1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Nie możemy zajść w ciążę - jak starania o dziecko wpływają na związek?

Nie możemy zajść w ciążę - jak starania o dziecko wpływają na związek?

Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty (fot. iStock)
Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty (fot. iStock)
Co czwarta para w Polsce ma problem z zajściem w ciążę. A im bardziej tego chcą, tym bywa trudniej. Jak sobie radzić z niepokojem i przerażeniem, gdy mimo starań nic z tego nie wychodzi – wyjaśnia seksuolog Krzysztof Korona.

Wydaje się, że seks zupełnie już oddzielił się od prokreacji. A tu nagle jak grom z jasnego nieba spada na nas niechciana ciąża albo wprost przeciwnie, dojrzeliśmy już, by mieć dziecko, a tu nic. Dane statystycznie mówią, że co czwarta, piąta para w Polsce ma problem z zajściem w ciążę. Partnerzy są pod presją, bardzo chcą dziecka, ale im bardziej chcą, tym bardziej się nie udaje. Generalnie ludzie mają coraz mniej dzieci i rodzą się one coraz późnej. To ostatnie nie sprzyja prokreacji. Ilość stosunków, które doprowadzają do zapłodnienia i ciąży, jest nieproporcjonalnie duża wobec szans na poczęcie dziecka. W przeszłości obwiniano za to wyłącznie kobiety. W teorii ukrytej owulacji pada stwierdzenie, że prakobiety w przeciwieństwie do innych samic dających reprodukcyjny komunikat swym wyglądem i zapachem w okresie rui zaczęły świadomie ukrywać przed mężczyznami jajeczkowanie. Mając zawsze gotowość do kopulacji, zaczęły przeżywać orgazm także w okresie niepłodnym, więc mężczyzna już nie wiedział, kiedy należy poruszać biodrami, by zrobić dziecko, a kiedy ów wysiłek jest zbyteczny. Współczesny człowiek uprawia seks tak często, bo ma orgazm, czyli rozkosz, co łączy i buduje więź z partnerem, daje fizyczne odprężenie, a czasami załatwia podwyżkę, awans lub prowadzi do zapłodnienia.

Gdy nie dochodzi do zapłodnienia, chociaż ludzie się o to starają, po czyjej stronie jest częściej „wina”? Z psychologicznego punktu widzenia wypowiadanie się na temat winy jest nieporozumieniem. Często się zdarza, że gdy ludzie starający się bezskutecznie o dziecko rezygnują z leczenia, kobieta niespodziewanie zachodzi w ciążę, bo stres związany z próbami poczęcia to jedna z częstszych przyczyn problemów z zapłodnieniem.

Słyszałem, że męskie nasienie też przeżywa kryzys. To prawda, szczególnie w Polsce jakość nasienia mężczyzn jest zła. Według badań sperma przeciętnego Polaka zawiera nawet pięć razy mniej plemników w porównaniu ze spermą Kanadyjczyka czy Fina. Strzelamy ślepakami. Dlaczego? Z chłopcami nie rozmawia się o szkodliwości palenia i picia alkoholu w kontekście zdrowych plemników. Nie mówi się: „Nie jedz czipsów, bo plemniki tłuszczem ci obrosną i nie dadzą rady wziąć udziału w rajdzie po złote jajo, którego drogi biegną po krętych ściankach pochwy i jajowodu, istnym torze przeszkód”. Polscy rodzice w dalszym ciągu razem z religijnymi ortodoksami wrzeszczą: „Nie ruszaj siusiaka”, podczas gdy inne nacje uczą chłopaków, jak badać sobie jądra i sprawdzać, czy nie ma na nich nowotworowego guza. Nie inaczej jest z dziewczętami. Gimnazjalistki nie wiedzą, że pochwa kobiety nie jest miejscem, do którego powinno się wlewać szampana dla zabawy. Stojąca na straży czystości polskiej waginy zdrowa flora bakteryjna nie daje sobie rady z atakiem grzybów pobudzonych przez sznurek stringów. Pada też ofiarą wybuchu brudnej bomby biologicznej, jeśli właściciel penisa nie dba o higienę. Polska pochwa za często jest w stanie zapalnym.

A stres, o którym się często mówi? Ma ogromne znaczenie. Tam, gdzie pojawia się lęk, biologia wyłącza funkcje rozrodcze. Swojego czasu w mediach było głośno o żyrafach, które przestają się rozmnażać z powodu stresu. Dotyczy to wszystkich zwierząt, w tym też człowieka. Kiedy obserwuję pary doświadczone przez dramat niepłodności, często okazuje się, że ci ludzie już wcześniej, zanim zaistniał ten problem, żyli w stresie, walcząc o przeżycie albo by mieć więcej. Nad większością młodych małżeństw, które powinny żyć w atmosferze miłości, spokoju, wisi jak topór kredyt i groza utraty pracy.

Dlatego też ludzie dzisiaj odwlekają ciążę, jak długo się da. Facet przekonuje, że jeszcze ich na dziecko nie stać, kobieta ma zawodowe ambicje, które ciąża może przekreślić. A czas ucieka i nagle dzwonią wszystkie dzwonki alarmowe, zaczyna się panika i pogoń za ciążą. Ani męska, ani żeńska rozrodcza aparatura nie znosi stresu i nacisków. Męska hydraulika jest delikatna, łatwo zawodzi, u kobiet może dojść do oziębłości seksualnej, problemów z orgazmem. Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty. Seks jest zaburzony walką o dziecko, ale po jego narodzinach też bywa zaburzony przez brak snu, czasu, brak czułości dla siebie nawzajem. Ciepłe emocje gromadzą się wokół nowo narodzonego. To zwykle mężczyźni czują się wtedy odtrąceni, dziecko zajmuje ich miejsce. Kobieta nie ma zazwyczaj zdrowia ani siły na seks.

Czy orgazm jest potrzebny do poczęcia? Biologicznie kobiecie potrzebny był orgazm głównie ze względu na to, by zaraz po stosunku nie wstawała, pionizacja doprowadzić mogła do wycieku nasienia. Zmęczenie wywołane orgazmem sprawiało, że przez pewien czas zmuszona była pozostać w pozycji horyzontalnej. Mówiliśmy już o tym, że polskie małżeństwa są pod presją różnych lęków, co w sposób oczywisty blokuje gotowość fizjologiczną do zajścia w ciążę. Nie da się dokonać aktu prokreacji na zawołanie, gdy teściowa puka w ścianę z pokoju obok, od tygodnia zaniepokojona brakiem miłosnych pomruków.

Jak często twoi pacjenci obarczają się winą za to, że nie mogą zajść w ciążę? Często. Ciężko im pomóc, szczególnie gdy spory doprowadziły już do zaburzeń libido czy erekcji. A pojawienie się miesiączki po próbach zapłodnienia przeżywane jest jak żałoba. Zaczyna się karuzela emocjonalna. I dramat. U kobiety pojawiają się wtedy objawy depresji. Zaczynają się kłótnie i konflikty. Seks przestaje być przyjemnością, staje się zadaniem do wykonania. Wtedy psychoterapia jest jedynym sensownym lekiem na lęk przed niepłodnością. Źle leczona niepłodność i nastawienie się pary na seks na godzinę powoduje rozpad relacji miłosnej. Nawet gdy uda im się zajść w ciążę, są tak poturbowani emocjonalnie, że ciężko potem sprostać stresom po narodzeniu dziecka.

Jeśli zajście w ciążę nie udaje się drogą tradycyjną, jest metoda in vitro, ale tu Kościół grozi palcem. Niemal 99 proc. moich pacjentów, którzy przychodzą w sprawie in vitro, ma dramatyczny problem moralny. Wysoka jest cena za potępienie tej metody przez Kościół katolicki. Przy poczęciu pojawia się o też lęk przed karą, która może być ukierunkowana na niewinne dziecko. Gdy para poddaje się procedurze in vitro w strachu, że skazują siebie i dzieci tak narodzone na potępienie, często zdarza się, że nie przynosi ona efektu. Tu znów namawiałbym do spotkania z psychologiem, który pomoże nam pozbyć się mechanizmów nerwicowych związanych z religią. Ale też w wielu przypadkach siła instynktu i pragnienie posiadania dziecka kruszy nasz światopogląd. Ważne, że nie mamy już kłopotu związanego z brakiem możliwości pozyskania nasienia i jest duża oferta środków farmakologicznych pomagających w zajściu w ciążę.

A co jeszcze przeszkadza? Błędy popełniane niechcący przez lekarzy. Niewłaściwa rozmowa z ludźmi starającymi się o dziecko może doprowadzić do dodatkowych niepokojów. Jeśli mężczyzna ma słabe plemniki, to nie znaczy, że zapłodniona nimi żona urodzi dziecko z wadami genetycznymi! Tak nie jest. Czasem przychodzi do mnie para w ciąży i mówi, że nie uprawia seksu, bo „boją się coś zepsuć”. Jeżeli masz wątpliwości i obawy, idź do ginekologa!

Teraz krótko: jak uprawić seks, żeby mieć dziecko? Należy mieć stosunek co dwa, trzy dni, optymalny moment do zapłodnienia jest na dzień lub dwa przed owulacją. Doradzam seks miłosny. Jak są problemy, należy sięgać po fachową poradę. I zachować spokój.

Krzysztof Korona: psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak w dzieciństwie kształtuje się nasza erotyczna wrażliwość?

Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Nie doceniamy wagi zmysłowych przeżyć z czasów dzieciństwa. A przecież one kształtują erotyczną wrażliwość, otwierają na doznania przyjemności, radości, ekscytacji. To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie – mówi Olga Haller, psycholog, terapeutka.

Co cię zafrapowało w temacie wczesnych doświadczeń seksualnych? Zajmując się kobiecą seksualnością w praktyce – mam na myśli doświadczenia z życia, terapii i warsztatów dla kobiet – odkryłam, jak bardzo brakowało mi łączności z tym właśnie okresem, że nie pamiętałam i nie doceniałam dziecięcych przeżyć dotyczących płci, a przede wszystkim jak się ich wstydziłam. I kiedy już pozwoliłam sobie na to, żeby je odkrywać, aż zaparło mi dech ze zdumienia, jak silne i radosne są to przeżycia, jaki w nich tkwi potencjał! Przez pryzmat tych odkryć zobaczyłam wyraźnie, że moja seksualność jest moja! Od urodzenia mam do niej prawo – moje ciało, wszystkie jego części bez wyjątku, wszystkie zmysły są uprawnione, żeby być! Mam je po to, żeby przeżywać kontakt ze światem, cieszyć się nimi!

Początek doświadczeń seksualnych kojarzymy najczęściej z okresem dojrzewania czy inicjacją seksualną. Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. Choćby na to, jak jesteśmy przyjmowani na świecie przez rodziców. To nie jest sprawa zamierzchłych czasów, że gdy przychodzi na świat chłopiec, dla ojca jest to powód do dumy, a matki czują, że wywiązały się z zadania. Na warsztatach spotykam się z kobietami, które mówią, jak bardzo pragnęły urodzić chłopca i jak bardzo bały się urodzić dziewczynkę. To znak, że taki przekaz nadal działa i wpływa na to, jak postrzegamy siebie – czy mamy poczucie, że to dobrze być dziewczynką, czy nie. Zaraz potem uczymy się, czy my same i nasze dziewczęce ciała zasługujemy na akceptację. Z większym przyzwoleniem na eksplorację ciała spotyka się niemowlę płci męskiej. Zabawy chłopczyka penisem budzą zwykle czułe uśmiechy i pobłażliwe napomnienia; dziewczynka, która wsadza paluszek do pochwy, spotyka się ze stanowczym zakazem zabarwionym silną nieakceptacją. Kontakt matki z niemowlęciem płci żeńskiej często aktywizuje jej własne lęki. Bardzo świadomie przygotowywałam się do porodu, a mimo to pamiętam przerażenie po urodzeniu córki, kiedy zobaczyłam jej powiększone naturalnie, z powodu moich hormonów, wargi sromowe. Nie śmiałam zapytać o przyczynę, sądziłam, że coś jest nie w porządku. Z nikim się tym nie podzieliłam. Nazajutrz z lękiem odwijałam pieluszkę i odetchnęłam z ulgą, kiedy to minęło. Kobiety, które odczuwają niechęć i lęk wobec własnych genitaliów, przekazują to dalej córkom. Wiele z nich ma poczucie, że wagina to część wstydliwa, a odczucia z nią związane nie nadają się do opowiadania. Nie można swobodnie jej mieć. A co dopiero z ciekawością poznawać i badać. Małe dzieci, gdy leżą, wierzgają nóżkami, otwierają je, pokazują krocze. U chłopca to w porządku...

...a u dziewczynki nie bardzo. No więc trzeba to zamknąć, zasłonić, nie widzieć tego sedna naszej płci.

A my potem nóżki razem, elegancko, jak przystoi kobiecie. I staje się to naszą drugą naturą. Wstydliwe zamykanie, ściśnięcie, powstrzymanie. Wydaje się to oczywiste w zachowaniu kobiety. Nie możemy być wyzywające, mamy być skromne. Chłopcy oglądają sobie siusiaczki, ściągają majtki, mówią o ciele i seksie, „świntuszą” – dorośli zwykle traktują to jako coś oczywistego – chłopcy są po prostu ciekawi, tak mają. A jak robią to dziewczynki, jest to naganne, fe, be, wstydziłabyś się. Dziewczynki bardzo wcześnie się uczą, że ciekawość tego, co dotyczy ciała, spotyka się z zakazem, jest nie na miejscu i powinny się jej wstydzić. A już na pewno tematy te nie powinny ich podniecać.

Jedna z kobiet opowiadała na warsztacie o swoich zabawach z koleżanką. Miały może pięć, sześć lat. Mizianie, łaskotki, zabawy w lekarza były wielką tajemnicą. Jeździły kiedyś rowerem i omal nie wpadły na wielkiego konia, który pojawił się na drodze. Sterczące uszy, grzywa na sztorc, płomień w ślepiach... Były przekonane, że zobaczyły diabła. Pognały do domu, upadły na kolana i modliły się, że już nigdy więcej nie będą robić „tych brzydkich rzeczy”. No właśnie, na konia zrzutowały lęki, które towarzyszyły tak przyjemnie podniecającej zabawie. Bawiąc się, przeczuwały, że kara się należy, no i proszę: spotkanie z diabłem, bo byłyśmy niegrzeczne! Trzeba się bać, kiedy odczuwa się ekscytację w podbrzuszu! Niewerbalny przekaz, który nie jest uświadomiony ani przez matkę, ani przez dziecko, działa tym mocniej. Czasem nie wiadomo nawet, czego nie wolno, ale dziecko dobrze wyczuwa, że wszystko, co przyjemne, co dotyczy genitaliów i ich okolic, jest niewłaściwe i już.

Erotyzm związany jest jednak nie tylko ze sferą genitalną? Jasne, że nie, zwłaszcza w okresie dzieciństwa. Organizm przygotowuje się do życia seksualnego nie tylko w taki sposób, że zmieniają się narządy płciowe. Dojrzałą przyjemność seksualną przeżywa się całym ciałem. Cali jesteśmy do tego! I cali do tego dorastamy! W dzieciństwie doświadczamy naszej zmysłowości w różnego rodzaju zabawach: dziewczynek z dziewczynkami, chłopców z chłopcami, pomiędzy rodzeństwem i, aż głupio to powiedzieć, czasem z dorosłymi – i nie ma to charakteru nadużycia czy wykorzystania, ale tak się może kojarzyć. Może mieć, i wtedy to nieprawidłowość, ale mówię o czymś naturalnym – zabawach związanych z potrzebą dotyku, czułości, ciepła, przyjemności. Nie są to przeżycia stricte seksualne. Kształtują wrażliwość zmysłową, uczą pozwalania sobie na doznawanie przyjemności, ekscytacji. Kiedy wspominamy te przeżycia z kobietami na warsztatach, okazuje się, że takich właśnie odczuć pragniemy w dorosłym życiu seksualnym: swobody, odwagi, zaufania, radości, spontaniczności, odkrywania, ciekawości...

 
Te wspomnienia jednak często splatają się ze wstydem, czymś bardzo trudnym. Tak, jednak najciekawsze jest to, że niezależnie od tego, w jaki sposób je stłumimy, u podstaw pozostają przyjemne. I umysł może je na nowo zatytułować. Można podważyć negatywny przekaz i odzyskać pamięć ciała o tym, co radosne i miłe. Oczywiście przeżycia o charakterze zmysłowym mogą się wiązać z czymś przykrym. Dzieciom zdarza się przekraczać granice. Jak w każdej innej zabawie. To nie znaczy, że jeżeli zrobią coś źle, to cała ta sfera jest zła i nie powinny chcieć się bawić. Muszą nauczyć się bawić z głową, przewidzieć konsekwencje. Na tym polega późniejsza odpowiedzialność w seksie. Dlatego potrzebna jest obecność dorosłych, którzy z jednej strony akceptują sferę dziecięcych pragnień tak jak każdą inną, ale potrafią też postawić granice, powiedzieć: to jest OK, ale nie można tego robić w ten sposób, bo wtedy krzywdzisz drugą osobę, albo: jest to niebezpieczne dla ciebie. Ale skoro my, dorośli, boimy się seksualności własnej i naszych dzieci, wolimy udawać, że jej nie ma, to nie mamy szansy pomagać dziecku w uzyskaniu zdrowej kontroli nad tą sferą.

Jak odzyskać pozytywny potencjał wczesnych doświadczeń? Żeby dojść do wczesnych doświadczeń, potrzeba na początku klimatu zaufania, wiary, że to ma sens, że mamy prawo szukać swoich prawdziwych odczuć. Kobiety muszą też wiedzieć, po co to robią. Kiedy opowiadają już o swoich wspomnieniach dziecięcych zabaw związanych z erotycznym pobudzeniem, bardzo często mówią: „O rany, jak to dobrze usłyszeć, że inne miały podobnie!”. Bo np. bawiłam się z drugą dziewczynką i myślałam, że to coś złego. Wiele wspomnień dotyczy tego, co się dzieje, gdy rodzice wyszli z domu. Eksperymentujemy z udawaniem dorosłej kobiety: wypychamy biustonosze albo suknie mamy poduszkami, jakbyśmy były w ciąży, i przeglądamy się w lustrze podniecone swoją kobiecą figurą. Towarzyszy temu erotyczne pobudzenie – wizja przyszłości: stanę się kobietą z piersiami, z brzuchem. I to jest takie ekscytujące! Zabawy w lekarza z siostrą, bratem czy z koleżanką, podciąganie koszulki, ściąganie majtek... Oglądanie gazet z fotografiami nagich kobiet, czytanie książek, oglądanie filmów z momentami – to jest przeżycie! Pamiętam, jak mając 11 lat, któregoś dnia wylegiwałam się na leżaku w ogrodzie i czytałam opowiadanie Fowlesa „Kolekcjoner”. O milczącym kolekcjonerze motyli zakochanym w dziewczynie, którą porywa i zamyka w podziemiach swojego domu. Usypia ją, zniewala, jest zdana na niego, nie może uciec, a on ją tak kocha! Pamiętam ciepłe promienie słońca rozgrzewające ciało i delikatne fale niezrozumiałej, przemożnej przyjemności, które przepływały przez moje podbrzusze. Na całe lata utraciłam kontakt cielesny z tym doświadczeniem, choć pamiętałam je głową. Gdy je odzyskałam, wróciło to cudowne uczucie erotycznego podniecenia, moje ciało ożyło. Za tym wspomnieniem przyszły inne: tańce przed lustrem w przezroczystej nocnej koszulce, wyprawy do parku po lekcjach religii po to, by uciekać przed chłopakami do utraty tchu, czytanie w „dorosłych” książkach o menstruacji, pettingu i stosunku seksualnym, rozmowy z dziewczynkami o tym, skąd się biorą dzieci...

Ile w tym energii, życia! Te doświadczenia uczą czerpania radości z ciała, bycia w ciele? To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie. Bo w tych momentach ekscytacji doświadczałyśmy życia całą sobą. Wrażliwość zmysłowa dotyczy nie tylko seksu. To wrażliwość na kontakt ze światem: z całą przyrodą i innymi ludźmi. Wszystkie zmysły, które biorą udział w seksie, wykorzystujemy w wielu innych sytuacjach. Węch, dotyk, wzrok, słuch, smak... Służą poznawaniu, pogłębieniu kontaktu, odczuwaniu radości, przyjemności, rozkoszy. Warto je budzić.

W rozwijaniu swojej seksualności potrzebujemy innych kobiet? Tych, które przedarły się przez swoje mroczne tajemnice? Które pomogą nam przywrócić pamięć ciała? W grupach kobiecych możemy dostać to, czego nie dostałyśmy z różnych powodów, czego każda z nas w głębi serca pragnie – matczynego przyzwolenia. Potrzebujemy usłyszeć, poczuć: „To, co przeżywasz, jest w porządku. Możesz sobie pozwolić na bycie istotą seksualną”.

  1. Seks

Powody, dla których ze sobą sypiamy? - Nie zawsze chodzi o seks...

Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Kiedy nasze życie seksualne zaczyna „szwankować”, większość z nas sięga po podręcznik ars amandi. Inni udają się po poradę do seksuologa, który stara się pomóc rozwiązać problemy. Jednak w przypadku wielu par ani podręczniki sztuki kochania, ani porady najlepszych fachowców od spraw seksu niewiele pomagają. Dlaczego? Ponieważ ich problem ma tak naprawdę zupełnie nieseksualną naturę.

– Miłość fizyczna powinna przede wszystkim zaspokajać potrzeby seksualne, ale nie tylko – mówi Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholożka i terapeutka. – Jeśli zbliżeniu przypisujemy inne znaczenia, zaczyna ono tracić atrakcyjność i coraz mniej nas cieszy.

Często idziemy do łóżka z powodów, które z pożądaniem nie mają nic wspólnego. W efekcie po zbliżeniu – nawet, jeśli oboje mieliśmy orgazm i seks był pozornie udany – czujemy, że czegoś zabrakło, coś nie zostało osiągnięte. Ogarnia nas rozczarowanie, zawód, mamy poczucie pustki i osamotnienia. Winimy wtedy partnera, nastrój, sytuację, zmęczenie czy brak doświadczenia w miłosnej grze. Ale powód braku zaspokojenia jest inny: uprawialiśmy seks z niewłaściwych pobudek. Poszliśmy do łóżka, choć tak naprawdę potrzebowaliśmy czegoś zupełnie innego.

Dlaczego tak się dzieje? Miłość fizyczna została obciążona potrzebami, z którymi nie ma wiele wspólnego. Potrzeba czułości i miłości, poczucia się atrakcyjną czy utwierdzenia się w atrakcyjności, pragnienie towarzystwa i uniknięcia samotności, chęć uzyskania czegoś, czego pragniemy, zapewnienie sobie wierności partnera, ucieczka przed intymnością, próba uniknięcia poczucia winy, a nawet potrzeba zemsty czy okazania naszej dominacji – to wszystko „upchnęliśmy” w seksie. I spodziewamy się, że seks, który został przez matkę naturę stworzony, by dawać nam przyjemność, te potrzeby zaspokoi. Nic z tego…

Nieadekwatne oczekiwania w odniesieniu do seksu są nie tylko niemądre, ale też szkodliwe. Są bowiem niebezpieczne dla naszej zdolności czerpania zeń satysfakcji i przyjemności.

– Jeśli uprawianie seksu z nieseksualnych pobudek się powtarza, zaczynamy tracić radość z fizycznej miłości – ostrzega psycholożka. – Opuszcza nas entuzjazm do seksu, maleje atrakcyjność partnera, a sam seks zaczyna się nam wydawać nieadekwatny, niesatysfakcjonujący. Nie tylko nie zaspokoimy naszych potrzeb, ale jeszcze stracimy okazję czerpania z niego wspaniałej radości.

Byle nie za blisko

Jednym z powodów uprawiania seksu może być… unikanie emocjonalnej bliskości. Trudno w to uwierzyć? Choć seks kojarzy nam się z intymnością i jej pogłębianiem, wiele osób za pomocą seksu właśnie od intymności ucieka.

– W naszym społeczeństwie przyjęło się, że jeśli dwoje ludzi idzie do łóżka, to są sobie bliscy – mówi Tatiana Ostaszewska- Mosak. – Tymczasem seks gwarantuje tylko bliskość fizyczną. Z bliskością emocjonalną potrafi nie mieć nic wspólnego. Ludzie mogą zrealizować wszelkie sposoby bliskości fizycznej, w ogóle nie zbliżając się do siebie emocjonalnie. Co więcej, choć z reguły nie zdają sobie z tego sprawy, o to właśnie im chodzi.

Niemożliwe? Owszem, możliwe! Można tu wykorzystać seks nawet na kilka sposobów. Można „wskakiwać” do łóżka za każdym razem, gdy pojawia się jakiś problem, prowadzący do konfliktu. Seks na przeprosiny – brzmi pięknie. Ale jeśli przed seksem nie udało się problemu rozwiązać, jeśli partnerzy nie stawili mu wspólnie czoła, a po wszystkim zamiast o emocjach rozmawiają, jak dobrze im razem w łóżku – seks staje się emocjonalną „zapchajdziurą”. A jak długo można się cieszyć „zapchajdziurą”, czy to w sypialni, czy poza nią?

– Bliskość buduje się poprzez wzajemne poznawanie się, któremu służy między innymi wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli ludzie z uporem omijają konflikty  „łóżkową obwodnicą” i wszystkie kłótnie kończą w ten sam sposób, gdy czują się sobie bliscy tylko podczas uprawiania seksu, prawdopodobnie nigdy się nie poznają naprawdę i nie nauczą wzajemnie rozumieć – podkreśla psycholożka. – Takie pary z reguły latami prowadzą te same kłótnie i niewiele z tego wynika. W dodatku każde z partnerów ma wrażenie, że sypia z kimś obcym. Nic więc dziwnego, że satysfakcja z seksu z czasem maleje.

Seks można z powodzeniem potraktować także jako temat zastępczy: kiedy wszystkie kłótnie i nieporozumienia krążą wokół seksu; tego, kto komu czego daje za mało i czyją winą jest brak satysfakcji jednego lub obojga partnerów – wtedy nie trzeba już zagłębiać się w subtelniejsze i bardziej zagrażające problemy, które mogą nas zmusić do odsłonięcia prawdziwego kawałka duszy.

– Gdy ten temat wraca jak bumerang w różnych sytuacjach, gdy skupiamy się wyłącznie na seksie, może się okazać, że jesteśmy zupełnie obcymi sobie ludźmi, którzy dzielą ze sobą łóżko – ostrzega Tatiana Ostaszewska-Mosak. – W ten sposób zamiast się do siebie zbliżać, oddalamy się. I nie powinno dziwić, że wraz ze wzrostem emocjonalnego dystansu także seks przestaje nas interesować.

 

Ja ci pokażę!

Kiedy słyszymy „seks dla zemsty”, na myśl przychodzi nam z reguły następujący scenariusz: „on zdradził ją, więc teraz ona zdradza jego” – lub odwrotnie. Albo inaczej: on nie zrobił tego, czego ona chciała, więc w odwecie seksu w ogóle nie będzie. Ale seksu dla zemsty można używać w bardziej zagmatwany sposób: choć jesteśmy w związku, który określamy jako dobry, ni z tego, ni z owego dopada nas gwałtowna potrzeba uprawiania seksu z kimś innym, niż partner. Poddajemy się takiemu impulsowi, ale… po fakcie żałujemy tego, co zrobiliśmy. Zastanawiamy się, dlaczego do tego doszło, skoro kochamy osobę, z którą jesteśmy. I dlaczego nie było nam dobrze, skoro ten impuls był taki silny…

– Zdarza się, że dopuszczamy się zdrady, ponieważ czujemy się rozżaleni, źli i pełni gniewu na partnera za sposób, w jaki nas traktuje lub kiedyś potraktował – twierdzi Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Kieruje nami wewnętrzne pragnienie zranienia go, wyrównania z nim rachunków w ten pokrętny sposób. Zwłaszcza, jeśli partner jest zazdrosny: wiemy, że właśnie zdrada zabolałaby go najbardziej. Niestety, choć myśl o tym, że go srodze karzemy, może wydawać się satysfakcjonująca, sam seks prawie nigdy taki nie jest. Z reguły po takim stosunku czujemy się gorzej niż przed. Co więcej, tego typu zemsta rodzi tylko kolejne problemy – kłamstwa itp. Poczucie winy może wręcz sprawić, że nawet „praworządny” seks z partnerem przestanie nas cieszyć: nie zasługujemy na przyjemność, skoro jesteśmy takim złym człowiekiem.

Za pomocą seksu można się zemścić nawet bez uciekania do zdrady, podczas stosunku z własnym partnerem. Jak? Domagając się takich zachowań, których partner nie akceptuje; robiąc to, czego nie lubi lub odwrotnie, odmawiając tego, co sprawia mu największą przyjemność. Nasz partner cierpi i traci ochotę na miłość z nami, a my – zamiast przyjemności z seksu – mamy wątpliwą satysfakcję, że odegraliśmy się za nasze krzywdy.

– Jeśli ten proces jest świadomy, mamy możliwość pracy z problemem, który nas pcha do krzywdzenia partnera i pozbawia nas przyjemności z seksu. Gorzej, że często w ogóle nie potrafimy powiedzieć, dlaczego robimy to, co robimy. Odpieramy jakiekolwiek sugestie, że coś robimy źle, bo wydaje nam się na przykład, że my jedynie eksperymentujemy w łóżku albo oskarżamy drugą stronę o brak fantazji i otwartości. Takie zachowanie nie tylko ograbia obie strony z przyjemności, może nawet rozbić związek – uważa psycholożka.

Zemszczę się

Jeśli chcesz zrobić krzywdę swemu życiu seksualnemu, idź do łóżka zła. Nawet niekoniecznie na partnera.

– Złość często bywa „przenoszona”: nie okazujemy jej wtedy, kiedy ją przeżywamy i nie możemy jej wyładować na osobie, która ją spowodowała – tłumaczy Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Ale uczucie nie mija, musi znaleźć jakieś ujście. I nierzadko znajduje je w seksie, ponieważ niektóre jego formy doskonale nadają się do maskowania emocji.

Złość może zmienić nas w łóżkowych brutali. Brutalny kochanek może uchodzić za „ognistego ogiera”, namiętnego i pełnego pasji. Ale czasem ten „ogier” nie podnieca drugiej strony: partner może być zwyczajnie niedelikatny i nie liczyć się z uczuciami kochanka. Wtedy z przyjemności rabuje dwie osoby: sam, odreagowując w łóżku złość, nie znajduje satysfakcji i odbiera ją drugiej stronie, umęczonej jego brutalnością i mającej poczucie, że została do czegoś wykorzystana.

Nagromadzona złość może powodować nie tylko fizyczną brutalność, ale także brutalność w sferze emocji: nieliczenie się z uczuciami partnera. Tymczasem nie licząc się z uczuciami partnera, upokarzamy go. Żądając pozycji czy technik, na które nie chce się zgodzić, doprowadzając do stosunku, kiedy nie jest gotowy, wyrażając się z pogardą o jego ciele czy możliwościach seksualnych, a nawet pobudzając partnera i wycofując się w ostatniej chwili – przy pomocy tych wszystkich sposobów sprawiamy, że partner cierpi. I seks nie sprawi przyjemności żadnej ze stron. – Przenikanie złości do sypialni grozi zwłaszcza tym, którzy nie potrafią jej okazać we właściwym momencie – mówi psycholożka.

Wielu terapeutów uważa, że nagromadzona złość bywa przyczyną oziębłości i impotencji. Nie można się bowiem cieszyć seksem, gdy w głębi duszy odczuwa się złość i rozżalenie. Nie można też szczerze pieścić partnera, dawać mu przyjemności. I apetyt na seks zaczyna zanikać.

  1. Seks

Męski kryzys seksualny - jak odbija się na związku?

Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On nie ma ochoty na seks – donoszą już nie tylko 40-latki zaniepokojone jego kryzysem połowy życia, ale także 30-latki. Seks przestał był atrakcyjny dla młodych mężczyzn? Kobietom z pewnością chodzi o seks partnerski, intymny, związany z czułością, otwartością…

Właśnie o taki. Coraz częściej nawet młodzi, dwudziestokilkuletni, zdrowi, przepełnieni hormonami mężczyźni czują niepokój na myśl o doświadczeniu seksualnej otwartości. Co innego seks sportowy, fizjologiczny, szybki numerek – każdy mężczyzna to potrafi. Wbrew pozorom ekstaza miłosna dla wielu mężczyzn może być – i jest – źródłem niepokoju, a czasami wręcz przerażenia.

Przerażenia? Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają kontaktowaniu się ze swoją wrażliwością. Intymny związek, intymny seks wiążą się z głębokim kontaktem ze sobą, z odsłanianiem się, z czułością, i to nie przez chwilę, ale na stałe. To wciąż dla wielu mężczyzn nieznany ląd.

Stąd lęk? Związany także z utratą kontroli. Rozmawiam z młodym mężczyzną, który skarży się, że nie może spać. Pytam, co złego by się stało, gdyby jednak zasnął. Jest zdenerwowany na samą myśl o tym, ponieważ wtedy nie wiedziałby, co się dookoła dzieje. Dlatego najchętniej w ogóle by nie spał. Wyobraźmy sobie takiego mężczyznę w objęciach z ukochaną, oddającego się ekstazie miłosnej… Nie do wyobrażenia, prawda? To, oczywiście, skrajny przypadek, jednak wielu mężczyzn w jakimś stopniu odnajdzie w nim siebie. Boimy się utraty kontroli, ponieważ nie wiemy, co się wydarzy, jakiego siebie wówczas spotkamy. Co innego płatny seks. Tu wszystko jest proste. Nie trzeba czułości, otwartości, jest transakcja – to do mężczyzn przemawia. Znają świat transakcji. Zwierzają się: „Jaka ulga! Wiem, na co się decyduję, usługa wykonana, kładę pieniądze na stół, wychodzę”. Pełna kontrola.

To dopiero skrajny przypadek. Nierzadki. Zwracam uwagę na to, jak trudno współczesnym mężczyznom otworzyć się na miłość, na seks, który nie jest usługowy, produktywny. Ostatnio jeden z mężczyzn podzielił się ze mną niezwykłym dla siebie odkryciem: „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż seks! Są na to badania!”. Znalazł racjonalny powód, zredukował napięcie. Jednak w głębokim miłosnym związku seks nie służy żadnym pobocznym celom, choć, oczywiście, efekty poboczne mogą być. Służy jedynie doświadczeniu jedności, całości, wspólnej ekstazy. To właśnie tego wymiaru siebie mężczyźni tak bardzo się boją. Nie wiedzą, w jaki sposób to nieprzewidywalne, nieracjonalne, trudne do zdefiniowania przeżycie moglibyśmy dopasować do swojej tożsamości. Paradoksalnie boją się tego, za czym najbardziej tęsknią. I przed czym uciekają. Czasem przez całe życie.

A my, kobiety, staramy się, najczęściej neurotycznie, nadmiarowo. Czegóż nie próbujemy! Nie ma ochoty na seks? Schudnę, zrobię wystrzałowy makijaż, spódniczka mini, seksowna bielizna, kolacja przy świecach… Tak, to są częste skargi kobiet: „O co chodzi? Co się stało? To ja mam teraz o niego zabiegać? Prosić o seks?”. Dobre, przyjacielskie związki przeżywają kryzys, ponieważ kobieta nie czuje zaangażowania, namiętności. Im bardziej ona wymaga, tym bardziej on się wycofuje. Ona goni, on ucieka. W końcu idzie jak na ścięcie. To mogłoby być zabawne, gdyby nie rodziło tak wiele cierpienia. Mężczyzna zaczyna więc traktować intymny kontakt jako zadanie do wykonania, obowiązek. Boi się, że nie sprosta; boi się impotencji, wczesnego wytrysku. Nie chce zawieść, rozczarować, popsuć tego, co jest, więc woli unikać, nie narażać się.

To rozwściecza kobietę. Tak, zaczynają się napięcia, spory nie wiadomo o co. Jeśli sytuacja się przeciąga, kobieta zaczyna się interesować innymi mężczyznami i mówi o tym. To z kolei budzi furię zazdrości w nim. Kłopot w tym, że lęki, które mężczyźni odczuwają, nie są przez nich uświadomione. Kobieta wysłuchuje coraz to nowych racjonalizacji. On nie może, bo bierze leki i właśnie doczytał, że takie mogą być skutki uboczne. A poza tym przeciągająca się choroba osłabiła organizm energetycznie. Jest przemęczony. Przeżywa trudny okres w pracy. Kończy duży projekt. Ale gdy już go skończy… Na początku te racjonalizacje brzmią logicznie i rokują na przyszłość – no, bo w końcu kiedyś przestanie brać te leki i skończy projekt. Niestety, najczęściej jest tak, że choroba ustępuje, projekt się kończy, ale problem pozostaje. Jednak mężczyzna się nie poddaje, ma w zanadrzu kolejne racjonalizacje i uniki: teraz po tej wyczerpującej chorobie, po ciężkim okresie w pracy musi doładować akumulatory, wzmocnić się. To kobietę przygnębia, bo ileż można słuchać tego samego. Związek coraz bardziej słabnie. Rozstanie wydaje się nieuniknione.

Wiele kobiet mówiło mi, że mąż, partner „odciął” je od seksu, gdy zaczęły robić karierę, zarabiać więcej od niego… To jest rodzaj biernej agresji, która – niestety, także nieuświadomiona – rządzi psychiką wielu mężczyzn. Taka jesteś we wszystkim świetna, takie masz sukcesy, ale TEGO ode mnie nie dostaniesz. Wielu partnerów znanych artystek, wziętych biznesmenek mówiło mi, jak fatalnie czują się, gdy w towarzystwie, na spotkaniu rodzinnym to one są na piedestale, je się docenia, chwali, podziwia.

A ona potrzebuje jego zachwytu i adoracji. Nie dostaje tego, ponieważ mężczyzna nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Nie zna siebie. Nie rozumie swoich wewnętrznych napięć i konfliktów. Nie wie, co go blokuje, czego się obawia. Nie wie, co czuje i czego potrzebuje. Jest rozdrażniony, zirytowany, obrażony. Zaczyna więc karać i manipulować seksem. Tu ma władzę. Fatalne. Dla związku równia pochyła. Seks to sfera miłosnego spełnienia; spełniony seks jest przejawem spełniającej się relacji. W żadnym razie intymność nie może być obszarem władzy, dominacji, karania czy szantażu. Oczywiście, w świecie to się zdarza. W związkach miłosnych też. Jednak nie o to chodzi. Niczego w ten sposób nie wygrywamy. Osłabiamy siebie i więź z najbliższą osobą.

Na zewnątrz to wygląda jak niechęć do seksu. Co jest pod spodem, w psychice? Niewyrażone frustracje. Żal do losu, do świata, do siebie, przekierowany na partnerkę. Niskie poczucie własnej wartości. Bardzo często niewyrażony ból i smutek wewnętrznego chłopca. Nie sposób namiętnie się kochać, kiedy odczuwa się smutek. Warto poświęcić trochę czasu, aby zająć się wewnętrznym chłopcem, który potrzebuje zaopiekowania, wsparcia. Chłopcy w dzisiejszym świecie nie przechodzą męskiej inicjacji w dorosłość. Mężczyźni nadrabiają edukacją, jednak rzadko zajmują się nierozbrojonymi lękami, obawami, poczuciem winy, wstydu, bezradności. Nie mają okazji zintegrować – jak to się fachowo mówi – serca z miednicą. Oddzielają seks od miłości romantycznej. Bardzo często seks skojarzony jest z poczuciem winy.

Od czego zacząć? Najważniejsza jest świadomość. Jakie cele sobie stawiam? Czego chcę? Na czym naprawdę mi zależy? Bardzo często wygląda to tak, że mężczyzna niby godzi się z tym, że partnerka zarabia dwa, trzy razy więcej od niego. Że odnosi sukcesy. Że nie ma jej w domu, bo wyjeżdża na tournée czy w delegację. Że to on zajmuje się sprawami rodziny, robi zakupy, dba o dzieci. No więc niby się godzi, a jednak ze smutkiem, żalem i wstydem mówi: „Wiesz, jestem taką kurą domową”. A przecież mógłby powiedzieć: „Jestem dobrze zorganizowanym, koordynującym wszystko gospodarzem, troskliwym ojcem”. Gdy nazywa siebie kurą domową, to jaki obraz wyłania się z nieświadomości? Kogoś zaniedbanego, kto prowadzi życie o małej wartości. Czy doceniam siebie? Czy wybieram to, czym się teraz zajmuję? To są ważne pytania.

Czasem odpowiedź brzmi: „I tak, i nie”. Te wewnętrzne konflikty także trzeba dogłębnie zbadać. Pamiętam mężczyzn, którzy na terapii małżeńskiej mówili, że źle się czują w domu. Kobiety deklarowały wówczas, że w takim razie nie przyjmą kolejnego awansu, żeby być więcej z rodziną, zatrudnią pomoc do dzieci, a mężczyzna znajdzie lepiej płatną pracę. Na to mężczyźni: „No nie, przecież dzieci potrzebują ojca, a nie opiekunki!”. Kobiety nie dawały za wygraną: „Zrezygnujmy więc z dużego domu, z drogiego samochodu, żyjmy skromniej, oboje będziemy mieli więcej czasu dla siebie i dla dzieci”. Za każdym razem, gdy ona coś proponowała, on się krzywił, wymyślał kontrargumenty; tak źle i tak niedobrze.

W jakimś sensie mężczyznom jest więc wygodnie tak, jak jest. Nie przyznają się do tego; narzekają, ale nie chcą niczego zmieniać. To najlepszy przykład niepanowania nad sobą, nieświadomości, w jakiej żyjemy; tracę ochotę na seks, ponieważ widzę kobietę jako źródło własnego niespełnienia, frustracji i żalu. Ale to nie kobieta jest tym źródłem. Ja nim jestem. Warto pamiętać, że kryzysy otwierają przestrzeń do rozwijania samoświadomości, uczciwego badania siebie. Przydałoby się lustro, żeby spojrzeć sobie w oczy i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań. Czy sposób, w jaki żyję, mnie satysfakcjonuje? Czego w sobie nie akceptuję? Co mogę zmienić? Co chcę zmienić? W jaki sposób zmiana, której dokonam, wpłynie na mnie i na najbliższe mi osoby?

Zaczęliśmy tę rozmowę od frustracji kobiet… Tu nie chodzi tylko o zaspokojenie kobiety. Nam, mężczyznom, przydałaby się świadomość, że satysfakcja seksualna pozwala przekroczyć problemy rodzinne i zawodowe. Można być ze sobą blisko w różnych obszarach życia, jednak gdy brakuje tej szczególnej bliskości, brakuje doznań szczytowych, mistycznego domknięcia, dopełnienia. Brakuje czegoś, co wykracza poza dobrą organizację, prosperity; poza wszystko, co da się uporządkować, zaplanować, skalkulować i skontrolować. Poza wszystko, co znane. Po co nam mistyka w świecie, który wymaga przede wszystkim operatywności i sprawności?! Okazuje się jednak, że ten brak sprawia, iż to, co tak świetnie zorganizowane i uporządkowane, zaczyna się rozsypywać albo wygasa, wyczerpuje się. Kobiety to intuicyjnie czują. I podnoszą alarm. To dla nas wyzwanie i szansa.

  1. Materiał partnera

Kompletujesz wyprawkę dla noworodka? Zwróć uwagę na te akcesoria!

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Głaszczesz z przyjemnością rosnący brzuszek i zastanawiasz się, kiedy możesz rozpocząć kompletowanie wyprawki? Najlepszy czas na zakupy to II trymestr ciąży – wtedy mija ryzyko poronienia oraz większość ciążowych dolegliwości. Asortyment sklepów dziecięcych jest bardzo bogaty, co może utrudniać wybór właściwych produktów. Nie zniechęcaj się, tylko poznaj listę niezbędnych akcesoriów dla noworodka i mamy!

Dziecko po porodzie potrzebuje głównie miłości i troski rodziców. Wszystkie gadżety przeznaczone dla niemowląt zostały stworzone po to, aby ułatwić dorosłym opiekę nad maluchem. Kiedy kompletujesz wyprawkę, kieruj się przede wszystkim względami praktycznymi, a z pewnością nie będziesz żałować swoich wyborów. Oto lista sprawdzonych i funkcjonalnych rzeczy dla noworodka i mamy.

Torba dla mamy – funkcjonalne rozwiązanie na spacer i podróż

Spacery z dzieckiem to jedna z najprzyjemniejszych chwil w macierzyństwie. Maluch na świeżym powietrzu zazwyczaj dobrze i długo śpi, dzięki czemu Ty możesz odpocząć od noszenia niemowlęcia na rękach i delektować się ciszą.

Niezależnie od tego, czy wybierasz się na długi spacer, czy planujesz krótkie wyjście do parku, musisz zabrać ze sobą kilka niezbędnych gadżetów, np. pieluszki, chusteczki czy dodatkowy kocyk. Aby zawsze mieć wszystko „pod ręką”, wybierz praktyczny plecak dla mamy lub elegancką torbę do wózka.

Produkty do noszenia zostały zaprojektowane tak, aby ułatwić opiekunom szukanie tego, co jest potrzebne. Dlatego wewnątrz plecaka i torby znajdziesz wygodne kieszenie, które pomogą Ci utrzymać porządek, a po bokach odpowiednio duże schowki – idealne do przechowywania np. chusteczek. Funkcjonalne uchwyty ułatwiają przymocowanie gadżetu do wózka.

Ręcznik z kapturkiem – praktyczny gadżet kąpielowy

Pierwsza kąpiel noworodka to bardzo trudne zadanie dla początkujących rodziców. Większość dzieci nie lubi zabiegów pielęgnacyjnych, a swoje niezadowolenie wyraża krzykiem i głośnym płaczem. Aby codzienna kąpiel była łatwiejsza i przyjemniejsza dla wszystkich, warto zadbać nie tylko o odpowiednią temperaturę wody i produkty kosmetyczne, ale także pomocne akcesoria, jak ręcznik z kapturkiem, np. marki Canpol babies.

To bardzo przydatne akcesorium, które pomoże Ci otulić zarówno ciałko, jak i główkę malucha oraz ochroni dziecko przed wychłodzeniem. Delikatny materiał doskonale wchłania wodę, więc nie musisz pocierać skóry noworodka, aby go wysuszyć. Kapturek ma idealny rozmiar, dopasowany do rozmiaru głowy niemowlęcia – z łatwością wytrzesz włoski i uszy malucha.

Taki ręcznik wystarczy Ci na cały okres niemowlęcy i poniemowlęcy, a później świetnie sprawdzi się na przykład na plaży!

Maty do zabawy – prawidłowe wsparcie rozwoju dziecka

W zestawieniu nie mogło zabraknąć gadżetów, które wspomagają rozwój maleństwa. Maty do zabawy pełnią funkcję rozrywkową, a także edukacyjną. Wybieraj produkty, które:
  • zawierają zawieszki wykonane z wysokiej klasy materiałów o różnych fakturach pobudzających zmysły niemowlęcia – dzięki nim zadbasz o integrację sensoryczną dziecka[1],
  • mają kolory rozwijające wzrok noworodka – najlepiej sprawdzają się biało-czarne figury geometryczne[2],
  • są zrobione z miękkich materiałów – dzięki temu dziecko podczas zabawy nie zrobi sobie krzywdy, jeśli na przykład nagle przekręci się z brzuszka na plecy.
Pamiętaj o tym, żeby nie zostawiać niemowlęcia samego na macie podczas zabawy.

Śpiworek do spania – gwarancja dobrego i bezpiecznego snu malucha

Spokojnie śpiące niemowlę to marzenie każdego rodzica. Noworodek nie będzie się budzić, jeśli będzie ciasno owinięty. Spowijanie maluchów sprawia, że czują się bezpiecznie, jak w brzuchu mamy, szybciej się uspokajają i mają mniej odruchów moro, które mogą wybudzać je ze snu. Jednak to nie jedyne zalety śpiworka.

Z pewnością słyszałaś o SIDS, czyli nagłej śmierci łóżeczkowej. Jednym ze sposobów jej zapobiegania jest rezygnacja z koców, poduszek i innych, luźnych akcesoriów, które mogłyby utrudnić oddychanie maleństwu[3]. Śpiworek to bezpieczne rozwiązanie, ponieważ śpiące niemowlę nie zarzuci go sobie na buzię, a dzięki temu, że ma odpowiednie wypełnienie, chroni przed utratą ciepła w nocy.

Niania elektroniczna – maluch pod czujną obserwacją

Planujesz, że Twoje dziecko będzie spało w innym pokoju? A może masz duży dom i boisz się zostawiać maleństwo samo w sypialni? Idealnym rozwiązaniem będzie elektroniczna niania. Gadżet jest wyposażony w wygodną kamerkę i mikrofon. Wystarczy, że ustawisz urządzenie w pobliżu łóżeczka (ale pamiętaj, żeby nie w łóżeczku!) i skierujesz obiektyw na dziecko. Ty na swoim urządzeniu będziesz mieć podgląd obrazu wraz z dźwiękiem. Wiele niań elektronicznych łączy się także z aplikacjami w telefonie, dzięki czemu możesz obserwować malucha z dowolnego miejsca w domu, a nawet poza nim.

Urządzenia są wyposażone w wyświetlacz, na którym możesz zobaczyć temperaturę w pokoju malucha, diodę wraz z alarmem, który powiadomi Cię o niskim stanie baterii i o płaczu dziecka, oraz lampkę ułatwiającą nocną pielęgnację bez rozbudzania niemowlęcia.

Skompletuj wyprawkę z tymi gadżetami, a z pewnością będziesz doskonale przygotowana na nadejście swojego malucha!

[1] https://dziecisawazne.pl/jak-wspomagac-integracje-sensoryczna-dziecka/

[2] https://www.mp.pl/pacjent/pediatria/prawidlowyrozwoj/rozwojfizyczny/52295,wzrok-niemowlecia

[3] https://www.mp.pl/pediatria/artykuly-wytyczne/wytyczne/163740,zapobieganie-naglym-zgonom-niemowlat

  1. Psychologia

Rodzimy - dziecko to wspólna sprawa

Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości.  (Fot.iStock)
Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości. (Fot.iStock)
Poród, tak jak ciąża, to nie choroba. A co obserwujemy? Z jednej strony medykalizację narodzin, a z drugiej – powrót do myślenia, że wszelkie ułatwienia dla rodzących to niewłaściwy kierunek. Obydwie tendencje są niebywale groźne. Bo kobieta powinna mieć całkowite prawo wyboru co do tego, czy, gdzie, jak i z kim chce rodzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Poród, tak jak ciąża, to nie choroba. A co obserwujemy? Z jednej strony medykalizację narodzin, a z drugiej – powrót do myślenia, że wszelkie ułatwienia dla rodzących to niewłaściwy kierunek. Obydwie tendencje są niebywale groźne. Bo kobieta powinna mieć całkowite prawo wyboru co do tego, czy, gdzie, jak i z kim chce rodzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi są świadomi tego, co to znaczy narodziny dziecka, bo się do tego przygotowują: uczestniczą w szkołach rodzenia, robią badania, czytają. To wszystko sprawia, że ten akt jest mniej niż kiedyś obarczony niepewnością, bardziej radosny. Niesamowita zmiana! Ale mamy nową okoliczność historyczną, czyli opresyjne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. I jeśli ono zostanie zachowane, to kobiety będą bały się rodzić. Bo w takiej sytuacji zagrożone stają się też badania prenatalne. Po co je robić, skoro nie będzie można podejmować wyboru, co dalej z ciążą? To jest powrót do średniowiecza. A fakty są takie, że diagnozuje się dzisiaj coraz więcej uszkodzonych płodów, co najprawdopodobniej wiąże się z zatruciem środowiska…

Pewnie też z późnym rodzicielstwem. Moją hipotezą jest uszkadzający wpływ zatrucia środowiska na rozwój płodu i kondycję komórek rozrodczych. Lekarze alarmują, że kłopot z płodnością już w ponad 50 proc. leży po stronie mężczyzn, a niedawno w 80 proc. diagnozowano go po stronie kobiet. Nasila się fala różnego rodzaju uczuleń wśród noworodków, co prawdopodobnie jest skutkiem nadmiernego obciążenia toksynami organizmów matek. Tak więc jeśli zabronione zostaną badania prenatalne, to tysiące kobiet będzie narażonych na ponurą grę z losem: czy urodzi mi się zdrowe dziecko, czy poważnie lub nawet letalnie uszkodzone, które umrze jeszcze przed porodem albo tuż po nim? W takiej rzeczywistości perspektywa rodzicielstwa przestaje być źródłem radosnej nadziei.

A ciąża przeżyta w lęku to dodatkowe obciążenie dla płodu? Zdecydowanie tak. Epigenetyka wyraźnie mówi o prenatalnych zmianach DNA płodu, jeśli matka żyje w długotrwałym stresie. Okazuje się, że stres matki wpływa na rozwój tyłomózgowia kosztem płatów czołowych i skroniowych płodu, co oznacza, że w jej łonie rośnie człowiek z silną skłonnością do agresji, bezwzględny wojownik, może nawet ktoś ze skłonnością do psychopatii. Wiele wskazuje na to, że liczba niemowląt wymagających stałego podtrzymywania ich zdolności do życia będzie wzrastać w miarę postępującej katastrofy ekologicznej, a także pod wpływem stresu kobiet pozbawionych w ciąży dostępu do badań prenatalnych.

Badania prenatalne przyczyniają się do uratowania wielu dzieci, które można leczyć już w łonie matki. Ta szansa zostanie wraz z nowym prawem odebrana? Można się tego obawiać. Współczesna medycyna rozwinęła trafną diagnostykę genetyczną oraz technikę operacji endoskopowych usuwających często bardzo niebezpieczne wady płodu jeszcze w łonie matki. Jeśli ustawodawstwo dotyczące prokreacyjnych praw kobiet będzie nadal te prawa ograniczać, to korzystanie z tych zdobyczy i dalszy rozwój tej dziedziny wiedzy i praktyki zostanie zahamowany. Lekarze, straszeni karami więzienia, mogą odmawiać badań albo ukrywać prawdziwą diagnozę, by spełnić marzenia religijnych fundamentalistów i zmusić kobiety do rodzenia, niezależnie od kondycji płodu. Nie zapominajmy o jeszcze jednej – potwierdzonej przez statystyki – konsekwencji, czyli o tym, że niewielu ojców jest w stanie sprostać tak wymagającemu rodzicielstwu i odchodzi, zostawiając matki same z ciężko uszkodzonymi dziećmi. Nie trzeba być prorokiem, by spodziewać się w przyszłości znacznie większej liczby rozwodów, rozkwitu podziemia aborcyjnego i diagnostycznego, wielu samobójstw przerażonych i przeciążonych matek, a także wielu rozpaczliwych prób pozbycia się najciężej uszkodzonych, żyjących wyłącznie dzięki uporczywej terapii dzieci. Ta ustawa to zaiste pomysł z piekła rodem, podjęty w dogmatycznym zapale, a w praktyce obracający wniwecz być może nawet szlachetne intencje pomysłodawców i ustawodawców.

Dlaczego nie zmusza się mężczyzn do heroizmu, tylko kobiety? No właśnie. Dlatego aby naprawić tę jawną dyskryminację mężczyzn, chcę zaproponować naszym prawodawcom ustawę zobowiązującą ojców dzieci urodzonych z ciężkimi niepełnosprawnościami do czynnej, osobistej opieki nad swoim potomstwem aż do ich naturalnej śmierci. Pod sankcją kary w postaci wieloletniej, przymusowej pracy w zakładzie opiekuńczym dla takich dzieci. Myślę, że to uzmysłowiłoby zdominowanym przez mężczyzn instytucjom stanowiącym antykobiece prawo – przebrane za troskę o zbawienie narodu – rozmiary ich hipokryzji i okrucieństwa wobec kobiet.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jednak bądźmy sprawiedliwi – młodzi ojcowie coraz częściej wspierają matki swoich dzieci. Wspólne porody to nowe pokoleniowe zjawisko, według mnie absolutnie pozytywne dla wszystkich stron. A według ciebie? Za towarzyszenie przy porodzie i opiekę nad zdrowym dzieckiem mężczyzn nie wypada chwalić. Schody zaczynają się, gdy dziecko urodzi się z poważną wadą. Co do asystowania przy porodach, to oczywiście płynie z tego wiele korzyści. Nie znam jednak badań, które odpowiedziałyby na pytanie, czy wszystkie rodzące naprawdę cieszy to, że ich partnerzy patrzą na ich porodową mękę i fizjologię z tym związaną. Poza tym nie wiemy, jakie pożytki ze swojego uczestnictwa w porodzie widzą mężczyźni.

Badania z 2007 roku przeprowadzone na Wydziale Nauk o Zdrowiu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach pokazują, że ponad 91 proc. mężczyzn uczestniczących w porodzie zdecydowałoby się na to ponownie. Kobiety potrzebują ich wsparcia: trzymania za rękę, rozmów. Moje pokolenie nie mogło na to liczyć. To naprawdę dobra wiadomość. Ale docierają do mnie także głosy, choćby z grona moich pacjentek, które urodziły w obecności partnerów, że to nie do końca było dla nich komfortowe. Głównie z powodów estetycznych. Bo „jak ja wtedy wyglądam z tym rozwartym i nadciętym kroczem! Jak krzyczę! Ile jest w tym potu, krwi, łez”. Na takie przeżycie trzeba być gotowym i nie decydować się na nie tylko dlatego, że wielu innych tak robi. Nawet w bliskich natury, pierwotnych społecznościach mężczyźni nie byli dopuszczani bezpośrednio do porodu. Bodajże w afrykańskich szczepach ojciec towarzyszył w porodzie, leżąc za przepierzeniem i w pozycji rodzącej kobiety. Razem z nią doświadczał jej bólu, krzycząc i jęcząc głośniej od niej.

Taki trochę teatr? Żaden teatr! To nie było małpowanie, tylko wyraz głębokiej empatycznej więzi, inaczej współodczuwania. W ten sposób brał na siebie część jej bólu. Nie widział jednak tego, co się działo po drugiej stronie przepierzenia zarezerwowanej tylko dla kobiet. Wiele wskazuje na to, że współczesny udział mężczyzn w narodzinach dziecka to coś zupełnie nowego.

I korzystnego. Znajomi mężczyźni mówią o pięknym doświadczeniu. Z moich rozmów z młodymi ojcami wynika, że wspólny poród to dla nich powód do dumy, człowiecze doświadczenie. W cytowanych badaniach 78 proc. mężczyzn deklaruje, że ich relacje z partnerkami się nie zmieniły, a 11 proc. – że się pogłębiły. Widzę, że ty masz wątpliwości. Spotkałem się zaledwie z kilkoma męskimi negatywnymi relacjami i opiniami na ten temat. To ci, którzy odrywają się na chwilę od katorżniczej, korporacyjnej pracy i biegną na poród zupełnie nieprzygotowani. Także w aspekcie siły więzi ze swoją partnerką. Bo towarzyszenie kobiecie w porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży, pełna troski, wsparcia dla ciężarnej i okraszona rytuałami, na przykład dotykaniem brzucha, obserwowaniem ruchów dziecka czy zwracaniem się do niego. Niestety, nie wszyscy mężczyźni to potrafią. Jeśli towarzyszenie w porodzie jest dla obu stron doświadczeniem pozytywnym, to jest to niewątpliwie zaliczony przez nich sprawdzian siły związku.

Może warto zaapelować do ojców, żeby o tę więź zawalczyli? Oczywiście. Doradzam więc ojcom, żeby przełamali opory przed wspólnym porodem, jeśli takie mają, ale przede wszystkim żeby się do niego solidnie przygotowali, nie tracąc z oczu tego wszystkiego, co może stanowić o bezpieczeństwie i dobrym stanie emocjonalnym przyszłej matki. No i oczywiście trzeba pamiętać o tym, że do tanga trzeba dwojga i nie można nikogo zmuszać do tego trudnego wspólnego tańca.

Podobno u ojca uczestniczącego w porodzie wzrasta – tak jak u matki – poziom oksytocyny, sprzyjający budowaniu więzi z dzieckiem. Niewątpliwie jest taka szansa. Ale uważajmy, by znów nie zgrzeszyć idealizowaniem. Tak jak w poprzedniej rozmowie protestowaliśmy przeciw lukrowaniu macierzyństwa, tak tutaj nie możemy lukrować ojcostwa i budzić powszechnej, nieuzasadnionej nadziei, że każdy ojciec obecny przy porodzie uszczęśliwi swoją partnerkę, zacieśni z nią więź i z automatu pokocha swojego potomka. Może być różnie. Szczególnie ojciec, na którego z jakichś powodów spada cały ciężar wychowania i opieki nad małym dzieckiem, ma prawo mieć trudne momenty i wcale nie przeżywać swojego ojcostwa jako niekończącego się radosnego święta.

Są głosy, że dzięki uczestnictwu mężczyzn w porodach i opiece ojców nad niemowlętami będzie w świecie mniej agresji, przemocy, wojen. Wszystko za sprawą tej oksytocyny. Co o tym myślisz? Podpisuję się pod tą nadzieją. Oby taka zmiana nastąpiła. Myślę nawet, że w pewnej mierze już może się tak dziać. Bo moje doświadczenie pokazało mi wielość harmonijnie współdziałających czynników prowadzących do narodzin nowego życia, a także ogrom bólu i wysiłku z tym związanego. To uczy szacunku do życia, do ludzkiego ciała i do cudu narodzin. Skoro więc mężczyźni masowo garną się do tego szczególnego doświadczenia, to można mieć nadzieję, że nie będzie im łatwo pozbawić kogoś życia. Ale to pewnie płonne nadzieje, zważywszy na to, że już dzisiaj wojny są prowadzone za pomocą joysticka, drona czy innego robota siejącego spustoszenie czasami kilka tysięcy kilometrów od tego, kto przyciska spust.

Narodziny dziecka oznaczają dla rodziców totalną zmianę. Jesper Juul, duński terapeuta, postulował nawet, żeby na miesiąc przed porodem usiedli i powiedzieli sobie: „Żegnaj, stare życie!”. Bo tylko wtedy, gdy pożegnają stare, mogą powitać to nowe. Odtąd życie tych dwojga będzie kompletnie inne. Nie tylko dlatego, że przybywa im obowiązków, ale także z tego powodu, że stają się rodzicami. To ważne, żeby uświadomić sobie tę zmianę? Jak najbardziej. Na rodzicach spoczywa ogromna odpowiedzialność, najpierw za przetrwanie dziecka, potem za proces jego wychowania. A także za siebie nawzajem, za swój związek i za każdego z osobna.

Wróćmy do porodów: warto przywrócić do łask te domowe? Popieram. Niestety, w cywilizowanym świecie – odwrotnie niż w społecznościach pierwotnych – czyni się z ciąży i porodu coś na kształt choroby wymagającej szpitalnego wsparcia. Dlatego dobrze by nam wszystkim zrobiło, gdyby ciąża i poród przestały być sprawą medyczną, publiczną i polityczną. I żeby mogły przebiegać w rodzinnej atmosferze intymności i spokoju. Jeżeli oczywiście nie ma ku temu medycznych przeciwwskazań. Jednak w świetle wspomnianych wcześniej nieludzkich, antykobiecych ustaw perspektywa porodów domowych jeszcze bardziej się oddala. Bo przecież kobiety będą coraz bardziej bały się rodzić w domach.

Już teraz głównie rodzą w szpitalach. To prawda, choć po akcji „Rodzić po ludzku” rozwinęły się bardzo szkolenia akuszerek i położnych. Chodziło o to, żeby zmniejszyć psychiczne traumy okołoporodowe, do których dochodzi często w szpitalach. Rodzące wprawdzie coraz częściej mogą liczyć na przyjazne szpitalne warunki, ale kłopot w tym, że to raczej kosztowna opcja tylko dla bogatych. W konsekwencji większość matek nadal rodzi na zbiorowych salach za przepierzeniami. W dodatku w ślad za antykobiecymi ustawami z pewnością nasili się presja religijnych fundamentalistów na zakaz antykoncepcji, znieczulenia, cesarskiego cięcia, in vitro. Z jednej strony widzimy więc nasilającą się medykalizację ciąży i narodzin, a z drugiej – wprowadzanie zasady, że wszelkie ułatwienia dla rodzących, mające zmniejszać ich cierpienie, są niezgodne z naturą i wolą bożą. To jest groźna antykobieca ideologia, a nie medycyna. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kobiety jako nieocenione dawczynie życia powinny mieć całkowite prawo wyboru dotyczące tego, czy, gdzie, jak i z kim chcą rodzić.

Jest nadzieja, że trwająca kobieca rewolucja sprawi, iż sprawy zaczną się toczyć w korzystnym dla kobiet kierunku. Niech tak się stanie! Stójmy murem za kobietami. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).