Czym jest EMDR i jak pomoże uwolnić się od traumy?

fot. iStock

Czasem, żeby coś zmienić, trzeba sięgnąć bardzo głęboko. Zajrzeć do osobistej „czarnej skrzynki”. Uwolnić emocje związane z traumą. EMDR idzie jeszcze dalej. Mówi: sprawdź, w co uwierzyłaś, kiedy ci się „to” przydarzyło. Jaki odruch zapisał się w ciele. I przeprogramuj cały system!

Co kryje się pod tajemniczą nazwą EMDR? To skrót od Eye Movement Desensitization and Reprocessing. Po polsku przyjęło się używać określenia „terapia odwrażliwiania za pomocą ruchu gałek ocznych”. Dziś uważa się tę nazwę za nie do końca adekwatną, ale rzeczywiście wszystko zaczęło się od oczu. A dokładniej od oczu Francine Shapiro.

Jakieś ćwierć wieku temu amerykańska psychoterapeutka dokonała na sobie ciekawej obserwacji. Dostrzegła pewien dobroczynny mechanizm generowany samoczynnie przez ludzki organizm. Zauważyła, że kiedy się denerwuje albo myśli o czymś stresującym, jej gałki oczne poruszają się szybko na boki – na przemian w prawo i w lewo (podobnie jak podczas snu). Mało tego, okazało się, że gdy wraca później myślą do tego zdarzenia, jego charakter się zmienia. Jakby ten prosty ruch oczu wnosił nową jakość, redukował trudne emocje. Zaintrygowana, zaczęła badać, czy to możliwe. Czy rzeczywiście jest tak, że kiedy myślimy o czymś stresującym i poruszamy oczami, stres się zmniejsza? Badania odpowiedziały twierdząco.

O co tak naprawdę chodzi w tym ruchu oczu? Co on powoduje? Rzecz sprowadza się do naprzemiennej stymulacji półkul mózgowych. – W dużym uproszczeniu prawa półkula odpowiada bardziej za emocje, lewa – za logiczne myślenie, procesy poznawcze. Kiedy przeżywamy traumę, emocje są bardzo silne, równowaga w pracy półkul zostaje zachwiana. Chodzi o to, żeby ją przywrócić – mówi Karolina Rabenda, terapeutka EMDR. I dodaje, że ruch gałkami ocznymi to tylko jeden ze sposobów na aktywowanie półkul mózgowych, do których odwołuje się EMDR. Inne to naprzemienny tapping (na przykład opukiwanie kolan), dźwięki w słuchawkach, pulsator trzymany w rękach. – Założenie jest to samo: prawa półkula ma się dogadać z lewą. W prawej wyciszają się ośrodki odpowiedzialne za emocje, w lewej aktywują się te odpowiedzialne za racjonalne myślenie – tłumaczy terapeutka. Rezultat? Człowiek odzyskuje wolność. Może powiedzieć: „W porządku, to było dawno, dziś nie ma to już na mnie większego wpływu. Nie lubię do tego wracać, nie za bardzo lubię o tym myśleć, ale to już przeszłość. W tej chwili nic złego się nie dzieje”.

Wsiąść do pociągu

Karolina Rabenda decyduje, że podczas krótkiej sesji demonstracyjnej nie będzie sięgać do moich traum. Pokaże mi, na czym polega praca z zasobami, która jest częścią terapii. Będę miała okazję doświadczyć stymulacji bilateralnej półkul mózgowych, najbardziej charakterystycznego elementu EMDR. W praktyce wygląda to tak, że terapeuta porusza na boki palcami, a klient wodzi za nimi oczyma. To pozwala zmienić postrzeganie pewnych zdarzeń. Nadać im nowe znaczenie. Wzmocnić to, co pozytywne.

Mam przypomnieć sobie sytuację, która dostarczyła mi pozytywnych przeżyć. Opowiadam o tym, jak się czuję, kiedy doświadczam przepływu podczas pisania. Ostatnio poczułam to mocno nad Morzem Śródziemnym: pojawił się pomysł na zakończenie powieści, nad którą pracowałam. Terapeutka pyta, jak nazwałabym ten stan, prosi o słowo klucz. Znajduję dwa: poczucie sensu. Przenoszę się na plażę, gdzie wszystko się wydarzyło. Karolina Rabenda uprzedza, że to jak wsiąść do pociągu, który może gdzieś skręcić nieoczekiwanie, zabrać podróżnika do innych, mniej oczywistych miejsc. Nie sposób przewidzieć, jakie krajobrazy ukażą się przed oczyma. Gdyby mi się nie spodobały, gdyby coś okazało się za trudne, mam podnieść rękę – zasygnalizować, że chcę wysiąść.

Podczas tej podróży emocje rzeczywiście narastają. Terapeutka porusza palcami, ale co chwila się zatrzymuje. Prosi, żebym wzięła głębszy wdech, pyta, co się dzieje. A dzieje się sporo: satysfakcja, wzruszenie, wdzięczność, duma, zachwyt… Karolina Rabenda mówi, że dobrze mieć taką kolekcję pozytywnych zdarzeń, do których można sięgnąć, kiedy chcemy sobie poprawić nastrój.
– Każdy coś dobrego przeżył – zapewnia. – Żeby się z tym skontaktować, wystarczy czasem przywołać jeden obraz, emocję, odczucie w ciele, słowo. Wracając do wspomnień, cofamy się w czasie. Nie tylko myślą. Ciałem. Ono czuje to, co czuło wtedy.

Uzdrowić ranę

Grudzień jest czasem, kiedy niejedna osoba odczuwa niepokój związany ze świętami. Z wizytami u rodziców. Wiadomo – takie spotkania często przywodzą na myśl dawne krzywdy, przywołują niechciane emocje. Dlaczego tak łatwo im ulegasz? Bo kiedy jesteś uwięziona w traumie, emocje biorą górę nad logicznym myśleniem. To jakbyś wciąż na nowo przeżywała tę samą historię… Po prostu pewne informacje nie zostały w stosownym momencie przetworzone. – Każdy człowiek ma wrodzone mechanizmy radzenia sobie z emocjami – mówi Karolina Rabenda. – To jak ze skaleczeniem: zwykle samo się goi, chyba że wda się zakażenie albo wciąż będziemy uszkadzać się w tym samym miejscu. Większość trudnych sytuacji potrafimy obsłużyć na bieżąco: trochę się zdenerwujemy, zasmucimy, wystraszymy, ale potem człowiek wyśpi się, wstanie rano i już inaczej myśli o danym zdarzeniu. EMDR nazywa to adaptacyjnym modelem przetwarzania informacji. Upraszczając: były duże emocje, prawa półkula pracowała na wysokich obrotach, ale potem włączyła się lewa, pojawiło się racjonalne myślenie.

Sęk w tym, że w dzieciństwie interpretowaliśmy pewne sytuacje na własny, dziecięcy sposób. Kogoś oszukała koleżanka, ktoś został wyśmiany, rodzic niespodziewanie podniósł głos… I trzeba było jakoś ułożyć to sobie w głowie, wyciągnąć własne wnioski. Nie zawsze słuszne. Na podstawie tych wniosków tworzy się określony schemat reakcji. – Na pewnym etapie życia może on być przydatny, natomiast w momencie, kiedy się utrwali i dorosła osoba będzie po niego uparcie sięgać, przestaje taki być. Blokuje nas. Ogranicza – wyjaśnia Karolina Rabenda. – Załóżmy, że ktoś zawsze ucieka od wyzwań. Albo w stresie sięga po papierosa. To mu na swój sposób pomaga, ale nie rozwiązuje problemu. A na dłuższą metę szkodzi. W EMDR chodzi o to, żeby pomóc mózgowi przetworzyć stare informacje, uzdrowić ranę, która nie zagoiła się w naturalny sposób.

Z założenia terapia opracowana została z myślą o pracy z traumami. Z czasem okazało się, że to podejście świetnie sprawdza się też przy problemach mniejszego kalibru. Powtarzające się wzorce, spadki nastroju, brak motywacji do działania… – Na początku, jak w każdej terapii, trzeba porozmawiać, ustalić, czy miało miejsce jakieś dramatyczne wydarzenie – mówi Rabenda.
– Jeśli nie, szukamy elementów, które nie zostały przetworzone i powodują emocjonalne przenoszenie się w czasie. Zwykle coś tam jednak jest: raniące słowa, odrzucenie, wstyd…

Karolina Rabenda przyznaje, że często ludzie mówią o swoim problemie: „Nie wiem, kiedy to się zaczęło”. Na przykład: „Trudno mi się zabrać do zrobienia czegoś ważnego, odkładam to do ostatniej chwili, zawalam. Mam tak od zawsze”. A potem okazuje się, że była jakaś sytuacja w szkole, coś się nie udało i nauczycielka powiedziała dziecku, że się nie nadaje… Wystarczy strzęp wspomnienia. Terapeuta ustala z klientem, jakie emocje wiążą się z tym wspomnieniem, jakie odczucia w ciele mu towarzyszą, wreszcie jakie przekonanie negatywne wtedy powstało. Kiedy już wysupłamy z pamięci konkrety, można przystąpić do stymulacji półkul, czyli przetwarzania.

Niedźwiedź, Mospanie!

Co sprawia, że tak różnie reagujemy na traumę? Że jeden człowiek stosunkowo szybko dochodzi do siebie po trudnym doświadczeniu, a inny nie potrafi się podnieść? – Kluczowe jest przekonanie negatywne, z którym zostajemy. Albo nie – tłumaczy Karolina Rabenda. – Jeśli po dramatycznym wydarzeniu pozostaje nam myśl „nikt mnie nie kocha” albo „nie dam sobie rady”, to rzeczywiście jest z nami bardzo źle. Dlatego tak ważne jest znaleźć to przekonanie i uzgodnić z klientem, czym chciałby je zastąpić.

Myśl, emocje, doznania w ciele – wszystko jest połączone. I wszystko bardzo indywidualne. Taka historia, którą Karolina Rabenda często opowiada w gabinecie: wschód słońca, piękny, górski krajobraz. Idzie sobie człowiek samotnie przez te góry i się zachwyca. Cicho, pusto. Nagle rozlega się ryk niedźwiedzia. Mężczyźnie zaczyna walić serce, omal nie dostaje zawału. Właściwie poza tym jednym dźwiękiem nic się nie zmieniło, ale on jest ledwo żywy ze strachu. Wreszcie odkrywa, że w krzakach stoi głośnik – to z niego dobiegał odgłos! Ktoś sobie z niego zażartował! Jest wściekły, ale czuje też ulgę – już wie, że nic mu nie grozi… A teraz druga odsłona tej historii: te same góry, idzie inny mężczyzna. Słyszy ten sam dźwięk. Jest zachwycony: „Mam go!”. Przyszedł tu właśnie dla niedźwiedzia – może jest myśliwym, może fotografem… Czuje radość, ekscytację. Do momentu, kiedy odkrywa ukryty w krzakach głośnik. Co za rozczarowanie!

– Ta sama sceneria, sytuacja, dwie kompletnie różne reakcje – komentuje terapeutka. Właśnie z powodu myśli, przekonania. Jeden mężczyzna pomyślał: „zaraz zginę” i rzeczywiście o mało nie umarł, drugi uznał, że jest świetnym gościem, znalazł to, czego szukał. Co więcej, reakcja organizmu też jest niczym innym jak rezultatem myśli, która się pojawiła. Tak właśnie działamy – to jest automat. Na szczęście możemy zacząć nad tym panować, choćby za sprawą EMDR.

Karolina Rabenda podkreśla wysoką skuteczność terapii w przypadku większych traum. Czasem wystarczy jedna sesja, żeby postawić człowieka na nogi. Paradoksalnie praca nad mniej drastycznymi zdarzeniami może trwać dłużej. – Od pewnego czasu funkcjonuje nowa kategoria diagnostyczna: trauma przywiązaniowa. Chodzi o sytuacje, kiedy ktoś ma wszelkie objawy traumy – kłopoty ze snem, jedzeniem, natrętne myśli, stany okołodepresyjne – a nie przeżył niczego szczególnie dramatycznego. Prawdopodobnie doświadczał przewlekłego stresu, z którym nie umiał sobie poradzić. Wystarczy, że podchwyci czyjeś niechętne spojrzenie czy jakiś inny bodziec spustowy się odpali i nagle dawna emocja przenosi go w czasie. Trzeba dotrzeć do źródeł tego stresu. Przetworzyć to. Wyciszyć – radzi terapeutka.

EMDR świetnie sprawdza się też przy tzw. interwencjach kryzysowych. – Istnieje cała specjalnie opracowana procedura, również procedury grupowe – mówi Karolina Rabenda. – Kiedy na przykład ma miejsce trzęsienie ziemi we Włoszech, natychmiast jedzie tam ze stu terapeutów, żeby pracować z poszkodowanymi, służbami… Pracuje się nad wyciszeniem emocji, wspomaga naturalne procesy przetwarzania. Badania pokazują, że u większości osób pozwala to uniknąć PTSD, czyli zespołu stresu pourazowego.

Proszę nie mówić!

Oczywiście, wiedza o tym, jak działają półkule mózgowe, jest znacznie starsza niż EMDR. Od lat specjaliści różnej maści głowią się nad tym, jak uzyskać między nimi równowagę. – Czasem na co dzień znajdujemy intuicyjnie własne sposoby: ktoś chodzi po pokoju, ktoś inny pociera ręce – wylicza Karolina Rabenda. – Widziałam też punkciki w Internecie, za którymi można podążać wzrokiem, ale raczej to odradzam, ponieważ podczas takiej stymulacji mogą się pojawić silne emocje. Nie wystarczy pozwolić im wypłynąć, trzeba je jeszcze przetworzyć. Dobrze jest mieć obok kogoś, kto umie przeprowadzić nas przez to doświadczenie. Terapeuta pilnuje, by wszystko szło w dobrym kierunku.

W EMDR nie przerywa się sesji, bo „czas minął” – kluczowe jest to, żeby klient wychodząc z gabinetu, odczuwał ulgę, spokój. Podczas pracy operuje się skalą od 0 do 10 – sprawdza się, jak silne emocje wzbudza dane zdarzenie i na ile prawdziwe staje się przekonanie pozytywne, które chcemy mieć na własny temat. – Fascynujące jest obserwować, jak te wartości się zmieniają, niektórzy ludzie uważają wręcz, że to czary – śmieje się Karolina Rabenda. – Zakładają, że skoro przyszli na terapię, będą musieli dużo mówić. A ja przerywam im, bo akurat pracuję nad stymulacją półkul i mówienie zaburza cały proces. Bywa, że przez godzinę ruszam palcami i tylko sprawdzam co jakiś czas, co się dzieje. Wystarczą strzępy informacji: „zdenerwowałam się”, „boli mnie żołądek”. Dla klienta to bardzo bezpieczne, nie zawsze przecież ma ochotę opowiadać o szczegółach…

Najważniejsze, że obie półkule pracują – to, co ma się ułożyć, ułoży się. Przypomina to magię, ale wymaga koronkowej roboty. Dzięki niej można, jak mówi Francine Shapiro, „zostawić przeszłość w przeszłości”.