Strach, lęk, fobia: jak je pokonać?

fot. iStock

Jeśli boisz się pająków, może tak naprawdę boisz się kreatywności? Wciąż myjesz ręce? Lęki wszczepione przez religie owocują obsesją czystości, rodzą fobie. Generuje je też cywilizacja. Czym jest lęk egzystencjalny? Jak żyć, będąc straszonym z tylu stron, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Życie z xanaksem czystym relaksem”, mówi się żartobliwie. Wielu ludzi zażywa te antylękowe tabletki, choć ma wygodne życie. Czy lęk, który nie pozwala żyć bez chemicznego wspomagania, to znak czasów?

Lęk należy do puli emocjonalnych przypraw uczty życia, którą dostajemy w pakiecie urodzeniowym. Wraz z agresją należy do naszej naturalnej, niezbędnej do przetrwania wyprawki na życie, zwanej instynktem samozachowawczym. Wszystkie funkcje tego instynktu uruchamiają się automatycznie w odpowiedzi na odpowiednie bodźce. W sytuacjach zagrożenia agresja i lęk są po to, by ratować nam życie. To dwie strony tego samego medalu. Duże zagrożenie budzi lęk. Zagrożenie, z którym potrafimy sobie poradzić, budzi agresję. Nie jest więc dobrym pomysłem chemicznie blokować ten mechanizm. U ludzi alarm lękowy ma wysoką czułość – łatwo się uruchamia. Musi tak być, bo rodzimy się kompletnie bezradni, zdani na opiekę dorosłych. Lęk jest więc pierwszym silnym doznaniem emocjonalnym. Jeżeli jest intensywny, może zostawić trwały ślad w psychice i w neuronalnej strukturze mózgu – zwany jest wtedy traumą. Efektem tego jest nadzwyczajne lękowe wyczulenie na sytuacje podobne do tej pierwotnej. W pierwszej fazie życia traumę może powodować silny, powtarzający się ból, wygłodzenie, zamknięcie, brak reakcji otoczenia na płacz, agresywne zachowanie opiekunów. Czasami nasilenie traumatyzujących bodźców wyzwala obronną reakcję zablokowania funkcji lękowej, tworząc tzw. psychopatyczne dostosowanie. Wtedy instynkt samozachowawczy demonstruje się wyłącznie w postaci agresji. Ktoś taki nie odczuwa lęku, co często kończy się źle, np. wypadkiem drogowym na skutek przekroczenia limitu szybkości. Towarzyszy temu odczucie pustki emocjonalnej, bo wraz z lękiem zablokowana zostaje zdolność do empatii. Taka osoba karmi się emocjami innych i stara się je wzbudzać. Najbardziej jej smakuje to, czego jej brakuje, czyli lęk.

Jakoś nie mam wrażenia, że nasi czytelnicy wyrzucają teraz leki do toalety, myśląc: „Lęk jest dobry! Ostrzega mnie!”.

Zastanówmy się, czy nasilająca się epidemia lęku jest spowodowana nieadekwatnym przesterowaniem ludzkich mechanizmów obronnych, czy też kierunek, w jakim rozwija się cywilizacja, powoduje coraz większe zagrożenie? Tę drugą hipotezę potwierdza narastająca liczba chorób cywilizacyjnych. Ale też w naszej kulturze, w tradycji wychowawczej i w narracji religijnej istnieje olbrzymi obszar strachów. Lęk jest najczęściej używanym narzędziem wychowawczym i marketingowym. Jeśli chcemy szybko kontrolować zachowanie dziecka lub konsumenta, najlepiej go czymś nastraszyć, a potem zaofiarować coś, co zredukuje ten lęk. Wiele szkód czyni od wieków czarna pedagogika religijna oparta na straszeniu diabłem, piekłem, gniewem bożym itp. Analogicznej narracji używa marketing farmaceutyczny, zastępując diabła bakteriami i wirusami. Stąd biorą się nerwice polegające na obsesji czystości i kontroli, w tym hipochondria.

„Długo Kościół głosił wiarę ulepioną z lęku. Wszystko obracało się wokół paradygmatu winy i kary zamiast rozwoju i pełni” – mówił włoski zakonnik Ermes Ronchi podczas rekolekcji z udziałem papieża Franciszka [„Tygodnik Powszechny” nr 27(2016), „Prawdy znikąd”].

Strażnikiem moralności i przyzwoitości nie może być strach. W najlepszym wypadku skłania on do posłuszeństwa, częściej do uległości, konformizmu i hipokryzji. Moralność i przyzwoitość są autentyczne, gdy stają się dla nas wartościami samymi w sobie, upragnionym stanem ducha. Wszyscy wiemy, że ludźmi zalęknionymi łatwiej manipulować. Lęk i strach wyłączają zdolność do szukania kreatywnych rozwiązań, skłaniają do poszukiwania pozornego bezpieczeństwa w postawach konserwatywnych. Gotowi jesteśmy poddać się dyktaturze, wierząc, że jest naszą tarczą, a nie łańcuchem.

Usłyszałam kiedyś: „Klaustrofobia? Rodzice nadmiernie ograniczali i straszyli. Lęk wysokości? Ojciec był zbyt krytyczny. Fobia pająków? Niezgoda na własny twórczy potencjał…”.

To trafne obserwacje. Takie połączenia często występują, ale nie zawsze. Jeśli się je odkryje i przepracuje, to można się fobii pozbyć. Ale lęki mogą też być dziedziczone w systemie rodzinnym. I jeśli nasza mama czy tata widzieli wokół tylko zagrożenia, to zaindukowali nas lękiem, zazwyczaj neurotycznym, a więc będącym fałszywym sygnałem zagrożenia, blokującym nam dostęp do radości życia i wymagającym psychoterapii, a czasem tłumienia objawów tabletkami.

Czy fobie poddają się psychoterapii, czy tylko lekom?

Psychoterapia fobii jest trudna. Szczególnie gdy jest to stara fobia i zdążyła spowodować wtórne problemy. Na przykład klaustrofobia trwale zaburza funkcję oddechową, co polega na nieświadomej tendencji do zatrzymywania powietrza w płucach, na wypadek gdyby było go za mało w jakimś ciasnym miejscu. W rezultacie płuca nie są prawidłowo wentylowane, co powoduje uczucie przyduszenia, które nakręca lęk… Żeby pomóc, trzeba namierzyć źródło fobii, ale też mitygować negatywne oddziaływanie problemów wtórnych.

A gdy nie uda się namierzyć przyczyny fobii?

Wiele nowych szkół i technik terapii stara się otwierać głęboko ukryte lub zablokowane obszary pamięci. Niektóre z nich opierają się na formach transu hipnotycznego, inne na pamięci ciała, a nawet dotarciu do zbiorowej pamięci systemu rodzinnego czy do pamięci traumatycznych zdarzeń.

Ale fobie to nie wszystko, co nas straszy?

Można mieć do czynienia z uogólnionym lękiem, który może wynikać z przeciążenia pracą, odpowiedzialnością, kłopotami, czyli być skutkiem wypalenia energetycznego – spadku poziomu energii poniżej poziomu, który pozwala radzić sobie z życiem. Wtedy budzimy się między 3 a 5 rano z uczuciem silnego niepokoju. Innym źródłem uogólnionego lęku może być przeciążenie podprogowymi bodźcami lękowymi, takimi jak: hałas, nadmiar światła, smog elektromagnetyczny, zła jakość powietrza, ruch uliczny, dominacja maszyn, samotność, nieprzewidywalność zmian, poczucie braku elementarnej kontroli, zatłoczenie, agresywne emocje, spojrzenia i język spotykanych ludzi oraz złowrogie doniesienia medialne. Bo media – podobnie jak reklama i marketing – żerują na naszych naturalnych odruchach lękowych. Wiedzą, że to, co budzi lęk, przykuwa uwagę nawet na dłużej niż seks.

Czyli życie w wielkich miastach i szumie medialnym okazuje się lękotwórcze?

W wielkich miastach nagromadzenie tego, co obce i potencjalnie groźne, jest ogromne, niewspółmierne do komfortu i bezpieczeństwa, jakie odczuwają ludzie żyjący poza miastem, we wspólnotach znających się czasami od pokoleń. Tak więc nasze uporczywe poszukiwanie komfortu i bezpieczeństwa w miastach otoczonych murami, ze strażnikami u bram, z dala od lasów i dzikich zwierząt, z dala od pól i ogrodów, wyprowadziło nas na manowce. Boimy się coraz bardziej. To dowód na to, że z lękiem, podobnie jak z innymi negatywnymi emocjami, trzeba się zmagać wewnętrznie, a nie zewnętrznie.

Jest też lęk przed bliskością opisany m.in. przez Janet G. Woititz. Zdaniem terapeutki powodem, dla którego nie potrafimy budować szczęśliwych związków, jest to, że byliśmy wychowywani przez rodziców uzależnionych, stosujących przemoc, bo wówczas z domu wynosimy przekonanie, że bliskość naraża na ból i poniżenie. A więc uciekamy przed nią, nieświadomie psując ważne dla siebie relacje.

Tak, to częsty rodzaj lęku. Rozprzestrzenia się jak epidemia w wielu systemach rodzinnych. Złe wzorce mają wielką żywotność. Innym i równie częstym lękiem jest lęk narcystyczny. Boimy się wtedy, że bliskość nas zdemaskuje, obnaży naszą słabość, ujawni jakiś nasz deficyt. Narcystyczny lęk zakorzenia się w naszym sercu, gdy rodzice nas albo nadmiernie wychwalają, albo nieustannie krytykują, nie zadając sobie trudu, aby nas poznać i zrozumieć. Przez to nie dowiadujemy się od nich, jacy jesteśmy, jakie są nasze słabe i silne strony. Dowiadujemy się tylko, że nie dorastamy do jakiegoś nieosiągalnego wzorca, albo podejrzewamy, że pochwały i zachwyty, które słyszymy, są nieszczere i nadmiarowe lub wynikają ze zbyt niskich wymagań. Potem – czasami przez resztę życia – czujemy się niepewni siebie i swojej wartości. Więc w pocie czoła budujemy wymyślony wizerunek. Miłość i bliskość, które nas przerażają jako demaskujące, staramy się zastąpić podziwem, uległością i opartym na strachu respektem. Jesteśmy gotowi do zachowań destrukcyjnych i agresywnych, do ośmieszania kochanej osoby, odrzucenia jej, byle tylko uchronić swój wizerunek.

Więc skrzywdzeni nie są tylko ofiarami, ale i katami?

Pierwszym krokiem do leczenia własnego poczucia krzywdy jest zdanie sobie sprawy z tego, że my też krzywdzimy innych. Lęk przed bliskością każe nam nieświadomie krzywdzić partnerów naszymi podejrzeniami o nielojalność i zdradę. Tego właśnie się boimy i zamiast wziąć za niego odpowiedzialność i zacząć szukać jego prawdziwych powodów, robimy wszystko, aby go uzasadnić. Zamęczamy więc partnera podejrzeniami i niesprawiedliwymi oskarżeniami. Aż w końcu osoba, która nas kochała, umęczona odejdzie lub rzeczywiście zdradzi. Wtedy naszymi własnymi rękami doprowadzamy do tego, by nasz skrypt ofiary potwierdził się, i zostajemy sam na sam z naszym przekonaniem o strasznym świecie bez miłości. Tak objawia się lęk przed bliskością i miłością.

Mnóstwo lęków nas atakuje i pewnie dlatego tak wielu ludzi przyjmuje leki przeciwlękowe.

Tak, ale żeby dopełnić listę, trzeba wspomnieć o lęku egzystencjalnym. To lęk zakorzeniony w poczuciu braku sensu istnienia, braku życiowej misji. Większość z nas zamiast zabrać się do poszukiwania sensu, zagłusza ten lęk zapracowywaniem się, kupowaniem, lansem, przyjemnościami. Ale to na nic się nie zdaje. Bo potrzeba sensu to niezbywalny element naszej natury. W czasie życia jednego pokolenia utraciliśmy wiele tradycyjnych sensów obecnych od wieków w ludzkim życiu. Większość z nas nie jest już częścią wielopokoleniowej rodziny, nie czuje się dziedzicem heroicznej historii ani członkiem dumnej narodowej wspólnoty czy nawet uczestnikiem boskiego planu. Świat się zmienia coraz szybciej, mity i ideologie runęły, politycy, przywódcy i duszpasterze się skompromitowali, więzi międzyludzkie stają się coraz bardziej kruche – są więc powody, by czuć się zagubionymi i samotnymi. Jak się w tym odnaleźć? Z bezradności i lenistwa wolimy sięgać po stare, anachroniczne metody, ideologie i rozwiązania. Więc stajemy się ideologicznymi dogmatykami, religijnymi fundamentalistami, politycznymi populistami, nacjonalistami, rasistami i Bóg wie czym jeszcze – byle tylko nie zadać sobie fundamentalnych pytań, nie zmierzyć się z wewnętrznym, trudnym poszukiwaniem odpowiedzi.

Więc co jest sensem, który pozwala przekroczyć lęk egzystencjalny?

Początkiem drogi okazuje się pokorne przyznanie, że „wiem, że nic nie wiem”, i niestrudzone poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kim jestem – takiej, która nie daje się zakwestionować. Doświadczenie mędrców i świętych potwierdza, że tylko to uwalnia nas od wszelkiego lęku.

 

WOJCIECH EICHELBERGER

psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca
i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »