zupełnie do niczego nam niepotrzebnych informacji – jest elementem naszego „fabrycznego ustawienia”. Po prostu nie umiemy inaczej, tak działa nasz mózg.

Krótko mówiąc to „śledzenie” jest bardzo silnie okablowane w naszym mózgu w strukturach dość wczesnych, nie do końca podlegających naszej świadomości, woli. Nie to, żebyśmy nie mogli się pohamować, ale jest to pewnego rodzaju odruch.

Powiedziała pani, że zbieramy mnóstwo niepotrzebnych informacji, kiedyś były to dane istotne, dziś już nie są, ale – jak rozumiem – mechanizm w nas pozostał.
Właśnie tak. Szereg naszych zachowań ma się podobnie – nie są już potrzebne, albo wręcz nam szkodzą, choćby jakposzukiwanie słodkich i tłustych potraw, a i tak to robimy, bo kiedyś, dawno temu, to się opłacało.

I teraz, jeśli przyjrzymy się mniej odleglej przeszłości, bo już współczesności, wspomniany mechanizm, jest bardzo wyraźny. Przenieśliśmy się z jaskini, nasze ludzkie stada były już większe, ale ciągle jeszcze nie tak duże. Do niedawna żyliśmy przecież w świecie lokalnym, typu wioska, małe czy trochę większe miasteczko. A tam wszędzie dało się wszystkich obserwować. I tak to wyglądało: śledzenie zza firanki, ławeczka przed domem. Do dziś jak pojedzie pani gdzieś głęboko na południe Europy, mocno leciwe kobiety siedzą przed domem i… patrzą, co się dzieje. Na placyku stoją panowie i opowiadają, co tam Zenek, Ziuta… Każdego dnia wszyscy są śledzeni, obserwowani.

Dzisiaj tym oknem z firanką, tą ławeczką przed domem jest internet. Dzisiaj żyjąc w mieście nie zna pani sąsiada Zenka, ale wie pani kim jest jakaś aktorka, piosenkarz, itd. Więc to ich się „śledzi”. A przy spotkaniu towarzyskim czy każdej innej wymianie można odnieść się do nich jakby to był ten Zenek z wioski czy ta Ziuta, która mieszka na końcu ulicy po lewej. I mamy swój współczesny „talking object”, temat wywoławczy, który pozwala, tak jak kiedyś tym starszym paniom obgadywanie sąsiadki z parteru, ćwiczyć naszą ludzką umiejętność obserwowania, interpretowania i osądzania.

A z jakiego powodu najchętniej, z największą „przyjemnością” śledzimy potknięcia, skandale, rzeczy „brudne”, kontrowersyjne? To nam daje coś ekstra? Bo statystki wskazują, że właśnie takie wątki „klikają się” najbardziej.
Tu, poza mechanizmem, o którym powiedziałam dochodzi cała masa kolejnych rzeczy, mechanizmów. Jeśli chodzi o życie tzw. celebrytów mamy na przykład do czynienia z apetytem na to, co pozakulisowe. Jest taka koncepcja amerykańskiego socjologa Ervinga Goffmana – „Człowiek w teatrze życia codziennego”, która pokazuje, że życie społeczne jest pewnego rodzaju teatrem. Ma scenę, ma przebrania, maski, ale ma też właśnie tę część za kulisami. Czyli wszystko to, co nie jest powszechnie znane.

Kuszące…
No właśnie, scena jest dla wszystkich, kulisy – tylko dla niektórych, dla „wybranych”. Nasza ekscytacja rośnie, kiedy mamy poczucie, że dosięgamy czegoś, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Dlatego tak „fajnie” było zobaczyć zdjęcia uzyskane od zasadzających się na swoje „ofiary” paparazzi. Czaili się w bramach, wisieli na drzewach i dostarczali nam „tajnej” wiedzy. Oczywiście, w dzisiejszym wydaniu to jest trochę komiczne, no bo co właściwie jest teraz pozakulisowe? Kamery są wszędzie. Celebryci sami na Instagramie pokazują wszystko.

W przypadku wspomnianego procesu sądowego dochodzi kolejny „smaczny” psychologicznie element. Śledzimy rytuał, współuczestniczymy w czymś, co ma na celu przywrócenie porządku, na naszych oczach sprawiedliwości staje się zadość. W każdym razie ma się stać. A jest w nas, jest w człowieku, wynikająca z lęku o siebie samego, potrzeba by był wyraźny podział na zło i dobro, by za każdym razem ustalić sprawcę i ofiarę. Bo jeśli nie, to nasz świat się zawali. On i tak się już dawno zawalił, ale – znowu – potrzeba została. Proces wymierzania kary od zarania dziejów był ważny. Jak pamiętany szubienica i gilotyna zawsze stały na rynku.

I były to dość popularne uroczystości…
Tak, bo odbywało się w ten sposób katharsis, przywrócenie porządku właśnie. To jest kolejne źródło, dlaczego ten proces śledziło tak wielu z nas.

Czy jest tu też istotny element dowartościowania się? Śledzimy czyjeś potknięcia, trudności i możemy poczuć, że u nas nie jest tak źle, albo wręcz, że my radzimy sobie całkiem nieźle?
Tu działa kolejny mechanizm – tzw. efekt kwaśnych winogron i słodkich cytryn. Jacyś „oni”, ci „celebryci”, których śledzimy mają owszem winogrona, ale one są kwaśne. Od razu jest mi lepiej, moje cytryny wydają mi się od razu słodsze. Z automatu czuję się lepiej. I niech rzuci kamieniem ten z nas, kto nigdy tego nie poczuł… To jest po porostu jeden z mechanizmów obronnych, przystosowawczych, zresztą całkiem zdrowy!

Śledzimy, czyli trenujemy swoje umiejętności obserwacji i interpretacji, ale też się tego śledzenia jednak wstydzimy… Jak zapytać, kto czyta plotki – wszystkie ręce chowają się pod stół!
Mam wrażenie, że to działanie nakładki kulturowej – przyjęło się, że te wszystkie plotkarskie portale są dla ludzi, powiedzmy, mało wysublimowanych intelektualnie. Efekt jest taki, że wstydzimy się naszego naturalnego odruchu, odruchu, który skłania nas, by unieść zasłonkę i zajrzeć za nią. Chcielibyśmy być ponad to, ale natura się odzywa. To tak jak z tym tłustym i słodkim – wolicjonalnie, jako rozwinięte umysły, chcemy doceniać moc rzodkiewki, ale natura domaga się smalcu.

Oczywiście, z niczym nie należy przesadzić, bo można wyrobić sobie niedobry nawyk. Jak na dobre zastąpimy rzodkiewkę czekoladą, to stracimy zdrowie i analogicznie – jak zaczniemy żyć czyimś życiem, czyli przesadzimy ze śledzeniem, może stracić na tym nasze życie, nasza codzienność. Ale sam odruch obserwowania innych nie jest czymś, co należy w sobie ganić.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze