Rozumiem, że depresja nie służy relacjom, dlatego tak ważne jest, by zdrowiejąc, odbudowywać je. To samo obowiązuje w razie wystąpienia zespołu stresu pourazowego?
Zasadniczo po traumie aktywuje się układ limbiczny, związany z pierwotną reakcją na zagrożenie, czyli walką lub ucieczką.
I choć zagrożenie już minęło, to w układzie nerwowym doszło do błędu, który powoduje, że wciąż nadawany jest sygnał: bądź czujny, broń się, musisz przeżyć! Może to prowadzić do ataków agresji, które są reakcją na stan przerażenia, na lęk, który jest skutkiem traumy. To elementy wspólne w zachowaniu człowieka w depresji i z PTSD.
Poza agresją wspólną częścią jest bezsenność oraz natrętne myśli, tylko że w wypadku PTSD to są flashbacki – retrospekcje, które rozstrajają, powodują chwilowe, nagłe zawieszenia i bardzo jaskrawo przypominają bolesne zdarzenia. Z kolei u osób cierpiących na depresję mówimy raczej o ruminacjach, czyli rozpamiętywaniu, mieleniu w głowie, przywoływaniu bolesnych, upokarzających wspomnień. Bywa to tak natarczywe, że przypomina samozadręczanie się.
Czy psychoterapeuta lub psychiatra mogą pomylić PTSD z depresją i źle poprowadzić terapię?
W kontekście klinicznym, psychiatrycznym błąd mógłby polegać na tym, że leki czy też program leczenia nie zostały właściwie dobrane, co jednak na bieżąco bywa korygowane. Traci się co najwyżej na szybkości ustąpienia symptomów. O tym jednak wolałbym się nie wypowiadać, bo nie jestem szpitalnym klinicystą psychiatrycznym. W psychoterapii indywidualnej, którą się zajmuję, mogę powiedzieć, że pracuje się całościowo, równolegle obejmując te dwa problemy, jeśli one występują.
W psychoterapii diagnoza nie będzie mieć takiego znaczenia?
Ma szczególne znaczenie wtedy, gdy stan pacjenta jest poważny. Zasadniczo w psychoterapii diagnoza jest przydatnym narzędziem do konceptualizacji problemu, by umieć się skutecznie porozumiewać z innymi specjalistami, na przykład na superwizji, w celu szukania nowych rozwiązań.
Jednak diagnoza to tylko element psychoterapii, w praktyce istotniejsze okazują się: obecność terapeutyczna, uważność, aktywne słuchanie, pamięć wnoszonych treści, umiejętna empatia, bezwarunkowa akceptacja pacjenta, spójność i autentyczność bycia oraz stałość spotkań.
Ten zbiór postaw przynosi postęp w terapii niezależnie od dopieszczonych diagnoz i wyrafinowanych konceptualizacji. Analogicznie klient restauracji nasyca się przecież dobrze przygotowanym posiłkiem, a nie stojącym przed nim kucharzem, który recytuje przepis i sposób wykonania. Takie informacje wymienia z innym kucharzem.
Czy terapia uwalnia od depresyjnego tłumienia w sobie wszystkiego?
Tłumienie w sobie wszelkich emocji, impulsów powoduje ustawiczne napięcie. To efekt wychowania. W dorosłym życiu tak ukształtowana osoba nadal tłumi w sobie smutek, lęk, stres, a przede wszystkim złość, aż do momentu, kiedy osiągną one takie natężenie, że nie będzie w stanie sprawnie funkcjonować. Znowu przywołam analogię z życia codziennego – jeśli gdzieś w domu jest zablokowana rura, to dopóki to, co ją zapchało, nie zostanie usunięte odpowiednimi narzędziami, woda nie będzie swobodnie płynąć.
Tłumimy to tak długo, aż w końcu samych siebie zatykamy? Czy w przypadku PTSD jest podobnie?
Przy PTSD jest dużo okazji do tłumienia różnych uczuć. Jeśli jednak osoba, która przeżyła traumę, nie ma tendencji depresyjnych, to pozwoli, żeby ten stan zagrożenia po prostu przez nią przepływał, aż organizm odzyska równowagę. Co więcej, jeśli traumy dozna osoba, którą otaczają ludzie zdolni do tego, by ją wyciszyć i ukoić, to po prostu wyjdzie z tego stanu i niekoniecznie doświadczy zespołu stresu pourazowego. Dodam tylko, że wtedy też nie będzie żadnych stanów depresyjnych. Z biegiem dni, tygodni, miesięcy ta osoba zacznie odczuwać mniej lęku, będzie mniej płochliwa, coraz spokojniejsza.
Czy miałeś w terapii osoby, które łączyły depresję i PTSD?
Tak, przychodziły po doświadczeniu różnego rodzaju strat, związanych ze śmiercią bliskich, rozstaniem czy też utratą pracy albo majątku. Te przeżycia powodowały, że odczuwały zagrożenie swojego bytu. Często w pierwszej kolejności szły do psychiatry w nadziei, że wezmą leki i wszystko magicznie wróci do normy. Jednak często sami psychiatrzy zachęcali te osoby do psychoterapii i wtedy zaczynaliśmy pracę. Podczas niej nabywały różnego rodzaju umiejętności, jak samoregulacja, czyli samouspokajanie się, oraz poznawały zdrowe sposoby rozładowywania emocji i stresów.
Samoregulacja i radzenie sobie z emocjami ma takie znaczenie?
Kluczowe – także w kontekście dalszej terapii, gdy przyglądamy się temu, kiedy i jak uaktywniają się emocje przyczyniające się do złego stanu, co można zrobić, żeby nie doprowadzać do tych sytuacji, i jak sobie z nimi poradzić, gdy mimo wszystko do nich dojdzie. Na sesji stosujemy także różnego rodzaju interwencje emocjonalnie oczyszczające.
Na przykład w bezpiecznych warunkach gabinetu terapeuty te osoby mogą przywołać sytuacje, które były dla nich traumatyczne, przeżyć je na nowo na zasadzie katharsis.
Zmierzyć się z nimi poprzez wyobraźnię. Dzięki tym wszystkim działaniom to, co się wydarzyło, i to, co się wtedy czuło, przestaje być takie przerażające. Jest coraz mniej lęku czy stłumionej złości i smutku, a to znaczy, że objawy PTSD albo depresji, albo depresji i PTSD stopniowo się wycofują. Osoby zaczynają czuć się spokojniej i pewniej w swojej skórze, na własnych nogach i we własnej przestrzeni.
Czy możesz opowiedzieć o jakimś przypadku depresji i traumy?
Opowiem o kobiecie, która w czasie dorastania straciła ojca, ciepłego i czułego opiekuna. Dramat, jakim była dla niej jego śmierć, zamroził ją emocjonalnie. Przestała czuć, aby odciąć się od rozpaczy z powodu jego odejścia, ale też od trudnych uczuć, jakie budziła w niej relacja z surową matką. Aby móc przetrwać w relacji z nią, nauczyła się kontrolować siebie i realizować to, co jej polecono. Kiedy więc weszła w dorosłe życie, miała tendencje depresyjne z powodu rygorystycznego wychowania. Tłumiła wewnętrze impulsy, emocje, uczucia. Była przy tym niezwykle efektywna w pracy, chociaż nie miała dobrych relacji romantycznych. Mimo wszystko jakoś sobie radziła z życiem. Do czasu, bo depresyjne tendencje w pewnym momencie uniemożliwiły jej dalsze funkcjonowanie, a uaktywniły się na skutek traumatycznego wydarzenia, jakim była śmierć jej starszego brata. Po odejściu ojca był on dla niej ostoją bezpieczeństwa, kimś, kto ją zawsze wysłuchał, komu mogła ufać.