Terapeutyczna moc filmu polega na tym, że on może zainspirować każdego człowieka do zmiany i wglądu w siebie – mówi dr Alicja Długołęcka, odwołując się do bohaterek klasyków: „Orlando” i „Fortepianu”.
- Dr Alicja Długołęcka podkreśla, że film „Orlando” jest wartościowy terapeutycznie. Pokazuje transformację płciową i zachęca do refleksji nad własną tożsamością i szacunkiem do siebie.
- Oglądanie filmu pomaga kwestionować narzucone kulturowo role płciowe i wprowadza widza w proces autentycznego poznawania siebie.
- „Fortepian” Jane Campion jest wskazywany jako przykład filmu, który przez symbolikę dotyku i muzyki uczy otwartości na seksualność i własne emocje.
- Długołęcka podkreśla, że filmy te inspirują także mężczyzn, którzy mogą zastanowić się nad własną tożsamością i rolą w patriarchalnym świecie.
- Oba filmy służą jako narzędzie refleksji nad płynnością ról, szacunkiem do siebie i innych, oraz możliwością wyjścia poza ograniczenia narzucone przez społeczeństwo.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 6/2025.
Martyna Harland: Dlaczego uważasz film „Orlando” w reżyserii Sally Potter za tak wartościowy terapeutycznie?
Alicja Długołęcka: Wiecznie młody Orlando pewnego dnia budzi się... jako kobieta wyprzedzająca swoją epokę. Ma dosyć swojego obecnego, ograniczonego konstruktami płciowymi „ja”, chce innego. Książka Virginii Woolf, na podstawie której powstał film „Orlando” i którą sobie bardzo cenię, pochodzi z 1928 roku. Prawie 70 lat później powstała wersja filmowa a rok temu ukazała się książka „Mieszkanie na Uranie” filozofa Paula Preciado o płynności seksualnej, w której zrywamy z kulturowymi stereotypami. To 100 lat refleksji nad sztywnym gorsetem zbudowanym z ról płciowych.
Dobrze pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten film. Wywołał we mnie, młodej cis-kobiecie, rewolucję, otworzył mnie na podstawowym poziomie, jeśli chodzi o bycie kobietą. Zadałam sobie pytanie: co to dla mnie znaczy? Zdałam sobie też sprawę, że nie chcę przyjmować konstruktu nadanego mi z góry. Chcę, używając metafory filiżanki, opróżniać i wlewać do mojego naczynia to, co dobre i co mi się podoba. Było to dla mnie uwalniające doświadczenie, zarówno na poziomie osobistym, jak i w pracy terapeutycznej.
Myślę, że wtedy właśnie moja droga do bycia edukatorką seksualną znacznie się poszerzyła. I to jest ta niesamowita moc terapeutyczna filmu, który może zainspirować każdego do zmiany i wglądu w siebie!
Co włożyłaś do naczynia pod tytułem kobiecość?
Przede wszystkim wyjęłam to, co nie moje. A potem napełniłam ją po swojemu. To był mój początek zainteresowania literaturą genderową z Judith Butler na czele.
Dla mnie ten film mówi o szacunku, dotarciu do kobiecości, czyli do siebie.
To ciekawe, w jakim sensie mówi o szacunku?
Pokazuje, że zaczyna się od szacunku do siebie, a dzięki temu możemy szanować innych ludzi i świat, w którym żyjemy. Orlando najpierw wchodzi w skórę i ciało kobiety, co mocno zmienia jego perspektywę. Następnie wychodzi poza rolę kobiecą i nie żyje w zgodzie z oczekiwaniami świata. Zatrzymała mnie scena rozmowy z kochankiem, który mówi: „Mogłabyś przecież nie chcieć być mężczyzną. A gdybym ja był kobietą, czy mógłbym nie chcieć mieć dzieci? Czy byłbym wtedy prawdziwą kobietą?”.
Mnie najbardziej uruchomił tu proces dewaluacji i stygmatyzacji kobiet. Poczułam to najmocniej w scenie magicznej zamiany płci, bo to nie była tranzycja, tylko pewien rodzaj zamiany ciała i ról. I jest jeszcze znamienna scena rozmowy z poetą o przymiotach kobiet, czyli o tym, że mądrość i wiedza są zarezerwowane dla mężczyzn, tak jak i władza czy dziedziczenie. To jest sprzężone z męskością i dewaluacją, niesprawiedliwością wobec kobiet. To było pokazane bardzo dosłownie, ale i zabawnie. Podoba mi się w tym filmie żartobliwy ton i olbrzymi dystans. A przecież Orlando kiedyś w ciele mężczyzny doświadczyła tego na własnej skórze.
Największa przemiana wewnętrzna następuje moim zdaniem w momencie, kiedy Orlando, już jako kobieta, chce wejść w towarzystwo, czyli w relacje społeczne i w doświadczenie seksualności. Jest tu przewrotnie pokazane, jak się do tego dystansuje razem z autentycznym zdziwieniem: „Ale o co tu chodzi?”. Wtedy widzi świat bez ograniczeń płci i kultury, dostrzega, jakie to wszystko jest powierzchowne i pozorne.
Rozumiem, że najmocniej wykorzystałabyś ten film w procesie dochodzenia do tego, czym jest dla mnie, jako widza, kobiecość?
Tak. Pokazałabym ten film przede wszystkim osobom, które czują się w jakimś sensie uwikłane w stereotyp i boją się eksperymentować ze swoją rolą płciową czy seksualnością. Właśnie z powodu lekkości, na zasadzie, że to jest takie oczywiste przy przyjęciu szerszej perspektywy – spróbować żyć inaczej i wyjść poza strefę komfortu, a raczej dyskomfortu. Oglądając go, można zadać sobie pytania o to, jak my postąpilibyśmy w pokazanych okolicznościach, co potrzebujemy zakwestionować i co jest tak naprawdę po naszemu, bez względu na płeć.
Ten film to jest także dobry obraz męskości w kryzysie, tkwiącej w zagubieniu.
Szczególnie widać to w pierwszej części, gdy Orlando jest jeszcze w ciele i roli mężczyzny. Melancholia, przymus walki, uprawiania polityki – wszystko jest tam bardzo widoczne i bolesne w zderzeniu z kulturą.
Ten film kojarzy mi się zarówno z kobietami, jak i mężczyznami, myślę, że jest niezwykle aktualny. Mówi o kosztach patriarchatu, jakie ponoszą i kobiety, i mężczyźni.
A nawet bardziej kojarzy mi się z widzami płci męskiej, z zadawaniem sobie pytań: Czy chcę nosić taki ciężar? Jak mogę sprawić, żeby ta męskość była moja własna i ile dla mnie znaczy? Dla kobiet ten film jest bardziej oczywisty, ale to w żaden sposób nie przeszkadza terapeutycznie, szczególnie pod kątem szacunku do własnego człowieczeństwa. Co najlepiej pokazuje naga scena przed lustrem, w której padają słowa: płeć inna, ale człowiek ten sam!
Mam wrażenie, że szacunek zawsze koreluje z oczekiwaniami, rolą kulturową i funkcją w społeczeństwie. Mężczyzna, który nie walczy, kobieta, która nie chce dzieci... Czy zasługują na szacunek?
Wiesz, jednak bardzo trudno spojrzeć na życie człowieka z kosmicznej perspektywy i zdystansować się do kwestii związanych z rolami płciowymi, bo nie jesteśmy wychowywani w próżni. Dlatego pytania, które zadaje ten film, były ciekawe 300 lat temu i są ciekawe teraz. I to nie są akademickie pytania, jesteśmy w stanie się w to wszystko wczuć. I naprawdę warto zadać sobie pytania o to, jak to jest u mnie – w jaki sposób żyję i realizuję siebie jako człowiek? Trochę na takiej zasadzie, że kobiecość i męskość to są ozdobniki. Mogą być dla niektórych z nas zabawą albo możemy pewne rzeczy wziąć bardzo serio.
Cały czas myślę o tym, czym właściwie jest ten szacunek. „Orlando” w moim odczuciu uczy nas, że nie chodzi o coś tak poważnego i warunkowego, jak podają słowniki. Dla mnie szacunek mówi przede wszystkim o postawie akceptacji dokonań, dążeń i poglądów drugiej osoby.
Przede wszystkim myślę, że to opowieść o szacunku do siebie – główna postać pod koniec filmu staje się w życiu podmiotem. W tym sensie, że nie jest już i nie czuje się używana przez system, i że sam system nie jest aż tak opresyjny w wymiarze osobistym, jak to czasem uznajemy. Bo możemy przekraczać różne granice, tylko z jakichś powodów boimy się tego albo nie zadaliśmy sobie w życiu pewnych pytań, więc stoimy w miejscu. Ten film można przeczytać jak książkę filozoficzną, dostajemy tu zestaw krótkich esejów i refleksji dotyczących płynności różnych ról i oczekiwań społecznych. Warto w trakcie wypisać sobie zdania i słowa, które do nas trafiają. I zadać sobie pytanie, dlaczego to dla mnie ważne.
Jak kino uczy szacunku do siebie i otwarcia na seksualność?
W jakim momencie życia szczególnie warto zobaczyć „Orlanda”?
Polecam go już osobom młodym, które budują swoją tożsamość, żeby trochę ugruntowały się historycznie, skoro już w 1928 roku istniały pewne wizje, które są aktualne dzisiaj. Poleciłabym go także kobietom w trakcie transformacji okołomenopauzalnej, w wieku średnim, żeby wpuścić trochę powietrza w ich tożsamościowe, nie zawsze łatwe bilanse. Ale i, nieco prowokacyjnie, dojrzałym mężczyznom, którzy przeżywają kryzys, czują pewnego rodzaju pomieszanie w związku z tym, co dzieje się we współczesnym świecie, bo byli wychowani przez patriarchat i nie rozumieją do końca tego, co przyniosła płynność seksualna.
Ten film zaczyna się od melancholii mężczyzny, który jest samotny i tworzy poezję. Jest zanurzony w swojej wrażliwości, ale jest z nią osamotniony. Pod koniec filmu, gdy Orlando staje się kobietą i żyje w innym świecie, cała melancholia znika.
Kiedy wcześniej zastanawiałyśmy się nad tą rozmową, przywołałaś „Fortepian” w reżyserii Jane Campion. Dlaczego on ma znaczenie w tym kontekście?
Zacznę od tego, że jest w nim scena dotyku, którą od lat wiele kobiet przychodzących do mojego gabinetu uważa za jedną z najmocniejszych scen erotycznych w kinie! Przypomnijmy trochę, o co chodzi. W wyniku traumy główna bohaterka nie może mówić, wyraża siebie, to, co czuje, jedynie przez muzykę – grę na tytułowym fortepianie. To bardzo symboliczne, bo tę pozbawioną głosu kobietę ojciec wysyła daleko od domu, żeby wydać za mąż. Kiedy potem spotyka mężczyznę innego niż mąż, silnie skontaktowanego z instynktem, z naturą, on jakby dostraja się do niej i powoli oswaja ją poprzez dotyk. Kiedy ona gra, on wchodzi pod pianino i ją podgląda. A ona ma na sobie wełniane rajstopy, a w tych rajstopach małą dziurkę, przez którą mężczyzna dotyka maleńkiego fragmentu jej skóry. Coś się między nimi wydarza, w kobiecie odzywa się namiętność, za którą decyduje się podążać.
Cały ten film mówi o opresyjności rzeczywistości, w której znajduje się ta kobieta. Ale wiele osób odbierało go jako rodzaj otwarcia się na sferę seksualności. Wchodzą w intymność bohaterów i odkrywają, jak główna bohaterka staje się kobietą kompletną, która wbrew przeciwnościom ma swój świat, swoje sprawy i swoje namiętności. Dopiero wtedy widzą ją całościowo.
Alicja Długołęcka – dr nauk humanistycznych, psychoterapeutka, pedagożka, autorka książek. Zajmuje się profilaktyką zaburzeń psychoseksualnych i szeroko rozumianą edukacją seksualną.