Każdy czas jest dobry na zmiany!

Każdy czas jest dobry na zmiany!
Agata „Endo“ Nowicka

Zmiana… Czy Polacy uważają ją za coś dobrego, czy złego? O tym, że ludzie z natury bardzo boją się zmian, bo one kojarzą im się z utratą poczucia bezpieczeństwa Anna Maruszeczko przekonała się, podróżując po Polsce z niebieską kanapą w ramach kampanii „Let it out. Uwolnij emocje”. O swoich życiowych zakrętach, które często były przyczyną zmiany w zachowaniach czy postawach, na kanapie opowiadali m.in.: młoda kobieta, która niedawno zmieniła swój zawód; zakochana para optymistycznie nastawiona do życia oraz rozwódka. Socjologiczny eksperyment pokazał przede wszystkim, że jak już przejdzie się przemianę, to człowiek dalej chce się zmieniać, a dzięki temu poprawia się jakość jego życia.

Przemiana

Moja „wielka podróż niebieskiej kanapy” i rozmowy o emocjach w życiu naszym powszednim – o tym, jak dajemy się im zniewolić, jak słabo je identyfikujemy albo jak nie umiemy ich uwolnić – często kończyły się wyznaniem o rozpoczętej pracy nad sobą. Ludzie z natury bardzo boją się zmian, bo one kojarzą im się z utratą poczucia bezpieczeństwa. Jednak, gdy je przeżyją, dalej chcą się zmieniać, doświadczają wewnętrznej przemiany i poprawia się jakość ich życia.

Obserwacje

(Wrocław) Młoda kobieta, mama dwójki dzieci, kilka lat temu zmieniła zawód. Teraz robi to, co lubi – zajmuje się wizażem. „Jestem bardzo emocjonalna. Narodziny dziecka, pies samotnie idący ulicą, gesty życzliwości… – takie rzeczy wzruszają mnie do łez, wtedy puszczają uszczelki“ – śmieje się.

– A często spotykasz się z życzliwością?
– Całkiem często. I to ze strony młodych ludzi. Dziś łzy zakręciły mi się w oczach, gdy pewiem młody człowiek, widząc, że nie radzę sobie z obsługą bankomatu, życzliwie wszedł do akcji. Zupełnie spontanicznie. Gdy targam ciężką walizkę z pociągu do pociągu, też zawsze znajdzie się ktoś, kto mi pomoże. Wtedy się rozklejam.
– Częściej płaczesz czy się śmiejesz?
– Częściej się śmieję, bo wiem, że wtedy więcej radości przyciągam do siebie.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Czasem, gdy spotyka mnie coś przykrego, napada mnie smutek. Jednak bardziej się przejmuję, gdy u siebie widzę jakieś niedoskonałości, bo tym samym widzę ogrom pracy nad sobą, jaki mnie jeszcze czeka. Z drugiej strony mam świadomość, że jeszcze dużo życia przede mną…

– Czyli ty cały czas pracujesz nad sobą…
– Tak. Zdecydowanie.
– Zawsze tak było?
– Nie.
– Coś się wydarzyło?
– Spotkałam jednego człowieka… który uwierzył we mnie. Potrafił obudzić we mnie to, co najlepsze, poruszył uśpiony potencjał. On taki już jest, że chce i umie zobaczyć w ludziach to, co twórcze i dobre. Sam dużo w życiu przeszedł, może dlatego udaje mu się pomagać innym. I to był przełom. Ten mężczyzna do tej pory jest dla mnie kimś w rodzaju życiowego mentora, chociaż jest też przyjacielem.
– W jakim momencie życiowym wtedy byłaś?
– Miałam już rodzinę, urodziłam drugie dziecko, córeczkę, i byłam na rozdrożu. W mamie – bardzo ją kocham – nie miałam powierniczki. Ona była zamknięta w sobie. Zawsze z książką w ręce. Sama nie miała łatwego życia – straciła mamę w wieku siedmiu lat i pewnie dlatego miała problem z okazywaniem mi miłości. A ja chyba z tego deficytu matczynej tkliwości stałam się nademocjonalna i nadwrażliwa w stosunku do swoich i innych dzieci…

Chciałam coś zmienić w swoim życiu. Zaczęłam uczyć się satysfakcji z dawania.

– „Bo życie nie tylko po to jest, by brać…“
– W życiu chodzi o coś więcej. Dotarło do mnie, że nie mogę skupiać się tylko na tym, co ja robię, trzeba doceniać towarzystwo, obecność drugiego człowieka, warto mieć świadomość, że od każdego można się czegoś nauczyć. I ja się uczę, ale nie tylko od swojego mentora, także od swojego męża i od swoich dzieci. Myślę, że one przyszły na świat, by mnie czegoś nauczyć.
– Lubisz to, co robisz?
– Kocham! To moja pasja. Mój wybór.
– Nie każdy ma to szczęście.
– U mnie też nie zawsze tak było. Jako dziewczynka marzyłam o tym, by być chirurgiem, stewardessą… ale rodzice wybrali mi praktyczny zawód. A ja się zgodziłam, by nie sprawiać kłopotu. Kiedyś w ogóle w siebie nie wierzyłam – to było wręcz coś w rodzaju psychicznego samookaleczania się, poczucie własnej wartości poniżej zera.

 

Do tego jeszcze zatruwałam sobie życie ciągłym porównywaniem się do innych.

– W końcu wrociłaś do marzeń…
– Urodziłam dwójkę dzieci i poczułam, że muszę coś ze sobą zrobić. A jak człowiek szuka, to się drzwi otwierają…
– „Choroba“ minęła?
– Całkiem nie minęła. Pracuję nad tym. Staram się doceniać swój najmniejszy sukces, najbardziej prozaiczny, choćby przyjazny uśmiech do sąsiada, jakim go obdarzam na dzień dobry, choć nie mam na to ochoty (nie ze względu na sąsiada, lecz na swój nastrój). W dzieciństwie zwykle jesteśmy krytykowani, przeważnie nieświadomie, przez rodziców. I potem żyjemy po linii najniższego oporu, by się nikomu nie narażać. Kiedyś byłam krytykowana także za wygląd, za piegi.
– Teraz zajmujesz się wizażem…
– To ma związek. Moją pasją jest wyciąganie wewnętrznego piękna z człowieka. Chcę, by każdy, kto do mnie trafi, dobrze się poczuł. Kiedyś na koloniach jakiś wychowawca widząc, że jestem nieszczęśliwa, powiedział mi, że piegi na twarzy są jak gwiazdy na niebie. Jego słowa dźwięczały mi w uszach i ukazały sytuację w zupełnie nowym, pozytywnym świetle.
– Masz swoje życiowe motto?
– ??? Relacje. Kontakty z ludźmi. Słuchanie, obserwowanie. Zwłaszcza dzieci. One są takie kruche, nawet te odbierane przez otoczenie jako złe czy złośliwe – trzeba uważać z ich emocjami.
– Co byś u siebie poprawiła?
– Popracowałabym nad swoimi reakcjami – by były adekwatne do sytuacji – i nad spójnością swoich zachowań. Jednak myślę, że człowiek, przy całej świadomości, ile ma jeszcze do zrobienia, powinien się czasem zatrzymać i docenić to, do czego doszedł, co już zdołał wypracować.

Konsultacje

Anna Maruszeczko: Czy praca nad sobą, doskonalenie się, rozwój osobisty powinny towarzyszyć człowiekowi całe życie?

 – Lucyna Wieczorek: Nie ma wyjścia. Organy nieużywane ulegają zanikowi…
– A.M.: Nigdy dość? Ludzie często mówią: „Ja już się nie zmienię. Za późno na zmiany, w moim wieku…“.
– L.W.: Warto pamietać, że zmiany nie da się dokonać siłą, a początkiem zmiany jest całkowite zaakceptowanie tego, co jest tu i teraz, zobaczenie, poczucie, jak jest teraz. To daje punkt odbicia. Widząc, gdzie jesteśmy, możemy wybrać najlepszy kierunek dalszej drogi. Zmiana bez „poczucia“ siebie takim, jakim się jest, będzie raczej powierzchowna, będzie bardziej ucieczką od tego, czego w sobie nie lubimy, albo pogonią za wyobrażonym szczęściem, a nie prawdziwą transformacją, której potrzebujemy w naturalnym procesie rozwoju.

W każdym wieku można dokonać zmiany, a im więcej ćwiczymy, tym nasz mózg jest bardziej plastyczny, tym mniej przerażają go zmiany. Możemy jak taoiści dojść do wniosku, że jedyną pewną rzeczą w naszym życiu jest to, że niczego pewnego nie ma – pewna jest tylko zmiana.

– A.M.: Moja bohaterka mówi: „…nie mogę skupiać się tylko na tym, co ja robię, trzeba doceniać towarzystwo drugiego człowieka“. Nie można rozwijać się samemu?
-L.W.: Można, ale w pewnym momencie zaczynamy czuć potrzebę wymiany i kontaktu z drugą osobą – to naturalny etap rozwoju, w którym przestajemy się skupiać tylko na „ja“. Nie wystarcza nam, kiedy mamy cały sklep z zabawkami dla siebie, po jakimś czasie chcemy go komuś pokazać, z kimś się pobawić, a w kolejnym etapie chcemy, żeby ta druga osoba dobrze się z nami czuła. Są też koncepcje psychologiczne, które mówią o tym, że nasze największe zranienia powstają w relacjach z innymi i tylko w relacjach mogą zostać uleczone.

– A.M.: Czy to takie złe, że ludzie porównują się do innych?
– L.W.: Porównywanie samo w sobie może być niewinne – może być wyrazem zaciekawienia światem, innymi ludźmi. Pytanie, co my z tym porównaniem potem robimy, do czego nam służy uzyskana w ten sposób wiedza. Jakie kryteria czy klucz stosujemy w czasie porównywania? Czy dotyczą wyglądu, statusu społecznego, życiowych osiągnięć, naszych zachowań?

– A.M.: Niektórzy marnują na to mnóstwo życiowej energii…
– L.W.: Niestety, i szkoda. Mało jest osób, które byłyby w identycznej życiowej sytuacji, a tylko wtedy porównywanie byłoby uczciwe. Można by porównywać osoby, które wychowały się w tej samej rodzinie, w tym samym czasie, mające takie same DNA, talenty, ograniczenia itd. Porównywanie siebie do innych jest jak porównywanie jabłek do śliwek czy ogórków. Możemy to robić, tylko po co? Niektórzy mówią, że porównywanie się z innymi, szczególnie z tymi z okładek gazet, to świetna recepta na pogorszenie samopoczucia, więc jeśli ktoś szuka tego typu wrażeń, to nic, tylko sięgnąć po kolejny kolorowy magazyn.

– A.M.: Dziś usłyszałam fragment wiersza Czesława Miłosza: „Nie znam nikogo, komu mógłbym zazdrościć“. On może też kiedyś wpadał w tę pułapkę porównywania?…
– L.W.: Piękna świadomość. Nie wiem, czy wpadał w taką pułapkę, ale – jak czytamy – jest możliwe, aby być wolnym od takich myśli. To od nas zależy, kogo wybieramy, aby nas inspirował – to może być noblista, babcia, bohaterowie dnia codziennego albo gwiazdy ekranu, czy raczej nasze o nich wyobrażenia. To, do kogo się będziemy porównywać, będzie miało wpływ na to, jak się będziemy czuć.

?>