1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 5 małych sposobów na duże szczęście

5 małych sposobów na duże szczęście

123rf
123rf
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jednej recepty na szczęście ciągle brak, ale psycholodzy pozytywni znają sposoby, jak uczynić życie bardziej przyjemnym i pełnym głębszego sensu.

Tal Ben-Shahar, izraelski profesor psychologii pozytywnej, w swojej książce „Choose the Life You Want: 101 Ways to Create Your Own Road to Happiness” podaje rady, jak sprawić, żeby życie stało się szczęśliwsze. Oto pięć sposobów Shakara, które możemy praktykować w codziennym życiu.

1. Ujrzyj swoją pracę jako posiadającą znaczenie

Ile czasu spędzamy w pracy? Dużo, bardzo dużo. Dlatego warto zadbać o to, żeby była ona dla nas spełniająca. Praca, która ma znaczenie lub jakiś jej aspekt, który ma głębszy sens, sprawią że lżej będzie się nam żyło. Badania wskazują, że pracownicy, którzy czują że ich praca jest potrzebna innym ludziom, są szczęśliwsi, obojętnie czy są to sprzątaczki w szpitalu, inżynierowie, fryzjerzy czy restauratorzy. Jeśli nie znajdujesz większego znaczenia swojej pracy, skoncentruj się na tym, że zarabianie pozwala ci robić coś ważnego po pracy, możesz na przykład zajmować się rodziną czy swoją pasją. 2. Pozytywne myślenie

Z biegiem czasu zdajemy sobie sprawę, że dawne wydarzenia, które były dla nas bolesne, coś dobrego nam przyniosły. Rzucił cię chłopak i cierpiałaś, ale za pół roku poznałaś obecnego męża albo przeżyłaś romans, który będziesz wspominać do starości. Szukanie pozytywów w każdym doświadczeniu czyni szklankę do połowy pełną.

3. Każdego dnia rób sobie przyjemność

Ben-Shahar nazywa te czynności pozytywnymi dopalaczami. Przyjemności obniżają napięcie i otwierają nas na kreatywność. Na najlepsze pomysły wpadamy pod prysznicem czy wtedy, gdy bezmyślnie wpatrujemy się w okno, trzymając w ręku kubek z herbatą. Każdego dnia pozwól sobie na takie odprężenie, przeczytaj wiersz, posłuchaj ulubionej muzyki, spokojnie pomaluj paznokcie.

4. Pobądź w ciszy

Według Ben-Shahara, jeśli ciągle będziemy otoczeni dźwiękami, nie uda nam się nigdy zrealizować naszego całego potencjału. Cisza pomaga nam siebie usłyszeć, zobaczyć nowe perspektywy. Delektuj się ciszą każdego dnia.

5. Zobacz wyzwania w trudnych sytuacjach

- Moje słowa nie tylko opisują rzeczywistość, one tworzą rzeczywistość - pisze Ben-Shahar. Kiedy mówisz o tym, że dana sytuacja jest zagrożeniem, czujesz stres. Jeśli tą samą sytuację zobaczysz jako wyzwanie, poczujesz podekscytowanie i gotowość do działania. Z takim podejściem już wygrałaś.

6 kroków do pogody ducha - TUTAJ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sisu, hygge, niksen, ikigai - sposoby na szczęście i odporność psychiczną z różnych stron świata

Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W czasach pandemii szukamy różnych sposobów na to, jak wzmocnić naszą psychikę. Pragniemy, aby była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. Poszczególne nacje mają na to swoje recepty. Poznajcie je! 

Sisu - fiński sposób na odporność psychiczną

Fot. iStock Fot. iStock

Sisu podsumowuje fiński charakter i opisuje postawę życiową, którą charakteryzuje hart ducha, niezłomność i umiejętność dostrzeżenia wyzwań w przeszkodach. Jedna z badaczek sisu, Emilia Lahti, definiuje to pojęcie jako zespół cech zapewniających psychiczną twardość i zdolność radzenia sobie z silnym stresem, a jednocześnie umiejętność stawiania czoła przeciwnościom losu, które wydają się niemożliwe do pokonania. Katja Pantzar, dziennikarka, która przeprowadziła się z Kanady do Finlandii, określa sisu jako siłę woli, determinację, żeby się nie poddawać i nie iść na łatwiznę.

Hygge - duński sposób na spokojne życie

Fot. iStock Fot. iStock

Co sprawia, że Duńczycy są uważani za jeden z najbardziej zadowolonych narodów w Europie? Umiejętność cieszenia się prostymi przyjemnościami i spędzanie czasu w gronie najbliższych. Mają nawet na to własne słowo – hygge. Choć próżno szukać jego odpowiednika w słowniku języka polskiego, zdaniem aktorki Marie Tourell Soderberg można uchwycić jego sens w codziennym życiu. W skrócie: hygge to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz.

Lagom - szwedzki sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Lagom to skandynawski sposób na znalezienie złotego środka, umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia.

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Fot. iStock Fot. iStock

Holenderskie słowo niksen to określenie na chodzenie z głową w chmurach, rozkoszne zbijanie bąków, myślenie o niebieskich migdałach, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją np. oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej.

Skogluft - norweski sposób na zdrowie i przyjazne wnętrze

Fot. iStock Fot. iStock

Jeśli chcesz niewielkim kosztem sprawić, by twoje mieszanie stało się oazą spokoju, zdrowia i dobrej atmosfery – spodoba ci się koncepcja skogluft (norw. leśne powietrze). To termin stworzony przez JØrna Viumdala, norweskiego inżyniera, który pracuje z roślinami od ponad 30 lat. Kryje się pod nim koncepcja mądra i prosta: chodzi o wprowadzenie do pomieszczeń, w których najczęściej przebywasz, roślin i światła. Konkretnych roślin i konkretnego światła.

Gioia di vivere - włoski sposób na radość życia

Fot. iStock Fot. iStock

W pierwszej połowie 2020 roku nasze serca były z Włochami. Podziwialiśmy ich hart ducha i umiejętność cieszenia się życiem, mimo przeciwieństw. Italianistka Julia Wollner przekonuje, że kilka ich narodowych cech moglibyśmy przyswoić sobie na stałe. Włoski styl życia opiera się na celebrowaniu drobnych gestów, codziennych rytuałach oraz zmysłowym odczuwaniu świata, któremu tak blisko do filozofii mindfulness. To zmysły dostarczają paliwa słynnej włoskiej gioia di vivere, czyli radości życia.

Ikigai - japoński sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Rób rzeczy dla siebie, a nie dla poklasku. Graj, gdy nikt nie słucha, pisz opowiadania, których nikt nie przeczyta, a satysfakcja wewnętrzna pozwoli ci z radością iść przez życie. Na tym właśnie polega ikigai – mówi Ken Mogi, autor książki „Ikigai, japońska sztuka szczęścia”. Ikigai to słowo określające przyjemności i istotę życia. W dosłownym tłumaczeniu iki znaczy „żyć”, a gai to „powód”. Mówi się, że ikigai to system motywacyjny, dzięki któremu rano wstajemy z łóżka.

Shinrin-yoku – japoński sposób na bliskość z przyrodą

Fot. iStock Fot. iStock

Odkąd pamiętasz, czujesz się w lesie dobrze? Naukowcy na całym świecie od lat udowadniają, że odseparowanie się od dzikiej przyrody nas osłabia. Nie dziwi więc coraz większa popularność warsztatów i terapii opartych na kontakcie z naturą. Jedną z nich jest shinrin-yoku (shinrin to po japońsku „las”, a yoku – „kąpiel”), czyli japońska sztuka kąpieli leśnych, polegająca na zanurzeniu się w lesie wszystkimi zmysłami.

Kintsugi - japoński sposób na życiowe trudności

Fot. iStock Fot. iStock

Kintsugi jest dawną japońską sztuką odbudowy tego, co zostało zniszczone. Gdy uszkodzi się ceramika, mistrzowie kintsugi naprawiają ją, używając złota oraz pozostawiając ślady swoich działań, ponieważ ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna. Ceramika, tak jak i ludzie, jest krucha, a zarazem mocna i piękna. Tak samo jak nasze życie, może się zniszczyć, jednak można zreperować uszkodzenie, jeśli zna się na to sposób.

  1. Styl Życia

Jesienna chandra? Proste sposoby na poprawę kondycji psychicznej

Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
W porze depresji sezonowej warto pamiętać, że nasz naturalny stan to wcale nie szczęście, euforia i samozadowolenie. Raczej umiarkowany pesymizm i niepewność siebie. Dlatego aby cieszyć się życiem, trzeba popracować nad kondycją psychiczną. Najlepiej codziennie.

Nasz mózg jest jak radar, który wyłapuje zagrożenia. Tak twierdzi między innymi dr Rick Hanson, autor „Umysłu Buddy”. Czuły radar był nam (a raczej naszym przodkom) potrzebny przez całe wieki życia jaskiniowego. Im szybciej wychwytywał niebezpieczeństwo, tym skuteczniej nasi „prapra” mogli się przed nim bronić. Ci, którzy dożyli wieku dorosłego, to byli ci umiarkowani pesymiści – szukający dziury w całym, a raczej wypatrujący mamuta w krzakach, nasłuchujący grzmotów burzy czy tętentu wrogiego plemienia. Dzięki temu, że usłyszeli/zobaczyli/przewidzieli na czas niebezpieczeństwo, uniknęli zagrożenia, mieli więc czas dorosnąć, urodzić albo spłodzić dzieci i przekazać im swoje geny oraz wiedzę o tym, jak świat funkcjonuje. A wraz z tą wiedzą – lęk i czujność.

Optymizm i radość życia oczywiście też się opłacały, skłaniały do prokreacji, wzmacniały system immunologiczny, nie były jednak kluczowe dla przetrwania gatunku. Dlatego nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. Tylko to nie jest potrzebne w czasach, w których są piorunochrony, za to nie ma mamutów. Szare komórki jednak nie nadążają za ewolucją i jeśli chcemy je przechytrzyć, poczuć więcej radości z życia – musimy nad nimi trochę popracować. Znieczulić je na potencjalne zagrożenia i wyczulić na to, co piękne. Jak to zrobić? Sposobów, okazuje się, jest sporo.

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays był kilka lat temu jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

Praktyka uważności

Specjaliści od mindfulness, czyli uważności – a należą do nich Jon Kabat-Zinn (polecam jego książkę „Świadomą drogą przez depresję”) czy Thich Nhat Hanh (przeczytaj jego „Spokój umysłu”) – uważają, że zawsze, kiedy jesteśmy w pełni tu i teraz, jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej opcji. Nieszczęście jest zawsze w przeszłości (jeśli rozpamiętujemy nieprzyjemne wydarzenia i zadręczamy się wyrzutami sumienia) oraz w przyszłości (gdy wyobrażamy sobie mroczne scenariusze czy rzekome efekty naszych działań, które przecież nie muszą się zdarzyć). Za każdym razem, gdy sprowadzimy naszą uwagę do „tu i teraz”, mamy szanse ukoić lęk i poczuć się naprawdę dobrze. Nawet ból, cierpienie, rozczarowanie – kiedy je zauważymy, dostrzeżemy, przyjrzymy mu się z uwagą – w tej samej sekundzie, kiedy to zrobimy, zaczyna odchodzić. Medytacje mindfulness (choćby trzyminutowe skanowanie ciała) to jedna z terapii, którą Kabat-Zinn poleca przy depresji. Praktykowana regularnie pomaga uśmierzyć każdy ból duszy.

Sięgnij po wspomagacze

Kiedy już zrobisz postanowienie, że będziesz szczęśliwsza i rozpoczniesz trening, możesz wspomóc się pozytywnymi dopalaczami. Są nimi: światło, zdrowa dieta i ruch. Te trzy elementy wymieniają chyba wszyscy eksperci od zarządzania chandrą. Odpowiednia dawka światła (dla źrenic) i generowanej przez słońce witaminy D3 (dla skóry) działa antystresowo. – Według statystyk większą zachorowalność na depresję zanotowano jesienią i zimą – potwierdza Dorota Gromnicka, autorka książki „Depresja. Jak pomóc sobie i bliskim”. – Przyczyny SAD, depresji sezonowej (seasonal affective disorder) kojarzone są z funkcjonowaniem układu hormonalnego, na który ujemnie oddziałuje zmniejszona ilość światła. Kiedy ono dociera do oka, przetwarzane jest na impuls nerwowy, który, przekazywany do mózgu, stymuluje wydzielanie hormonów.

Także tych odpowiedzialnych za poczucie szczęścia: serotoninę, noradrenalinę i dopaminę. Dlatego jak najwięcej czasu spędzaj na dworze, gdy jeszcze jest jasno. A po zmroku – koniecznie zapalaj światło. Skandynawowie odkryli, że nawet sztuczne oświetlenie pomaga w eliminowaniu objawów SAD. Podobnie jak odpowiednia, czyli racjonalna i bogata w składniki odżywcze, dieta. Bogata w kwasy omega-3, białka i węglowodany złożone. Zapewnia nie tylko zdrowie (jego brak może być przyczyną potężnego stresu), ale też stabilny poziom cukru we krwi (chroniąc przed huśtawkami poziomu energii i nastroju) oraz białka (na pewno słyszałaś o szklance mleka na dobranoc – zawarty w nim tryptofan przynosi ukojenie skołatanym nerwom).

Trzeci element to ruch. Wiele badań wskazuje na to, że działa również antydepresyjnie. Tak zwana euforia biegacza pojawia się mniej więcej po pół godzinie intensywnego wysiłku. To z kolei przyjemny prezent, który przekazali nam przodkowie: nasz organizm produkuje potężną dawkę endorfin właśnie po 20–30 minutach, byśmy mogli biec dalej, uciekać przed mamutem. Skorzystaj z tego, nawet gdy nie musisz uciekać.

Doktor Amen, specjalista od mózgu i autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”, podkreśla jeszcze, że warto zrobić badania tarczycy i wziąć pod kontrolę hormony, tak żeby Hashimoto, PMS czy menopauza nie decydowały o naszym poczuciu szczęścia. Potwierdza to też Dorota Gromnicka: – Nadczynność tarczycy przyczynia się do zmienności nastrojów, braku koncentracji, bezsenności, rozdrażnienia – pisze. – Niedoczynność tego gruczołu objawia się między innymi zmęczeniem i przygnębieniem.

Jeśli cierpiałaś na którąś z tych chorób albo choć raz doświadczyłaś dotkliwego PMS – potraktuj to jako dodatkowy argument, by zrobić badania. Zaopatrzona w wyniki i wiedzę, jak działa mózg, możesz świadomie wyruszyć na poszukiwanie radości życia. I uniknąć w tym roku zimowej chandry, a także uodpornić się na rodzinne dyskusje przy świątecznym stole.

  1. Psychologia

Dobry humor jest w zasięgu każdego

Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu. (fot. iStock)
Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu. (fot. iStock)
Jak ćwiczyć mózg, aby odczuwać szczęście? Sprawdzone sposoby to trening odczuwania radości i wdzięczności.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens"

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays jest jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował niedawno w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

  1. Psychologia

Patenty na lepsze życie - jak w prosty sposób ułatwić sobie życie?

Ludzie lubią mieć świadomośc, że zostali wysłuchani, a to, co powiedzieli, rzeczywiście wpłynęło na ostateczny rezultat rozmowy. (fot. iStock)
Ludzie lubią mieć świadomośc, że zostali wysłuchani, a to, co powiedzieli, rzeczywiście wpłynęło na ostateczny rezultat rozmowy. (fot. iStock)
Czasem niewielka zmiana potrafi znacznie zwiększyć naszą skuteczność i satysfakcję z życia. Wystarczy przestawić kolejność wykonywania obowiązków, zacząć inaczej formułować zdania oraz… wyrzucić ulotki z pizzą na telefon. I wszystko to potwierdzono naukowo.

Realizacja marzeń? Poczucie życiowej satysfakcji? Dobre związki? Cóż, trzeba nad tym pracować – słyszymy od dziecka i wzdychamy: „Czy nie można łatwiej? Czy naprawdę nie ma żadnego sprawdzonego sposobu, żeby zwiększyć poczucie szczęścia, realizować cele i budować dobre relacje?”. Na szczęście zajęli się tym badacze. Oto potwierdzone naukowo sposoby na lepsze życie.

Patent pierwszy: ułatwiaj zamiast utrudniać

Kurt Lewin, uznawany za ojca amerykańskiej psychologii społecznej, zauważył, że jeśli chcemy skłonić siebie lub innych do jakiegoś konkretnego działania, powinniśmy przejść się z lupą po naszej drodze do celu i uprzątnąć wszystko, o co moglibyśmy się potknąć. Czasem usunięcie małego kamyczka przynosi zadziwiająco dobre rezultaty.

Przykład? Kiedy sprawdzono, ile osób zgadza się na bycie potencjalnym dawcą narządów w krajach, w których zgoda jest domniemana (żeby ją cofnąć trzeba to zaznaczyć np. na odwrocie prawa jazdy), a ile w krajach, w których zgodę na bycie dawcą trzeba dopiero złożyć - wyniki okazały się diametralnie różne. W większości krajów z pierwszy grupy na bycie dawcą zgadzali się niemal wszyscy. W pozostałych - średnio 16% społeczeństwa. Co ważne, wszędzie opinia na temat przeszczepiania organów była bardzo podobna. Psycholodzy stwierdzili, że to, iż w pierwszym wypadku nie trzeba wykonać praktycznie żadnego wysiłku, by zostać potencjalnym dawcą, było istotnym powodem tej rozbieżności.

Potwierdzeniem tego, że aby osiągnąć cel, lepiej skupić się na ułatwianiu sobie życia niż na ćwiczeniu silnej woli, są też doświadczenia psychologa Briana Wansinka, nazywanego Sherlockiem Holmesem zachowań żywieniowych. W jednym z eksperymentów badacz częstował widzów popcornem. Okazało się, że grupa, która dostała przekąskę w dużych opakowaniach, zjadła 50% więcej popcornu niż grupa, która wyciągała kukurydzę z mniejszego opakowania. Pierwszym trudniej było się powstrzymać od zjedzenia większej porcji, drudzy po prostu usunęli tę pokusę.

Jak wykorzystać tę wiedzę? Powiedzmy, że chcesz trzymać się zdrowej diety. Możesz to sobie ułatwić, np. stawiając na biurku owoce i butelkę wody, układając w lodówce produkty w taki sposób, by wzrok padał najpierw na to, co najzdrowsze, i wieszając na drzwiach pomysły na to, co zdrowego możesz zjeść, gdy zrobisz się głodny (im dłużej zastanawiasz się "co by tu przekąsić", tym większe prawdopodobieństwo ulegnięcia pokusie wyboru czegoś tuczącego). Zejście na manowce utrudni ci też pozbycie się z domu ulotek z jedzeniem na telefon. Pewnie, zawsze można sprawdzić numer do pizzerii w Internecie, ale to już wymaga odrobinę wysiłku, a czasem właśnie ta "odrobina" jest decydująca.

Co zrobić, gdy pokusa zjedzenia zakazanego owocu jest bardzo silna, a mózg zaczyna przekonywać: "jeden cukierek mi nie zaszkodzi"? Psycholodzy proponują zadać sobie pytanie: "Jak bym zareagował, gdyby ktoś inny podał takie samo usprawiedliwienie?". Odpowiedź przychodzi od razu. Przestrzegają też przed myśleniem, że jeśli to, co podpowiada mózg, jest prawdziwie (chociażby częściowo), to znaczy, że mamy się tym kierować. Jeden cukierek rzeczywiście nie zniszczy zdrowia, ale czy to oznacza, że trzeba go zjeść? Jeśli pokusa dotyczy poważniejszej decyzji (np. chcemy wykupić miesięczny abonament w firmowej stołówce, gdzie obiady są wprawdzie niezbyt zdrowe, ale za to stosunkowo tanie), wyobraźmy sobie, jak tę decyzję będziemy oceniać za rok.

Patent drugi: mów językiem korzyści

Trudno podbijać świat w pojedynkę, ale zdobywanie sprzymierzeńców to też niełatwe zadanie. Jak zachęcić partnera, by pojechał z nami w podróż po Ameryce Południowej? Jak przekonać szefa do naszego projektu? Kluczowe jest odpowiednie pakowanie, czyli dobór właściwych słów. Dowodem na to, jak łatwo można zmienić czyjąś decyzję, przekazując tę samą informację innymi słowami, jest badanie psychologa Thomasa Gilovicha z Uniwersytetu Cornella z udziałem osób o dość wysokich dochodach. Niektórych respondentów zapytano o to, czy byliby w stanie oszczędzić 20% swoich dochodów, innych - czy mogliby utrzymać się z 80% dochodów. Choć sens pytań był faktycznie taki sam, to wyniki - zupełnie inne! W pierwszej grupie "tak" powiedziało 50%,w  drugiej aż 80%. Przyczyną różnicy jest tzw. inklinacja negatywna, czyli większa wrażliwość na bodźce negatywne. Ograniczenie wydatków staje się mniej przykre, gdy badani skupiają się na pieniądzach, które pozostaną im do dyspozycji.

Drugą stroną tego samego mechanizmu jest ludzka awersja do straty. Mniejsze wrażenie robi na nas to, co moglibyśmy zyskać, niż to, co moglibyśmy stracić. Kiedy podróżnych na lotnisku zapytano o to, czy pracowaliby trzy lata dłużej, by zyskać wyższą emeryturę o 2,5 tys. dolarów (skok z 10 tys. dolarów rocznie na 12,5 tys. dolarów), większość osób odmówiła. Spośród tych, których zapytano o to, czy pracowaliby trzy lata dłużej, by uniknąć obniżenia emerytury o 2,5 tys. dolarów (z 12,5 tys. dolarów na 10 tys. dolarów), większość osób się zgodziła. A przecież w obu przypadkach krótszy staż pracy dawał emeryturę na poziomie 10 tys. dolarów, dłuższy - 12,5 tys. dolarów!

Co z tego wynika? Chociażby to, że przedstawiając jakąś propozycję, zawsze warto poinformować rozmówcę, co straci, odrzucając ją. Nie chodzi o groźby ani zawoalowany szantaż, a o to, by np. powiedzieć "jeśli chcemy uniknąć straty połowy rynku, to powinniśmy...". Warto także wysunąć na pierwszy plan korzyści z nowego rozwiązania i umiejętnie przedstawić koszty. Oczywiste?! To dlaczego tak często zaczynamy prezentację projektu od słów: "Wprawdzie to będzie trochę kosztować, ale...", a ograniczając dziecku dostęp do playstation, mówimy: "masz zakaz gry w dni powszednie", zamiast powiedzieć: "Będziesz grać tylko w weekendy"?

Nie wierzymy w moc właściwego doboru słów i paradoksalnie, nieraz to właśnie osoby, które mają najlepsze pomysły, najgorzej je przedstawiają. Przekonane o wyjątkowości swojej propozycji, uważają, że "obroni się sama"... Ale tak nie jest!

Czasem coś jest dla nas nieprzyjemne tylko dlatego, że źle się kończy - dowiodły tego m.in. badania psychologa i ekonomisty Daniela Kahnemana. (fot. iStock) Czasem coś jest dla nas nieprzyjemne tylko dlatego, że źle się kończy - dowiodły tego m.in. badania psychologa i ekonomisty Daniela Kahnemana. (fot. iStock)

Patent trzeci: uwzględniaj inne racje

Co zrobić, by kłótnie o podział obowiązków nie doprowadziły do kryzysu małżeńskiego, a spór z szefem nie zamknął drogi do awansu? Wskazówkę przynoszą wyniki badania na Uniwersytecie Stanforda. Naukowcy zaaranżowali negocjacje między studentami i przedstawicielem władz uczelni (w rzeczywistości był to wysłannik badaczy). Spierano się o stanowisko, jakie uniwersytet powinien zająć w sprawie legalizacji marihuany. Studenci byli jej zwolennikami, a rzekomy reprezentant władz - przeciwnikiem. Badanych podzielono na dwie grupy. Zaplanowano, że gdy czas negocjacji dobiegnie końca, wysłannik badaczy przedstawi studentom ostateczną ofertę. Miało nią być zniesienie kar za palenie marihuany i zaostrzenie kar za zażywanie cięższych narkotyków. W jednej grupie to rozwiązanie zaakceptowało 40% studentów, w drugiej - 63%. Skąd ta różnica? Stąd, w jaki sposób negocjator przedstawił ostateczną propozycję. Kiedy mówił, że stworzył ją po przeanalizowaniu racji studentów, pomysł zyskiwał większą aprobatę. Natomiast większość studentów, którzy usłyszeli, że na koniec przedstawił to, co i tak chciał zaproponować od początku, nie zaakceptowała wyniku negocjacji.

Wniosek: ludzie lubią mieć świadomość, że zostali wysłuchani, a to co powiedzieli, rzeczywiście wpłynęło na ostateczny rezultat rozmowy. Tymczasem często zachowjemy się jak małe dzieci i nawet jeśli moglibyśmy trochę ustąpić, pytamy: "A dlaczego JA mam odpuścić?!". Czasem też, mimo że w trakcie rozmowy godzimy się na coś, czego nie planowaliśmy, nie chcemy się do tego przyznać. Uważamy, że uwzględnienie racji drugiej strony oznacza słabość. Nic bardziej mylnego. Dlatego podczas sporów warto używać takich zaklęć jak: "Dobrze, tu mogę ustąpić", "Jeśli bardzo ci na tym zależy, to..." czy "Teraz cię rozumiem". Oczywiście za tymi słowami powinna iść też rzeczywista chęć spojrzenia na problem z perspektywy rozmówcy. W przeciwnym razie będzie to jedynie manipulacja.

Patent czwarty: dbaj o dobre zakończenia

Czasem coś jest dla nas nieprzyjemne tylko dlatego, że źle się kończy - dowiodły tego m.in. badania psychologa i ekonomisty Daniela Haknemana. Dwóm grupom badawczym wyświetlał on krótkie filmy. Jedna oglądała dość przyjemne scenki, jak bawiące się szczeniaczki czy pingwiny skaczące do wody. Druga - obrazy przerażające - zrzucenie bomby na Hiroszimę, ubój zwierząt czy okaleczenia. Widzowie mieli relacjonować uczucia, jakie budzą się w nich w trakcie seansu, a poza tym ocenić doświadczenie już po jego zakończeniu. Okazało się, że im bardziej nieprzyjemny był najgorszy moment w filmie i im gorsze jego zakończenie, tym bardziej nieprzyjemny był dla widzów cały eksperyment. Im większa przyjemność w kulminacyjnym momencie i im bardziej przyjemny finał, tym lepsza ocena całego filmu. Co zaskakujące, długość projekcji nie miała tu żadnego znaczenia.

Podobny wynik przyniosło doświadczenie z dość bolesnym i nieprzyjemnym zabiegiem, jakim jest kolonoskopia, czyli badanie wnętrza jelita grubego. Okazało się, że ból wieńczący badanie powoduje, że pacjenci wspominają je jako niezwykle nieprzyjemne i tylko połowa zgłasza się na wizytę kontrolną po pięciu latach. Jednak gdy lekarz, za radą Kahnemana, zamiast zakończyć badanie tuż po dotarciu w najbardziej bolesne miejsce, przedłużył je o chwilę - i dzięki temu finał badania nie był najgorszym momentem - pacjenci ocenili zabieg jako mniej nieprzyjemny. W efekcie aż 70% zdecydowało się na badanie kontrolne.

Jak to przełożyć na inne dziedziny życia? Na przykład dbając o dobre momenty i szczęśliwe zakończenia - dnia, urlopu czy pracy. Na to, jak oceniamy wczasy po powrocie, niewielki wpływ ma ich długość, ważniejsze będzie, jak się zakończyły i jak fantastyczne były w swoim szczytowym momencie. Warto też wprowadzić zmianę w harmonogramie pracy, by najłatwiejsze zadanie zostawić na koniec i wprawdzie iść później spać, ale za to przed położeniem się do łóżka, zrobić sobie aromatyczną kąpiel.

 

  1. Psychologia

Jak być szczęśliwym? Psychologia pozytywna Martina Seligmana

Możemy wybrać nie tylko pozytywną teraźniejszość, ale również to, jak decydujemy się zapamiętać czy też zniekształcić przeszłość - by czuć się szczęśliwszymi. (Fot. iStock)
Możemy wybrać nie tylko pozytywną teraźniejszość, ale również to, jak decydujemy się zapamiętać czy też zniekształcić przeszłość - by czuć się szczęśliwszymi. (Fot. iStock)
Jak być szczęśliwym? Temu zagadnieniu przygląda się psychologia pozytywna, popularny, choć bardzo świeży nurt współczesnej psychologii. Zamiast szukać szczęścia, proponuje, by zacząć je syntetyzować. A to umiejętność, którą każdy może wyćwiczyć!

Jak być szczęśliwym? Temu zagadnieniu przygląda się psychologia pozytywna, popularny, choć bardzo świeży nurt współczesnej psychologii. Zamiast szukać szczęścia, psychologia ta proponuje, by zacząć je syntetyzować. A to umiejętność, którą każdy może wyćwiczyć!

Tatusiu, czy mógłbyś w końcu przestać marudzić? – zapytała trzyletnia Nikki swojego tatę, Martina Seligmana, profesora Uniwersytetu Pensylwańskiego w Filadelfii, przyczyniając się tym samym do powstania nowego nurtu w psychologii. Seligman, wieloletni przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, jest autorem teorii wyuczonej bezradności, biorącej się z przekonania o braku związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy własnym działaniem a sytuacją, w której żyjemy. Znużony skupianiem się na badaniu traum, zaburzeń oraz patologii i zainspirowany przez córkę, zaczął analizować zasoby ludzkie, cnoty i kreatywność. Jego badania dały podwaliny całkiem nowego nurtu – psychologii pozytywnej, zwanej też psychologią szczęścia. Koncepcja została zaprezentowana w styczniowym numerze czasopisma „American Psychologist” w 2000 roku jako nauka o „pozytywnych emocjach, pozytywnych cechach charakteru oraz pozytywnych instytucjach” – i stała się przełomem.

Od czasu swojego powstania psychologia jako nauka zajmowała się badaniem i tworzeniem modelu choroby, jej przyczyn, zaniechań i traum spotykających człowieka, które pogłębiają jego cierpienie. Poprzez eksperymenty, obserwacje, a w końcu badania naukowe, wypracowała szereg schematów pomagających leczyć, a czasami znaleźć określone procedury wspomagające leczenie. Jednak cały czas była to opowieść o traumie, w której główny nacisk kładziono na cierpienie. Seligman uznał, że w ten sposób psycholodzy stają się wiktymologami i patologami. Psychologia pozytywna nie odrzuca doświadczenia i wiedzy o przyczynach powstawania cierpienia, ale w równej mierze co niwelować straty, traumy i cierpienia, pragnie czynić życie lepszym i pełniejszym.

Syntetyzowanie szczęścia

„Pomyślcie o tym, co da wam szczęście, i dokonajcie wyboru” – zaproponował swoim słuchaczom Daniel Gilbert, amerykański psycholog, jeden z propagatorów psychologii pozytywnej, podczas wykładu „Zaskakująca nauka o szczęściu”. „Wyobraźcie sobie dwa warianty waszego dalszego życia. Pierwszy: wygrywacie na loterii, drugi: jesteście całkowicie sparaliżowani”. Wybór wydaje się kuriozalny. Jednak badania przeprowadzone wśród ludzi, którzy rok wcześniej wygrali sporą sumę pieniędzy na loterii, i wśród tych, którzy zostali sparaliżowani, pokazały, że poziom szczęścia w obu grupach był dokładnie taki sam. Okazuje się, że nie chodzi o wybór sytuacji obiektywnie dającej więcej szczęścia, tylko o to, czy dane zdarzenie z perspektywy jest dla nas fortunne. Każdy z nas ma psychologiczny układ odpornościowy, który pozwala nam szczęście produkować z dostępnych zasobów, czyli nazywać nim sytuację, w której się znaleźliśmy, niezależnie od tego, czy obiektywnie jest ona korzystna, czy nie. „Syntetyzujemy szczęście” – mówi prof. Gilbert.

Syntetyzowanie szczęścia w psychologii pozytywnej to także racjonalizowanie sytuacji, w której się znaleźliśmy. Ponieważ nikt z nas nie może cofnąć czasu i dokonać alternatywnego wyboru, wykształciliśmy więc mechanizm samopocieszenia: podjęte decyzje uważamy za mądrzejsze, a odrzucone alternatywy za mniej atrakcyjne, dlatego że nie mamy już do nich dostępu.

Zalety szybkich decyzji

Obrazuje to jeden z eksperymentów przeprowadzonych przez prof. Gilberta na Harvardzie. Uczestnicy badania, podzieleni na dwie grupy, robili zdjęcia miejscom, ludziom i zwierzętom symbolizującym ich najcenniejsze wspomnienia z uczelni. Później podczas zajęć w ciemni mieli pracować nad dwoma ulubionymi ujęciami. Następnie badacze poprosili ich o odrzucenie jednego ze zdjęć. Uczestnikom z pierwszej grupy przekazano, że w ciągu dwóch minut muszą wybrać jedno zdjęcie, a drugie zostanie w archiwum i nigdy więcej go nie zobaczą. Tym z drugiej grupy powiedziano, że mają odrzucić jedno zdjęcie, ale w ciągu czterech dni mogą jeszcze zmienić decyzję. Następnie wszyscy mieli ocenić, czy są zadowoleni ze swojego wyboru.

Okazało się, że ci, którzy musieli dokonać ostatecznej decyzji, byli zdecydowanie bardziej zadowoleni od tych, którzy mogli zmienić swój pierwotny wybór. W drugiej grupie poziom zadowolenia był znikomy. – Odwracalność sytuacji nie sprzyja syntetyzowaniu szczęścia – skomentował wyniki badania prof. Gilbert.

Podobnie ci, którzy poświęcili sporo czasu na wybór spomiędzy wielu ofert pracy, prawie zawsze są mniej zadowoleni od tych, którzy w krótszym czasie podjęli decyzję, nawet jeśli ich praca obiektywnie była mniej atrakcyjna od znalezionej przez tych z pierwszej grupy. Dlaczego tak się dzieje? Nasz umysł tonie w nadmiarze możliwości. Gdy wszystko jest równie atrakcyjne, automatycznie staje się równie nudne i pozbawione smaku. W psychologii pozytywnej zwraca się uwagę na to, że psychologiczny układ odpornościowy często podpowiada nam, że miejsce zamieszkania, wykonywana praca czy obecny związek dają nam pożądane szczęście nie z powodu obiektywnych przesłanek, ale dlatego że decyzja została już dawno temu podjęta. To pocieszająca informacja – nasze wybory nie mają aż takiego wpływu na nasze szczęście, jak się nam wydaje. Z drugiej strony może to również być przekleństwem, bo osłabia chęć do eksplorowania, poszukiwania nowych rozwiązań, kończenia bolesnych związków.

Zacznij od wdzięczności

Obok syntetycznego, „sztucznego” szczęścia występuje szczęście naturalne. „Naturalne szczęście jest wtedy, gdy dostajemy to, czego chcieliśmy, a syntetyczne szczęście tworzymy sami, gdy tego nie dostajemy” – tłumaczy prof. Daniel Gilbert. Podobnie ujął tę kwestię znakomity filozof Władysław Tatarkiewicz, który sformułował dwie definicje szczęścia. Pierwsza brzmi: „trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie z życia”, druga: „życie dające trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie”. Na czym polega różnica? Otóż w pierwszej sytuacji muszą zostać spełnione określone kryteria, takie jak zawartość portfela, oczekiwana długość życia w zdrowiu, dostęp do opieki medycznej, bezpieczeństwo zatrudnienia, relacje rodzinne czy przestrzeganie swobód obywatelskich. Takie wyznaczniki bierze pod uwagę pracownia sondażowa Gallup World Poll, która bada poziom szczęścia mieszkańców danego kraju. Nic dziwnego, że w 2015 roku na pierwszym miejscu rankingu najszczęśliwszych miejsc na świecie wytypowała Szwajcarię, na ostatnim – ogarniętą wojną Syrię. Co ciekawe, całkiem wysoki poziom szczęścia zadeklarowali mieszkańcy nie najbogatszej Ameryki Południowej, co może skłaniać do wniosków, że życie jako takie już daje zadowolenie. Szereg badań ekonomicznych i psychologicznych dowodzi, że choć ubóstwo wpływa na poczucie nieszczęścia, to kiedy już dojdziemy do poziomu zamożności, który pozwala nam wieść w miarę dostatnie życie, nadwyżki pieniędzy nie wpływają na zwiększenie poczucia szczęścia.

Profesor Gilbert przekonuje, że szczęście syntetyczne nie jest w niczym gorsze od szczęścia naturalnego, a jest dostępne dla wszystkich, którzy zechcą wykonać odrobinę pracy nad sobą. Na przykład korzystając z rad prof. Sonji Lyubomirsky z Uniwersytetu Kalifornijskiego, autorki książek „Wybierz szczęście” i „Mity o szczęściu”:

  1. Odczuwaj wdzięczność i naucz się ją wyrażać.
  2. Praktykuj dobroć w codzienności, ustępuj miejsca osobom zmęczonym, starszym, chorym.
  3. Sprawiaj sobie przyjemności, celebruj chwilę – dobre momenty zachowuj w pamięci niczym fotografie, do których można wrócić.
  4. Podziękuj tym wszystkim, którzy naprawdę ci pomogli.
  5. Przebaczaj – można się tego nauczyć, a warto, bo dzięki tej umiejętności łatwiej się żyje.
  6. Pielęgnuj bliskie relacje przyjacielskie i rodzinne, bo szczęście silnie zależy od pozytywnych relacji z innymi.
  7. Traktuj swoje ciało z czułością, wypoczywaj, ćwicz, uśmiechaj się.
  8. Poznawaj i praktykuj nowe strategie radzenia sobie ze stresem, korzystaj świadomie z wiary.
To nie wszystkie dobre informacje. Jak zauważa Daniel Kahneman, psycholog i ekonomista, na poczucie szczęścia ma wpływ nie tylko doświadczanie zadowolenia z tego, co mamy, ale też, jak postrzegamy to, co się wydarzyło. Co oznacza, że dzięki psychologii szczęścia nie tylko możemy wybrać pozytywną teraźniejszość, ale też zdecydować, jak chcemy zapamiętać czy też zniekształcić przeszłość – by czuć się szczęśliwszymi.