1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Modlitwa to nie psychoterapia, ale przynosi efekt terapeutyczny

Uwolnienie od lęku, poczucie spokoju to tylko dodatkowe, choć w pełni pożądane korzyści z modlitwy. Albo inaczej: efekt tego, czym jest sama modlitwa. (Fot. iStock)
Uwolnienie od lęku, poczucie spokoju to tylko dodatkowe, choć w pełni pożądane korzyści z modlitwy. Albo inaczej: efekt tego, czym jest sama modlitwa. (Fot. iStock)
Modlitwa to nie psychoterapia, ale tym, którzy odmawiają ją z wiarą, przynosi efekt terapeutyczny. Dlaczego zatem tak trudno nam się modlić? Bo nieraz sami niepotrzebnie to sobie komplikujemy. Tymczasem podstawą jest osobista relacja z Bogiem.

Uwolnienie od lęku, poczucie spokoju to tylko dodatkowe, choć w pełni pożądane korzyści z modlitwy. Albo inaczej: efekt tego, czym jest sama modlitwa. Czym zatem ona jest? – Czymś, co wyraża związek z Potęgą Najwyższą, która znacznie przekracza granice naszych ludzkich możliwości – powiedział Jan Paweł II podczas spotkania modlitewnego z przedstawicielami religii niechrześcijańskich w październiku 1986 roku w Asyżu. – Modlitwa prowadzi do nawrócenia serca. Dzięki niej postrzegamy ostateczną Rzeczywistość – mówił papież podczas powitania.

Źródłem modlitwy chrześcijańskiej jest Nowy Testament. Ewangeliści uczą, że modlitwa ma być m.in. pokorna, wytrwała, dziękczynna, nie na pokaz. Przede wszystkim dają przykład samego Jezusa, który – a przecież jak mówi Credo: Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, współistotny Ojcu – także wiele się modlił. Na różne sposoby; najbardziej dramatyczny jest wieczór w ogrodzie Getsemani. (Woła: „abba”, co w języku aramejskim jest dużo cieplejszą formą niż łaciński i grecki pater, który znamy jako: ojcze). Do Ogrójca przyszedł z uczniami, jednak na modlitwę oddalił się sam. Gdy wrócił po godzinie, jego towarzysze spali… „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”– przekazuje słowa Chrystusa Mateusz Ewangelista.

Wkrótce potem Chrystus został zatrzymany, pospiesznie osądzony i ukrzyżowany, więc możemy jedynie wyobrazić sobie poczucie winy, z jakim borykali się po fakcie apostołowie. Skoro ci, dla których był nauczycielem, autorytetem, opiekunem, nie byli w stanie wytrwać, to co dopiero tzw. zwykły człowiek.

A jednak

Modlitwę nieraz komplikujemy sobie sami, na przykład narzucając określoną formę. Tymczasem, jak podkreśla Maurice Nédoncelle, francuski ksiądz, profesor filozofii, wieloletni wykładowca i dziekan na uniwersytecie w Strasburgu: formy nie wyczerpują nigdy istoty modlitwy. W niej liczy się przede wszystkim przekraczanie ego, otwarcie na przyjęcie metafizycznego daru i dialog. „Katechizm Kościoła katolickiego” określa modlitwę jako żywy i osobisty związek człowieka z Bogiem, komunię, przymierze.

Jedyną konkretną treścią, którą Chrystus zaproponował wprost, jest „Ojcze nasz”. Założyciel zakonu jezuitów Ignacy Loyola przyznawał, że w modlitwie nieraz medytował jedynie nad słowem „ojcze”. W formacji ignacjańskiej bardzo popularna jest tzw. modlitwa Jezusowa, czyli skanowanie w rytm oddechu słowa „Je-zus”.

W milczeniu

Powróćmy do źródła: „W modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani” – to kolejne słowa Jezusa, które poznajemy dzięki Mateuszowi.

Popularną formą cichej modlitwy jest od dawna obecna w tradycji chrześcijańskiej medytacja. Rozwinęli ją przede wszystkim tzw. ojcowie pustyni, czyli pierwsi mnisi. A jednak dziś medytacja kojarzona jest przede wszystkim z praktykami Dalekiego Wschodu. „Prawdą jest, że Wschód oferuje udręczonym ludziom Zachodu pewne pomoce, które mogą przyczynić się do pozbierania w całość porozrzucanych części ich istoty i sprawić, by stali się znów prawdziwymi ludźmi, którzy posiadają zintegrowane centrum i stały grunt pod nogami” – pisze belgijski karmelita i dr filozofii Wilfrid Stinissen w książce „Ani joga, ani zen. Chrześcijańska medytacja głębi”, wskazując, że właśnie medytacja głębi jest nadrzędną formą pomocy. Chodzi w niej o to, by przestać rozmyślać. „Tutaj usiłujemy osiągnąć skupienie, wyciszyć rozbiegane myśli i dojść do spokoju kryjącego się poza myślami” – wyjaśnia dalej autor, zastrzegając, że taka medytacja jest przede wszystkim modlitwą, czyli zbliżaniem się do Boga, a nie narzędziem psychoterapeutycznym.

A jednak modlitwa może uleczyć. I nie ma w tym żadnej sprzeczności, a pogłębienie rozumienia. „Jeżeli relacja człowieka do Boga – która jest przecież jego najbardziej podstawową relacją – jest prawidłowa, to z owej harmonii, która ma miejsce w głębi, wypływa lecznicze działanie, wnikające stopniowo w sferę psychiki i ciała. Nie ma nic złego w tym, że bierze się pod uwagę także ten terapeutyczny wymiar, ale jeżeli stanie się on jedynym celem, to nie ma już mowy o medytacji chrześcijańskiej” – czytamy u Stinissena.

Całym sobą

Druga poważna przeszkoda w naszym podejściu do modlitwy to przekonanie, że w relacji religijnej nie ma miejsca dla ciała. Tymczasem Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, a Nowy Testament wielokrotnie zwraca uwagę na fizyczność człowieka, która zostaje zresztą całkowicie obnażona na krzyżu, bo przecież Chrystus przyjął ciało zwykłego człowieka – zgodnie z normami miejsca i czasu, w których żył.

„Obdarzanie szacunkiem ciała jest głęboko chrześcijańskie. Zamysł stwórczy, będący podstawą naszej wiary oraz pierwsza część naszego Credo wskazują, że w chrześcijaństwie jest to coś niezwykle istotnego. Najwyższy czas, abyśmy na nowo odzyskali pierwotną chrześcijańską wizję człowieka, a nade wszystko z tej wizji wyciągnęli praktyczne wnioski odnośnie do medytacji chrześcijańskiej” – apeluje Wilfrid Stinissen. W medytacji ciało może być przeszkodą: „niełatwo jest medytować, mając okropny ból zęba”, ale i pomocą, przyczyniając się do większego wewnętrznego skupienia. Belg zwraca uwagę na podstawowe elementy, takie jak:

Stabilna postawa siedząca. Taka postawa wyraża spokój i brak pośpiechu. Można siedzieć w pozycji lotosu (siad skrzyżny), pozycji diamentu (siad japoński: na łydkach i piętach) albo na krześle bez oparcia. Najważniejsze to opierać się równomiernie na obu pośladkach i mieć prosty kręgosłup, żeby zminimalizować napięcia i spokojnie oddychać.

Oddech. Łączy duchowość i cielesność, jest pomostem do życia, które przenika wszechświat. „Takie jest również spojrzenie biblijne. ‹Wtedy to Jahwe Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą› (Rdz 2,7)” – przypomina Stinissen.

Odprężenie. Największym wewnętrznym sabotażystą jest tu ego, które nie chce się odkleić od swoich przekonań. Jednak dopiero w odprężeniu możemy otworzyć się na to, co boskie.

Oczy. To, czy lepiej pozostawiać je otwarte, czy zamknięte, jest dosyć indywidualna decyzją. Wiele osób woli opuścić powieki, jednak wtedy niektórzy (gdy się odprężą i uregulują oddech) – po prostu zasypiają. Zamiast zatem decydować raz na zawsze, lepiej podążać za duchową podpowiedzią, co będzie w danych okolicznościach lepsze.

Podwójna modlitwa

Na antypodach świadomego milczenia stoi inna forma modlitewna, a mianowicie wszelkie formy muzyczne. „Po odśpiewaniu hymnu wyszli ku Górze Oliwnej” – kolejny cytat z Ewangelii Mateusza kończy opis ostatniej wieczerzy. Pamiętając, że wtedy została ustanowiona Eucharystia, nie można powątpiewać w modlitewną moc pieśni w chrześcijaństwie. Święty Augustyn powiedział wprost: „Kto dobrze śpiewa – podwójnie się modli” i jeszcze: „Śpiewajcie głosem, śpiewajcie sercem, śpiewajcie ustami, śpiewajcie swoim życiem”.

Imponującym wkładem w śpiew liturgiczny jest chorał gregoriański, wykonywany bez akompaniamentu, po łacinie i z wykorzystaniem przede wszystkim tekstów testamentalnych. Jednak jego raczej wymagająca forma powoduje, że nigdy nie stanie się powszechny; wykonują go przede wszystkim wspólnoty zakonne i wyspecjalizowane chóry. Ale znowu, nic straconego, bo powszechność (czyli globalny zasięg chrześcijaństwa i związane z tym wpływy różnych kultur) rozszerza ofertę. Własne kompozycje tworzą m.in. różne posoborowe wspólnoty. Z drugiej strony – niestety dość aktywny jest także trend „sacro polo”…

Choć św. Augustyn, filozof i doktor Kościoła, w przywołanej powyżej maksymie nie wymienia instrumentów muzycznych, to w Biblii muzyka ma swoje miejsce. Przypowieść popularnie zwana „Przypowieścią o synu marnotrawnym” wspomina, że jego powrót do domu uczczono muzyką i tańcami. W Starym Testamencie pojawia się wiele instrumentów; ich dokładne odniesienie do dzisiejszych bywa problemem, jednak z dużym prawdopodobieństwem możemy mówić m.in. o fletach, cytrach, rogach czy choćby różnych instrumentach perkusyjnych.

„Grajmy Panu na harfie, Grajmy Panu na cytrze, Chwalmy śpiewem i tańcem, Cuda te fantastyczne” – śpiewała słowami Agnieszki Osieckiej Anna Szałapak.

A reszta jest milczeniem…

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze