fbpx

To, co mówisz ma znaczenie

To, co mówisz ma znaczenie
fot.123rf

Pozytywne nastawienie to jedno, drugie – jego odzwierciedlenie w słowach. Wspólnie z psycholog Marleną Kossakowską dociekamy, dlaczego czasem mylnie interpretujemy to, co słyszymy, i czy mówienie dobrze o sobie i innych procentuje.
Obejrzałam w Internecie film: na jednym z warszawskich placów stała młoda dziewczyna z tekturową tablicą, na której napisane było wielkimi literami: JESTEŚ SUPER. Ta dziewczyna pokazywała napis przechodniom i jeszcze na głos powtarzała: „Jesteś super!”.
To niewiarygodne, jak ludzie reagowali – jedni uśmiechali się i szli dalej, inni odwzajemniali komplement, jeszcze inni przytulali się do niej. Słowa mają ogromną moc!

Słowa znaczą. Za ich pośrednictwem możemy przekazać innym swoje myśli, wrażenia, emocje. Dobre słowa, zwłaszcza te wypowiedziane we właściwym momencie, mogą sprawiać cuda. Wyznanie: „Kocham cię” wywołuje uczucie uniesienia i pociąga za sobą poważne konsekwencje: ci, którzy je wypowiadają, biorą na siebie dużą odpowiedzialność. Słowa przysięgi i obietnic również zobowiązują do konkretnych postaw i działań. Dobre (czyli spełniane i spełnione) obietnice, dobre słowa mają moc uzdrawiania.

Na drugim biegunie są słowa negatywne. O ich wpływie na naszą psychikę mówi eksperyment, jaki przeprowadzono w latach 80. – setki napisów ze słowem WAR (wojna) pojawiły się w jednej z dzielnic dużego miasta. Po paru tygodniach odnotowano zwiększoną ilość zwolnień lekarskich na nerwice, zmniejszoną obecność ludzi po zmroku i nastroje nietolerancji wobec obcych. A wcale nie było realnego zagrożenia wojną…

Słowa potrafią też niszczyć. A my mamy tendencję do odpowiadania, czyli po prostu na nie reagujemy. Przekaz może być symboliczny, ale nawet taki ma konkretne znaczenie, na które reagujemy, bo jesteśmy – na ogół – empatyczni, a nie egocentryczni.

Ale co jest pierwsze – percepcja czy słowa? A może to się miesza? Mówimy to, w co wierzymy, czy wierzymy w to, co mówimy?

Z rozwojowego punktu widzenia, na początku jest percepcja, ona ma miejsce na poziomie psychofizjologicznym, poprzez wszystkie zmysły, które odbierają rzeczywistość. Potem uczymy się słów, które są nierozerwalnie związane z naszym stanem emocjonalnym. Czyli jeśli dziecko po raz pierwszy dostaje do zjedzenia kwaśne jabłuszko i ma na nie reakcję emocjonalną, to rodzic może poprzez słowa nadać tej sytuacji znaczenie – pozytywne (np. „Jabłuszko jest bardzo zdrowe”) bądź negatywne („Jakie to kwaśne”), zwłaszcza gdy doda do przekazu werbalnego komunikat niewerbalny, np. skrzywi się, wyrazi uczucie niesmaku. W ten sposób dziecko uczy się postrzegać jabłko albo jako cenne, choć trochę kwaśne, albo niesmaczne, bo kwaśne. Zatem najpierw jest percepcja, a potem nadanie znaczenia, na które składają się także np. komunikaty kulturowe, geny, czynniki zewnętrzne – ale bardzo dużo zależy później, w dorosłym życiu, od tego, jak my sami widzimy i interpretujemy świat. Nawet jeśli w jakiś sposób zostało nam to już wdrukowane czy zaproponowane.

Można powiedzieć, że żyjemy w takim świecie, jakim go sobie wyobrażamy czy opisujemy słowami?

Tak. Psychologia pozytywna zakłada, że my sami, intencjonalnie, poddajemy rozumowi takie odbieranie świata, jakie chcemy, i sami możemy je zmienić.

I tu się zaczynają schody, gdyż często używamy słów nawykowo, operujemy określonym zasobem, niespecjalnie się nawet zastanawiając nad znaczeniem.

To może nieść ze sobą konsekwencje w relacjach. Czasami nie wiemy, dlaczego kogoś lubimy albo nie lubimy, coś nam po prostu „nie pasuje” i taką prawdziwą postawę ujawniamy w przykrych słowach.

W jaki sposób możemy włączyć świadomość? Jak usłyszeć, co mówimy i w jaki sposób mówimy?

Trzeba zastanowić się nad tym, jakie mamy intencje, gdy coś mówimy. Podejść do języka w sposób dosłowny i sprawdzić, jakich w związku z tym zamiarem używamy słów oraz uprzytomnić sobie, co dane słowa naprawdę oznaczają. Doradzałabym też używać jak najmniej podtekstów, lepiej wyrażać czyste intencje, niech słowo znaczy słowo, wówczas jest szansa, że zostanie odczytane w sposób dosłowny, czyli zgodnie z intencją.

Oprócz intencji liczy się chyba też to, KTO do nas mówi? Jaką ma w naszym życiu rangę. Opinie ważnych dla nas osób bardziej cieszą, ale też bardziej ranią.

Jeśli ludzie mówią różne przykre rzeczy, to robią to zazwyczaj z własnych powodów, to nie my jesteśmy odpowiedzialni za ich słowa. I tę odpowiedzialność trzeba umieć oddzielić. Odpowiedzialność innej osoby od własnej. Jeżeli mamy tendencję do bycia zależnym od innych, od tego, co i kto mówi do nas (czasem to kwestia wychowania, a czasem dziedziczenia), wówczas chętniej uwierzymy w czyjeś negatywne sugestie na nasz temat. Jednak jeżeli jesteśmy osobami bardziej niezależnymi, autonomicznymi od innych, będziemy potrafili oddzielić nasz udział w porażce od nienawistnych komunikatów ze strony ludzi. Zaczniemy wówczas polemizować z nienawistnym komunikatem lub przestaniemy się z taką osobą kontaktować, bo uznamy, że nam szkodzi. W dorosłym życiu sami dobieramy sobie przecież ludzi, z którymi chcemy się kontaktować. Gdy słowa nas ranią czy niszczą, musimy o siebie zadbać. Zwłaszcza w czasach hejtowania powinniśmy nauczyć się radzić sobie z komunikatami, które z gruntu są krzywdzące, nieprawdziwe, nieprzyjemne i nieżyczliwe. Nauczyć się dbać o siebie to bardzo ważna kompetencja w czasach nienawiści.

Jak to zrobić?

Jest parę sposobów, ale to problem dość złożony. Po pierwsze, należałoby nauczyć się dystansu do tego, co ktoś mówi, by pozostawić ten komunikat nadawcy takim, jaki on jest – czyli nie brać go do siebie.

Czyli: „To nie jest moje, to jest twoje”?

Po pierwsze, ludzie często nie liczą się z tym, jak dana osoba się poczuje, jak coś odbierze – ważne dla nich jest to, że wyrazili swoją frustrację. My możemy się jedynie odseparować, oddzielić, pozostawić to przy nich.

Po drugie, sami chętnie przypisujemy intencje innym, zwłaszcza te negatywne. Dobrze jest więc wyłączyć takie myślenie, nie szukać powodów i interpretacji, lecz pozostawić nienawistne słowa na etapie: „nie wiem, dlaczego on/ona tak powiedział/a”. Bo snucie domysłów jedynie nas napędza i wpadamy w zły nastrój, który potrafi długo trzymać. Dlatego trzeba powiedzieć: „Stop, nie myślę o tym więcej, bo nie wiem tak naprawdę, co się stało”.

Po trzecie, skoncentrujmy uwagę na czymś innym. Polecam relaksację, świadome oddychanie, zajmowanie się czymś przyjemnym.

Może pomaga też przebywanie z kimś życzliwym, wspierającym?

Tak, ważne jest zadbanie o swoje pozytywne emocje. Samotroska czy współczucie do siebie jest kolejnym krokiem do tego, by radzić sobie ze złymi, negatywnymi komunikatami – stańmy się dla siebie czuli. To dbanie może się odbywać także na poziomie ciała – można się pogłaskać po twarzy, po brzuchu (tam gdzie są tkanki miękkie) czy przytulić do partnera jak dawniej w dzieciństwie przytulaliśmy się np. do rodziców, gdy było nam źle.

A jak zacząć o sobie myśleć dobrze, jak przefiltrować te komunikaty nas samych do siebie?

Dobrze jest pomyśleć o sobie jak o kimś, kto ma wiele mocnych stron. Trzeba tylko te zasoby w sobie odszukać, przypomnieć je sobie i myśleć o nich w perspektywie przyszłości. Na przykład jeśli wiem, że jestem odważna, to tej cechy użyję, kiedy zwrócę się do szefa o podwyżkę. Trzeba robić plany, myśląc o sobie dobrze.

Nie z poziomu lęku („nie wiem”, „nie umiem”, „nie poradzę sobie”), tylko wiary w siebie?

Z poziomu „Wiem, kim jestem, czego potrzebuję, ale szanuję też perspektywę innych osób”.

Czy można powiedzieć, że język życzliwy jest zaraźliwy? Czyli, że gdy my będziemy mili, świat prawdopodobnie odpowie nam tym samym?

Generalnie tak, pod warunkiem że druga osoba ma dobrą wolę, jest nastawiona pozytywnie i chciałaby komunikować się podobnie. Wie, że to jest dobre, bo sama tego doświadczyła. Gorzej, jak ktoś pielęgnuje w sobie poczucie krzywdy, na życie patrzy z perspektywy ofiary, szuka zemsty – wtedy ta komunikacja będzie trudna.

Co wtedy? Przecież nasz wpływ na innych jest ograniczony. Jeśli mamy w bliskim otoczeniu, np. w pracy, osobę, która wiecznie narzeka, jej nastrój nam się udzieli, bo negatywny komunikat będzie nieustannie powtarzany.

To ważna kwestia. Możemy spróbować rozwiązać to na dwa sposoby – odciąć się psychologicznie, jeśli nie możemy fizycznie, lub kierować uwagę tej osoby na rzeczy bardziej pozytywne, ale przy zachowaniu jej autonomii. Czyli w taki sposób, by to ona je zobaczyła, np. „Gdy tak mówisz, robi mi się smutno, zaczyna mnie głowa boleć, byłoby nam lepiej, przyjemniej i weselej w miejscu pracy, gdybyśmy rozmawiali też o przyjemnych sprawach, o dobrych rzeczach, które nam się zdarzają”. Mój szef, gdy mnie spotyka, pyta się zawsze: „Co dziś dobrego u ciebie słychać, Marlena?”. Trzeba kierować uwagę na rzeczy bardziej pozytywne. Sugerować, że rzeczy dobre też istnieją. To może być długa praca, ale się opłaci. Umiejętność dostrzegania nawet drobnych przyjemności, wzmacnianie pozytywów wpływa na jakość życia, dobrostan, na szczęście. Jeśli jednak nie da się wpłynąć na poprawę atmosfery w pracy, to pozostaje nam jeszcze zadbać o siebie.

dr Marlena Kossakowska psycholog kliniczny i zdrowia na Uniwersytecie SWPS w Sopocie, kierownik studiów podyplomowych z zakresu psychologii pozytywnej w Sopocie i we Wrocławiu

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze