1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mistrzowie uzdrawiania

Mistrzowie uzdrawiania

Łączy ich wiara w duchy przyrody, w harmonię ludzi i kosmosu. Przynoszą ulgę cierpiącym duszom i ciałom, leczą lokalne społeczności i dbają o kondycję ziemi. Szamani na wszystkich kontynentach od tysięcy lat przeprowadzają podobne rytuały, by pomagać innym. A współcześni terapeuci coraz częściej przyznają się, że korzystają z prastarych, szamańskich metod.

Szamanizm jest najstarszą formą religijnego postrzegania świata, wspólną całej ludzkości – Indianom obu Ameryk, Eskimosom, Buriatom znad Bajkału, afrykańskim Buszmenom, mieszkańcom Australii i Oceanii, hawajskim kahunom, ludom Syberii. Znali go przedchrześcijańscy Słowianie, Celtowie i Germanie. Istniał w każdym zakątku Ziemi znacznie wcześniej niż najstarsze religie czy formy kultu religijnego. Jego początki sięgają 40 000 lat wstecz, do okresu paleolitu i zarazem powstania gatunku ludzkiego. Wszystkie religie wypływają z niego, wiele mitów i wątków wspólnych dla różnych systemów religijnych odzwierciedla szamańskie wierzenia, obrzędy, praktyki i rytuały.

Szamanizm nie jest religią, ponieważ jest wolny od dogmatów. To system wierzeń w istnienie duszy, duchów i bytów niedostrzegalnych w fizycznej rzeczywistości. U jego podstaw leży animizm – wiara w duchy drzew, skał, gór, jezior, ziemi, powietrza, roślin i zwierząt, w życie pozagrobowe oraz kult przodków.

Trójdzielność świata

We wszystkich światopoglądach szamańskich można spotkać przekonanie, że rzeczywistość jest dwudzielna. Świat widzialny to zewnętrzna forma nadającej mu sens i znaczenie rzeczywistości wewnętrznej lub zaświatowej. W bardzo wielu kosmologiach szamańskich spotykamy także trójdzielność kosmosu, składającego się z Górnego, Środkowego i Dolnego Świata. Ziemia, czyli Świat Środkowy to miejsce zmagań sił dwóch pozostałych porządków. Rolą szamana jest rozpoznanie duchów, które działają w danym momencie. W razie potrzeby podczas obrzędu udaje się on w podróż w górę (bardzo wysoko docierają tylko najpotężniejsi) lub w dół, do światów podzielonych na wiele poziomów. W bardziej rozwiniętych formach szamanizmu wierzono w bóstwa zamieszkujące najwyższe sfery niebieskie oraz w duchy wrogie ludziom, zasiedlające podziemie.

Najistotniejszym elementem kosmologii szamańskiej jest oś świata, łącznik pomiędzy trzema światami, opisywana jako droga, drabina, wydrążona trzcina, most, łuk tęczy. Najpopularniejsze jest Drzewo Kosmiczne (Drzewo Życia, Drzewo Świata), rosnące w samym środku wszechświata i podtrzymujące go, pomagające szamanowi w jego wędrówkach w zaświaty. Znany symbol to łącząca wszystkie poziomy bytu i wszystkie światy Kosmiczna Góra, na której wspiera się sklepienie.

Magiczna podróż

Szamanizm najbardziej rozpowszechniony był na Syberii, skąd pochodzi słowo „szaman”. Oznacza ono: ogrzewać się, spalać, mieć do czynienia z ogniem. Jako medium przemian szaman jest mistrzem energii i ognia, a spalanie to jego rzeczywiste doświadczenie, przeżywane podczas pobytu w Innym Świecie. Szaman przypomina, że każda istota pod materialną powłoką skrywa ciało energetyczne, dzięki któremu może łączyć się z niewidocznym duchowym światem. On sam odbywa magiczne wyprawy w sfery pozaziemskie, podczas cudownej transformacji z fizyczności w duchowość. Potrafi opuścić na pewien czas swoje materialne ciało, by udać się w podróż do ciała duchowego, podczas której przyjmuje postać duszy. Z tych ekstatycznych doświadczeń w stanie przejściowej śmierci wypływa jego wiedza o nieśmiertelności duszy i egzystencji Innego Świata.

Wkraczanie w odmienne stany świadomości odbywa się przy pomocy stosownych technik czy środków. Służą temu monotonne dźwięki instrumentów, rytuał, medytacja, śpiew, taniec, głodówka, ból, izolacja, abstynencja seksualna, powstrzymywanie się od snu oraz środki halucynogenne. Jednak nie mają one na celu wprowadzenia w trans, stan mediumiczny albo wstąpienie bóstwa czy ducha w ciało, jak w voodoo. Szamański stan świadomości pozwala na świadome działania oraz ich przerwanie, zmianę i zakończenie.

Lekarz, kapłan, artysta

Postać szamana łączy w sobie funkcje i zawody kapłana, lekarza, mistrza ceremonii, wróżbiarza, astronoma, astrologa, meteorologa, zielarza, artysty i psychologa. To uzdrowiciel, który spogląda na świat jako na całość i posiadł wiedzę o wzajemnych relacjach jednostki z otaczającym ją światem. Jego celem jest dotarcie do źródła problemów zdrowotnych, znalezienie sposobu skutecznego leczenia, a więc odnowienia związków z prawami wszechświata. Każdy szaman ma własne duchy, które dają mu wiedzę i moc. Im jest potężniejszy, tym więcej ich mu pomaga. To one pozwalają mu się spotkać i poznać w Innym Świecie. Tam szaman je oswaja, transformuje, niekiedy walczy, by uczynić z nich swych sprzymierzeńców. Podczas podróży szaman przemierza krainy, które normalni ludzie znają jedynie z legend, mitów czy snów. Stamtąd pochodzi jego wiedza na temat uzdrawiania czy przywracania równowagi chorej osobie, społeczności, planecie. Dzięki pomagającym mu duchom zawsze potrafi wrócić i poradzić sobie w najtrudniejszej sytuacji.

Na szczycie piramidy

Szamanem zostaje się z powołania. Znakiem rozpoznawczym jest ciężka choroba, kryzys życiowy, objawienie się ducha przodka lub zmarłego szamana albo wizja podczas snu. Znane są przypadki dziedziczenia cech i umiejętności, które przekazywane z pokolenia na pokolenie przez setki lat pozostawały w obrębie jednej rodziny. Takim przykładem są Caatanowie, uciekinierzy z syberyjskiej Tuwy, przyłączonej do ZSRR, których sza-mańskie klany skrywają się w trudno dostępnych górach północnej Mongolii.

Szamani cieszą się w swoich społecznościach czcią i poważaniem. Jako pełne mocy osoby na szczycie społecznej piramidy, aby uchronić się przed nadużyciami władzy, podczas ceremonii inicjacji zobowiązują się, że swą funkcję będą pełnić tak długo, jak długo służyć będą całej wspólnocie i jej pojedynczym członkom. Współcześnie w niektórych miejscach świata szamani działają w swego rodzaju związkach zawodowych (tak jest w Ułan Bator), czuwających nad etyką zawodową.

Szaman w każdym z nas

Każdy z nas nosi w sobie archetyp szamana. Żyją w nas przeczucia, intuicyjne wglądy, mity i legendy – elementy szamańskiego postrzegania świata. Wzrost zainteresowania szamanizmem wynika z potrzeby odnalezienia szczerej i bezdogmatycznej tradycji duchowej. Powstały organizacje chroniące i propagujące szamańskie przekazy. Psychoterapeuci i bioenergoterapeuci korzystają z doświadczeń szamańskich uzdrawiaczy. Szamanizm uczy szacunku dla natury i uświadamia nam, że Ziemię zasiedlają miliony istot fizycznych, jak i duchowych, o czym zapomniała większość mieszkańców Zachodu. Hasło „działaj lokalnie, myśl globalnie” to echo szamanistycznych idei sprzed tysięcy lat. Strzeżone przez wtajemniczonych prawdy mogą stać się bliskie świadomym ludziom, którzy pragną żyć uważnie, w harmonii z kosmicznym porządkiem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Trudne dzieciństwo nie odbiera szansy na szczęśliwe życie

W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
Trudne dzieciństwo nie odbiera nam szansy na pełne, szczęśliwe życie. Wręcz przeciwnie – może stanowić kapitał, dawać niebywałą siłę. Ale nie zawsze to wiemy. Przetransformować ból i wstyd w miłość i wdzięczność – tak, można to zrobić. I trzeba.

Być może zastanawiasz się, czy warto czytać ten tekst; czy temat dotyczy twojego doświadczenia. Bo właściwie co to znaczy mieć niełatwe dzieciństwo? „Nikt mnie nie bił, seksualnie nie wykorzystywał, no, był alkohol, a mama miała depresję, ale to przecież nic takiego, życie po prostu” – często słyszę takie stwierdzenia. John Bradshaw, autor książek o potencjale trudnego dzieciństwa (m.in. „Powrót do wewnętrznego domu”, „Twórcza moc miłości”), uogólnia je w hasło: „Nie było tak źle, był dach nad głową”. „Uwierzcie mi, naprawdę było źle – pisze w »Powrocie do wewnętrznego domu«. – Zadano nam duchową ranę. To, że rodzice nie pozwalali nam być sobą, było najgorszą krzywdą, jaka mogła nas spotkać. Jestem pewien, że gdy mówiliście coś w gniewie, ostrzegano was: »Nie waż się więcej podnosić głosu!«. Nie było w porządku się gniewać, odczuwać lęk, smutek, a nawet radość. Nie było w porządku dotykać sromu lub penisa, nawet jeżeli bardzo to intrygowało. Nie w porządku było nie lubić księdza; myśleć to, co myśleliście; chcieć tego, czego chcieliście; czuć to, co czuliście, lub wyobrażać sobie to, co sobie wyobrażaliście. Niekiedy nie było w porządku widzieć to, coście widzieli, lub wąchać to, coście wąchali. Nie było w porządku być sobą”. Rodzice często mówią dzieciom wprost: „Bądź silny! Nie bądź taki samolubny! Nie miej potrzeb, zapomnij o sobie, zapomnij o swoich chęciach i uczuciach!”. Wielu „wyczynowców”, ludzi tak zwanego sukcesu, czuje, że podają się za kogoś innego. Czują, że nie będą kochani, jeżeli nie będą mieli osiągnięć. Po czym poznać, że nasza indywidualność i wyjątkowość nie były szanowane? Skrzywdzone wewnętrzne dziecko w nas zatruwa dorosłe życie napadami złego humoru, dąsami, nieufnością, przeczuleniem, skłonnością do nałogów i zachowań kompulsywnych, toksycznym rodzicielstwem, napiętymi, niszczącymi stosunkami z ludźmi, nadmierną uprzejmością i posłuszeństwem, niezdolnością do nawiązywania bliskich relacji. W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej? Co z tym zrobić?

Miałem być księdzem, śniłem o dziewczynach

Bradshaw pokazał, w jaki sposób dramat przemienić w siłę. Wychowywany w dysfunkcyjnej rodzinie, porzucony przez ojca alkoholika pisze o sobie: „Byłem zastępczym mężem mojej matki, stałem się więc ofiarą niefizycznego kazirodztwa. Jako dziecko byłem niedostrzegany. W ciągu 14 lat przeprowadzaliśmy się dziesięć razy. Mieszkaliśmy u dalszych i bliższych krewnych. Mój ojciec nie udzielał nam żadnego wsparcia. Już jako dziecko pojąłem, że nie jestem kochany, gdy wyrażam swoje potrzeby”. Jako nastolatek był młodym gniewnym należącym do gangu sobie podobnych młodych ludzi bez ojców. W szkole – nadobowiązkowym prymusem, w domu – opiekunem matki. Chcąc dochować jej wierności, wstąpił do zakonu, gdzie żył w celibacie przez ponad dziewięć lat, by stwierdzić: „Dziś patrzę ze zgrozą na ten okres mojego życia”. Popadł w stan zaawansowanego alkoholizmu. Jego cztery kolejne partnerki były ofiarami kazirodztwa. Zaczął szukać dla siebie ratunku, między innymi w grupach AA. Gdy odzyskał pełnię zdrowia, poświęcił się pomaganiu innym w dochodzeniu do zdrowia i siły. Jego książki zostały przetłumaczone na 27 języków i uznane za najlepszą literaturę dotyczącą uzdrawiania zranionego dziecka. Gdy Bradshaw prowadzi zajęcia z ludźmi, prosi, by zrzucili maski i się odsłonili. By dotknęli swoich ran. Na nowo odczuli dziecięcy ból, lęk, wstyd, gniew, żal i smutek. To jest zabieg bolesny i najczęściej trudny do przeprowadzenia bez kogoś z zewnątrz – terapeuty, mądrej przewodniczki, przyjaciela. I trwa jakiś czas. Jednak otoczenie opieką wewnętrznego dziecka prowadzi do bezwarunkowej miłości do siebie i staje się źródłem odnowy i witalności.

– Miałem być idealnym dzieckiem, a potem doskonałym mężem, ojcem i trenerem – opowiada Marek Karpiński, trener piłkarek ręcznych. – Gdybym nie rozeznał się w sobie, nie skonfrontował z rozpaczą i wstydem we mnie, najpewniej marnie bym skończył: alkohol, zawał, rozpad rodziny, te rzeczy. Osiągałem sukcesy, byłem trenerem kadry narodowej, uchodziłem za silnego faceta, na którym można polegać zawsze, bo uniesie wszystko. Ale płaciłem za to najwyższą cenę – zdrowia. No więc w kółko operacje, alergie, problemy z sercem, z żołądkiem, z jelitami, z gardłem, wrzody na dwunastnicy.

Wychowywał się w niezamożnej kolejarskiej rodzinie, wśród trzech braci. W wieku dwóch lat został posłany do przedszkola, więc potem już wszystkie etapy rozwoju przechodził w przyśpieszonym tempie – szkołę podstawową skończył w wieku 13 lat, a maturę zdał jako 17-latek. Tam, gdzie się znalazł, był przywódcą – w szkole, na podwórku, w drużynie harcerskiej, na zawodach sportowych, w studium wojskowym. Tata kupował synom rękawice bokserskie, mieli wygrywać, nie pokazać nigdy słabości. Mama marzyła, że Marek zostanie lekarzem, spełni jej niespełnione życie; albo księdzem.

– Z pozoru bardzo łatwo wchodziłem w rolę silnego i odpowiedzialnego. Ale w środku przeżywałam dramat: czy sobie poradzę, czy nie zawiodę? Dla dziecka to było o wiele za dużo. I zawodziłem. W szkole miałem dwóje, na medycynę się nie dostałem. A zamiast myśleć o duchowym powołaniu, śniłem o dziewczynach, co było kolejnym horrorem. Obiecywałem przecież w konfesjonale, że nie będę grzeszył myślą, mową i uczynkiem. A grzeszyłem. Matka o tym nie wie, ojciec nie wie, ale przecież Boga nie oszukam! Bóg widzi wszystko. Nie mogłem spać, nie mogłem odpędzić natrętnych myśli. Zżerało mnie poczucie winy i wstydu; zaraz się wyda i przepadłem, koniec ze mną, będę się smażył w piekle. Miałem być najlepszy i święty, a kim jestem?

Dajemy z siebie wszystko, reszta jest bez znaczenia

W dorosłym życiu został trenerem sportowym, a w sporcie wymagana jest doskonałość; wygrywasz – jesteś Bogiem, przegrywasz – jesteś zerem.

– W polskim wydaniu bycie trenerem to bycie katem – mówi Marek. – Rozgrywki były co sobotę. Już w czwartek czułem skurcz żołądka. Z niedzieli na poniedziałek nie spałem z lęku, co napiszą w gazetach. Co tydzień ocena, czyli walka o życie. I tak przez 20 lat. Im twardsza skorupa na zewnątrz, tym człowiek słabszy w środku.

Pamięta przegrany mecz w Hiszpanii jednym punktem, co wykluczyło piłkarki z udziału w olimpiadzie w Atenach. To znaczyło, że jako trener jest skończony. „Co czujesz?” – zapytała żona. „Rozpacz, smutek” – odpowiedział. „Co najchętniej byś zrobił?” – pytała dalej. „Usiadłbym i płakał” – usłyszał. „Więc płacz”. Od tego się zaczęło: a więc można nie bać się słabości, łez, lęku, wstydu i bólu? Zainteresował się szkoleniami z zakresu rozwoju osobistego, nowoczesnego przywództwa, zapisał się na zajęcia w szkole trenerów, uczył się, jak rozmawiać, jak rozumieć emocje.

– Otworzyłem się na to, co wewnątrz mnie – mówi. – Po raz pierwszy zacząłem pytać siebie, po co robię to, co robię. Czemu i komu to służy? Co daję z siebie innym? Jaką to ma wartość? Zapragnąłem być z ludźmi inaczej niż do tej pory, nie w sposób kontrolujący i dominujący.

Od 2005 roku jest trenerem piłkarek z klubu studenckiego AZS AWF Wrocław. W tym roku dostały się do czołówki krajowej, do ekstraklasy. Cieszy się jak dziecko: – Świętujemy zwycięstwo, grając na bębnach! Otwartość i komunikacja, wspólne tworzenie procesu treningowego, zabawa, nie walka; partnerstwo, nie dryl i tresura, o to chodzi. Nie pracując więcej, osiągnęliśmy najwięcej, w naturalny sposób, poszło jak z płatka. Mówiłem dziewczynom: dajemy z siebie wszystko, ale to nie znaczy, że musimy wygrać. Mamy prawo przegrać, pogratulujemy zwycięzcom. W to, co robimy, angażujemy całe serce, dlatego nie ma znaczenia, co inni powiedzą czy napiszą.

Pod bólem jest zawsze miłość

Pisałam reportaże o rodzicach zastępczych dla dzieci osieroconych i chorych. Pokłady miłości i siły tych ludzi wręcz onieśmielały. Ze zdumieniem w ich przeszłości odkrywałam prawdziwe tragedie, na przykład śmierć własnego dziecka. Zdarza się, że ci, którzy adoptują dzieci, sami jako dzieci stracili rodziców. Terapeutka Małgorzata Rajchert-Lewandowska wyjaśnia to tak: – Ci ludzie dokonali czegoś nadzwyczajnego, zaakceptowali ból, którego doznali, zgodzili się na swój los. To daje niebywałą siłę. Łatwo poznać takich ludzi, bo są charyzmatyczni, skuteczni. Przekroczyli próg cierpienia i w kontakcie z nimi to się czuje od razu. Stają się dla innych źródłem siły. W naturalny sposób zajmują się w życiu tym, co kiedyś było ich raną.

– Pod bólem jest zawsze miłość – dodaje terapeutka. – Jeśli nie dotykamy bólu, wtedy pozostajemy jak zamrożeni, ponieważ jednocześnie odcinamy się od wszystkich uczuć, także od miłości i wdzięczności. Jeśli odważymy się zmierzyć z bólem, wtedy rusza fala. Ku własnemu zdumieniu możemy nagle poczuć miłość do ojca, który bił, do matki, która upokarzała. Byłam świadkiem, jak ludzie nie mogli w to uwierzyć, a przecież to czuli. To jest pierwszy krok do przyjęcia swojego losu, a później – co rzadko się zdarza, ale jednak – wdzięczności za swój los. Zaczyna się od uznania, że w każdym doświadczeniu tkwi siła.

– Co dobrego może płynąć z tego, że co najmniej połowa z nas wychowywała się i wychowuje w rodzinach, w których nadużywa się alkoholu? – pytam. – Dzieci z takich rodzin są samodzielne, niezależne i odpowiedzialne, łatwo koncentrują się na zadaniu, nawet w trudnych sytuacjach, ponieważ nauczyły się funkcjonować w stresie. A więc potencjał istnieje. Z drugiej strony takie dzieci są obciążone bólem, lękiem i nadmiarową odpowiedzialnością za cały świat, i oczywiście lepiej by było, gdyby nie musiały przechodzić przez piekło uzależnienia rodziców. Jeśli jednak jako dorośli uporają się z tym dziedzictwem, odzyskają spokój i równowagę, i mnóstwo siły.

Małgorzata Rajchert-Lewandowska opowiada o pacjencie w terapii, mężczyźnie, który pracował jako antyterrorysta. W dzieciństwie był świadkiem fizycznej i emocjonalnej przemocy ojca wobec mamy. Jako dziecko chronił ją, interweniował, wzywał policję. Dzisiaj rozbraja bomby, chroni innych przed zagrożeniem. Opowiada też o charyzmatycznej lekarce, która w dzieciństwie nie była w stanie uratować umierającego brata, a teraz ratuje dzieci. Daje przykład Andrzeja Wajdy, którego ojciec zginął w Katyniu. Uważa, że gdyby syn nie przetransformował w sobie związanego z tym bólu, nie dotarłby do miłości i nie byłby w stanie nakręcić o tym filmu.
– W jaki sposób to, co trudne, może przysłużyć się mojemu rozwojowi, mojej pracy dla innych? To istotne pytanie – mówi terapeutka. Wśród psychologów pracujących z ludźmi są i tacy, którzy gratulują, gdy słyszą o krzywdach doznanych w dzieciństwie. Gratulacje szokują. Ale też intrygują, bo to całkiem inne spojrzenie.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Psychologia

Choleryk, flegmatyk, melancholik i sangwinik. Którym typem osobowości jesteś?

Flegmatyk jest łatwy we współżyciu, uprzejmy i pogodny.  Perfekcyjny melancholik z łatwością wpada w stany zasmucenia. Sangwinikowi brakuje determinacji i bardzo rzadko kończy to co zaczął. Energiczny choleryk jest urodzonym przywódcą i organizatorem.
Flegmatyk jest łatwy we współżyciu, uprzejmy i pogodny. Perfekcyjny melancholik z łatwością wpada w stany zasmucenia. Sangwinikowi brakuje determinacji i bardzo rzadko kończy to co zaczął. Energiczny choleryk jest urodzonym przywódcą i organizatorem.
Przychodzimy na świat z określonym temperamentem. I widać to już, kiedy obserwuje się dzieci – są takie, które godzinami spokojnie patrzą w dal i te, które od początku rozpiera energia. Temperament to jedna ze składowych naszej osobowości. Znaczenie mają tu zatem geny, a z czasem dochodzi rozwój intelektualny,  umiejętności poznawcze.

Najpierw były soki

Przyjmuje się, że pierwszą osobą, która dokonała podzielenia ludzi ze względu na ich temperament był Hipokrates, grecki uczony i lekarz, uważany przez niektórych za „ojca medycyny”. Hipokrates nie klasyfikował ludzi analizując ich charakter, uważał że typy osobowości związane są z… sokami, które płyną w ludzkim ciele! W zależności od tego, którego z płynów – krwi, żółci, żółci czarnej czy śluzu – jest najwięcej, taki dana osoba ma charakter. Jeżeli to krew jest w przewadze mamy do czynienia z sangwinikiem; jeśli najwięcej jest żółci człowiek jest cholerykiem; przewaga żółci czarnej, to melancholik; u flegmatyka przeważa śluz.

Koncepcja Hipokratesa okazała się na tyle trafna, że jako rodzaj „bazy” funkcjonuje w psychologii do dziś. Choć oczywiście badania przeprowadzone na przestrzeni setek lat doprowadziły do powstania wielu teorii, które dużo dokładniej opisują rodzaje osobowości.

Florence Littauer, amerykańska mówczyni i autorka książek dotyczących rozwoju, w tym bardzo popularnej pozycji „Osobowość plus. Jak zrozumieć innych przez zrozumienie siebie” także nawiązuje do typów wyróżnionych przez Hipokratesa i zajmuje się analizą towarzyskiego sangwinika, perfekcyjnego melancholika, energicznego choleryka i spokojnego flegmatyka.

Towarzyski sangwinik

Ekstrawertyk i optymista. Otwarty, emocjonalny, wylewny z olbrzymią dawką entuzjazmu.

Praca to zabawa, a każde nowe doświadczenie nie budzi lęku tylko ciekawość i ekscytację. Sangwinik uwielbia ludzi, nie ma żadnego kłopotu z nawiązywaniem relacji. Nie lubi nudy, więc do niej nie dopuszcza, ciągle działa, rozpoczyna kolejne działania, zawsze z pozytywnym nastawieniem – zakłada, że wszystko się uda. Tyle tylko, że sangwinika cechuje słomiany zapał. Brakuje mu determinacji i bardzo rzadko kończy to co zaczął.

Lubi dużo mówić, a także koloryzować, bywa że mija się z prawdą. Nie dostrzega swoich wad, za to widzi wszystkie zalety, jest egocentryczny, skupiony przesadnie na sobie, wciąż mówi, nie ma zdolności słuchania. Nie jest stały w uczuciach, mało zorganizowany, woli bujać w obłokach niż dojrzale stawić czoła rzeczywistości.

Sangwinik odniesie największy sukces w zawodzie, który da mu możliwość kontaktowania się z innymi ludźmi i pozwalają działać spontanicznie, bez sztywnych zasad i reguł.

Perfekcyjny melancholik

Pesymista, introwertyk i myśliciel. Jego temperament to przeplatające się skrajności – od szybowania po niebie do głębokich depresji. Posiada analityczny umysł, jest poważny i zdeterminowany. To osobowość utalentowana i twórcza, ma zadatki na geniusza. Jest wrażliwy na piękno, dostrzega je w każdym obszarze, ma zdolności artystyczne. Na co dzień filozofuje, ma w sobie empatię, dostrzega problemy i potrzeby innych ludzi, jest skłonny do poświęceń. To idealista, również partnera szuka idealnego. Bardzo ostrożnie dobiera przyjaciół, nie lubi zwracać na siebie uwagi, najpewniej czuje się na drugim planie. To genialny słuchacz, jest wierny, pomocny i współczujący.

Perfekcyjny melancholik z łatwością wpada w depresję, czasem wręcz trudno określić czy jest w dobrym czy złym stanie emocjonalnym. Z czasem coraz częściej narzeka na wszystko i wszystkich, przemawia przez niego frustracja. Z upływem lat innych i życie zaczyna traktować ze śmiertelną powagą, wszelkie niewinne żarty bierze do siebie i cierpi. Ma niskie poczucie własnej wartości, wciąż węszy spisek i czuje się krytykowany.

Wszystko odkłada na później, bo czeka na „idealny” moment. Większość życia spędza na planowaniu, wszystko próbuje doprowadzić do perfekcji. Jest nieufny i przewrażliwiony.

Melancholik w pracy jest wytrwały i dokładny, uporządkowany i zorganizowany. Szybko dostrzega problem i znajduje twórcze rozwiązania. Zawsze kończy rozpoczęte zadania. Jest oszczędny. Najlepiej pracuje w pojedynkę. Ceni ciszę.

Energiczny choleryk

Ekstrawertyk, człowiek działania i czynu, optymista. Jest urodzonym przywódcą, zawsze aktywny i dynamiczny. Nie boi się zmian, dąży do nich, jest zdecydowany i konsekwentny. Ważne są dla niego niezależność i bycie samowystarczalnym. Nie zniechęca się i nie wzrusza zbyt łatwo, nie da się go zniechęcić. Budzi w ludziach zaufanie. Lubi działać dla większej grupy, doskonale sprawdza się w trudnych, zmiennych sytuacjach.

Jest urodzonym przywódcą i organizatorem, często ma rację. Do życia nie potrzebuje głębokich relacji, nie odczuwa potrzeby posiadania przyjaciół.

Często bywa pracoholikiem. Nie potrafi odpoczywać. Cały czas skupiony jest na podążaniu w stronę wytyczonego celu. Ma ogromną potrzebę sprawowania kontroli, nie lubi gdy inni podejmują decyzje, bo przekonany jest zawsze o swojej racji. Jest bardzo silny, nie lubi i nie akceptuje w ludziach słabości. Potrafi doskonale sterować ludźmi, robie to w białych rękawiczkach – ci, którymi zarządza nie są tego świadomi.

To mistrz manipulacji, lubi intrygi, osądza i ocenia z pozycji siły. Wciąż odczuwa przymus poprawiania wszystkiego i wszystkich dookoła. Jest apodyktyczny, nie znosi sprzeciwu. Nie jest wrażliwy na uczucia innych ludzi. Nawet przed samym sobą nie potrafi przyznać się do błędu, a słowo „przepraszam” jest według niego wyrazem słabości.

W pracy nastawiony jest wyłącznie na osiągnięcie celu. To dobry organizator, dostrzega praktyczne rozwiązania. Działa szybko, liczy się dla niego wydajność. Może osiągnąć więcej niż „przedstawiciele” innych typów osobowości.

Spokojny flegmatyk

To obserwator, introwertyk i pesymista. Jest powściągliwy, niewymagający, dość beztroski, zwykle chłodny i opanowany. Ma w sobie niewyczerpane pokłady cierpliwości. Jest zrównoważony, bardzo cichy, spokojny. Dowcipny i życzliwy, nie miewa złego humoru, nie popada w depresję i nie robi szumu wokół siebie. Emocje chowa bardzo głęboko, zwykle godzi się ze stanem rzeczy, nie poprawia świata zastanego. pogodzony z życiem.

Flegmatyk jest łatwy we współżyciu, uprzejmy i pogodny. To dobry słuchacz, ma wielu przyjaciół. Jest współczujący i troskliwy. Lubi stać z boku i przyglądać się ludziom i zdarzeniom z pozycji obserwatora.

Nie potrafi się ekscytować, mało w nim entuzjazmu. Ceni stagnację, nie lubi zmian. Sprawia wrażenie leniwego. Lubi odkładać wszystko „na jutro”. Potrzebuje „kopniaka” do działania, ale nie może być on zbyt mocny, bo nie lubi czuć się do czegoś przymuszany. Zawsze wybiera drogą najmniejszego oporu. Jest niezdolny do podejmowania decyzji. Nie chcąc nikogo ranić, bark mu asertywności, nie umie mówić „nie”.

W pracy jest kompetentny i solidny. Ma zdolności administracyjne. Pośredniczy w rozwiązywaniu problemów i znajduje proste wyjścia. Unika konfliktów. Zadowala go prawie każde miejsce pracy. Najlepiej funkcjonuje na takim stanowisku, które nie wymaga wykazania się większą inicjatywą, a praca polega na wykonywaniu rutynowych czynności.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.