1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dr Arnold Mindell o znaczeniu snów

Dr Arnold Mindell o znaczeniu snów

123rf.com
123rf.com
Dr Arnold Mindell, amerykański fizyk i psychoterapeuta, twórca Psychologii Zorientowanej na Proces, od lat zajmuje się badaniami nad znaczeniem snów. Czy bywają prorocze?

Czym jest śnienie?

Nie ma jednej, łatwej definicji. Fizycy próbują zrozumieć sny inaczej niż psychologowie. Na pewno są one procesem umysłu. Ja widzę to tak: twórca snów patrzy na ciebie, na twoje życie, na sytuację, w jakiej się znajdujesz i stara się znaleźć najlepszą dla ciebie ścieżkę.

A twórca snów to…?

To rodzaj wewnętrznej inteligencji, która wie dużo na temat twojego ciała, twoich relacji ze światem.

Czy wszyscy ludzie śnią tak samo? Ma znaczenie ich płeć, wiek, zamożność?

Pracowałem z najbogatszymi i najbiedniejszymi ludźmi na świecie, z ludźmi pochodzącymi z przeciwnych sobie kultur, z Aborygenami i Rosjanami – ich sny niczym się od siebie nie różniły. Dlatego uważam, że są uniwersalnym językiem i najlepszym sposobem na zrozumienie drugiego człowieka.

Skąd się biorą prorocze sny?

Są częścią naszej wrodzonej inteligencji, odziedziczonej po przodkach. Człowiek, który żył 100 tysięcy lat temu, nie miał map drogowych, więc żeby znaleźć drogę do innego miejsca, musiał w sobie rozwinąć zdolność do wyobrażania sobie tego, co się może zdarzyć w przyszłości.

Ludzie dość śnią o tym samym. Jakie jest znaczenie takich snów?

Powracający sen mówi do nas: „proszę, odbierz tę wiadomość, proszę, odbierz tę wiadomość…”. Często łączy się ona z czymś, co nazywamy „dziecięcą mgłą” albo „mgłą indywidualności” i próbuje zwrócić uwagę osoby śniącej: „popatrz, to bardzo istotna część ciebie”. Dlatego sny są tak ważne. Pierwszy sen, który nam się w ogóle przyśni i który pamiętamy, zwykle przewiduje całe nasze przyszłe życie.

To brzmi niewiarygodnie.

Tak! Ja też nie chciałem w to wierzyć. Ale mamy w sobie „mgłę”, która organizuje nam życie. Sam przekonałem się o tym, kiedy wiele lat temu przeprowadziłem eksperymenty z udziałem 300−400 osób. Ich zadaniem było spojrzenie wstecz na swoje dziecięce sny oraz na to, jak dalej potoczyły się ich losy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Erotyka w snach. O czym fantazjujesz podczas snu?

Silna presja potrzeby seksualnej nie może wytwarzać snów, ale w dużym stopniu jest ona odpowiedzialna za ich treść. (Fot. iStock)
Silna presja potrzeby seksualnej nie może wytwarzać snów, ale w dużym stopniu jest ona odpowiedzialna za ich treść. (Fot. iStock)
Marzenia senne są często symboliczne. Co twoje sny mówią o twoich potrzebach erotycznych?

„Śniła mi się jaskinia, do której szedłem długim, wąskim korytarzem. W środku byli ludzie w przebraniach i z zasłoniętymi twarzami. Wnętrze oświetlały jedynie świece. Wyglądało to na jakiś rytuał.  Na czymś w rodzaju ołtarza leżała naga kobieta, pozostali stali tworząc krąg i podpierali się długimi laskami. Było to przerażające, ale miało w sobie coś podniecającego”.

„Śniło mi się, że spacerowałam brzegiem morza, było mi błogo i byłam zrelaksowana. Na plaży nie było nikogo. Nagle z naprzeciwka nadszedł mój profesor ze studiów. Był ode mnie dużo starszy, ale we śnie nie czułam różnicy wieku. Podszedł do mnie, wziął za rękę i razem weszliśmy do morza, nie zdejmując ubrań. Odczuwałam podniecenie i niesamowitą przyjemność”.

„Śniło mi się, że jestem w opuszczonym zamku, który miał mnóstwo schodów. Czułem niepokój chodząc po korytarzach i piętrach. Nagle z jednej komnaty wyszła moja żona i zaczęła się uwodząco uśmiechać, już zacząłem iść w jej kierunku, kiedy z drugiej komnaty wyszła jej siostra i także kusząco na mnie patrzyła. Czułem się nieswojo i nie wiedziałem co robić. Było to podniecające, choć kłopotliwe”.

To kilka przykładów z niezliczonej ilości marzeń sennych, jakie może zafundować nam nasz mózg, kiedy śpimy. Skąd jednak w naszych snach dziwne sytuacje, nieznane postaci - co to wszystko tak naprawdę oznacza?

Marzenia senne to aktywność psychiczna spontanicznie występująca w czasie snu. Śni każdy, nawet jeśli temu zaprzecza, dzieje się to jednak wyłącznie w tzw. fazach snu paradoksalnego, podobnego pod względem procesów bioelektrycznych mózgu do stanu czuwania, mimo, że jest to sen głęboki. W trakcie marzeń sennych odbywa się proces obrazowego przetwarzania nierozwiązanych problemów i konfliktów, który rozładowuje napięcia psychiczne.

Silna presja potrzeby seksualnej nie może wytwarzać snów, ale w dużym stopniu jest ona odpowiedzialna za ich treść. Może przy tym dochodzić do erekcji penisa lub łechtaczki, a nawet do orgazmu.

W interpretacji snów Zygmunt Freud, austriacki neurolog i psychiatra, widział najlepszą drogę do nieświadomości, czyli do wypartych pragnień i konfliktów, powodujących powstawanie nerwic. Przyczyn zaburzeń psychicznych upatrywał on przede wszystkim w niezaspokojonym popędzie seksualnym, stąd jego teoria marzeń sennych skoncentrowała się w głównej mierze na rozszyfrowywaniu seksualnej treści symboli sennych. I tak wszelkie przedmioty o wydłużonym kształcie, laski, pnie drzew, parasole, wszystkie rodzaje broni podłużnej i ostrej, noże, sztylety, piki mają wyobrażać męski członek. Natomiast puszki, pudełka, skrzynie, szafy, piece odpowiadają ciału kobiecemu, podobnie jak jaskinie, statki i wszelkiego typu naczynia. Jako częste symbole stosunku seksualnego wymieniał Freud latanie, jazdę pociągiem oraz wchodzenie po drabinie i schodach.

W wielu snach seks występuje właśnie w postaci symboli. Kiedy jednak pojawia się bezpośrednio, oznacza to, że łatwiej akceptujemy swoje własne pragnienia i urazy na tle seksualnym. Sny erotyczne mówią też, przed jakimi wyzwaniami stajemy i jak przebiega nasz rozwój. W rozwoju psychicznym i seksualnym zastój następuje jedynie wtedy, gdy na określonym etapie dojrzewania zatrzymają go choroba lub cierpienie. Wówczas jednak problem ten będzie uparcie pojawiał się w snach, aż do czasu gdy będzie można go rozwiązać.

Tymczasem według Carla Gustawa Junga, szwajcarskiego psychiatry i ucznia Freuda, w każdym z nas, niezależnie od własnej płci, istnieje wewnętrzny aspekt osobowości mający płeć przeciwną, czyli w każdym z nas istnieje pierwiastek zarówno kobiecy (Anima) jak i męski (Animus). Jeśli zaprzecza się jego istnieniu lub go tłumi, często może się on pojawiać w postaci obrazów sennych, czasem rozpoznawalnych dla śniącej osoby, a czasami nie. We śnie odzwierciedleniem Animy, która symbolizuje nieznaną nam i najczęściej nie uświadomioną sferę uczuć, może być postać każdej kobiety. Tymczasem wyrazem Animusa, czyli męskich, uporządkowanych i ukierunkowanych na cel sposobów myślenia i zachowania, są wszelkie postacie męskie.

Zasadniczym celem rozwoju osobowości człowieka jest integrowanie i równoważenie w sobie tych różnych, a często przeciwstawnych sił męskich i żeńskich. Najczęściej jednak mamy do czynienia z sytuacją, kiedy któryś z tych aspektów wysuwa się na pierwszy plan, powodując wewnętrzną dysharmonię. Jeśli przewaga znajduje się po stronie Animusa, wówczas w naszych snach dominować będą męsko-falliczne symbole agresji, jak np. sztylet, włócznia, armata. Przewaga Animy objawia się albo poprzez fiksacje na cechach macierzyńskich, albo poprzez ucieczkę od rzeczywistości i strach przed żeńską seksualnością. Niezależnie od płci osoby śniącej, w marzeniach sennych może objawiać się dominacja, zarówno sił męskich jak i żeńskich. Pojawiające się w snach zachowania seksualne również powinniśmy odnosić do nas, nawet jeśli aktywne pod tym względem są tylko inne osoby. Erotyczne aspekty marzeń sennych należy interpretować przede wszystkim na płaszczyźnie podmiotowej. Seksualność symbolizuje zbliżenie i zjednoczenie męskich i żeńskich stron naszej osobowości. Świadomy i nieuświadomiony stosunek do naszych agresywnych i seksualnych impulsów popędowych współdecyduje o tym, czy w marzeniach sennych jesteśmy zdolni do swobodnych zachowań seksualnych. Przez nie wyraża się bowiem to, czy potrafimy podporządkować swoje seksualne impulsy i życzenia celowi zjednoczenia męskich i żeńskich aspektów osobowości, czy też żyją one własnym życiem, oderwane od procesów rozwojowych przebiegających w  naszej psychice.

Każdy sen, w którym pojawiają się treści seksualne, można interpretować na kilka różnych sposobów. Śniąca osoba sama decyduje, która z tych interpretacji jest najbardziej trafna. Będzie to zależało od tego, co w danym śnie było szczególnie uderzające. Nie wszystkie wyobrażenia występujące w snach związanych w jakiś sposób z erotyką muszą stanowić sugestię samego aktu płciowego. Często mogą one ukazywać, jak ktoś radzi sobie z własną seksualnością, związkami i emocjami.

Sny mogą stanowić pomoc w rozwiązywaniu problemów pojawiających się w związkach intymnych. Prawie każdy sen śniony w sytuacji kryzysowej dla naszego związku wyraża lęki i nadzieje, które z nim podświadomie wiążemy. Sny wyrażające nadzieje pokładane w związku można potraktować jako wskazówkę do pozytywnego przetwarzania snów ujawniających związane z nim podświadome lęki.

  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”.
W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem.
Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego?
Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta.
I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi…
Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków.
Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie?
Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie.
Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle.
I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi.
Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę.
Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej "naked dress" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki…
Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści "Łuk triumfalny" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie.
Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne?
Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider?
Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić?
Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Seks

Erotyka w snach. Co ci się dziś śniło?

Marzenia senne mogą dać istotne przesłanki co do faktycznego stanu zarówno twego umysłu, jak i potencjału erotycznego. (Fot. Getty Images)
Marzenia senne mogą dać istotne przesłanki co do faktycznego stanu zarówno twego umysłu, jak i potencjału erotycznego. (Fot. Getty Images)
Niektóre marzenia senne, zwłaszcza te erotyczne, budzą nieuzasadniony lęk, obawę, a czasem wstyd. Czy są wskazówką na temat tłumionych pragnień? A może – starą zasadą – należy je odczytywać „na odwrót”?

Galopujący koń? Wypadające zęby? Sylwester w Nowym Jorku? Cokolwiek to było, na pewno chodziło o seks. Tak powiedziałby Zygmunt Freud, który uważał, że sny to sposób, w jaki manifestują się nasze ukryte pragnienia, a te na ogół dotyczą seksu. Tylko że od czasów Freuda wiele się zmieniło. Coraz mniej fantazji seksualnych pozostaje w sferze marzeń. Coraz więcej z nich wolno nam zrealizować. Więc skoro nie mamy już specjalnych sekretów, sny chyba nie są w stanie wnieść niczego nowego do naszego życia? Są czasem miłe, zabawne lub szokujące, ale kompletnie bezużyteczne… Tak myślałam, kiedy zaczęłam pisać ten artykuł. W trakcie zmieniłam zdanie.

Tajemniczy nieznajomy

Zacznijmy od tego, że wcale nie czujemy się tak komfortowo w łóżku, jak mi się wydawało. Tak przynajmniej twierdzą eksperci. – Żyjemy w społeczeństwie powściągliwym w sferze seksu – uważa Graham Masterton, autor poradnika „Erotyczne sny i ich interpretacje”.

Jego zdaniem mamy wiele tajemnic – sami przed sobą, przed partnerem albo przed tzw. społeczeństwem. Ukrywamy skłonności homoseksualne, fantazje, które wydają nam się niestosowne, zbyt wybujały – naszym zdaniem – temperament. Czasami też po prostu nie dajemy sobie pozwolenia na przeżywanie przyjemności. Albo boimy się powiedzieć „nie” pomysłom partnera, w obawie, że wtedy przestanie nas kochać.

Psycholog dr Gayle Delaney, autorka „Snów erotycznych”, podziela jego zdanie i dodaje, że powściągliwość to jedna z podstawowych przyczyn braku satysfakcji seksualnej: – Żony mają zbyt wielkie opory, żeby poszaleć, mężowie są zbyt nieśmiali, żeby okazać inicjatywę – uważa Delaney. Jest też właścicielką „Dream Center” w San Francisco, gdzie próbuje, z tą rezerwą mężów i żon na bieżąco się rozprawiać.

– Sny erotyczne są właściwie jedyną sytuacją w codziennym życiu, kiedy myślimy o seksie niemal bez zahamowań – dochodzi do wniosku Masterton. Wysnuwa trudną do obalenia tezę: skoro natura wymyśliła sny (także erotyczne), muszą one czemuś służyć: – Twój umysł i cały organizm wkładają sporo energii w marzenia senne, musi być jakiś powód po temu. Tylko jaki to powód?

Skrzynka odbiorcza

– Istnieją dwa typy snu: sen wolnofalowy, składający się z czterech faz non-REM, oraz sen paradoksalny, znany jako faza REM (rapid eye movement) – tłumaczy psychoterapeutka i seksuolog Ariadna Rokujżo z Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju w Piasecznie. – W trakcie snu zachodzą przeróżne procesy na poziomie fizjologicznym oraz biochemicznym, o których można by wiele mówić. Szczególnie interesujący jest sen paradoksalny, służący do „regeneracji” psychiki, również podczas tej fazy pojawiają się marzenia senne, nazywane przez nas snami.

W głowie wyświetla się wtedy film. Czasem jest to horror, czasem romans, a czasem porno. Czy poza tym, że w nocy udaje nam się załapać na bezpłatny seans, są jeszcze jakieś zalety tej sytuacji?

Dr Delaney podpowiada, że sny mogą być inspiracją dla życia erotycznego. Jeśli pojawią się w nich obrazy, które nas kręcą – możemy wprowadzić je w życie. Wykorzystać podczas seksu z partnerem lub solo. Albo przypominać je sobie, kiedy potrzebujemy dodatkowego impulsu do osiągnięcia orgazmu. Ale to nie wszystko. – Sen jest swoistego rodzaju wiadomością wysyłaną z nieświadomości – tłumaczy Ariadna Rokujżo.

– Potrafi wznieść cię na nowy poziom odczuwania przyjemności seksualnej i pomóc uwolnić się od niepotrzebnych zahamowań – to z kolei dr Delaney. – Potrafi sprawić, że przypomnisz sobie swoją własną żywiołowość seksualną, której pozwoliłaś zgasnąć. Występujące w nim metafory wibrujące czystym, nieskażonym seksem potrafią zapoczątkować nowy etap rozwoju emocjonalnego czy twórczego lub zasygnalizować jego nadejście.

I jeszcze coś z Grahama Mastertona: – Marzenia senne mogą dać istotne przesłanki co do faktycznego stanu zarówno twego umysłu, jak i potencjału erotycznego oraz pomóc ci podjąć decyzje i działania przydatne w twoim związku seksualnym. Przekonali mnie.

Zero logiki

Jest tylko jeden problem: skąd mamy wiedzieć, co konkretny sen chce nam powiedzieć? Zwykle jest zaskakujący, nielogiczny, czasem kompletnie zwariowany i trudno go odnieść do rzeczywistości. Czy mamy zaglądać do senników, żeby go rozgryźć? Psychologowie nie są „za”. Ale nie są też „przeciw”. Z jednej strony – ten sam symbol może dla różnych osób oznaczać coś innego. Weźmy na przykład… seks z policjantem... Inaczej zinterpretuje go księgowa, a inaczej policjantka, o osobie, która jest na bakier z prawem, nie wspominając.

Ariadna Rokujżo twierdzi, że sprawdzanie dosłownego znaczenia snu jest niewystarczające, może wręcz ograniczyć wyjątkowość i niepowtarzalność naszego snu. – Nie sposób zinterpretować sen bez powiązania go z osobą, jej światem wewnętrznym, doświadczeniami, emocjami – mówi.

Ale choć bezrefleksyjne zaglądanie do senników niewiele da, czasem dobrze jest przeczytać kilka haseł. Nie po to, by przywiązywać się do tłumaczeń w stylu „Śni ci się ciąża – czeka cię wielkie szczęście”, ale by zastanowić się, czy rzeczywiście ciąża kojarzy ci się ze szczęściem. A może z utratą smukłej sylwetki i sprawności fizycznej? Czy boisz się jej, czekasz na nią, czy traktujesz jak małżeński obowiązek? No i czy ta ciąża śni ci się po raz pierwszy?

– Czasami pojawiają się sny, które wracają do nas potem w prawie niezmienionej formie – zauważa Ariadna Rokujżo. – Przypominają o czymś, czego nie chcemy pamiętać lub zwyczajnie powtarzają to, czego jeszcze nie zrozumieliśmy. Być może jest coś, czemu powinniśmy się bliżej przyjrzeć.

Kod dostępu

– Sny erotyczne są tak dalece osobiste i intymne, że nie można rozwikłać ich sensu bez aktywnego udziału samego śniącego – zachęca do refleksji Masterton. Uważa, że warto się pochylić nad każdym snem. Wiedząc, że nasza pamięć jest zwodnicza, lepiej zapisać wszystkie detale, a nawet narysować występujące w snach przedmioty czy scenerie. I zastanowić się nad symboliką, biorąc pod uwagę wszystkie skojarzenia i uczucia, które się w nas budzą.

– Zachęcam do tego, by sen potraktować jako wiadomość, by eksplorować jego znaczenie, nie oceniać, tylko przypatrywać się, z czym może być związany, co się dzieje we mnie i w moim otoczeniu, czy czegoś potrzebuję, a może jest tak, że czuję nadmiar i obciążenie – radzi Ariadna Rokujżo. – Dotyczy to również snów erotycznych. Sen może zainspirować do większego rozumienia siebie oraz relacji z innymi.

Psychologowie zachęcają też do prowadzenia dzienników snów, by zobaczyć, czy jakieś elementy się powtarzają. Radzą, by – notując kolejny sen – przeczytać zapiski z poprzednich, by dostrzec różnice i podobieństwa. Nie można pomijać żadnego szczegółu.

„Wiele osób, budząc się, nie posiada się ze zdumienia, że podczas snu tak serio traktowali trywialne i dziwne zdarzenia zachodzące wokół nich” – czytamy w „Erotycznych snach i ich interpretacjach”. „Nie powinni oni jednakże zbyt lekko odrzucać swoich odczuć. W snach działa szósty zmysł co do sensu i znaczenia rzeczy – intuicyjne poczucie, które nader rzadko występuje w nas za dnia – a przywołując te intuicje na pamięć, możemy się bardzo wiele nauczyć o sobie”.

Masterton radzi też, by unikać oczywistych skojarzeń. Zastanawiając się nad snem, nie poprzestawajmy na jednej interpretacji – a już na pewno nie na tej, która nasuwa nam się jako pierwsza. – Gdy wierna żona coraz częściej śni o seksie z innymi mężczyznami, wcale nie musi to oznaczać, że rozważa zdradę małżeńską, ale że chciałaby, aby jej mąż był seksualnie aktywniejszy – podpowiada.

Sen o homoseksualizmie nie zawsze wskazuje na ukryte pragnienia homoseksualne. Czasem to seks z samym sobą – z jakąś częścią naszej osobowości, którą chcielibyśmy zaakceptować. Sen, który zawstydza albo szokuje – na przykład stosunek z papieżem, szefem, własnym ojcem… może być metaforą jakichś konfliktów z tą osobą. Może też sygnalizować strach przed tak zwaną opinią publiczną. Albo niebezpieczne uwikłanie w stereotypy. Ale możliwych interpretacji jest nieskończona ilość…

I tak jak sen o seksie nie musi mówić o nierozwiązanych problemach łóżkowych, tak też sen, w którym się nie kochamy, może być naładowany erotyką. Przejażdżka na koniu albo wycieczka do jaskini to klasyczne Freudowskie symbole seksualne, ale każdy umysł tworzy swoje własne, prywatne skojarzenia i metafory.

Skok w dal  

Czy we śnie możemy podejrzeć, co nas spotka w życiu? Obiecują to niektóre senniki... Psychologowie twierdzą, że tak, w pewnym sensie sny bywają prorocze. „Ukazują one emocje nurtujące nas w podświadomości, na długo zanim jesteśmy gotowi przyznać się do nich przed samymi sobą na jawie” – czytamy u Mastertona.

Dr Delaney twierdzi, że mogą nam dawać pewne wskazówki, inspirować do refleksji. Jej pacjentom zdarzało się ponoć, że po tym, co im się przyśniło, odwoływali ślub lub się rozwodzili. Ale też przeciwnie – dostrzegali w partnerze zalety, których do tej pory nie doceniali. Zdaniem psycholog sny pomagają też odpowiadać na nurtujące nas kwestie i tym samym mogą wpływać na naszą przyszłość.

Wystarczy, że zadasz sobie pytanie, na które chcesz znać odpowiedź, zapiszesz je wieczorem na kartce, a potem będziesz powtarzać je przed snem  – tak długo, dopóki nie zaśniesz. Czy to działa? Sprawdźna sobie! Jeśli jednak nie przekonuje cię ten sposób – Ariadna Rokujżo podpowiada inny. Kartka i długopis nie będą potrzebne. – Warto porozmawiać z partnerem o swoich potrzebach seksualnych – radzi psychoterapeutka. – A wtedy zarówno sen, jak i życie dadzą wiele satysfakcji.

  1. Psychologia

Fantazjowanie pomaga nam w życiu - przekonują twórcy psychologii zorientowanej na proces

Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Zdarza ci się odpływać myślami podczas zebrania? Nie karć się za dziecięce roztargnienie. Według Amy i Arnolda Mindellów, propagatorów psychologii procesu, śnienie na jawie sprawia, że stajemy się bardziej kreatywni i lepiej rozwiązujemy konflikty.

Według badań naukowców z Izraela ludzie, którzy dużo fantazjują, są bardziej empatyczni. Arnold: Ja bym ujął to tak: ludzie, którzy dużo śnią na jawie i cieszą się z tego, mają wysoki poziom empatii. Generalnie wszyscy śnimy na jawie, chociaż większość z nas ten fakt wypiera. Amy: Nie wszyscy też zauważają swoje śnienia albo dochodzą do wniosku, że nie mają one żadnego znaczenia. Arnold:
Powiem więcej, im mniej fantazjujemy, tym bardziej jesteśmy podatni na różne uzależnienia. Narkotyki czy alkohol pomagają oderwać się od rzeczywistości tym, którzy nie potrafią tego zrobić w inny sposób.

Czy sytuacja, w której zawieszam się, gapiąc się bezmyślnie w jakiś punkt, to także śnienie na jawie? Arnold:
Tak. Twój mózg wyłącza się i zaczynasz fantazjować.

Jak często to robimy? Arnold:
Wielokrotnie w ciągu dnia. Prawdopodobnie przynajmniej raz na dwie godziny.

A czy nie jest tak, że śnimy na jawie wtedy, gdy się nudzimy? Arnold:
To prawda. Śnienie może przegonić nudę. Dodałbym też, że każdy śni na jawie, bez względu na to, czy lubi swoją pracę, czy też nie. Fantazjowanie jest spontaniczne. Ktoś może być bardzo zainteresowany pisaniem artykułu na komputerze i nagle, nie zdając sobie z tego w pełni sprawy, zacząć bujać w obłokach. W efekcie tego np. sprawdza coś na Facebooku.

Dlaczego to robimy? Arnold:
Ponieważ jesteśmy świadomymi istotami ludzkimi. Część z nas robi to notorycznie, cały długi dzień.

Jak to cały!? Arnold:
Jeśli żołądek boli cię od rana i myślisz, że to tylko ból i nic więcej, to jesteś w błędzie. To może być związane z kwasem żołądkowym, zaś ten może wydzielić się w wyniku śnienia w nocy o czymś ostrym, spiczastym, wręcz bolesnym. Czujesz ten sen w swoim żołądku, więc śnisz na jawie cały ten czas. Jeśli nie spoglądasz w swoje sny, nie analizujesz ich, to szybko przekształcają się one w sygnały płynące z ciała.

Czy to sny wywołują dolegliwości w organizmie, czy też problemy zdrowotne wywołują sny? Arnold:
I tak, i tak. Czasami trudno stwierdzić, co było pierwsze.

O czym ludzie fantazjują? Amy:
Jest wiele odpowiedzi na to pytanie. Postrzegamy siebie jako osobę, która np. w danej chwili jest bardzo zajęta albo zmęczona. Proces śnienia wywołuje w głowie stany lub rzeczy, których w danej chwili potrzebujemy. Przykładowo po naszym wywiadzie pan może zacząć fantazjować o obiedzie albo o pięknych kwiatach, które przypadkowo zwróciły pana uwagę.

Czyli fantazjujemy o zwykłych, codziennych rzeczach? Amy:
Tak. Tych, których w danej chwili potrzebujemy. Część naszego ja może być zmęczona albo głodna – stąd ten obiad czy coś wesołego, relaksującego. A część, której nie jesteśmy świadomi, może mieć potrzebę piękna – stąd te kwiaty. Tego, czego nam brakuje, próbujemy doświadczyć właśnie poprzez śnienie na jawie.

Jestem zaskoczony, bo myślałem, że śnimy na jawie o rzeczach, które są dla nas nieosiągalne. Że śnienie na jawie to także forma wyrzucania z siebie jakichś złych emocji – jako dziecko kiedyś fantazjowałem o sprawiedliwości wymierzonej starszym chłopakom, którzy krzywdzili słabszych. Arnold:
Niektórzy fantazjują o rozwiązaniu problemów, np. ktoś został okradziony i fantazjuje o tym, że odzyskuje te rzeczy w zdecydowany sposób. Ale śnienie na jawie wychodzi daleko poza to myślenie życzeniowe. Jest ono kształtowane przez pierwsze sny z dzieciństwa. Najwcześniejszy sen, jaki pamiętasz, organizuje – jak jakiś system w mózgu – wiele snów i śnień na jawie. Aż po ostatnie pięć minut twojego życia. I w ten sposób na nie wpływa.

Naprawdę? Skąd pan to wie? Arnold:
Bo pracujemy z ludźmi, którzy są bardzo bliscy śmierci. Oni wspominają wówczas te pierwsze sny z dzieciństwa. Przykład: pewien mężczyzna pamiętał, że w jego pierwszym śnie dwie siostry podeszły do jego łóżka, a on się wtedy obudził. Jak pan sądzi, co wydarzyło się tuż przed śmiercią tego mężczyzny?

Pewnie coś, co ma związek z tymi siostrami. Arnold:
Tylko on nie miał sióstr. Sprowadził więc dwie kobiety do swojego łóżka tylko po to, by potrzymać je za ręce. I krótko potem zmarł. Byliśmy przy tym z Amy. Podobnych sytuacji widzieliśmy wiele. Stąd wniosek – pierwszy sen, który pamiętasz, organizuje wiele z twoich fantazji, śnień. Jest jak mityczny wzorzec.

Byłem kiedyś na warsztatach Instytutu Eriksonowskiego, organizowanych dla menedżerów, biznesmenów. Tam powiedziano mi, że sytuacje, w których nagle zapatrujemy się ślepo w przestrzeń, odpływamy od rzeczywistości, można wykorzystać do zwiększania swojego potencjału, np. w pracy. Czy psychologia zorientowana na proces także potrafi spożytkować takie chwile do zwiększania naszych możliwości? Amy: Oczywiście. Pracujemy często z terapeutami. Jeśli są mocno zablokowani, to wprawdzie starają się dobrze wykonywać swoją pracę, ale im się to nie udaje. Muszą coś zmienić w sobie. W takiej sytuacji prosimy ich, by na chwilę dali odpocząć swojemu mózgowi, poczuli Ziemię, Wszechświat, to, co krąży wokół ich umysłów. By wyłapywali te myśli, marzenia, fantazje, które się pojawią, wszelkie nowe pomysły, idee, które do nich napłyną. Takie ćwiczenie jest dobrym źródłem kreatywności. Arnold:
Podam przykład ćwiczenia, które zastosowałem, pracując z wysokiej rangi urzędnikami. Chcieli mojej pomocy, bo narastał pomiędzy nimi konflikt. Poprosiłem, by co najmniej przez minutę rozluźniali mięśnie szyi i ramion, zrelaksowali się. Takie warunki sprzyjają śnieniu na jawie. Powiedziałem im, by zwrócili uwagę na myśli, jakie pojawiają się w ich głowach podczas tej chwili relaksu. Jeden z nich stwierdził, że faktycznie rozmarzył się i zobaczył siebie siedzącego nad rzeką. Wtedy poprosiłem wszystkich, by zaczęli udawać, że są nad rzeką i łowią ryby. Podczas tego ćwiczenia z przyjemnością udawali wędkarzy i zapomnieli na pewien czas o konflikcie. Dopiero wówczas wróciliśmy do tematu i w dyskusji znaleźliśmy rozwiązanie problemu.

Jeśli dobrze rozumiem, opowiadając innym o swoich snach na jawie, otwieramy się na nich i zacieśniamy relację, bo mówimy o rzeczach bardzo prywatnych? Arnold:
Śnienie jest dla ciebie, ale jeśli używasz go w biznesie albo innych relacjach, to wtedy otwierasz przestrzeń między sobą a innymi.

Dzieci fantazjują znacznie częściej niż dorośli. Dlaczego? Amy: Gdy dorastamy, zakładamy, że będziemy taką a taką osobą. Dzieci jeszcze tego w sobie nie zbudowały, więc mają łatwiejszy dostęp do snów, dość swobodnie płyną od jednego śnienia do drugiego. Robią to szybko i bardziej świadomie niż dorośli. Arnold:
Dlatego też odmianą rodzicielskiego napomnienia „dorośnij wreszcie” jest: „przestań marzyć”. Czyli: bądź realistą, stań twardo na ziemi! W Australii nauczyciele zwykli karać aborygeńskie dzieci za to, że te śniły na jawie. Bo, w przeciwieństwie do Aborygenów, kultura europejska nie rozumie potrzeby fantazjowania.

Czyli rodzice powinni pozwalać dzieciom na bujanie w obłokach, bo to im pomaga? Arnold:
Nie tylko im. Także rodzicom. Oni również potrzebują takich fantazji. Śniąc na jawie, dzieci otwierają przestrzeń między sobą a rodzicami. Dzieci mogą też pokazać dorosłym, jak to robić – to także może poprawić ich relacje.

W latach 50. w USA mówiono rodzicom, by nie pozwalali dzieciom na fantazjowanie, bo to może doprowadzić je do psychozy lub neurozy. Amy:
Pamiętam przypadek małego dziecka, które leczyliśmy w naszej klinice na wybrzeżu w stanie Oregon. Kilkulatek miał tak ciężką astmę, że gdy dostawał ataku, od razu musiał jechać do szpitala. Posadziliśmy go w środku koła dużej grupy i poprosiliśmy, by bawił się zebranymi tam zabawkami. Wybrał pacynkę Dartha Vadera (negatywny bohater „Gwiezdnych wojen”, usosobienie zła i siły – przyp. red.). Z początku trochę się bał. Zachęcaliśmy go do fantazjowania, że jest Darthem Vaderem, że ma w sobie dużo siły. I tak się stało – podczas śnienia na jawie poczuł tę siłę. Po tym ćwiczeniu jego napady astmy osłabły. Doświadczał tej choroby jako siły, która naciskała na jego klatkę piersiową, utrudniała mu oddychanie. Dzięki śnieniu na jawie w trakcie zabawy odzyskał swoją siłę i uwolnił się od tego nacisku.

Czytałem, że śnienie na jawie może także pomóc w utrwalaniu nauki. Arnold:
Stan zrelaksowania na pewno pomaga w nauce. Zanim stworzyłem POP, moim terapeutą był siostrzeniec Junga. Nim został lekarzem, strasznie obawiał się egzaminów na studiach. Zapytał więc wuja, co zrobić, by się nie denerwować. „Weź apteczkę i połóż ją pod poduszką”. Zrobił tak i zdał wszystkie egzaminy z doskonałymi notami. Ale nie zapewniam, że ten sposób daje 100 proc. gwarancji sukcesu (śmiech).

Dr Arnold Mindell: amerykański fizyk i psychoterapeuta, w latach 70. stworzył psychologię zorientowaną na proces (POP), obecnie popularną metodę psychoterapeutyczną. O POP, snach i pracy z ludźmi napisał 21 książek, które przetłumaczono na 27 języków.

Dr Amy Mindell: psychoterapeutka, propagatorka POP, znana z pracy z ludźmi w stanie śpiączki oraz wykorzystywania sztuki w terapii. Poświęciła temu kilka książek. Prywatnie żona Arnolda Mindella. Razem prowadzą warsztaty i szkolenia na całym świecie.

  1. Psychologia

Otwórz się na sny

Warto sny analizować, bo mówią o naszych wewnętrznych sprawach, samo przyglądanie się im może mieć działanie terapeutyczne, wspierać nas na drodze rozwoju. (Fot. iStock)
Warto sny analizować, bo mówią o naszych wewnętrznych sprawach, samo przyglądanie się im może mieć działanie terapeutyczne, wspierać nas na drodze rozwoju. (Fot. iStock)
Marzenia senne mogą pomóc uporządkować nasze wewnętrzne konflikty i napięcia, przywrócić to, co wypieramy, a nawet przynieść rozwiązanie, którego nie potrafimy dostrzec na jawie. Warto poprosić przed snem, by nieświadomość pokazała nam to, co jest ważne, a nawet wskazała kierunek.

Świadomość to tylko czubek góry lodowej naszego życia psychicznego, psychoanaliza odkryła, że rządzi nami nieświadomość. A sny to – jak mawiał Jung – królewska droga do nieświadomości. Zresztą nie tylko do indywidualnej, ale też zbiorowej, bo są archetypowe. Pewne postaci, motywy, które w snach występują, są wspólne ludziom wszystkich kultur. Jest też szczególny rodzaj snów, tak zwane jasne, które są wyraziste, zostają nam w pamięci i domagają się uwagi. Pokazują nam, w jakim momencie rozwoju jesteśmy albo cośmy zgubili, albo co się ważnego właśnie wydarza. To dzięki snom, czyli listom od mojej nieświadomości, nauczyłam się pływać. Sprawa była dla mnie trudna, bo po tym, jak kiedyś tata dla żartu mnie podtopił, panicznie bałam się głębokiej wody. W mojej szkole otworzono basen i obawiałam się, że wyjdę na ostatnią niedojdę, bo nie umiem pływać. Z tego przejęcia co noc we śnie pływałam, precyzyjnie wykonywałam ruchy rąk i nóg. A na jawie ćwiczyłam oddechy, zanurzając głowę w misce z wodą. Efekty tych starań były takie, że na pierwszej lekcji na basenie skoczyłam ze słupka i czułam się jak młody bóg albo raczej jak ryba w wodzie. Byłam z siebie dumna i wdzięczna snom. Z czasem nauczyłam się z nich korzystać, zdarzyło mi się na przykład zadać pytanie nieświadomości. I dostałam odpowiedź, która mnie uspokoiła! Chodziło, oczywiście, o mężczyznę. Byłam młoda i długo wahałam się, którego adoratora wybrać, i gdy już podjęłam decyzję, przestraszyłam się, że jest zła. Zapytałam więc snów, czy ten drugi, niewybrany, jeszcze do mnie wróci. Wyśniło mi się, że tak, a potem potwierdziło się to w życiu.

Nie wszyscy mają taki sam kontakt ze swoją nieświadomością, niektórzy sądzą, że nie mają snów, a po prostu ich nie pamiętają. Jeśli się chce, można ten kontakt ćwiczyć. Trzeba być na sny nastawionym i otwartym. Poprosić swoją nieświadomość albo wręcz jej nakazać, żeby przysyłała do nas „listy”. Jeżeli sny się pojawią, warto je sobie przepowiadać, zanim otworzymy oczy, najlepiej mieć przy łóżku notes i wszystko zapisać. A potem się nad nimi zastana- wiać, ponieważ sen, który „każe się pamiętać”, przeważnie mówi coś istotnego. Mam słownik psychoanalityczny, który zawiera zapis snów tysiąca badanych osób wraz z proponowanymi interpretacjami i wyjaśnieniami najczęstszych sennych metafor, np. zwierzęta to instynkty, las i woda to nieświadomość i instynkt samozachowawczy. Istotą interpretacji jest zasada, że to, co mi się śni, to jestem ja. Jeśli w marzeniach sennych pojawiają się osoby z naszego otoczenia, mogą oznaczać cechy, których pożądamy, albo aspekty naszej osobowości. Z kolei podziwiane przez nas osoby mogą być ekwiwalentem pewnych braków. Mam niezłą satysfakcję, jak we śnie zakocha się we mnie George Clooney, prawda?! Nawiasem mówiąc, kiedyś mi się to zdarzyło. Innym razem śnił mi się mój dość trudny narzeczony jako wczepiony w ramię rzep. Sen potwierdził mi, że to nie jest dla mnie odpowiednia osoba. To była taka kropka nad „i”.

Najtrudniejsze sny, które miałam ostatnio, były o tym, że nie mogę trafić. Nie mam przy sobie pieniędzy ani komórki, żeby zadzwonić, ani mapy, jestem sama, ludzie się do mnie nie odzywają, nikt mi nie chce pomóc. Bardzo przykre sny. Doszłam do wniosku, że na jawie muszę bardziej o siebie zadbać, bo ewidentnie czegoś nie robię. Zaczęłam mniej pracować, troszkę inaczej rozmawiać z ludźmi i cieplej siebie traktować, a sny ustały.

Bardzo lubię, jak się moim klientom coś śni, bo możemy wtedy na tym pracować. Zdarza się, że ich sny są podobne, np. że jest się małym dzieckiem albo rodzicem malucha, albo że jest się w ciąży. Ludzie się takimi treściami często niepokoją, a tymczasem to bardzo dobre sny, rozwojowe. Mówią, że rodzisz siebie albo powinnaś zająć się sobą. Kobietom bardzo często śni się np. że matka podgląda seks. Mnie też się to śniło: leżę w łóżku z mężem, a matka wychyla głowę z drugiego pokoju, więc wiadomo, ze swobodnego seksu nici. Matka występuje tu jako cenzor, reprezentuje superego, które każe się powściągać, odwołuje do powinności i potępia. Wtedy pracujemy nad relacją z matką i nad wyzwalaniem się. To ważny aspekt dla dziewczyn, żeby w seksie odnaleźć siebie, a nie mieć lęki i poczucie, że robi się coś złego.

Nie boję się tego, że ktoś powie, iż słuchanie snów jest nieracjonalne, bo przekonałam się, że marzenia senne mogą pomóc uporządkować nasze wewnętrzne konflikty i napięcia, przywrócić to, co wypieramy, a nawet przynieść rozwiązanie, którego nie potrafimy dostrzec na jawie. Warto poprosić przed snem, by nieświadomość pokazała nam to, co jest ważne, a nawet wskazała kierunek. Warto sny analizować, bo mówią o naszych wewnętrznych sprawach, samo przyglądanie się im może mieć działanie terapeutyczne, wspierać nas na drodze rozwoju.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.