1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Wyścig z czasem. Czy da się ze wszystkim zdążyć, a na dodatek cieszyć się życiem?

(Fot. Nina Sinitskaya/Getty Images)
(Fot. Nina Sinitskaya/Getty Images)
Miało być inaczej, mieliśmy nie wrócić po pandemicznym zatrzymaniu do dawnego tempa, zrewidować stare nawyki, zwolnić. A czujemy, że świat zwariował, że pędzi jeszcze szybciej. A my pędzimy razem z nim, wybierając coraz szybsze rozwiązania. Dlaczego zatraciliśmy się w takim tempie? Czy jesteśmy na nie skazani?

Dekadę temu tak opisywałam przeciętny dzień z życia kobiety: zanim wyjdzie z domu, gotuje zupę, robi śniadanie, pakuje do tornistra kanapki, odwozi dzieci do szkoły, zbierając myśli przed ważnym zebraniem. W drodze powrotnej: zakupy, zebranie w szkole, lekarz, jakiś urząd. A potem jeszcze szybciej: obiad, sprzątanie, odrabianie z dziećmi lekcji. Co chwila dzwoni telefon, ktoś prosi o przysługę, z kimś musi porozmawiać, odbiera maile, zerka w telewizor. Ma poczucie totalnego braku czasu.

Czy dzisiaj coś zmieniłabym w tym opisie? Tak, dodałabym więcej działań w codziennej agendzie kobiety.
– To jakiś obłęd – skarży się Julia, mama dwóch córek w wieku przedszkolnym. – Planowanie dnia to upychanie w nim jak największej liczby zajęć, które – nic dziwnego – nie mieszczą się potem na etapie realizacji i przechodzą na dzień następny. Pod koniec tygodnia rośnie więc góra spraw do załatwienia. Weekend zamiast na odpoczynek muszę przeznaczyć na załatwianie spraw niezałatwionych: sprzątanie, prasowanie, gotowanie, obiecane wyjście z córkami na basen, wizyta u mamy. Próbuję w tym wszystkim zaoszczędzić chociaż najmniejszy okruch czasu, kilka sekund, jedną minutę tam, drugą tam. Doszło do tego, że najlepszym sposobem na złapanie oddechu jest zamknięcie się w toalecie! Zastanawiam się, co robię nie tak, że daję się wciągnąć w ten totalny wir. I nie znajduję odpowiedzi. Przecież wyręczają mnie pralka, zmywarka, sprzęty kuchenne. Płacę rachunki przez Internet, dużo zakupów robię przez Internet. Frustruję się, jak mama przypomina mi, że oni tych udogodnień nie mieli, ale nadążali i cieszyli się życiem. Jak to w ogóle możliwe?

Szybki pożera wolnego

Pośpiech nie jest znakiem ostatnich lat. Już w 1982 roku amerykański lekarz Larry Dossey ukuł pojęcie time sickness, czyli choroba niedoczasu, którym opisał powszechne przekonanie, że czas ucieka, że jest go za mało i w związku z tym trzeba pędzić coraz szybciej, aby dotrzymać kroku. Nie tak dawno założyciel i przewodniczący Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Schwab w brutalnych słowach wyartykułował konieczność pośpiechu: „Przechodzimy od epoki, w której duży pożera małego, do epoki, w której szybki pożera wolnego”. Z kolei brytyjski psycholog Guy Claxton zauważył, że pośpiech stał się naszą drugą naturą: „Wykształciliśmy wewnętrzną psychologię prędkości, oszczędzania czasu i maksymalizowania skuteczności. Nasila się to z każdym dniem”.

Kanadyjski dziennikarz i pisarz Carl Honoré, autor dwóch książek na ten temat: „Pochwała powolności” i „Bez pośpiechu”, zauważa, że szybkość nie jest z gruntu czymś złym, co należy zwalczać. Kto chciałby – pyta Honoré – żyć bez Internetu albo samolotów? Jego zdaniem problem polega na tym, że nasza miłość do szybkości i obsesja, by ciągle robić więcej i więcej w coraz krótszym czasie, zaszła za daleko, stała się uzależnieniem, czymś na kształt bałwochwalstwa. I nawet gdy poznajemy ewidentnie złe strony życia w pędzie, „intonujemy mantrę przyśpieszenia”. Czyli problem braku czasu rozwiązujemy za pomocą metod, które przyśpieszają działanie. To jak dolewanie oliwy do ognia. Nie wyrabiam się z pracą? Zakładam światłowód, który daje szybszy Internet i pracuję więcej. Przytyłam? Poddaję się liposukcji, bo na efekty diety musiałabym długo czekać.

Szukanie drogi na skróty, którą Honoré nazywa „szybkim fixem”, stało się standardem w naszej kulturze. „Kto tam miałby jeszcze głowę na arystotelesowskie deliberacje i długoterminową perspektywę” – pisze z przekąsem. I wylicza przykłady szybkich fixów: rynki panikują, jeśli firmy są niestabilne finansowo albo jeśli chwiejne rządy nie proponują natychmiastowego planu działania. Strony internetowe są upstrzone reklamami obiecującymi szybkie rozwiązania każdego problemu znanego Google’owi. Lekarze na całym świecie poddają się presji, żeby czym prędzej wyleczyć pacjenta, co oznacza przepisywanie coraz większych ilości tabletek także wtedy, gdy organizm byłby w stanie sam uporać się z chorobą.

Można też sprawić sobie szybki fix towarzyski. Czyli partnera do ćwiczeń w siłowni, drużbę na wesele, miłą ciocię, która pokibicuje dzieciom na zawodach pod nieobecność rodziców, silne ramię, na którym można się wypłakać. A wszystko to w agencji od zaraz, cena w Londynie – sześć i pół funta za godzinę. Sprawdziłam – w Polsce nawet wyższa.

Fatalne zauroczenie

Dlaczego tak zachłysnęliśmy się szybkimi rozwiązaniami? Peter Whybrow, psychiatra i dyrektor Instytutu Neurobiologii i Ludzkich Zachowań im. Jane i Terry’ego Semelów Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, uważa, że nasze uzależnienie od szybkich fixów i szybkiego życia ma korzenie fizjologiczne. Otóż ludzki mózg dysponuje dwoma podstawowymi mechanizmami do rozwiązywania problemów.

Pierwszy jest natychmiastowy i intuicyjny, prawie jak myślenie bez zastanawiania się. Kiedy widzimy wilka za drzewem, nasz mózg wyznacza najlepszą trasę ucieczki i sprawia, że rzucamy się w jej kierunku. Czyli wybraliśmy szybki fix. Problem rozwiązany. Życie uratowane. Tego mechanizmu używamy nie tylko w sytuacjach śmiertelnego zagrożenia, ale także w codziennym życiu, wybierając drogę na skróty. Na przykład nie analizujemy długo, jaką kanapkę wybrać albo czy odwzajemnić uśmiech nieznajomego w autobusie. Po prostu kupujemy kanapkę, uśmiechamy się. W ten sposób oszczędzamy sobie wysiłku na analityczną pracę.

Drugi mechanizm jest powolny, wymaga zastanowienia. Polega na myśleniu świadomym, któremu się oddajemy, kiedy na przykład mamy pomnożyć dwie liczby lub przeanalizować problem. Takie myślenie obejmuje planowanie, krytyczną analizę i racjonalny namysł. Nic dziwnego, że pochłania więcej energii, więc jest mniej sexy.

Pierwszy sprawdzał się w dawnych czasach. Nasi przodkowie nie potrzebowali myślenia perspektywicznego, analizowania każdej czynności – one były niejako automatyczne. Jedli, kiedy byli głodni, pili, kiedy chciało im się pić, spali, kiedy byli zmęczeni. Peter Whybrow zauważa, że kiedy żyło się na sawannie, a przeżycie zależało od tego, co się robi każdego dnia, pojęcie jutra nie istniało. Systemy fizjologiczne w mózgu i ciele, które odziedziczyliśmy po przodkach, skupiały się na znajdowaniu rozwiązań na krótką metę oraz nagradzaniu nas za ich wyszukiwanie. Jednak w miarę rozwoju cywilizacji potrzebne stało się nam myślenie analityczne i zdolność planowania. Logiczne więc wydaje się, że dzisiaj, w skomplikowanym, postindustrialnym świecie powinien królować drugi mechanizm – ten powolny, wymagający więcej namysłu. Dlaczego zatem tak nie jest?

Czekolada czy pompki?

Carl Honoré odpowiada metaforycznie: jednym z powodów jest to, że w naszych głowach nadal przemierzamy sawanny. Natomiast naukowe uzasadnienia są następujące: po pierwsze, mechanizm generujący szybkie rozwiązania dominuje, ponieważ nie wymaga tyle czasu i wysiłku, co powolny. Po drugie, daje maksimum zysku przy minimum strat. Po trzecie, jego działanie wyzwala w mózgu produkcję dopaminy (przekaźnika przyjemności), która sprawia, że chcemy jeszcze więcej i jeszcze szybciej. W porównaniu z tym mechanizmem – jak pisze Honoré – „ten drugi, powolny, wydaje się nudnym tyranem, wymagającym znoju i poświęcenia już od zaraz w zamian za obietnicę jakiejś mglistej nagrody w przyszłości. Jest jak osobisty trener, który każe się wyrzec czekoladowego eklera na rzecz 20 pompek, albo jak rodzice zaganiający nas do książek, kiedy kusi zabawa na dworze”.

Ale mechanizmy neurobiologiczne nie są jedynym wytłumaczeniem naszej fascynacji szybkimi rozwiązaniami i życiem w pędzie. Kolejnym jest… skłonność do optymizmu. Badania różnych kultur dowodzą, że większość z nas oczekuje pomyślnych wiadomości. Często pozwalamy nadziei triumfować nad doświadczeniem, co może pobudzać nas do działania, dawać wiarę, że projekt się uda, związek będzie trwały i szczęśliwy. Oglądany przez różowe okulary szybki fix na pewno jest bardziej przekonujący niż namysł i rozwaga.
Innym powodem, dla którego faworyzujemy szybkie działania, jest naturalne upodobanie do dobrze nam znanych rozwiązań. Zamiast tracić czas na dogłębne zastanawianie się nad sednem problemu, mamy zwyczaj sięgać po sposoby, które sprawdziły się w przeszłości, nawet jeśli lepsze możliwości same się narzucają. Ta skłonność, potwierdzona w wielu badaniach i nazwana „efektem nastawienia”, sprawdzała się w czasach i okolicznościach wymagających natychmiastowego rozwiązania problemów. Na przykład w sytuacji, gdy za drzewem czaił się wilk. We współczesnych czasach, pełnych zawiłych wyzwań, skłonność do szybkich reakcji jest mniej przydatna. A jednak wciąż dopomina się o głos. To dlatego popełniamy stale te same błędy.

Jeszcze jedna przyczyna tłumacząca triumf szybkich działań nad powolnymi – nasza niechęć do zmian, inercja. Wybieramy to samo miejsce w ławce, ten sam bank, przychodnię. Po co główkować nad zmianą, tracić czas, skoro możemy iść utartym szlakiem. Psychologowie nazywają takie zachowanie „efektem status quo”. Utrudnia on wyrwanie się z rutyny, prowizorki. Kiedy mamy do czynienia z niewygodnymi faktami – że na przykład szybkie działania się nie sprawdzają – odrzucamy je, argumentując, że wyjątek potwierdza regułę.

Autor książek o powolności bije na alarm: w dzisiejszych czasach pośpiech jest sposobem na wszystko. Chodzimy szybko, mówimy szybko, szybko czytamy, jemy, szybko się kochamy, myślimy. Szybkie życie i natychmiastowe rozwiązania jawią się nam jako superatrakcyjne. Ale to wszystko ma swoją cenę. Płacimy ją w skali mikro i makro, a przykłady można mnożyć: eksploatujemy zasoby naturalne w takim tempie, że natura nie nadąża z ich odnawianiem. Branża informatyczna, przemysł samochodowy czy AGD wytwarzają coraz więcej produktów bez testowania, bo tak jest szybciej. Efekt? Epidemia wad, usterek, które zamiast zysków przynoszą firmom straty, a konsumentom problemy i koszty.

Ceną za pośpiech i długie godziny spędzane w pracy są nie tylko nasza niska produktywność i podatność na błędy, ale też choroby wywołane przez życie w permanentnym stresie, takie jak bezsenność, migreny, nadciśnienie, depresja.
Jednak nie wszystko jeszcze stracone. Nie musimy tak żyć. Wszędzie na świecie ludzie odwracają się od prowizorki, bylejakości, nieustannego patrzenia na zegarek. Duża część z nas wybiera spokojne życie. Dla nich mniej oznacza więcej, a wolniej – piękniej. Pośpiech się więc nie obroni. Tym bardziej że pokolenie Z głośno mówi „nie” życiu pod presją czasu. Jest więc nadzieja. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze