Jak wybaczyć? Rozmowa z Katarzyną Miller

(Fot. iStock)

Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki. Pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, jak przejść przez ten proces i czy wszystko da się – sobie i innym – wybaczyć.

Trudniej jest wybaczyć sobie czy komuś? A może nie ma jednego bez drugiego?
To mądra myśl, że drugiego bez pierwszego nie ma, ale zdecydowanie trudniej jest wybaczyć sobie, bo to jest rzecz głęboka. Ludzie bardzo często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczają, w związku z tym też nie wiedzą, dlaczego nie wybaczają innym. Mają wtedy – można by powiedzieć – pewien automatyzm w niewybaczaniu. Trudniej jest wybaczyć sobie także dlatego, że jesteśmy takim puzderkiem na syfy, czyli mamy niestety wiele rzeczy, które nas dręczą i które jawią się nam jako rzeczy nie do wybaczenia albo nie do pogodzenia czy nie do przejścia, które są dla nas tak strasznie ważne, że szok…

Co na przykład?
Co o nas myślą inni, czy nas lubią… Niektóre uczucia, które demonizujemy, zwłaszcza lęk, złość i wstyd. Ale też bezsilność, bezradność…złe myślenie o sobie, a więc i złe myślenie o innych i związane z tym uczucia…

Masz na myśli to, że zabraniamy sobie je odczuwać?
Raczej to, że dajemy im nad sobą ogromną władzę. Poza tym rozgrzebujemy uczucia, nie pozwalamy im przez siebie przepływać. Weźmy wstyd – ponieważ od małego jesteśmy zawstydzani, to wszystkiego się wstydzimy. Puszczę bąka – zgroza! Nie powiem słowa takiego, jak powinnam – zgroza! Kręcę się w kółko i nie wiem, co zrobić – zgroza! I wiecznie do tego wracamy. „Jak ja się wtedy zachowałam! Nigdy tego nie zapomnę”… Oczywiście mówię o ludziach, którzy są bardzo urazowi, a jest ich dużo. U takich osób nawet drobiazgi urastają do rangi prawdziwych nieszczęść.
Wracając do wybaczania, jeśli mam w sobie taki kocioł, który ciągle kipi i czego się nie dotknę, to rozlega się syk – wiesz, taki jak kładziesz na rozgrzaną płytę palec i słychać „psss” – to nigdy nie będzie w moim życiu ulgi ani przyzwolenia. Ani poczucia, że to, co jest, jest, jakie jest. Ja jestem, jaka jestem, ty jesteś, jaka jesteś. Poza tym jeśli coś nas dotknęło i było wyraziste w momencie, w którym się działo, to kiedy minęło, powinniśmy już włożyć to do pamiętnika, a nie ciągle oglądać pod lupą: „gdybym nie poszła, gdybym nie powiedziała, to byłoby inaczej…” No, tego już się nie dowiemy, może by było, a może nie. A mimo to często nie potrafimy o tym zapomnieć i wybaczyć sobie. Że na przykład szłam kiedyś ulicą z oberwaną halką i tego nie zauważyłam…

Naprawdę?
Ty może byś się tym nie przejęła, ale wiele kobiet – jak najbardziej. I gwarantuję ci, że wiele takich, po których byś się tego nie spodziewała. Bo one tego nie okazują. Duszą to w sobie.

Powiedziałaś, że ludzie często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczyli.
Nie wiedzą, bo to jest bardzo bolesny stan mieć pretensje do siebie, nie cenić siebie, mieć sobie coś za złe, wiedzieć, że nie podoba mi się to, co we mnie jest, co robię czy co myślę – w związku z tym robimy nad tym pokryweczkę, żeby tego nie dotykać za mocno. I jak nagle ktoś robi dokładnie to samo, co ja kiedyś, to do kogo mam pretensje? Oczywiście do niego. Klasyczna projekcja.

Czyli jeśli czegoś komuś nie możemy wybaczyć, to mogłaby być to dla nas wskazówka, że tego samego nie wybaczamy sobie?
O tak, to bardzo typowe. Np. wiele starszych osób, które nie pozwoliło sobie na pewne rzeczy, nie zaznało ich, ma pretensje do młodszych o to, że oni właśnie sobie na to pozwalają..

Tylko jeśli komuś czegoś nie wybaczamy, stawiamy siebie w roli wiecznej ofiary – ofiary tej osoby…
Niekoniecznie. Możemy stawiać się w roli ofiary, ale możemy też w roli sędziego. Wtedy jesteśmy niczym bicz boży albo anioł z mieczem ognistym, no albo inna świetlista osoba. My z Panem Bogiem uważamy, że… (śmiech)

Jeśli sobie nie wybaczamy, to jesteśmy jednocześnie ofiarą, katem i… sędzią?
Dokładnie tak. Takie sobie fundujemy potrójne męczarnie. To smutne i straszne, ale prawdziwe, że sami – z wyuczenia domowego i kulturowego – urządzamy sobie w życiu piekło.

Sądzisz, że trudniej nam sobie wybaczyć, że coś zrobiliśmy, czy że czegoś nie zrobiliśmy?
Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, pewnie zależy to od osoby i od uczynku. Ludzie mają różne systemy wartości i różne gradacje przewinień. Dla jednych flirt to nie zdrada, dla innych – już tak. Dla jednych to, że komuś się czegoś zazdrości, to grzech, dla innych – naturalny odruch.

Chyba najgorszą rzeczą jest nie móc sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy.
Tylko problem polega na tym, że ludzie nie wiedzą, jacy są . Dali sobie na przykład wmówić, że są podli, niedobrzy… Wstrząsnęła mną historia mojej pacjentki, która była bita przez matkę jako bardzo małe dziecko, a ojciec się za nią nie ujmował. Po latach już w trakcie terapii spytała go: „Dlaczego ty pozwoliłeś mamie na coś takiego?”. „Jak to, przecież ty byłaś okropna – mama mówiła”. Jak może być okropne dwuletnie dziecko? Ono może być jedynie inne niż rodzic sobie wyobrażał. Nie dość ładne jego zdaniem, za dużo płaczące albo zbyt wolno rozwijające się niż by on chciał. Ale okropne?! Jeśli więc nie możemy sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy, to najpewniej uwierzyliśmy w wielką zmyłę na swój temat. Przecież wiele ludzi nie idzie na terapię ze strachu, że teraz się wyda, jacy naprawdę są, a tak to jakoś się ciągnie.

Wybaczenie jest oczyszczeniem?
Jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem – tylko ono może pojawić się dopiero wtedy, kiedy będziemy mogli siebie uwolnić od tej ropy: nienawiści, żalu, pretensji, krzywdy. Kiedy przestaniemy się czuć ofiarą: albo oburzoną, albo zrezygnowaną albo zbuntowaną. Ale aby tak się stało, trzeba się najpierw pozbyć tych uczuć, wyrzucić je na zewnątrz. I to daje na przykład terapia. Dzięki niej, że tak się wyrażę, wyrzygujemy się na tych, co nas skrzywdzili, ale w bezpieczny sposób. Nie robimy tego na tych ludzi, bo by tego ani nie przyjęli, ani nie znieśli, a poza tym często nie byli świadomi, że krzywdzili. Wyrzucamy to z siebie w obecności terapeuty, często też grupy: skarżymy się , zwierzamy, krzyczymy, płaczemy, złorzeczymy, kwilimy … Ale też wyobrażamy sobie, rysujemy, tańczymy, piszemy listy, oglądamy zdjęcia, czytamy książki, oglądamy filmy i sztuki……Uczucia uwalniają się w bardzo różnorodny sposób.

Czyli najpierw trzeba odczuć wszystkie przykre uczucia, wywalić je z siebie…
I zrobić to w swoim tempie, w swoim czasie. Niczego nie przyspieszać i nie wybaczać wbrew sobie. Bo wtedy siebie strasznie niszczymy.

To ważne, że wybaczaniem też można siebie nadużyć.
I to jeszcze jak! Wybaczeniem – zbyt szybkim i niezgodnym z tym, co mamy w środku – możemy sobą i innymi nieźle manipulować.

Czyli mądre i zdrowe wybaczenie…
… odbywa się po procesie oczyszczenia. W dodatku procesie, który co jakiś czas trzeba powtarzać. Z wybaczaniem jest jak ze sprzątaniem. Nie możesz sobie raz wysprzątać i siedzieć na kanapie, spokojna, że już cała robota z głowy, bo po tygodniu znowu zbiera się kurz. Tak jak zbiera się brud między ludźmi. Wiele osób myśli, że jak już oczyściło pole w relacji z kimś, to nie będzie teraz znów wyciągać jakiś nowych spraw, bo po co psuć atmosferę. To wielki błąd, bo znów będą się tworzyć nowe urazy, w dodatku schowane pod wspomnianą przykryweczką. Najciekawsze jest to, że jeśli się zaczniemy oczyszczać, wybaczenie samo przyjdzie. Dlatego naszym celem nie powinno być wybaczenie, tylko wewnętrzna harmonia. Wtedy przestajemy mieć żale i pretensje, bo nie są one już nam do niczego potrzebne. Człowiek się robi spokojny, tolerancyjny, mądry. Nie dziwi się wiecznie: „Jak mnie to mogło spotkać?! Dlaczego?!”. A jak kogoś innego spotka, to będzie w porządku?

Poza tym nie można nikogo przymusić do wybaczenia, wbrew jego woli. Choć czasem tak próbują robić rodzice małych dzieci: „Podaj mu rękę na zgodę, no już”.
A próbują, i to bardzo często. A jak dziecko nie chce, to mówią mu: „jesteś złym chłopcem”. Wtedy taki maluch zwykle w obronie swojej godności wykrzykuje: „Nieprawda! Nie jestem zły”. I ma rację.
Co więcej, moim zdaniem, jest w ludzkim życiu poziom rzeczy nie do wybaczenia. Nie jestem specjalnie odwetowa, ( jestem absolutnie przeciw karze śmierci ) ale nie wolno zmiękczać ohydy pewnych ludzkich zachowań. Jest różnica pomiędzy tym, że naprawdę wybaczamy a tym, że jesteśmy ulegli. Rozumiesz? Mówię o tym czasem, że boję się dobrych ludzi. Takich, co nie powiedzą, że się na coś nie zgadzają, że coś jest dla nich niedobre, że coś jest według nich złe, bo się nie posuną do takich drastycznych kroków. I potem wszyscy przegrywamy z bandytami, którzy nie mają takich problemów, przeciwnie – im bardziej się ich boisz, tym lepiej. Oczywiście nie chodzi o to, by mieć ludzi za mierzwę i zakładać z góry, że ktoś jest niegodny, ale uczyć się i wyciągać wnioski.

Mieć odwagę powiedzieć na przykład komuś: „nie ufam ci, po tym, co zrobiłeś”.
O, to jest już bardzo dużo umieć to powiedzieć. Ja zresztą bardzo poważnie mówię, że ufać to nikomu nie można, nawet sobie do końca. Nie w tym sensie, że mamy być podejrzliwi, tylko że pewne rzeczy są do sprawdzenia, a inne nie – dopóki się nie staną. Nie bądźmy zatem świętojebliwi i nie nakładajmy na siebie obowiązku szybkiego kończenia rzeczy, które wymagają mądrego, długiego procesu dojrzewania. Wymagajmy od siebie mądrego, długiego procesu dojrzewania.

Ale skoro mówisz, że jest kategoria rzeczy, których nie można wybaczyć, to znaczy, że pewnych rzeczy nie można wybaczyć też sobie?
Chodziło mi o to, że nie tyle mamy nie wybaczać pewnych rzeczy, co nie godzić się na nie. Podam przykład. Miałam kiedyś pacjenta, byłego alkoholika, który związał się z kobietą, też byłą alkoholiczką i tworzyli bardzo fajną parę. Ona miała dorastającą córkę i po jakimś czasie on próbował ją zgwałcić. Na szczęście matka zareagowała natychmiast, wyrzuciła go z domu i opowiedziała o wszystkim ich znajomym. Znajomi się oburzyli i odwrócili od niego, a on znów zaczął pić i pił , aż umarł. Zanim to jednak się stało, widziałam się z nim, a ponieważ był dla mnie ważną osobą, powiedziałam mu: „Ja cię rozumiem, ale ja się na to co zrobiłeś nie godzę. Nie że ci tego nie wybaczam czy wybaczam. Po prostu jesteś dla mnie nadal ważną osobą, która zrobiła coś strasznego. Rozumiem, że miałeś swoje wewnętrzne powody, że byłeś jeszcze głupkiem i dupkiem, który powinien dalej się terapeutyzować, ale nie zmienia to faktu, że zepsułeś życie swoje i bliskich”.

Chcesz w ten sposób powiedzieć…
Że można być obok wybaczenia. Można robić rzeczy niewybaczalne, ale nadal być dla kogoś ważnym. Od razu doniosłabym na niego na policję i go wsadziła do więzienia, a potem odwiedzała go z paczkami. Bo on musi ponieść karę, a ja nie muszę go wyrzucać z serca, chyba, że okazałby się bez skruchy i jeszcze urągał i się stawiał.

A można żyć w miarę spokojnie ze świadomością, że pewnych rzeczy sobie nie wybaczam?
Myślę, że ludzie bardzo często tak żyją. Czasem sobie przypominają swoje grzechy i robi im się trudniej, ale przez większość czasu o nich nie pamiętają i dają radę. Oczywiście mówimy cały czas o ludziach obdarzonych sumieniem. Człowiek powinien zdawać sobie sprawę ze swojej ułomności, ale nie może być dla siebie katem, bo i dla innych będzie.