Pod często obecnie stawianą diagnozą zaburzenia osobowości borderline kryje się wiele gniewu, wręcz furia, a także roszczeniowość i rozszczepiona rzeczywistość. W wielu środowiskach panuje przekonanie, że niewiele z nim można zrobić. Tymczasem jedną z dróg wyjścia jest podejście intersubiektywne. Czym ono jest – wyjaśnia psychoanalityk jungowski Tomasz J. Jasiński.
- Czym jest osobowość borderline? Jak zauważa psychoanalityk Tomasz J. Jasiński, w przypadku tego zaburzenia „mamy do czynienia z rodzajem ograniczonej zdolności (albo niezdolności) do pomieszczenia w sobie intensywnych emocji”.
- Te intensywne emocje przenoszą się na relacje – ekspert podkreśla, że w krótkim czasie można przejść od idealizacji do miażdżącej krytyki.
- Źródła zaburzenia borderline mogą sięgać dzieciństwa i pierwszych doświadczeń w relacji z rodzicami. Jak zauważa Tomasz J. Jasiński, dziecko potrzebuje dorosłego, który zapewni mu stałą obecność, poczucie bezpieczeństwa. Brak tego wsparcia utrudnia rozwój wewnętrznej struktury psychicznej.
- Psychoanalityk zauważa także: „Zaburzenie osobowości borderline zrobiło dużą karierę jako etykietka. Wciąż bywa postrzegane jako coś, z czym niewiele można zrobić, i prowokuje do lekceważącego machania ręką”.
- Tomasz J. Jasiński mówi również o tym, czy osobie z diagnozą borderline potrzebna jest do uzdrowienia obecność drugiego człowieka i o znaczeniu natury w procesie uzdrawiania.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Aleksandra Nowakowska: Na początku diagnozowania zaburzenia osobowości typu borderline posługiwano się określeniem „z pogranicza obłędu”. Obecnie borderline opisuje się jako zaburzenie charakteryzujące się przede wszystkim emocjonalną niestabilnością i nieprzewidywalnością zachowania. Co jeszcze możemy o nim powiedzieć?
Tomasz J. Jasiński: W klinicznym języku psychopatologii mówi się, że zaburzenie to jest związane z problemem w obszarze kontroli impulsów, co bezpośrednio przekłada się na życie emocjonalne osoby. Mamy do czynienia z rodzajem ograniczonej zdolności (albo niezdolności) do pomieszczenia w sobie intensywnych emocji, które wyładowywane są w impulsywnych działaniach. W wewnętrznym doświadczaniu dominuje złość, wręcz wściekłość. Tego rodzaju silne emocje są też wnoszone do relacji międzyosobowych. Zaburzenie borderline często uniemożliwia świadome komunikowanie emocji i kontrolę nad nimi.
Jerome S. Bernstein, psychoanalityk jungowski i autor książki „Życie na pograniczu”, na którego wiedzę powołujemy się w naszych wywiadach, pisze, że w kontakcie z osobami z zaburzeniem osobowości borderline wyczuwał ich ukrytą furię, roszczeniowość, a na poziomie swojego ciała ich rozszczepienie. Sama mam takie doświadczenia, że osoby te w krótkim czasie, nawet podczas jednej rozmowy, potrafią ze stanu zafascynowania jakąś osobą czy zjawiskiem przejść do miażdżącej krytyki i negacji, a wszystko to jest nadmiarowe, właśnie impulsywne.
W znaczeniu diagnostycznym wyróżnia się osoby z zaburzeniami osobowości wysoko i nisko funkcjonujące. Z kolei z psychoanalitycznego czy też psychodynamicznego punktu widzenia wyjaśnia się to charakterem struktury psychicznej. Ogólnie mówiąc, im jest ona solidniejsza, tym więcej możliwości radzenia sobie z intensywnymi przeżyciami.
Osoby z tą samą diagnozą zaburzenia osobowości typu borderline mogą funkcjonować w różny sposób, różnie „rozgrywać” impulsywność i zmienność. Ktoś może wpaść w ten stan pod wpływem niewielkiego bodźca, ktoś inny dopiero w jakiejś mocnej czy skrajnej sytuacji.
Odwołując się do tradycyjnego psychiatrycznego podziału zaburzeń na neurotyczne i psychotyczne, można powiedzieć, że zaburzenie osobowości borderline mieści się jakby pomiędzy nimi – stąd termin. Na co dzień te osoby są bardziej widziane po neurotycznej stronie, natomiast w stanach trudnych doświadczeń ich wewnętrzna organizacja ulega dezorganizacji, która wygląda jak psychoza. Stopień dezorganizacji struktury psychicznej nie jest na tyle utrwalony, aby można było diagnozować psychozę, a jednocześnie jego pojawianie się w ten sposób wykracza poza kategorię nerwicy.
W języku psychodynamicznym można by powiedzieć, że każdy z nas jest w jakimś stopniu neurotyczny. Bo każdy ma za sobą jakieś trudne doświadczenia, które odcisnęły ślad na psychice. To naturalny stan rzeczy.
Chodzi o to, jaka ta nerwica jest i dokąd nas prowadzi. I nie mam tu na myśli nerwicy w pełnym rozumieniu diagnozy psychiatrycznej, ale to, że wszyscy mierzymy się z takimi kawałkami siebie, które są podatne na nieadekwatne postrzeganie rzeczywistości czy utratę kontroli nad sobą.
Bernstein na zaburzenie borderline patrzy również z punktu widzenia ewolucyjnego rozwoju psychiki. Twierdzi, że od bliskiego kontaktu z naturą i tożsamości grupowej kultur plemiennych psychika ewoluowała w kierunku rozwoju silnego indywidualizmu związanego z wykształceniem się technologicznego zachodniego ego. Według jungisty ten proces okazał się dla psychiki tak przytłaczający, że zaowocował jakby utknięciem pomiędzy. O co tu dokładnie chodzi?
O rozszczepienie, o którym wcześniej pani wspomniała, a które jest mechanizmem obronnym psychiki.
Jest to wczesny, prymitywny mechanizm polegający na tym, że psychika dziecka wszystko to, czego nie jest w stanie tolerować, wypycha na zewnątrz świadomości. Potem te wyparte treści są projektowane na inne osoby, ale także zostają pogrążone w nieświadomych częściach psychiki.
Jednak w momencie jakiejś intensywnej, stresującej sytuacji w niekontrolowany sposób się wydobywają i dochodzi do impulsywnych zachowań czy nagłych zmian w postrzeganiu rzeczywistości, z którą tak naprawdę brakuje kontaktu. Rozszczepienie pozbawia możliwości przytomnej refleksji i integracji z innymi. Relacje konfrontują te osoby z czymś, co jest dla nich nie do przyjęcia, bo jest oddzielone od świadomości.
Opisując borderline w ewolucyjnym znaczeniu, Bernstein wskazuje coś trochę innego, ale o podobnym schemacie. Psychika, żeby się rozwinąć w stronę ego, jednocześnie musiała się zawęzić i pewne jej aspekty zostały odszczepione, w toku ewolucji stały się tym obcym. Chodzi mu przede wszystkim o poziom transracjonalny doświadczania. Pisze o niewyodrębnieniu się z naturalnych korzeni, które leżą u źródła borderline.
Przytacza też argumenty psychologii rozwojowej, która to zaburzenie wiąże z postacią rodzica ze słabym self. Jak to rozumieć?
W rozumieniu psychologii rozwojowej świadoma psychika dziecka, które przychodzi na świat, jest fragmentaryczna, zalążkowa. To nie jest poziom świadomości, który pozwala na radzenie sobie z doświadczaniem świata w całej jego intensywności.
Dlatego dziecko potrzebuje dorosłego, który zapewni mu stałą obecność i opiekę w znaczeniu fizycznym, emocjonalnym i psychicznym. Taka osoba, najczęściej rodzic – mówiąc metaforycznie – jest jakby transformatorem redukującym energię i napięcia, które płyną z zewnątrz, i dla niedojrzałej psychiki są nie do przyjęcia.
Jeśli rodzic ma słabe self, co oznacza niedostateczny stopień jego wewnętrznej dojrzałości, nie jest w stanie „metabolizować” tych doświadczeń dla dziecka, czyli czynić ich dla niego „strawnymi”.
Natomiast dziecko, które jest chronione emocjonalnymi ramionami rodzica, ukołysane w nich, buduje w sobie poczucie bezpieczeństwa wobec przytłaczających doświadczeń. W ten sposób pojawia się w nim możliwość kształtowania się silnej struktury psychicznej, prowadzącej do osobowej dojrzałości. Ktoś taki pomieści w sobie intensywne emocje, które pojawią się w obliczu trudnych sytuacji, jakie przynosi życie. Jeśli natomiast opiekun sam mierzy się z poważnym brakiem stabilności, nie zapewnia dziecku regulacji emocjonalnej. Taka sytuacja skutkuje brakiem dobrej, stabilnej struktury wewnętrznej, co – mówiąc językiem psychopatologii – w trudnych okolicznościach prowadzi do stanów czasowej dekompensacji psychicznej.
Może stąd wynika, że osobowość borderline charakteryzuje brak umiejętności do samouspokajania? Osoby z tą diagnozą potrzebują innych, żeby zniwelować wewnętrzne napięcie i lęk, co nie może się udać.
Tak, ponieważ nie mają na tyle stabilnej wewnętrznej struktury psychicznej, która mogłaby pełnić funkcję wewnętrznego opiekuna. Kiedyś takiej pomocy nie otrzymali i cały czas jej poszukują. Osoba dorosła funkcjonuje wtedy w pewnych doświadczeniach na poziomie dziecka. Relacje zdominowane są regresją, co objawia się szybką idealizacją, a potem całkowitą dewaluacją innych. Jest w tym pewnego rodzaju fantazja, która nigdy nie zostanie spełniona. Kryteria diagnostyczne borderline mówią o silnym, skrajnym lęku przed porzuceniem. Centralnym doświadczeniem tych osób jest wewnętrzna pustka, wynikająca ze wspomnianego braku dobrej psychicznej struktury. W sytuacji pobudzenia emocjonalnego czują się jakby wrzucone w otchłań. Widać to w pracy klinicznej, kiedy te osoby śnią na przykład o dryfowaniu w kosmosie czy spadaniu w jakąś przestrzeń bez dna. To są obrazy mocno emocjonalne, które wywołują przerażenie. Metaforycznie mówiąc, nie mają czego się chwycić, bo brakuje własnego kompasu umożliwiającego orientację w tym, co się dzieje, zwłaszcza w przeżywaniu relacji.
Bernstein pisze, że terapeuci pracujący z klientami z diagnozą borderline często wpadają w pułapkę prób uzdrawiania ich poprzez relację, co tylko nasila ból.
W myśleniu psychoanalitycznym trwa dyskusja, czy w sensie rozwojowym obecność drugiego człowieka jest niezbędna do leczenia psychicznych zranień. W części szkół uważa się, że jest to konieczne. Bernstein zwraca uwagę, że nie musi tak być. Opiera się tutaj również na swojej praktyce klinicznej, z której wynika, że leczenie może się wydarzać w kontakcie z naturą. Jako psychoterapeuta Bernstein miał dużą praktykę w pracy z osobami z doświadczeniem wczesnej traumy, które nie mając wokół siebie nikogo, w kim mogłyby znaleźć pomoc, odnajdowały jakiegoś rodzaju równowagę właśnie w ten sposób.
Próby zastępowania znaczenia natury w życiu tych osób relacjami interpersonalnymi nie rozwiązywały problemu. W takiej sytuacji terapeuta bowiem zamiast pomagać tym osobom w tym, z czym one się mierzą, wzmacnia cierpienie.
Bernstein stawia ważne pytanie: czy można przyjąć, że pewne zniszczenia w obszarze relacji międzyludzkich są nie do odbudowania?
Pisze o duszy, która odczuwa pewną nieuzdrawialność, sytuację, którą terapeuta uporczywie próbuje zmienić, podążając za zbiorem własnych przekonań na temat tego, co jest pacjentowi potrzebne. Praca na poziomie budowania czegoś jedynie w relacji międzyosobowej jest wtedy niewystarczająca, bo nie dotyka głębszej istoty problemu. Pozostaje na poziomie redukowania objawów poprzez na przykład radzenie sobie z konkretnymi emocjami przez ich uświadamianie i kontrolę nad nimi.
Owszem, w czasie takiej pracy buduje się w pewien sposób struktura wewnętrzna i dawne przeżycia przestają być tak pochłaniające. Jest to praca, która służy rozwojowi adaptacji w świecie zewnętrznym, jednak struktury wewnętrzne na głębszym poziomie pozostają niezmienione. I zwykle w jakimś czasie po zakończeniu pracy terapeutycznej problemy powracają – w tej samej czy też innej postaci.
Bernstein opisuje pacjentów, którym kontakt z pozaludzkim wymiarem przyniósł ukojenie.
W wielu swoich pacjentach z rysem borderline widział te kawałki patologiczne, wynikające z jakichś deficytów czy zranień, ale – co jest dla mnie znaczące – widział też coś więcej. Głęboką wrażliwość związaną z kontaktem z doświadczeniami obszaru Pogranicza – z czymś transracjonalnym i pozaosobowym. Kiedy przestał temu zaprzeczać, jak na przykład w przypadku pacjentki Hannah, która odczuwała cierpienie krów jadących na rzeź, objawy borderline zmniejszały się. Poprzez uprawomocnienie (a nie patologizację) własnego przeżycia nie tylko odzyskiwała równowagę i kontrolę nad swoim życiem, lecz także możliwość wchodzenia w nowe doświadczenia.
Bernstein opisuje to językiem jungowskim, podkreślając rolę nieświadomości zbiorowej – archetypowej, która nas przenika, niekiedy wdzierając się do naszego doświadczenia. Dla Junga ta rzeczywistość była czymś realnie obecnym i autonomicznym. Bernstein, wychodząc z takiego samego założenia, miał odwagę kwestionować twierdzenie, że każde słyszenie głosów należy rozumieć jako halucynowanie. Ostatecznie czy zawsze możemy mieć pewność, skąd jaki głos pochodzi? W świecie psychologii praktycznej to wciąż jest odważna perspektywa.
Sam, mając styczność z placówkami czy klinikami, obserwuję pewien rodzaj arogancji wynikający z arbitralnego myślenia.
Zaburzenie osobowości borderline zrobiło dużą karierę jako etykietka. Wciąż bywa postrzegane jako coś, z czym niewiele można zrobić, i prowokuje do lekceważącego machania ręką.
Osoba cierpiąca spotyka się z określonym systemem przekonań specjalisty, który „wie”, kim ta osoba jest i czego można się po niej spodziewać. To krzywdzące i uprzedmiotawiające.
Co innego wiedzieć, a co innego otworzyć się na czucie. Bernstein napisał, że elementy zaburzenia borderline wyczuwał jako furię, natomiast osobowość z Pogranicza – jako wszechogarniający smutek, wielką żałobę. Zupełnie inna energia...
Warto podkreślić, że Bernstein nie mówi o tym z miejsca głoszenia jakiejś teorii, lecz że w kontakcie z nimi „te osoby tak się czuje”. To nie są więc wyobrażenia czy też intelektualne konstrukty. Bernstein to klinicysta, który swoje wnioski opiera na doświadczeniu.
W moim poczuciu, jako specjalisty zajmującego się pomaganiem, doszliśmy w rozwoju dyscyplin do momentu zakwestionowania pewnych obowiązujących tradycyjnych kategorii. Warto mieć świadomość, że w przestrzeni transracjonalnej jest jakaś inna droga. Przyglądając się psychice na poziomie zbiorowym, można powiedzieć, że potrzebujemy i coraz bardziej będziemy potrzebować zmiany rozumienia i narzędzi zamiast przykładania starych miar do nowej sytuacji.
Tomasz J. Jasiński – psychoanalityk jungowski, tłumacz. Jest członkiem zarządu Studiów Kulturowych „Raven” i Polskiego Stowarzyszenia Psychoanalizy Jungowskiej, zrzeszonego w International Association for Analitycal Psychology, oraz superwizorem