1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Seks wbrew własnym chęciom to gwałt. Także w małżeństwie

Seks wbrew własnym chęciom to gwałt. Także w małżeństwie

Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie. (Fot. iStock)
Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie. (Fot. iStock)
Z lęku, dla świętego spokoju, by zapobiec zdradzie...  Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że 80 proc. zgwałconych kobiet zna sprawcę. To sąsiad, kolega, a często partner. Bo gwałt to nie tylko akt przemocy, ale także seks, na który godzisz się wbrew sobie.

Masz prawo mówić „nie”

,,Byłam z nim cztery lata, bardzo się kochaliśmy i pewnego wieczora, kiedy siedzieliśmy na kanapie, zaczął się do mnie dobierać. Lubiliśmy się ze sobą kochać, ale tego dnia byłam zmęczona i marzyłam tylko o śnie. Najpierw delikatnie dałam mu do zrozumienia, że tego nie chcę. Nie zareagował. Zaczęłam się z nim szarpać, on rzucił mnie na łóżko i zaczął ściągać mi spodnie. Wystraszyłam się, zaczęłam krzyczeć, walnęłam go w głowę książką. Jakoś się wyrwałam i uciekłam do łazienki. Choć nic mi nie zrobił, psychicznie czułam się fatalnie. Straciłam zaufanie i miłość do niego. Chciał mnie zgwałcić – tak to odebrałam. Wbrew mojej woli chciał się ze mną kochać. Potem przepraszał, mówił że stracił panowanie nad sobą. Nie umiałam mu wybaczyć. Rozstaliśmy się. Czy przesadziłam? Tak bardzo się wtedy przestraszyłam. On dzwoni i prosi, żebym dała mu szansę. Ale ja chyba już go nie kocham... ”.

To jedna z mniej drastycznych historii, zaczerpnięta z internetowego forum. Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie.

On zawsze może, a ona zawsze chce

„Zmuszanie do seksu w małżeństwie to nie gwałt, seks małżeński jest powinnością” – takie przekonanie, zdaniem Renaty Kałuckiej – psychologa, psychoterapeuty, wciąż pojawia się w głowach wielu mężczyzn i kobiet.

– Kobiety często nie czują się nadużywane w sferze seksualnej, nie uświadamiają sobie, że mają prawo odmówić zbliżenia – tłumaczy psycholog. – Zgoda na seks wbrew sobie to także rodzaj gwałtu, to gwałcenie samej siebie – z lęku, dla świętego spokoju, żeby pohamować agresję męża czy... zapobiec zdradzie.

Seksuolodzy dodają, że jeden z częstych problemów, z jakim zwracają się do nich pacjenci, to zgoda na seks z partnerem, który jest pod wpływem alkoholu. Kobiety mówią: ,,Jak powiem: nie, to pójdzie się napić, zrobi awanturę albo znajdzie sobie inną”. Pół biedy, jeśli kobieta ma świadomość tego, co robi i dlaczego to robi, potrafi z kimś o tym porozmawiać, poprosić o pomoc i uwierzy, że można inaczej. Jednak wiele ofiar odwiedza psychoterapeutę dopiero, kiedy dzieje się coś złego, np. przemoc przybiera inną formę niż ta seksualna i partner zaczyna krzywdzić dziecko. Innym powodem bywa kolejna niechciana ciąża albo sytuacja, gdy kobieta trafia do szpitala po dramacie w sypialni.

– Niedawno przyszła do mnie pacjentka, która od wielu miesięcy szukała pomocy psychologicznej dla swojej otyłej córki – opowiada Renata Kałucka. – Po kilku spotkaniach, zupełnie przypadkiem, wyszła na jaw sprawa przemocy w jej małżeństwie. Kiedy zapytałam o relacje intymne, pacjentka z uśmiechem na ustach, jakby temat jej nie dotyczył, powiedziała, że zamyka się przed mężem w sypialni. Ale on czasami, chcąc ją zwabić, bije psa, wtedy ona wychodzi i ,,mają seks”. Po tym wyznaniu więcej się jednak u mnie nie pojawiła.

Zgoda na seks wbrew sobie to postawa, z którą wiele kobiet wchodzi w związek. Bo patriarchalne wychowanie nakazuje, by kobieta była wierna, uległa, zawsze chętna na zbliżenie, a mężczyzna, kiedy pragnie seksu, musi go dostać, zwłaszcza od żony.

Już zakochane nastolatki zgadzają się na danie ,,dowodu miłości”, choć emocjonalnie nie są na to gotowe. Doświadczenie starszych koleżanek uczy je, że seks jest dobrym towarem przetargowym. Dzięki niemu można zyskać popularność lub zdobyć kontrolę nad kochanym mężczyzną.

Trwająca latami nieumiejętność chronienia własnej intymności skutkuje brakiem satysfakcji ze zbliżenia, chorobami kobiecymi, utratą szacunku do siebie i w efekcie – wejściem w rolę ofiary.

Co nas kręci i podnieca

Gwałt to nie tylko sytuacja, w której ktoś wymusza seks, uciekając się do przemocy i agresji, ale także współżycie z partnerem wbrew wewnętrznym barierom, własnej moralności czy pomimo bólu.

– Kiedyś zgłosiła się do mnie para będąca w związku opartym na wzajemnej fascynacji seksualnej – opowiada Kałucka. – Przez lata eksperymentowali w sypialni – ku obopólnej radości. Mąż był dumny, że ona taka wyzwolona, proponował coraz bardziej śmiałe i wyrafinowane zabawy. Potem żona zachorowała, miała poważną operację ginekologiczną, co już jest symptomatyczne. Nie miała ochoty często się kochać. Prosiła partnera, by był bardziej delikatny. Wtedy on, rozczarowany, zaczął ją zmuszać do seksu.

Media zachęcają do przekraczania barier w sypialni. Na początku to może być rzeczywiście wspaniała zabawa, ale eskalacja eksperymentów prowadzi czasem do sytuacji, kiedy trudno się zatrzymać. Partner chce więcej, tak, jak jeszcze nigdy dotąd, a kobieta nie potrafi zagłuszyć lęku, wstydu, obrzydzenia. Nie chce się kochać na przykład w czasie miesiączki, ale partnera to kręci. Brzydzi ją seks oralny, boli stosunek analny, ale on grozi, że pójdzie do prostytutki. Zdaniem seksuologów, w seksie dozwolone jest wszystko, na co obydwoje partnerzy mają ochotę, z wyraźnym podkreśleniem: obydwoje.

Jedna z pacjentek, której mąż jest stałym bywalcem portali randkowych, podszyła się pod bezpruderyjną dwudziestolatkę i wysłała do niego mejla z odważną propozycją. Uprawiali coraz odważniejszą korespondencję, mąż zdradził jej swoje najbardziej wyrafinowane fantazje seksualne. Przyszła do gabinetu z pytaniem, czy jeśli spełni je w realu, to będzie miała gwarancję, że mąż jej nie zdradzi…

Do gabinetu Renaty Kałuckiej trafia więcej zdesperowanych kobiet, które dla dobra małżeństwa są w stanie zaakceptować nawet zdradę partnera. Przyszła kiedyś osoba, której mąż okazał się homoseksualistą, a ona, chcąc utrzymać małżeństwo, weszła w trójkąt z mężem i jego partnerem.

„Nie chcę tego wiedzieć!”

Pomoc osobie gwałconej w małżeństwie nie jest łatwa, ponieważ często ona sama nie dostrzega wagi swojego problemu.

– Czasami proponuję pacjentce dokonanie bilansu potrzeb, które zaspokaja jej związek – tłumaczy Kałucka. – Proszę, żeby wypisała zyski i straty. Bywa, że choć z mojego punktu widzenia starty są przerażające, to jeszcze wiele spraw musi się wydarzyć, by ona sama zrozumiała, że płaci zbyt wysoką cenę. Wskazówka: ,,Zobacz, jak naprawdę wygląda twoje życie” – to nie wszystko. Niekiedy pacjentka daje mi komunikat: ,,Nie chcę tego widzieć”, i ja, jako psychoterapeuta, muszę to uszanować. To smutne, ale czasami naprawdę musi się wydarzyć jakiś dramat, by człowiek obudził się i popatrzył na swoje życie tak, by dostrzec wszystkie jego strony – i te dobre, i te złe.

W sprawach przemocy bardzo pomocne są grupy wsparcia. Wysłuchanie historii innych kobiet, które przeszły podobną drogę, pokazały, że można wyjść ze związku, w którym jest przemoc, stanąć po swojej stronie – bywa dla wielu motorem do działania.

Każda kobieta ma swój pomysł na życie i nikt nie ma prawa w nie ingerować. Nikt nie może ci mówić, jak masz żyć. Jeśli uważasz, że granice twojej intymności bywają naruszane, a wstydzisz się o tym rozmawiać – zrób autodiagnozę. Na czym polega? Po intymnym zbliżeniu stań przed lustrem i zapytaj samą siebie: ,,Czy było mi dobrze? Czy jestem piękną kobietą, która zasługuje na szacunek?”.

Odpowiedz też sobie na kilka podstawowych pytań:

  1. Czy ,,po” miałam ochotę przytulić się do partnera, czy też zawstydzona uciekłam do łazienki?
  2. Kiedy zbliża się noc, stosuję uniki, zwlekam z pójściem do sypialni, nasłuchuję, czy partner zasnął, wykręcam się bólem głowy?
  3. Czy często zgadzam się na coś wyłącznie dla przyjemności partnera, a po fakcie czuję do siebie obrzydzenie?
Jeśli po zbliżeniu jest ci smutno, czujesz się winna, wstydzisz się, czujesz ból, to znak, że robisz coś, na co nie masz wewnętrznej zgody. Uświadomienie sobie tego faktu, to pierwszy ważny krok do uszanowania siebie i swoich potrzeb.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gwałty w Polsce - statystyki, które szokują. Czym jest gwałt w małżeństwie? [RAPORT]

Od dłuższego czasu organizacja Amnesty International domaga się zredefiniowania gwałtu w polskim prawie. (Ilustracja Getty Images)
Od dłuższego czasu organizacja Amnesty International domaga się zredefiniowania gwałtu w polskim prawie. (Ilustracja Getty Images)
Kiedy Anna, której mąż gwałciciel czytał Biblię w łóżku, zgłosiła się na policję, usłyszała, że przecież ma trójkę dzieci. Naprawdę chce z nimi zostać sama? Po co jej jeszcze większe kłopoty?

Kiedy Anna, której mąż gwałciciel czytał Biblię w łóżku, zgłosiła się na policję, usłyszała, że przecież ma trójkę dzieci. Naprawdę chce z nimi zostać sama? Po co jej jeszcze większe kłopoty?

Trzydziestoletnią dziś Agatę zgwałcił pan Darek, wychowawca z domu dziecka, miała wtedy 14 lat. Sprawę zamieciono pod dywan, wychowawcę przeniesiono do innej grupy, do dziś widzi go czasem na ulicy, bo żyją w tym samym niewielkim mieście. – Na jego widok dzieją się ze mną rzeczy straszne, nogi mam jak z waty, zastygam w bezruchu, kiedyś nawet posikałam się ze strachu – wspomina. Przez pana Darka Agata nigdy nie wyjdzie za mąż, nie będzie mieć dzieci, bo od tamtej pory nie jest w stanie współżyć z mężczyzną. W ogóle unika mężczyzn, z pełną świadomością została urzędniczką na poczcie, bo tam pracują głównie kobiety. Choć przeszła kilka terapii, nie jest w stanie do dziś opanować nagłych napadów płaczu lub złości. – Ostatnio wpadłam w dziki szał, gdy dowiedziałam się o tym, co słynny już w całym kraju amerykański kandydat na polskiego Top Modela zrobił kiedyś nastoletniej dziewczynce. W jeszcze dzikszy, gdy usłyszałam głosy obrońców młodzieńca, że szkoda marnować mu życia, że to było dawno, że już odpokutował. Wszystkie obrazy z przeszłości do mnie wróciły. Bolało mnie jak wtedy, gdy miałam 14 lat. Co zrobiłam? Kupiłam butelkę wódki, upiłam się do nieprzytomności, obudziłam się rano w łazience, nie pamiętam, kiedy weszłam pod prysznic. Ciągle wchodzę pod prysznic, ciągle chcę z siebie zmyć ten brud sprzed wielu lat. A nie potrafię.

Pewnie nikt

Do Aleksandry, tłumaczki i nauczycielki języka rosyjskiego, kobiety takie jak Agata piszą często listy z prośbami o radę. Albo tylko po to, by się przed kimś wygadać. Taka Ewa na przykład od lat milczy, że mąż zmusza ją do seksu analnego, szantażując, że jeśli piśnie słowo, zacznie wyżywać się na ich dzieciach.

Inna kobieta skarży się, że szef ciągle zamyka się z nią w pokoju na klucz. Najpierw każe jej przed sobą klękać, potem rozpina rozporek. A ona jest tak zamrożona, sparaliżowana, że myśli tylko o tym, by to się wreszcie skończyło. Piszą młode dziewczyny, które regularnie są gwałcone przez swoich chłopaków. Wstydzą się o tym komukolwiek powiedzieć. Bo kto by im uwierzył? – Pewnie nikt – wzdycha Aleksandra, którą na wyjeździe służbowym w Kaliningradzie zgwałcił, dwukrotnie, ratownik medyczny. Po powrocie do Polski od razu poszła na komisariat. Była względnie spokojna, nie umyła się po gwałcie, wiedziała, że dowodem, który powinien obciążyć sprawcę, są ślady biologiczne i poranienia, jakich doznała. Rozmowa z funkcjonariuszką była długa i, z perspektywy Aleksandry, poniżająca. – Policjantka ciągle dopytywała, czy nie zmyślam, w pewnym momencie zapytała, dlaczego nie krzyczałam w czasie gwałtu. Pytała, dlaczego nie pobiłam gwałciciela. Próbowałam ją przekonać, że byłam przerażona, sparaliżowana strachem, że miałam do czynienia z wielkim, silnym facetem, że w końcu dostałam ataku padaczki. Jestem epileptyczką, mam na to papiery. I co? Policjantka, takie miałam odczucie, w ogóle mi nie wierzyła. W sądzie nie było lepiej. – Dopytywano mnie na przykład, w jakiej pozycji sprawca mnie zgwałcił. Jak wyglądał jego członek i w jakim kolorze miał majtki. Musiałam opisywać też, w co sama byłam ubrana, pech, miałam krótką spódniczkę. Padło też pytanie, czy piłam alkohol.

O swojej historii opowiedziała mediom. Na skrzynce pocztowej odnajdywała i wciąż odnajduje wulgarne mejle, z których dowiaduje się, że zmarnowała życie porządnemu mężowi i ojcu.

Ból niewinnego dziecka

Niedawno Aleksandra przeczytała w jakiejś gazecie na temat wyroku Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. Sąd za gwałt na dziewczynce skazał jej kuzyna na rok więzienia w zawieszeniu. „Czternastolatka nie została zgwałcona, bo nie krzyczała, kiedy 26-letni mężczyzna się do niej dobierał” – wyjaśnił dziennikarzom wrocławski wymiar sprawiedliwości.

Było tak: nastolatka przyjechała do rodziny na święta Bożego Narodzenia. Z braku miejsca goście kładli się po kilka osób na jednym łóżku. Obok dziewczynki położył się pijany krewny. Najpierw zaczął ją tylko całować. Potem rozbierać. Dziewczynka go odpychała, płakała. Prosiła, by przestał, że tego nie chce. Przez kolejne dni była w tak wielkim szoku, że dopiero po kilku tygodniach zwierzyła się ze wszystkiego matce. To był drugi z powodów, dla których kara za gwałt dla sprawcy była niewiarygodnie niska: nastolatka nie zgłosiła gwałtu od razu. Ten pierwszy, przypomnijmy: dziewczynka zamiast płakać, powinna krzyczeć.

– Kiedy czytam o takich historiach, mam ochotę wyć z rozpaczy, doskonale czuję ból tego niewinnego dziecka. Ta dziewczynka już pewnie nigdy nie wróci do siebie – uważa Aleksandra.

Albo ten wyrok dla synów notabli z małego miasteczka. Brutalny, zbiorowy gwałt na nastolatce zakończył się dla sprawców wyrokami w zawiasach. Powód? Dziewczyna była pijana, nie mogła więc podjąć racjonalnej decyzji. Nie krzyczała? No skąd!

I jeszcze ta biegaczka, którą wieczorem zgwałcił nieznany dotąd sprawca, wcześniej przykładając jej pistolet do skroni. Policja nie chciała uwierzyć ofierze, bo ta nie stawiała oporu! A potem szybko uciekła. I obrażenia nie były zbyt wielkie. I znów te pytania: dlaczego się pani nie broniła, nie krzyczała?

W Internecie ludzie nazwali biegaczkę oszustką. Porównywali do „matki Madzi”. Politycy bulwersowali się, że kobieta (w domyśle nierozsądna) biegała po lesie po ciemku.

Kultura gwałtu

– Na tym właśnie polega tak mocno zakorzeniona kultura gwałtu w Polsce, że o zgwałcenie i wszelakie przestępstwa seksualne obwinia się wciąż ofiarę, nie sprawcę – zauważa Mariola Wołoszyn, psycholog, emerytowana oficer policji. – Od wielu dziesięcioleci policjanci są szkoleni, że powinni traktować ofiarę z godnością i empatią, tyle razy zmieniano już przepisy i procedury, a my wciąż stoimy w tym samym miejscu. Ofiara zgwałcenia wciąż musi się gęsto tłumaczyć, dlaczego włożyła krótką spódniczkę, zamówiła sobie drinka i weszła w ciemną uliczkę. Myślę, że procedury niewiele zmienią, dopóki nie zmienimy mentalności Polaków, także policjantów, sędziów i prokuratorów, dopóki nie przekonamy ich, że okoliczności, w jakich doszło do zgwałcenia, nie mają znaczenia. Gwałt jest gwałtem, aktem brutalnej przemocy, niezależnie od tego, czy sprawcą jest psychopata, wypadający z krzaków, czy szanowany profesor. Czy ofiara krzyczała, broniła się, czy nie.

Przez wiele dziesięcioleci panowało w Polsce przekonanie, że w przeciwieństwie do krajów zachodnich, szczególnie Ameryki, gwałt w naszym kraju jest problemem marginalnym. Tymczasem z badań Beaty Gruszczyńskiej przedstawionych jeszcze w ubiegłej dekadzie w książce „Przemoc wobec kobiet w Polsce” wynika: 11,5 proc. kobiet doświadczyło w życiu gwałtu lub usiłowania gwałtu. Co roku w Polsce przemoc fizyczna lub seksualna dotyka 800 tysięcy kobiet, 100 tysięcy kobiet doświadcza przemocy seksualnej. Dane nie zmieniają się od lat: oficjalnie co roku 30 tysięcy Polek zostaje zgwałconych. Rzeczywista liczba gwałtów może być drastycznie większa, bo zazwyczaj aktów przemocy seksualnej Polki nie zgłaszają nigdzie. Ze strachu przed ostracyzmem, zemstą sprawcy, problemami w pracy i w domu zachowują je w tajemnicy. Potwierdzają to analizy Fundacji na rzecz Równości i Emancypacji „STER” zebrane w raporcie „Przełamać tabu”, z których wynika, że 53 proc. badanych nie powiedziało o tym bliskim, a aż 91,8 proc. nie zawiadomiło organów ścigania. Ponad połowa kobiet nie zdecydowała się na zgłoszenie, ponieważ była przekonana, że policja nic w tej sprawie nie zrobi. Prawie co piąta zgwałcona Polka uznała, że nie ma sensu zgłaszać gwałtu, bo... nikt jej nie uwierzy.

Przez wiele dziesięcioleci panowało w Polsce przekonanie, że w przeciwieństwie do krajów zachodnich, szczególnie Ameryki, gwałt w naszym kraju jest problemem marginalnym. (Ilustracja Getty Images) Przez wiele dziesięcioleci panowało w Polsce przekonanie, że w przeciwieństwie do krajów zachodnich, szczególnie Ameryki, gwałt w naszym kraju jest problemem marginalnym. (Ilustracja Getty Images)

Latawice i mściwe suki

– Wiem, z czego to wynika. Opinia publiczna bardzo często usprawiedliwia sprawców gwałtów – mówi Kamila Ferenc, prawniczka związana z Fundacją przeciw Kulturze Gwałtu. – Otoczenie broni oprawców szczególnie wtedy, gdy są to osoby znane, na wysokich stanowiskach, z tak zwaną nieposzlakowaną opinią. Ofiarom przypisuje się wówczas najgorsze z możliwych cech, albo to latawice, albo „mściwe suki”, a do tego na pewno chcą wyciągnąć jakieś pieniądze.

Dla Kamili Ferenc bulwersująca jest nie tylko mentalność otoczenia, ale też postawa organów ścigania, efektem czego są częste, zbyt częste umorzenia spraw lub skandalicznie niskie wyroki. Tę mentalność doskonale pokazują statystyki. Z badania Centrum Praw Kobiet nad wiedzą i postawami policjantów i prokuratorów wobec gwałtu wynika, że 30 proc. prokuratorów i 39 proc. policjantów nie ocenia jako gwałtu sytuacji, w której sprawca doprowadza do stosunku pod wpływem środków farmakologicznych, na przykład pigułki gwałtu. Co więcej, prawie 20 proc. prokuratorów i ponad 30 proc. policjantów i policjantek nie uznaje za gwałt wymuszenia stosunku przy użyciu przemocy. Prawie połowa funkcjonariuszy policji uważa, że niechciany kontakt seksualny nie jest gwałtem!

Od dłuższego czasu organizacja Amnesty International domaga się zredefiniowania gwałtu w polskim prawie. Przepisy mówią jasno, że karze podlega osoba, która przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego. Tyle Kodeks karny. Jednak jest jeszcze dotychczasowe orzecznictwo, którym kierują się sędziowie i prokuratorzy. Ofiara powinna „stawiać czynny i nieprzerwany opór”, „manifestować swój brak zgody przez głośne protesty, prośbę lub krzyk”. Ma stawiać opór. „Rzeczywisty, a nie pozorny”.

To zupełnie nie odpowiada wymogom, które stawia konwencja stambulska. Polska ją ratyfikowała, zatem wzięła na siebie odpowiedzialność, że wdroży te wytyczne. – Nie wdrożyła i wszystko wskazuje na to, że długo jeszcze tego nie zrobi – zauważa Kamila Ferenc. Wyjaśnia, że konwencja kładzie nacisk na to, że za gwałt uznaje się każdą czynność seksualną sprawcy bez wyrażonej świadomie zgody drugiej strony.

Znany artysta z wpływami

Według prawniczki dopóki europejskie wytyczne nie zostaną wprowadzone do polskiego prawodawstwa, znaczna część ofiar będzie bez szans na uzyskanie sprawiedliwości czy zadośćuczynienia. – Szczególnie dotyczy to ofiar gwałtów małżeńskich i młodych kobiet, zgwałconych na imprezie, na przykład przez byłego chłopaka. Albo sytuacji zawodowych, gdy oprawcą jest szef czy syn miejscowego komendanta policji lub znany artysta, z ogromnymi wpływami w swoim środowisku. Te ofiary nie krzyczą, nie wyrywają się, bo albo są zaskoczone całą akcją, albo zastraszone. Nie mają zasinień, zadrapań, bo często są w szoku, zamrożone, sparaliżowane sytuacją.

Ferenc prowadzi sprawę kobiety, która od dziesięciu lat walczy o wyrok dla swojego męża, który regularnie ją gwałcił, zmuszał do seksu biciem, szturchaniem, szantażem emocjonalnym: jeśli się postawisz, będziesz miała w domu piekło.

– Gdy mu odmawiała współżycia, potrafił budzić ją w nocy, wyzywać od najgorszych, w ciągu dnia wywoływał nieustanne awantury. Ktoś spyta, dlaczego od niego nie uciekła. Bo takie ucieczki nie są wcale proste. Często w grę wchodzi przemoc ekonomiczna, brak środków do życia. Moja klientka zdecydowała się sprawę ujawnić dopiero wtedy, gdy mąż wyjął pistolet i zagroził, że ją zastrzeli. Końca sprawy w sądzie nie widać, kobieta cały czas żyje w traumie, nieustannym stresie. I, jak zwykle bywa u ofiar, obwinia się. Moja inna klientka akurat przez to, że długo walczyła o sprawiedliwość, zaniedbała wychowanie dzieci.

Pełnia władzy

Tymczasem gros kobiet o gwałtach, które przeżywają w małżeństwie, w ogóle nie mówi, więcej – część z nich w ogóle nie wie, że wymuszanie na nich seksu to gwałt, a nie święty małżeński obowiązek, jak próbuje im wmówić otoczenie.

W niedawno wydanej książce „Gwałt polski” Maja Staśko i Patrycja Wieczorkiewicz opisały sytuację, w której mąż, gwałcący regularnie żonę, cytował jej fragmenty Biblii, które miały świadczyć o tym, że ma nad nią pełnię władzy. Autorki oddały głos 19 kobietom (i jednemu mężczyźnie), książka jest wstrząsającym świadectwem kultury gwałtu panującej w Polsce.

– Poraziły nas nie tylko historie kobiet, ale też postawa otoczenia, szczególnie wymiaru sprawiedliwości. Jedna z naszych bohaterek, Katarzyna, przedstawiła nagrania w sądzie z gwałtu. Sprawca był dla sądu wręcz na talerzu, tymczasem sąd, zupełnie ignorując dowody, wytoczył Katarzynie proces o składanie fałszywych zeznań. Bo nie powiedziała o swoim wcześniejszym domniemanym romansie ze sprawcą. To było tak kuriozalne, że nie mogłyśmy uwierzyć. Takie rzeczy dzieją się w Polsce tu i teraz – mówi Maja Staśko.

Z zawartych w książce opowieści kobiet wynika, że do większości gwałtów dochodzi w domach, a sprawcami są albo bliscy, albo znajomi ofiary. Potwierdzają to zresztą i polskie, i zachodnie statystyki.

Maja Staśko: – Mit, że gwałcicielem jest nożownik z parku, już dawno poszedł do lamusa. Sytuacja, w której gwałcicielem jest krewny, partner, przyjaciel, ktoś, komu ufamy, sprawia, że kobiety doznają trwałego szoku. Są przekonane, że cały świat wokół nich jest niebezpieczny. Na dodatek wszyscy wokół wmawiają im, że to one są wszystkiemu winne. A oni? Byli pijani, chcieli się wyszumieć, faceci tak mają. Wszystko to, rzecz jasna, wynika z kultury, w której wciąż rządzi patriarchat, z braku edukacji seksualnej i antydyskryminacyjnej w szkołach, ignorancji organów ścigania. Ale też z braku empatii, wrażliwości na cierpienie ofiary. Kiedy Anna, której mąż gwałciciel czytał Biblię, zgłosiła się w końcu na policję, usłyszała, że przecież ma trójkę dzieci. Naprawdę chce z nimi zostać sama? Po co jej jeszcze większe kłopoty?

Większość bohaterek książki Staśko i Wieczorkiewicz nie radzi sobie z traumą po gwałcie, niektórych nie stać na terapię, a ich oprawcy często mieszkają po sąsiedzku. Katarzyna widywała swojego gwałciciela w Lidlu.

Tłumaczka Aleksandra spotykała swojego oprawcę w szpitalu, mimo procesu placówka nie zdecydowała się zawiesić ratownika w wykonywaniu pracy. Aleksandrze zdarzały się wtedy omdlenia i napady padaczki.

Pola minowe

– Ciało i umysł kobiety po gwałcie są jak pola minowe – zauważa Agnieszka Czapczyńska, psycholożka pracująca z osobami po traumie. – Nigdy nie wiadomo, w którym momencie nastąpi wybuch.

Psycholożka zauważa, że w sytuacji traumatycznej, a taką jest gwałt, nasz umysł zaczyna działać instynktownie. Ma do wyboru trzy opcje: walkę, ucieczkę lub zmrożenie, bezruch. – Wszystkie te opcje są nastawione na jedno. Na przeżycie – wyjaśnia specjalistka. – Tylko od naszych osobniczych cech zależy, który instynkt przeważy. Zmrożenie, całkowity paraliż, brak możliwości wydobycia z siebie krzyku, nawet słowa, to bardzo częsta reakcja. Gwałconą kobietę, która bije, awanturuje się i krzyczy, częściej niż w rzeczywistości zobaczymy w amerykańskich filmach.

Co dzieje się później? Bardzo często efektem gwałtu jest stres pourazowy, a to już choroba, którą trzeba leczyć. Wiele kobiet po doświadczeniu gwałtu pozostaje długo, czasem do końca życia, w stanie nieustannego napięcia, pobudzenia, nadmiernej czujności, lęków. Do tego dochodzi depresja. I flashbacki, powracające obrazy traumy, którym towarzyszą doznania w ciele tak, jakby działo się to w tej chwili. To dla kobiety prawdziwy koszmar. Aleksandra miewa flashbacki, gdy słyszy o kolejnym brutalnym gwałcie. O umorzeniu kolejnej bulwersującej sprawy z przemocą seksualną w tle. Ale także gdy czyta, że pisarka Blanka Lipińska, w której książce bohater gwałci stewardesę, mówi, że co dla jednych kobiet jest gwałtem, dla innych jest fajnym seksem.

Aleksandra: – To straszne, gdy gwałt, nawet w książce czy filmie, zostaje potraktowany jako zabawa erotyczna, jest w tym coś okrutnego, zwłaszcza dla kogoś, kto wie, jak naprawdę wygląda zgwałcenie.

Najczęściej obrazy z przeszłości wracają do niej, gdy słyszy odgłos nadjeżdżającej karetki. Nawet widok nieznanego jej mężczyzny w stroju ratownika potrafi wywołać u niej drgawki na całym ciele. Nie ma znaczenia, że od czasu gwałtu minęło już osiem lat. Jej oprawca, który po wielu latach batalii sądowych został w 2019 roku skazany prawomocnym wyrokiem na dwa lata bezwzględnego więzienia, nadal, z niewiadomych dla ofiary powodów, przebywa na wolności.

Z drugiej strony, jak zauważa Aleksandra, powrót do traumatycznych przeżyć zdarza jej się coraz rzadziej, wieloletnia terapia jednak przynosi eekty. – Pomagają grupy wsparcia, które można znaleźć w Internecie. Dają poczucie, że nie jest się ze swoim problemem całkiem samą.

Zgwałconym kobietom radzi szybki kontakt z organizacjami wspierającymi osoby dotknięte przemocą. Aleksandrze bardzo pomogły Feminoteka i jej Fundusz Przeciwprzemocowy dla kobiet z doświadczeniem przemocy seksualnej. – Dziewczyny z Feminoteki dały mi mnóstwo psychicznego, czułego wsparcia. Dzięki zorganizowanej zbiórce postawiły mnie ma nogi, mogłam spłacić część długów zaciągniętych w związku z procesem. I w związku z tym, że po gwałcie, po jego nagłośnieniu, spora część klientów ode mnie odeszła – wspomina tłumaczka. – Gdyby nie pomoc od innych kobiet, mieszkałabym najpewniej dzisiaj pod mostem.

  1. Psychologia

Agresja i przemoc w związku – dlaczego kobiety nie reagują w porę?

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Prawdopodobnie każdy z nas zna osoby uwikłane w związek, w którym pojawia się przemoc mniej lub bardziej nasilona. Rodzina, znajomi, może ktoś w sąsiedztwie… widzimy powtarzające się przykre wydarzenia i niejednokrotnie krzywdę członków rodziny. „Dlaczego ona nie odejdzie?” – pojawia się często pytanie. „Po co w tym tkwi?!”. Agresja zaczyna się zwykle od drobnych sygnałów, a potem rozwija się i nasila, aż do rozmiarów zagrażających bezpośrednio zdrowiu i życiu. Jak to się dzieje?

Prawdopodobnie każdy z nas zna osoby uwikłane w związek, w którym pojawia się przemoc mniej lub bardziej nasilona. Rodzina, znajomi, może ktoś w sąsiedztwie… widzimy powtarzające się przykre wydarzenia i niejednokrotnie krzywdę członków rodziny. „Dlaczego ona nie odejdzie?” – pojawia się często pytanie. „Po co w tym tkwi?!”. Agresja zaczyna się zwykle od drobnych sygnałów, a potem rozwija się i nasila, aż do rozmiarów zagrażających bezpośrednio zdrowiu i życiu. Jak to się dzieje?

Anna całe popołudnie czeka w napięciu na powrót męża, nasłuchuje jego kroków na schodach – czy dziś mocno stuka butami? Siedząc w kuchni, gdzie „powinna” być o tej porze, słucha dalej, jak on zamyka drzwi, jak wzdycha. Przez lata nauczyła się po tych szczegółach rozpoznawać, czy dziś będzie awantura. Najgorzej jest wtedy, kiedy mąż już w korytarzu klnie coś pod nosem, wtedy wiadomo, że obiad będzie kiepski, że bałagan w domu i to wieczne „a co ty niby zrobiłaś tutaj przez cały dzień?”. O docenieniu czegokolwiek nie ma mowy, no może czasem w łóżku powie „od razu mi lepiej”, ale to też rzadko, bo zwykle narzeka, że musi domagać się tego, „co mu się w nocy należy”, a nawet brać siłą. On jest z tych, którzy twierdzą, że gwałt w małżeństwie nie istnieje.

Pierwsze niepokojące sygnały

Często już na początku związku można zauważyć pewne oznaki skłonności do agresji u partnera, do kontrolowania innych, czy nieumiejętności panowania nad sobą. Takich sygnałów nie powinno się bagatelizować i warto reagować od razu, kiedy tylko się pojawiają. Niestety nasze normy kulturowe do pewnego momentu przesłaniają przytomne spojrzenie na sprawę. Często, kiedy partner próbuje nam wmówić, że wie lepiej co dla nas dobre, wyśmiewa nas czy przejawia tendencję do kontroli nad naszymi kontaktami z innymi ludźmi, to nie widzimy w tym nic złego. Zwykle z obu stron związku padają racjonalizacje typu: „bez zazdrości nie ma miłości”, „to tylko takie żarty, po prostu lubi się przedrzeźniać”. Czasami jednak te tendencje się nasilają. Jedna ze stron w związku nie radzi sobie z lękiem, frustracją, niską samooceną, nie wie, co to bezpieczna bliskość i w konsekwencji coraz częściej ucieka się do przemocy psychicznej. Ta zwykle pojawia się wcześniej niż fizyczne ataki.

Mechanizmy zniewolenia

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę. Często pojawiające się wyrzuty, awantury pod pretekstem braku podporządkowania, ciągłe docinki i krytyczne komentarze budują specyficzną atmosferę w domu. Nie wolno reagować, nie wolno mówić. Ofiara takiego traktowania nie ma śladów po biciu, często nawet sama nie wie, dlaczego coraz gorzej się czuje oraz jak o tym rozmawiać z bliskimi. Po prostu boi się „tego kogoś” w partnerze, jego „mrocznego pasażera”, który w każdej chwili może wkroczyć do akcji i zrobić coś nieprzewidywalnego, niebezpiecznego.

Z czasem wybuchy agresji mogą być coraz bardziej jawne, widoczne, dochodzi nawet do fizycznej przemocy. Jednak kolejną pułapką utrudniającą ocenę sytuacji są tzw. cykle przemocy. Po każdym wybuchu czy ataku jego sprawca staje się miły, przeprasza, przynosi kwiaty i obiecuje, że „nigdy więcej”. Kolejne dni lub tygodnie rodzinnej sielanki wzbudzają nadzieję, że się zmienił, dotarło do niego to, co zrobił. Czujność opada, a w międzyczasie w związku powoli narasta napięcie, z którym znów nie można sobie konstruktywnie poradzić. Po jakimś czasie następuje kolejny wybuch: sprawca sobie ulży, ofiara znajduje się w szoku, lęku i bezsilności. Powoli wykształca się syndrom wyuczonej bezradności, który nie pozwala na wydostanie się z tej psychologicznej sytuacji.

Można by opisywać wiele mechanizmów i zachowań, które wikłają osoby w przemocowym związku. Wszystkie one jednak sprawiają, że dwoje wolnych i dorosłych ludzi zmienia się w parę jak z okropnej bajki. Często jest tak, że po kilku latach podobnej relacji kobieta czuje się mała, bezsilna, zastraszona, podporządkowana – jakby była jakąś małą myszką. Partner staje się dla niej wszechmocnym potworem, któremu nie wolno się sprzeciwić, bo stanie się coś strasznego, będzie tylko gorzej, więc lepiej się nie stawiać, nie reagować. Takie wyobrażenie latami budowane przez „pranie mózgu” w czterech ścianach jest tak silne, że kobiety przychodzące do psychologa czy instytucji opisują swojego partnera jako wielkiego, wpływowego, silnego faceta, który wszystkich przegoni i nie ma na niego silnych. Przez całe tygodnie upierają się, że nic nie da się zrobić. Na koniec okazuje się jednak, że za tym obrazkiem kryje się mały sfrustrowany, skrzywdzony kiedyś człowiek, który nie zapanował nad swoją wściekłością. Właśnie ta iluzja, w której żyją oboje, czasami więzi bardziej niż realne fakty i zagrożenia, choć tym drugim też nie można zaprzeczać.

Co robić?

Jeśli jesteś świadkiem takich sytuacji, znasz kogoś uwikłanego w przemoc w rodzinie – zwróć na to uwagę, porozmawiaj. Zwykle zatrzymuje nas wstyd, niepewność, niechęć do wtrącania się, jednak wyrażenie swojego zaniepokojenia i oferta wsparcia nikomu na pewno nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie – może wytrącić taką osobę ze swoistego transu, izolacji, poczucia niezrozumienia. Może zachęcić do skorzystania z pomocy, podjęcia działań w swojej sprawie. Nie zniechęcaj się, kiedy taka osoba nie zachowuje się tak jakbyś oczekiwał, nie od razu chce działać, wycofuje się. Nie dawaj tylko dobrych rad, a staraj się towarzyszyć, bo wychodzenie z pola przemocy to długotrwały i trudny emocjonalnie proces. Jeżeli sytuacja się nie zmienia, a zagrożone jest czyjeś zdrowie (w tym równowaga psychiczna) lub życie – poinformuj instytucje, które mogą zareagować i zatroszczyć się o słabszych, np. policję, lokalny ośrodek pomocy społecznej.

Jeżeli ta historia dotyczy Ciebie, to na początek uwierz, że zawsze można coś zaradzić. Jeżeli sytuacja w relacji dopiero się zaczyna – zareaguj, postaw granice, powiedz o tym, co czujesz i myślisz o takim traktowaniu. Sprawdź, co na to odpowiada druga strona. Jeżeli nie wiesz jak, boisz się – skonsultuj się z psychologiem, to może Cię wzmocnić, pomóc znaleźć rozwiązania. Poszukaj wsparcia w bliskich osobach, choć może być tak, że i one poczują się bezradne. Każdy z nas ma doświadczenia, które mogą blokować możliwość reakcji i obrony, które sprawiają, że wchodzimy w tę bajkę o krzywdzie i nie wiemy nawet, kiedy to się dzieje. W związku z nimi czasami potrzebna może okazać się psychoterapia. Jeżeli sytuacja jest niebezpieczna dla Ciebie lub najbliższych i nie masz sił, by samemu zareagować, poproś o wsparcie instytucje – po to one są. Warto jak najszybciej zatrzymywać wciąż odtwarzającą się przemoc, bo niestety ona zwykle sama z siebie się nie kończy.

Adam Chojnacki: psycholog, psychoterapeuta, certyfikowany specjalista oraz superwizor w obszarze przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Prowadzi terapię dla osób doznających i stosujących przemoc oraz osób po traumie. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną i szkoleniową.

  1. Psychologia

Wredni i toksyczni ludzie - dlaczego często im ulegamy?

Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie (fot. iStock)
Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie (fot. iStock)
Każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z wrednymi ludźmi. Co oni tak naprawdę robią, że po kontakcie z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie; wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. Co dzieje się we wrednych umysłach? I dlaczego im ulegamy?

„Zaprosiłam ją na lunch i po pięciu minutach pożałowałam tego. Na wstępie usłyszałam, że ubieram się nawet nieźle, ale fryzurę mam okropną, powinnam koniecznie ściąć włosy. Rozejrzała się po sali: kelnerka miała »kaczy kuper«, gość przy oknie po prawej »coś obrzydliwego w oczach, spójrz tylko…«, »blondynie« przy sąsiednim stoliku nie darowała niebieskiego makijażu i krągłych kształtów. Uwagi na temat nieszczęsnej dziewczyny, jej piersi, partnera, potraw i wszystkich obecnych w restauracji stawały się coraz bardziej grubiańskie. Co jakiś czas wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Po godzinie tego miłego spotkania czułam się tak osłabiona, że najchętniej położyłabym się do łóżka”.

„Zadzwoniłem, żeby powiedzieć mamie, że w tym roku nie będę na jej urodzinach, bo zaplanowałem wyjazd integracyjny ze swoim zespołem. W słuchawce zaległa cisza, a po chwili usłyszałem znajomy zbolały głos: »Jak myślisz, ilu jeszcze urodzin dożyję?«. Zacząłem się tłumaczyć, że przecież odwiedzę ją za kilka dni, ale nie pomogło. Czułem się paskudnie, jak zwykle, gdy do niej dzwonię”.

„Powiedzieliśmy z mężem naszej 30-letniej córce, że czas, żeby wyprowadziła się z domu i zaczęła żyć na własny rachunek. Wybuchła gniewem: »Proszę bardzo, zostanę prostytutką i wtedy będziecie szczęśliwi!«. Zamilkliśmy”. To tylko trzy z dziesiątków historii, których wysłuchałam w ostatnich latach na temat trudności w relacjach z ludźmi. A przecież są jeszcze opowieści o toksycznych mężach, żonach, partnerach, przyjaciółkach, szefach, podwładnych, współpracownikach, braciach, siostrach, sąsiadach, księżach. Znawcy psychologicznej strony tematu twierdzą, że każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z toksycznymi ludźmi. I nie mówimy tu o patologii, gdy relacja z drugim człowiekiem zmienia życie w piekło i zagraża naszemu istnieniu, mówimy o normalnym życiu. Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie: wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. W kontakcie z nimi myślimy: Znów przegrałam. Zawsze się poddaję. Nie powiedziałam tego, co naprawdę czuję. Dlaczego nigdy nie przedstawiam swojego punktu widzenia? Dlaczego nie potrafię się obronić? Toksyczni ludzie wyzwalają w nas to, co najgorsze.

Czarujący i zagrażający

To mogą być niewinne zdania: „Ach, dostałaś podwyżkę? Pracujesz w dobrej firmie, skoro daje podwyżki dla zachęty”. „Straciłaś na wadze? Świetnie, ale nie powinnaś chudnąć tak gwałtownie, bo się rozchorujesz”. „Weź jeszcze jedną bułeczkę, do twarzy ci z nimi. Hej, rozchmurz się, nie znasz się na żartach?”. Lillian Glass w książce „Toksyczni ludzie” pisze, że ktoś, kto mówi niemiłe rzeczy lub sprawia ci przykrość, po czym oświadcza, że to „tylko żart”, zdradza tym samym, jak nieprzyjazne uczucia żywi wobec ciebie. Podobnie dwuznaczne komplementy mówią: „Nie lubię cię. Zazdroszczę ci. Nie mogę na ciebie patrzeć. Za kogo ty się uważasz? Ktoś musi ci pokazać twoje miejsce”.

Glass na podstawie kilkudziesięciu lat pracy terapeutycznej twierdzi, że „niewyobrażalnie olbrzymie” jest znaczenie słów, które wypowiadamy. Cytuje biblijną Księgę Przysłów: „Życie i śmierć są w mocy języka”. Toksycznych ludzi definiuje jako tych, którzy nas ranią, dręczą, ciskają w naszą stronę słownym śmieciem, nie wspierają nas, nie zachęcają do rozwoju: „Ktoś, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze, w istocie udaremnia twoje dążenie do szczęśliwego, twórczego życia”.

Toksyczni ludzie nie znoszą tych, którzy dobrze wyglądają i odnoszą sukcesy. Ale nie znoszą też tych, którym powodzi się źle. Atakują, robią złośliwe uwagi, podświadomie pragną innych zniszczyć. Czasem wyrażają radość z powodu czyjegoś sukcesu, jednak wyraz ich twarzy i gesty przeczą słowom.

Jay Carter we „Wstrętnych mężczyznach” i „Wstrętnych kobietach” pisze, że najbardziej niebezpieczni są ci, którzy próbują nas kontrolować i manipulują nami; obniżają naszą samoocenę insynuacjami, subtelnymi oskarżeniami, poniżaniem lub tzw. szczerością, czyli „powiem ci, co z tobą nie tak”.

Wredny jest oczywiście tyran, co widać na pierwszy rzut oka, ponieważ jest grubiański, uparty („ma być tak, jak ja chcę albo wcale!”), wybuchowy, gwałtowny. Jednak równie wredny może być mężczyzna kulturalny, przystojny, towarzyski, czarujący i błyskotliwy. Toksyczni ludzie mogą być geniuszami intelektu, mogą być utalentowani artystycznie i podziwiani, a jednak gdy z nimi przebywamy, czujemy się zdezorientowani i bezsilni. Najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że stanowią dla innych zagrożenie. Twój wstrętny facet może nawet wyglądać na czułego i wspierającego, pisze Carter. Dopóki nie przekonasz się, że twoje uczucia i potrzeby nic dla niego nie znaczą. Są ważne o tyle, o ile można nimi manipulować. Lojalność, oddanie, współczucie i miłość postrzega jako słabości, które można wykorzystać.

Zgadnij, co mi zrobiłeś?

Co oni robią? Są bezlitośni w dążeniu do własnego celu naszym kosztem. Życie traktują jak walkę i nienawidzą przegrywać. Stare powiedzenie: nieważne, czy przegrasz, czy wygrasz, liczy się, jak grasz, przekształcili w: nieważne, jak grasz, bylebyś wygrał.

Wiele kobiet mówi o takim doświadczeniu, które przywołuje Carter we „Wstrętnych mężczyznach”. Gdy kobieta robi to, co on chce, jest względny spokój. Ale któregoś razu wyraża swoje zdanie. „To, co nastąpiło później, było najgorszym, najbardziej poniżającym strumieniem wyzwisk, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i miało na celu zabicie mojej duszy” – opowiada jedna z bohaterek książki. Inna: „Traktował mnie jak księżniczkę i jak więźniarkę. Pozwoliłam mu mieć absolutny wpływ na to, jak się czuję”.

 
„Jeśli nie będziesz zachowywać się tak, jak chcę, będziesz cierpieć” – o tej niebezpiecznej w skutkach groźbie pisze Susan Forward w książce „Szantaż emocjonalny”. Jeśli nie podporządkujesz się jego woli, jesteś samolubną, nieczułą egoistką, a nawet wredną suką, dziwką, złą matką. Przypomina to tresowanie psa. To dlatego przeciwstawienie się szantażowi emocjonalnemu jest tak trudne: trzeba uznać, że być może jestem suką, ale dłużej nie zgadzam się na takie traktowanie. W ten sposób odzyskuję swoją siłę – to ja i tylko ja decyduję, co jest dla mnie dobre, a co złe. Najbardziej niebezpiecznymi manipulatorami mogą być nasi najbliżsi. Mogą grozić, że utrudnią nam życie, jeśli nie zrobimy tego, czego chcą. Będą zaniedbywać siebie, obowiązki, zrobią sobie krzywdę, popadną w depresję. Chcą więcej niezależnie od tego, ile im dajemy. Wpadamy w poczucie winy i ulegamy. Toksyczni ludzie – kochankowie, szefowie, rodzice – mogą obiecywać nam miłość, prezenty, pieniądze, karierę, ale tylko wtedy, gdy będziemy zachowywać się zgodnie z ich wolą. Niekończąca się seria testów i żądań, mnóstwo obietnic, ale trzeba spełnić warunki, warunki, warunki, ciągle nowe i bardziej wyrafinowane.

Są jeszcze cierpiętnicy. „Zgadnij, co mi zrobiłeś?” – tę grę opanowali do perfekcji. Przygnębieni, milczący, często ze łzami w oczach wycofują się, kiedy nie realizujemy ich oczekiwań. Cierpiętnicy mogą z pozoru wydawać się słabi, ale tak naprawdę to odmiana tyranów.

Wredni stosują negatywne porównania: „spójrz na nią, ona to potrafi!”. Nie jesteśmy tak dobrzy jak inni, niepokoi nas to i czujemy się winni. Często postępują w ten sposób ci, którzy zarządzają ludźmi w pracy. Negatywne porównania wywołują fatalną atmosferę, zazdrość i rywalizację. Możemy nagle zauważyć, że staramy się osiągać nierealistyczne normy wyznaczane przez szefa, który podjudza pracowników przeciwko sobie nawzajem. Wredni ludzie manipulują nami tak, że koncentrujemy się na ich potrzebach, natomiast opuszczamy siebie; ulegamy chwilowej iluzji bezpieczeństwa, jakie uzyskaliśmy, poddając się.

Przychodzi lęk do głowy

Trudno w to uwierzyć, ale ci silni, kontrolujący, manipulujący ludzie są zalęknieni i głodni bliskości, bezradni, obawiają się, że ich zranimy albo opuścimy. W swoich głowach słyszą przewijającą się taśmę: „To się nie uda. Nigdy nie dostanę tego, czego chcę. Nie wierzę, że innych obchodzi, czego pragnę. Nie mam tego, co jest mi niezbędne, bym mogła realizować moje potrzeby. Nie wiem, czy potrafię znieść sytuację, w której stracę coś, czego pragnę. Nikt nie dba o mnie tak, jak ja dbam o innych. Zawsze tracę tych, na których mi zależy”. Pełni niechęci, a nawet pogardy w stosunku do siebie, czują się zagrożeni. Postawą: „jestem lepszy od ciebie”, maskują przekonanie: „jestem od ciebie gorszy”.

Dlaczego więc im ulegamy? Ponieważ nadmiernie pożądamy aprobaty. Boimy się złości. Pragniemy mieć spokój za wszelką cenę. Przejmujemy przesadną odpowiedzialność za życie innych. Nie czujemy się dobrze ze sobą, nie wierzymy, że zasługujemy na miłość. Ustępujemy, bo przecież on miał takie straszne życie; lepiej ustąpić, niż zranić jego uczucia. Jednak cena za uległość jest bardzo wysoka. Ciągłe przebywanie w towarzystwie toksycznej osoby może być przyczyną licznych chorób psychosomatycznych – piszą wszyscy autorzy książek o wrednych ludziach. Mogą męczyć nas chroniczne bóle głowy, nudności, bóle krzyża, możemy odczuwać suchość w gardle, skarżyć się na wysypki, ataki astmy, alergiczny kaszel, ospałość, utratę energii, depresję. Możemy cierpieć na bóle żołądka, zaburzenia łaknienia, choroby serca, a nawet wyhodować raka z powodu tłumionego sprzeciwu czy gniewu. Ulegając, nagradzamy i wzmacniamy wrednych ludzi.

Wredność jest niebezpieczna, bo zaraźliwa. Jeśli jesteśmy szantażowani w pracy, często po przyjściu do domu odgrywamy się na dzieciach. Jeśli mamy złe relacje z rodzicami, negatywne emocje przelewamy na partnera. Sami stajemy się toksyczni, odreagowując swoje frustracje na kimś słabszym czy bardziej wrażliwym.

Lillian Glass zwraca uwagę, że w każdej chwili sami jesteśmy narażeni na wredność. Uratować może nas jedynie… uczciwość wobec siebie, która oznacza, że w żadnych okolicznościach nie będziemy zgadzać się na towarzystwo innych tylko dlatego, że mogą być dla nas użyteczni. Ludzie potrafią odebrać subtelne sygnały ukryte w naszych gestach i tonie głosu, wiedzą, czy ich lubimy, czy nie; czy mamy na względzie ich dobro, czy – wręcz przeciwnie – chcemy ich wykorzystać do własnych celów. „Ludzie nie są kamieniami w rzece, po których przechodzi się, po czym je odtrąca” – przypomina Glass. I radzi: „Wiąż się tylko z osobami, które wzbogacają cię, które cenisz, szanujesz i podziwiasz”.

Polecamy książki: Lillian Glass „Toksyczni ludzie”, Rebis; Susan Forward „Szantaż emocjonalny”, GWP; Jay Carter: „Wstrętni mężczyźni” i „Wstrętne kobiety”, Helion; John Hoover „Trudni ludzie”, Helion; Susan Forward „Toksyczni rodzice”, Santorski & Co; Patricia Evans „Toksyczne słowa”, Czarna Owca; Roy H. Lubit „Toksyczni ludzie. Jak z nimi współpracować”, One Press.

  1. Seks

Gdy w związku nie ma chemii…

Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Jak utrzymać jedno i drugie? (fot. iStock)
Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Jak utrzymać jedno i drugie? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ogień w stałym związku czasami ledwo się tli, a niekiedy nawet przygasa. Jak go podsycić na nowo? Jak przywrócić wewnętrzny płomień i poczuć pożądanie?

Zakochałam się w instruktorze jogi – opowiada Marzena. – On jest taki... charyzmatyczny, silny i delikatny, a jednocześnie tajemniczy. Wiem, że biorąc pod uwagę mój wiek, to żenujące, ale kiedy on poprawia moją pozycję w trakcie ćwiczeń, w moim brzuchu budzi się ogień. W zeszłym tygodniu, kiedy kochałam się z mężem, wstyd przyznać, ale fantazjowałam o Marku. Co się ze mną dzieje?!

Ogień w dole brzucha, trzepocące motyle pod pępkiem, ciepło w okolicy serca – to energia seksualna, zwana pożądaniem. Potężna siła, paliwo nie tylko naszych cielesnych doznań, ale także pasji, kreatywności i sił witalnych. Zwykle budzi się tylko na chwilę, pod wpływem spojrzenia, tembru głosu, dotyku czy fantazji. I tak oto kobieta wpada w ramiona mężczyzny, który jest sprawcą i adresatem jej pożądania. Jest przekonana, że gwarantuje to namiętność w sypialni. Ale mijają lata, chemia znika, a ogień w brzuchu gaśnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ona jest rozczarowana, być może obwinia partnera, że to on rozpalił jej ogień, a teraz go zgasił. A jeśli nie on, to kto? Szuka kolejnych winowajców: codzienne problemy, rutyna w sypialni, jej „oponka” na brzuchu albo jego nowa sekretarka.

Kiepska para

Seks potrzebuje namiętności, ekscytacji i przygody. Odległość, nowość, niebezpieczeństwo i władza to główni sprawcy zastrzyku dopaminy (hormonu ekscytacji) w ośrodku nagrody w mózgu. Dopóki jesteście w związku na odległość, a wasze intymne zbliżenia są prawdziwym świętem, namiętność i szaleństwo goszczą w waszej sypialni, ale... pewnego dnia pojawia się chęć bycia razem, zasypiania i budzenia się we wspólnym łóżku – i oto mamy pierwszego zabójcę pożądania.

Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Bezpieczeństwo, stałość, przewidywalność, regularność kontaktów i wygoda skutecznie zabijają namiętność. Jak sama nazwa wskazuje – bezpieczeństwo i ogień nie idą ze sobą w parze.

Monika zgłosiła się do psychologa, kiedy jej partner przestał inicjować seks. – On mnie już nie pragnie, a może ma inną? – zastanawiała się zrozpaczona. Okazało się, że najpierw to ona przestała chcieć, ale zgadzała się na seks „dla niego” i dla „dobra związku”. Niestety, mężczyźni często są świadomi prawdziwego zaangażowania kobiet w łóżku. Na początku partner próbował zadowolić Monikę, ale im bardziej się starał, tym bardziej ona traciła zainteresowanie, a on czuł się coraz bardziej odrzucony. Od miesiąca się nie kochali.

Wojtek i Iwona poznali się w pracy. Szef i sekretarka to klasyka biurowych romansów. I wiek nie odgrywa tu roli. Po prostu: on miał władzę, a ona go uwodziła. Ten namiętny romans miał swój finał przed ołtarzem, ale ich bajka nie skończyła się zdaniem: „I żyli długo i szczęśliwie”. Już miesiąc miodowy nie był tak namiętny jak seks na dyrektorskim biurku. A kiedy urodził się ich syn, miesiącami się nie kochali. I tu kłania się freudowskie tabu kazirodztwa. Jeśli para kocha się jako mąż i żona albo mama i tata – namiętność ucieka, gdzie pieprz rośnie. W seksie trzeba być mężczyzną i kobietą – kochankami, a nie przyjaciółmi, rodzicami czy małżonkami.

Dlatego jeśli w związku stawiacie przede wszystkim na stabilność, przyjaźń i zaangażowanie, zapominając o wzajemnej atrakcyjności seksualnej, chemia między wami zamieni się w ciepłe, domowe bambosze.

Ogniu płoń

Gdybym miała magiczną zapalniczkę do rozpalania ognia w sypialniach moich pacjentów, z przyjemnością bym ją podarowała tym wszystkim, którzy rozstają się z powodu braku seksu, żyją w tzw. białych związkach nie z wyboru, ale z konieczności, albo ranią się nawzajem, szukając spełnienia poza związkiem. Póki co polecam wszystkim, jako lekturę do poduszki, wiersze miłosne Pabla Nerudy, na przykład ten ze zbioru „Dwadzieścia wierszy o miłości i jedna pieśń rozpaczy”:

„Nie jesteś do nikogo podobna, od kiedy cię kocham. Pozwól, bym cię położył między wieńcami z żółtych kwiatów. Kto pisze twoje imię literami z dymu wśród gwiazd Południa? Ach, pozwól, bym cię wspominał, jaką byłaś wtedy, kiedy nie istniałaś jeszcze”.

Ten chilijski poeta erotyzował swoją żonę na wiele sposobów. Wychwalał pod niebiosa albo uprzedmiotawiał fizycznie (w poezji), a jednocześnie żarliwie kochał. Dzięki temu zapewniał sobie i swojej żonie bezpieczeństwo i namiętność w związku.

Przeciwnikom poezji polecam kilka innych rad, niby powszechnie znanych, ale rzadko stosowanych:

Weź odpowiedzialność za swoje pożądanie. To ty, a nie twój partner, trzymasz w rękach zapałkę do rozpalenia ognia w swoim brzuchu. Ty wiesz, co cię podnieca, jakie pieszczoty sprawiają ci przyjemność, a co na ciebie nie działa. Odkryj to, a potem podziel się tym z ukochanym. Mężczyzna lubi, kiedy kobieta wie, na co ma ochotę, i o to prosi. Świadomość własnych pragnień da ci siłę.

Pielęgnuj swój naturalny erotyzm. Zamiast koncentrować się na tym, aby być pożądaną, bądź atrakcyjna przede wszystkim dla samej siebie.

Pamiętaj, że satysfakcjonujący seks to o wiele więcej niż orgazm. To proces, zmysłowy taniec, dynamika między dwojgiem ludzi, magiczny rytuał zaczynający się na długo przed wejściem do sypialni. Uwodzicie się poza sypialnią? Jak zwykle zapraszacie się do łóżka? Może pora coś zmienić?

Nie zapominaj o tym, że każdy zmienia się w trakcie związku. Wiele par, które trafiają do mnie, zaczynało związek jako chłopiec i dziewczynka, albo jedno z nich było mniej dojrzałe od drugiego. Minęły lata, oboje dorośli, a ich seksualny rytuał nadal jest niezmienny. A tymczasem ona – dziś dojrzała kobieta, chce innego seksu. Albo on dość ma kochania się z dziewczynką. Choć na co dzień dobrze im razem, nie wierzą, że mogą od siebie dostać nawzajem to, czego potrzebują na obecnym etapie życia.

Dbaj o to, by wasz seks był urozmaicony. I nie chodzi tu jedynie o doskonalenie się w nowych technikach czy kupowanie erotycznych gadżetów. Inaczej chcesz być zapraszana do sypialni, kiedy miałaś zły dzień i potrzebujesz bliskości, a inaczej kiedy budzi się w tobie zwierzęcy instynkt i pragniesz ostrego seksu. Ale skąd twój partner ma o tym wiedzieć?

Przekształcanie lęku w fantazje erotyczne

Co czujesz w tej chwili na myśl o partnerze? Może boisz się, że go utracisz albo czujesz niechęć? Jakie reakcje w ciele dostrzegasz na myśl o tym? Na przykład ucisk w żołądku. Spróbuj to doznanie przekształcić w coś przyjemnego, np. wzmacniaj ucisk, aż poczujesz przyjemne ciepło rozlewające się w żołądku. Możesz dotknąć ręką tego miejsca, pomasować je, lekko ucisnąć. Teraz dodaj temu odczuciu odrobiny erotyzmu, np. wzmocnij doznanie ciepła, aż poczujesz ogień albo przyjemne dreszcze.

  1. Seks

Miłość, seks i depresja - rozmowa z seksuologiem

Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby (fot. iStock)
Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby (fot. iStock)
Seks to najzdrowszy i najtańszy antydepresant, pod warunkiem że uprawiamy go z miłości. Puszczanie się w wir polepszania nastroju za pomocą aktów fizycznych grozi popadnięciem w takie same tarapaty jak podczas przesadzania z alkoholem – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Depresja i seks mają ze sobą skomplikowane stosunki. Depresja bardzo nie lubi seksu i ma wpływ na zmniejszenie satysfakcji seksualnej. Na dodatek większość leków przeciw depresji, szczególnie starszej generacji, może prowadzić do poważnych zakłóceń życia seksualnego. Leki wpływają na chemię mózgu. Większość z nich, niestety, blokuje seks, niektóre działają niemal kastrująco. Szczególnie u mężczyzn. Ale i u kobiet gwałtownie zmniejsza się gotowość do seksu. Przy ciężkiej depresji wszystko jednak wydaje się lepsze od niej samej, więc problemy z seksem schodzą na dalszy plan.

Mężczyzna może być dobrym kochankiem nawet z depresją, jeżeli uprawia seks miłosny. Hydraulika ma przecież z nim niewiele wspólnego. Depresja to wołanie o miłość. Więc kiedy kobieta dotyka miękkiego penisa nie dlatego, że chce stosunku, ale dlatego że kocha i każdy kawałek ciała mężczyzny jest dla niej ważny, to brak pełnej erekcji nie jest żadnym problemem. Ale o tym trzeba też umieć rozmawiać. Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby. Ale to fakt, że biorąc antydepresanty, musimy liczyć się ze zmniejszeniem pożądania i doznań w sferze genitaliów, mogą pojawić się zaburzenia erekcji i ejakulacji, zaburzenia w nawilżeniu pochwy. Orgazm może być spłaszczony i spóźniony. Zdarza się, że pacjenci przez pewien czas w ogóle go nie mają. Poza tym nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakim natężeniu te objawy wystąpią. Rano jest nieźle, w południe nagle zupełna klapa. Warto jednak pamiętać, że paradoksalnie leki przeciwdepresyjne mogą mieć korzystne działanie na seks mężczyzny i śmieszne działanie na seks kobiety. W przypadku mężczyzn przyjmujących antydepresanty może zdecydowanie ulec wydłużeniu czas trwania stosunku. To korzystne dla mężczyzn borykających się z problemem przedwczesnego wytrysku.

A jak rozumieć sformułowanie, że leki mogą mieć „śmieszne działanie” na seks kobiety? Są badania potwierdzające pojawianie się spontanicznie przeżywanych orgazmów u kobiet np. podczas ziewania…

Ale tak w ogóle to nie jest śmiesznie. Negatywny wpływ leczenia na aktywność seksualną jest za często bagatelizowany przez lekarzy, gdyż wydaje się im mało istotny w porównaniu z depresją. Faceci mają tu gorzej od kobiet. Męska hydraulika jest czuła na zmiany nastroju, a leki antydepresyjne potrafią być brutalne. Część męskiej tożsamości oparta jest na seksualnej mocy i jej przejawach. Większość mężczyzn z różnych powodów cierpiących na impotencję ma już tylko z tego powodu depresję. U kobiet to chyba wygląda trochę inaczej? Zmniejszenie sprawności seksualnej kobiet nie działa aż tak destrukcyjnie. To też efekt przyzwyczajenia mężczyzn do tego, że kobietę ma prawo „boleć głowa”. Ale też odbycie stosunku przez kobietę, która ma mniejsze potrzeby seksualne, nie stanowi technicznego problemu.

Ale psychiczny „pas startowy” u kobiety wedle powszechnej opinii powinien być długi; by się oderwać od ziemi, powinna mieć dobre „warunki atmosferyczne”. A depresja jest jak czarna mgła... Depresja na pewno wydłuża start, jednak są kobiety, które podrywają się do lotu w trzy sekundy. Mężczyzna w trudnych warunkach nigdzie nie poleci, chyba że mu pomoże partnerka. Mówiąc o pomocy, mam tu na myśli również zrozumienie, dobre słowo, czułość. Pamiętajmy, że w depresji seks bywa też formą leczenia. Pod warunkiem że nie jest traktowany jako wyczyn. O leczeniu seksem depresji pisze w swoich naukowych publikacjach seksuolog Barbara Keesling. W Polsce ukazała się jej książka pt. „Leczenie seksem”.

Czytałem wyniki badań, z których można wywnioskować, że najczęstszym powodem odstawiania leków (nawet gdy jest to groźne dla zdrowia, gdyż depresja może wrócić) jest właśnie seks. Nie jestem psychiatrą, ale wiem, że są takie antydepresanty nowej generacji, które seks mogą nawet wzmagać. Te leki nie zawsze jednak biorą depresję na rogi, co czasami udaje się brutalnym środkom starszej generacji, które w seks walą toporem. Ale seks to przecież nie tylko orgazm i erekcja, to też czułość, petting. I to właśnie próbuję przekazać pacjentom.

Warto też im mówić, że nawet jeśli leki ograniczają czy blokują seks, to nie robią tego na zawsze. Można odstawić leki na dzień, dwa, ale to już wymaga wyczucia i wiedzy, jak na to zareaguje nasz organizm. Każda taka decyzja powinna być uzgadniana z psychiatrą. Z nim trzeba też porozmawiać, czy nie ma niebezpieczeństwa w równoległym przyjmowaniu środków na erekcję działających jak klin wobec antydepresantów. A są głosy, że można tak robić.

Pacjenci z umiarkowaną depresją traktują seks jako pociechę. Miłość fizyczna redukuje napięcie, daje radość, więc może seks powinniśmy traktować jako antydepresant? Na temat antydepresyjnego działania seksu sporo mówi się w publikacjach seksuologicznych, pamiętajmy jednak, że seks to nie tylko orgazm. Wiele badań wskazuje na to, że pacjenci, którzy są leczeni z powodu różnych chorób, nie tylko depresji, jeżeli są obdarzani ciepłymi gestami ze strony opiekunów, lepiej znoszą ból itd. Część terapeutów diagnozuje prawdziwą depresję u pacjenta poprzez analizę jego emocji. Pacjent, który wzbudza chęć pocieszenia, przytulenia, zaopiekowania się, łatwo płacze, to najczęściej osoba dotknięta depresją. Nic więc dziwnego, że depresja szybciej mija tam, gdzie jest pociecha, a pociechą jest także bliskość.

Ale sama czułość, bliskość, nawet największa, nie przegoni depresji jako choroby. Dlatego nowe leki, choć są cudem, czasami jednak nie działają. Wtedy trzeba szukać innych, zmieniać je i na ogół po jakimś czasie chemia zaskakuje. Psychoterapia jest drugim skrzydłem leczenia, a czułość, bliskość, seks to jakby ścieżka trzecia. Ale drepresyjność może nie być chorobą, lecz tendencją, stanem duszy, stałym cieniem.

Norwid nazwał to „czarną nicią”. Bywają ludzie, których ta czarna nić oplata zawsze, są jakby smutni z natury, takie było ich dzieciństwo, wychowanie, w końcu – taka jest ich biologia, geny. Są też ludzie, których osobowość od dzieciństwa rozwijała się w pełni światła. Smutni, kiedy dopada ich depresja, popadają w czarną rozpacz. Weseli z natury załamanie depresyjne przezwyciężają, korzystając między innymi z energii, jaką daje intymna bliskość.

Gdy nie było antydepresantów, ludzie instynktownie szukali pomocy w alkoholu. Myślę, że 90 procent alkoholików to ludzie z problemami z depresją, alkohol redukuje napięcia, polepsza nastrój, ale jego wady znamy. Seks to najzdrowszy i najtańszy antydepresant, pod warunkiem że to seks miłosny. Puszczanie się w wir polepszania nastroju za pomocą seksu grozi popadnięciem w takie same tarapaty jak z alkoholem. W skrajnych przypadkach przeradza się to w seksoholizm.

O czym genialnie mówił film „Wstyd”. Ludzie uprawiają seks z różnych powodów. Szukają rozrywki, zabicia nudy, podoboju. Pacjenci z depresją mówią mi, że seks poprawia nastrój i łączy ludzi, jednak najlepszym anty-depresantem jest seks miłosny. Jeśli miłość leczy depresję, a tak jest, to seks jest bazą miłości.

Krzysztof Korona - psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.