1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Czy naprawdę chcemy romantycznego partnera?

Czy naprawdę chcemy romantycznego partnera?

To, co ludzie mówią o swojej potrzebie romantycznych przeżyć i to, czego faktycznie potrzebują, to dwie różne sprawy. Naukowcy dociekają, czego tak naprawdę oczekujemy od miłosnych związków.

- Ludziom łatwo przychodzi mówienie o tym, że chcą być z romantycznym partnerem - mówi dr Eli Finkel, profesor psychologii na Northwestern University. - Deklaracje te jednak nie mają wiele wspólnego z tym jakich rzeczywiście partnerów pragną. Co kryje się pod maską takich niewiele wartych stwierdzeń o romantyzmie?

Badania wykazały, że nasze najsilniejsze preferencje dotyczą atrakcyjności fizycznej. Już inną sprawą jest rozdźwięk między tym, że chcemy być z atrakcyjnym fizycznie partnerem a tym, że wierzymy, że to możliwe. Większość badanych (ponad 70 proc.), częstych uczestników speed dating (szybkich randek), przyznała się, że nie ma nadziei, że spotka naprawdę atrakcyjnego kandydata na partnera. Właśnie te osoby najczęściej stwierdzały, że szukają kogoś romantycznego, wrażliwego i ciepłego.

źródło: Journal of Personality and Social Psychology

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Lęk przed bliskością to demon, którego nie należy lekceważyć

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracuję teraz z kilkoma mężczyznami, którzy odważyli się pochylić się nad swoim reakcjami i lękiem przed bliskością po to, by ich związki mogły rozkwitnąć i dawać szczęście.

Pod wąsem mogę się uśmiechnąć, że zamiast - jak to feministka - bronić kobiet, zajmuję się ochroną mężczyzn. Ale będzie to tylko dobry wic na otwarcie rozważań, bo obydwie płcie zasługują na to samo, a im większa populacja świadomych, dojrzałych mężczyzn, tym lepiej żyje się kobietom.

Dlatego postanowiłam napisać tekst o czymś, co czai się niemal w każdym związku i co ludzie odkrywają ze zdziwieniem, że przecież wcale tego nie chcieli. Jak już demon przestaje się czaić, to powoduje, że faceci wynoszą się z domów w nadziei na to, że gdzieś ktoś ich zrozumie. Albo kobiety się wynoszą/zostają zastanawiając się, czy je jeszcze ktoś kiedyś zrozumie. Lęk przed bliskością - to ten demon. Ciekawe, że wszyscy go lekceważą, chociaż nieszczęść spowodował tyle, co Hitler i Stalin razem wzięci.

Ucieczka od bliskości

Zaczęłam od facetów, bo im jest jeszcze trudniej. Wychowanie odcina ich od emocji, nikt nie uczy ich radzenia sobie z uczuciami. Zresztą kobiety także uciekają od bliskości, ale najczęściej są tego bardziej świadome.

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Co trudniejsze, pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie - związków opartych na miłości, czasem też w przyjaźni. Zakłóca je i utrudnia emocjonalne otwarcie się na ludzi. Często jesteśmy skłonni utożsamiać odczuwany lęk z obawami o odrzucenie, pogorszenie relacji lub o emocje, które nie zyskają wzajemności. Jednak tak naprawdę nasz lęk przed bliskością jest wyzwalany przez emocje pozytywne i to właśnie wejście w związek z kimś, na kim naprawdę nam zależy, najczęściej wzbudza ten głęboko skryty lęk.

Bez bliskości w miłości

To dość paradoksalne - im bardziej chcemy być blisko i intymnie z drugim człowiekiem, tym silniej nasz wewnętrzny wróg się temu sprzeciwia. Nie nasz partner, nie okoliczności, ale słabo rozpoznana siła, która drzemie w nas samych.

Problemem jest to, że nasz wybraniec/wybranka widzi nas jako osoby godne miłości, wspaniałe, pełne zalet. Tymczasem my wcale nie musimy tak dobrze o sobie myśleć. Częściej czujemy coś zupełnie przeciwnego. A najczęściej pozostajemy w przekonaniu, że wcale nie jesteśmy godni miłości. I wcale nam się nie  śpieszy do zmiany postrzegania nas samych. To wymagające zadanie, połączone z weryfikacją tego, jak byliśmy traktowani emocjonalnie przez naszych rodziców, poprzednich partnerów. Wolimy odrzucić realną miłość, niż wziąć się za bary z negatywnym obrazem własnej osoby.  Tworzymy więc w sobie bariery, które mają nas przed miłością chronić. Można powiedzieć, że uzbrajamy się w emocjonalną zbroję. Często też nazywamy uzbrajanie obawą przed skrzywdzeniem, bo to dobrze usprawiedliwia pozostawanie w pozycji defensywnej. Któż może wymagać od nas, abyśmy wystawili się na ciosy?

Skąd bierzemy negatywne przekonania/emocje na temat nas samych? Są czymś innym niż myśli o grubych udach czy niezdolności do nauki języków. Są wytrenowanym, głęboko osadzonym skryptem naszej psychiki. We wczesnym dzieciństwie, odczuwając deficyt miłości, dezaprobatę lub odrzucenie rodziców (a wszyscy tego doświadczają, nawet jeżeli mają fenomenalnych rodziców), musieliśmy sobie jakoś radzić z potężnym i zagrażającym nam odczuciem. Nie zanegujemy rodzica, negujemy własną wartość. Wtedy łatwiej zrozumieć dlaczego nie dostaliśmy tego, co było nam potrzebne.

Jako dorośli mylimy skutek z przyczyną. Odczucie bycia niewartym miłości myli nam się z innymi, wtórnymi przekonaniami, obawami. Nie skupiamy się przesadnie na rozumieniu tego, co się z nami dzieje. Po prostu zostajemy ze znanymi skryptami, reakcjami i powtarzamy je w kolejnych, ważnych dla nas związkach. Jesteśmy na tyle dobrzy w oszukiwaniu siebie, że od bliskości nie uciekamy. Za to wpadamy w nowe romanse, bo dzięki temu poczujemy to "coś", dreszcz bycia na świeżo kochanym. Dogadzamy sobie na wszystkie możliwe sposoby albo wręcz przeciwnie, karzemy się, bo przecież to wszystko nasza wina. Zapijamy demona albo kombinujemy nieprzeciętnie, co by tu wykonać, żeby do drugiego człowieka nie zbliżyć się  tak naprawdę, tak bez pancerza.

Kręci nami jak chce

Nie odrzucamy bliskości świadomie i z intencją, to bardzo podświadomy mechanizm. W chwilach intymności emocjonalnej i fizycznej zachowujemy się w określony sposób - taki, który spowoduje napięcie w nas albo w drugiej osobie. Tak, żebyśmy albo mogli odepchnąć, albo zostać odepchnięci.

Jeśli poznasz któreś z poniższych zachowań, warto się chwilkę nad sobą zastanowić. To są schematy ucieczki od bliskości:

  • Nieokazywanie uczuć, reagowanie obojętnie lub odrzucająco na pozytywne bodźce emocjonalne (mąż gotuje dla żony kolację, ona krzyczy, że przecież on wie, że ona nie je klusek, bo jest na diecie).
  • Pozostawanie podejrzliwym lub wręcz paranoicznym wobec partnera (doszukiwanie się negatywnych motywacji zachowań), ponadprogramowa zazdrość. Czasem po prostu wystarczy niezauważanie, że partner chce dobrze.
  • Utrata zainteresowania seksem i dotykiem.
  • Krytykanctwo wobec partnera, związku. Dostrzeganie negatywów, które przysłaniają pozytywy.

Zgnieść demona

Łatwo powiedzieć, robi się długo i mozolnie. Po pierwsze trzeba zmierzyć się z głębokimi, negatywnymi przekonaniami o nas samych (wspomnienia, ból, czasem rozpacz). Czasem, żeby dogrzebać się do tego, co leży na dnie, potrzebna jest pomoc psychologa. Jednocześnie trzeba świadomie i uważne dbać o to, by nie odpychać partnera lub partnerki, nie zwiększać przepaści w związku. Nagrodą są głębokie, satysfakcjonujące związki, w których seks i emocje są drogą do wyrażenia więzi łączącej ludzi.

Miłość jest uczuciem wymagającym, i to nie tylko pracy, co samo w sobie brzmi dziwnie. Także otwarcia się na nią i wyjścia ze swojej skorupy. Co prawda, wszyscy marzymy o idealnym partnerze, ale gdy już się znajdzie jakiś świetny człowiek, który chce z nami żyć, znoszenie związku okazuje się być bardzo trudne. Fantazje są prostsze od rzeczywistości, bo wystawienie na miłość może być dla nas przerażające, naruszać nasze bariery obronne, wpędzać w niepokój, który racjonalizujemy. Kochanie kogoś niesie nie tylko namiętności i szansę na spełnienie, ale obawę przed krzywdą czy stratą.

  1. Seks

Mit spontanicznego seksu

Dostosowanie własnej wizji seksu do realiów swojego świata jest najpoważniejszym wyzwaniem, które stoi przed dorosłymi ludźmi. (Fot. iStock)
Dostosowanie własnej wizji seksu do realiów swojego świata jest najpoważniejszym wyzwaniem, które stoi przed dorosłymi ludźmi. (Fot. iStock)
Jest kilka szkodliwych mitów z którymi pracuję, gdy przychodzą do mnie pary, aby zadbać o jakość swojego seksu i poprawić stan związku. Te mity są jak kamienie uwiązane do szyi. Byle się kamienia nie pozbyć. To mój kamień i będę go bronić jak niepodległości. Mit spontanicznego seksu.

Praca z negatywnymi przekonaniami jest dla mnie jedną z podstaw budowania dojrzałych związków. Zwłaszcza, że negatywne przekonania mamy w rozkwicie - że seks jest brudny, że kobieta, jak się oddaje, to traci na wartości. Długo by wymieniać. Dla jasności, sex coach nie zajmuje się ocenianiem cudzych poglądów. Na warsztat do tłuczenia kamieni trafiają te przekonania, które moi klienci sami określą jako przeszkadzające, hamujące w rozwoju, blokujące relację.

Jednym z moich ulubionych mitów jest mit spontanicznego seksu. Cóż złego jest w marzeniach, które wyrażają moi klienci: "Chciałabym, żeby to się po prostu działo", "Chciałbym, żeby seks był spontaniczny, jak wtedy kiedy byliśmy studentami i się poznaliśmy"? Przecież chcą czegoś pięknego, żeby seks był naturalny, żeby się działo jak wtedy. Właśnie - wtedy to było wtedy, a teraz jest teraz.

Jak napisał Marty Klein: "Wielu odrzuca ideę wkładania wysiłku w tworzenie dorosłego seksu, więc zwyczajnie cofają się do seksu nastolatków - przygody miłosne, powieści romantyczne, czat internetowy, pornografia". Zastosowanie norm adekwatnych do życia nastolatków czy studentów wobec ludzi 30-, 40-letnich jest absurdem. Nie dlatego, że ja tak sobie wymyśliłam, ale dlatego, że to nie działa. Wyobraźcie sobie ludzi, którzy ulegli wypadkowi i nie mogą chodzić. Raczej nie wezmą udziału w biegu przełajowym. Jeżeli chcą się sprawdzić i wyjść poza swoje ograniczenia fizyczne, muszą znaleźć sobie dyscyplinę, którą da się uprawiać na wózku inwalidzkim - koszykówkę, floret. Czy to znaczy, że ich dokonania będą gorsze, tylko dlatego, że to nie przełaje? Bzdura!

Dostosowanie własnej wizji seksu do realiów swojego świata jest najpoważniejszym wyzwaniem, które stoi przed dorosłymi ludźmi. To uświadomienie sobie, że dzieci, praca, wyzwania, troski, choroby, wiek - wszystko odcisnęło na nas jakieś piętno. Ujrzenie siebie realistycznie, nie zaś w marzeniach - jak wtedy gdy byłam piękna, młoda, a mężczyźni za mną szaleli.

Ważnym krokiem w rozbijaniu mitycznego kamienia jest odpowiedź na pytanie: czy kiedyś naprawdę był to spontaniczny seks? Gdy przy pomocy męcząco wnikliwych pytań rzucam światło na tę część życia moich klientów, okazuje się, że spontan był nieco bardziej wystudiowany, niż do tej pory uważali. Tygodniowe przygotowania do imprezy, na której spotka się wybranych dziewczynę/chłopaka, opryszczka, która niweczy wszelkie nadzieje na seks, przy okazji zmiatając z powierzchni ziemi samoocenę człowieka; kombinacje, jak znaleźć miejsce, skoro rodzice cały czas są w domu; wreszcie alkohol, dający wrażenie wolności, a tak naprawdę sprzyjający przypadkowemu seksowi. I nagle okazuje się, że w młodości zdarzał im się nie seks spontaniczny, a raczej przypadkowy. W rzeczywistości para miała może dwa, trzy naprawdę odlotowe razy na spontanie i na tych wyobrażeniach siedzi cała konstrukcja, która teraz ich  dławi i uniemożliwia wzięcie się za robotę.

A ta robota to zmiana wizji seksu. Dostosowanie jej - z młodzieńczych przyzwyczajeń i wyobrażeń (bardzo często zmieszanych ze stereotypami, fantazjami rodem z porno, filmów romantycznych i wszystkiego, czym przesiąkamy za młodu, nie filtrując i nie kwestionując) - na dorosłą wizję seksu. A w dorosłej wizji mamy tyle a tyle lat; dzieci, które przeszkadzają; choroby, troski, małe mieszkanie itp. I musimy rozumnie ocenić, czy teorie, które nam nawkładano za młodu, mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Czeka nas praca, czyli wybranie modelu i narzędzi, które się sprawdzą, a nie takich, co do których mamy wyobrażenie, że są fajne. Dorosły seks ma to do siebie, że trzeba się postarać. Jako dorośli sami mówimy naszym dzieciom, że jak nie zrobią, to nie będą miały. Dlaczego miałoby być inaczej z nami?

Mit spontanicznego seksu niesie niebezpieczeństwo nicnierobienia. Niech się zdarzy. Niech on przyjdzie i zrobi mi tak, żebym znalazła się w siódmym niebie. Niech ona zainicjuje seks, nie będę się ciągle wysilał. Jak ma być spontanicznie, to przecież nic nie można przygotować. A dorośli jednak muszą - bo do romantycznej randki jest potrzebna opiekunka, fundusze, czas. I to trzeba zaplanować i ustalić. Zazwyczaj, gdy mówię "planowanie seksu", w oczach moich klientów widzę panikę albo obrzydzenie. Są przekonani, że praca nad seksem jest najbardziej absurdalną rzeczą na świecie, że "normalni" ludzie tak nie mają i dlaczego to właśnie ich spotkało. Spotkało ich życie, z całą swoją nieprzewidywalnością i różnorodnością, ze starzeniem, kłopotami i radościami. Mentalne dostosowanie siebie do tych realiów jest wielkim ruchem, zerwaniem sznura, który nas z kamieniem wiąże.

Kolejny krok to rozmowa. I będę do znudzenia powtarzać za Izabelą Filipiak, że miłość jest przereklamowana, liczy się komunikacja. Jeżeli dwoje ludzi nie rozmawia o seksie, potrzebach, trudnościach, nie ma szans na zbudowanie czegokolwiek. Pracowałam kiedyś z parą, w której mężczyzna był znacznie starszy od partnerki, a jednym z problemów był  gwałtowny spadek liczby stosunków. Niemal przestali ze sobą sypiać, a ona nie wiedziała dlaczego. O ile udawało mi się uruchomić ich komunikację dotyczącą oczekiwań, wizji, o tyle,  gdy dochodziło do prostego pytania - z jakiego powodu sypiasz rzadziej ze swoją żoną? - zapadało milczenie. Oczywiście kobieta była skłonna wyobrażać sobie:

  • kochankę;
  • że mąż jej nie pragnie;
  • że nie kocha;
  • że się zaraz rozwiodą.
Gdy udało mi się doprowadzić do tego,  że mężczyzna przemówił, wyszło na jaw, że od wielu miesięcy cierpi na poważne bóle bioder. Ponieważ wiedział, że pozycje, które lubi małżonka wymuszają na nim dużą aktywność, unikał seksu. Wizja przyznania się do chwilowej ułomności byłaby takim ciosem w jego wyobrażenie męskości, w lęki związane ze starzeniem i możliwość sprostania młodszej partnerce, że po prostu milczał.

Mit spontaniczność nie pomaga w seksie. W zasadzie nie pomaga w niczym. Jako czterdziestolatka nie chcesz nosić ciuchów, które wdziewałaś na siebie w liceum. Czasem nie możesz, bo utyłaś albo schudłaś. Czasem zmienił ci się gust. Z jakiego powodu twój seks ma paradować w tureckim sweterku, jeansach piramidach, z blond pudlem i  w białych adidaskach? Jesteś dorosłą kobietą. No, i mężczyzną, na wypadek, gdyby ten tekst czytali faceci.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z facetem zamkniętym w sobie? Dlaczego mężczyźni nie lubią dawać znać o swoich emocjach?

Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki, które radzą, co robić, gdy facet nie umie rozmawiać. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Nie znam kobiety, która choć raz w trakcie trudnej rozmowy nie zobaczyła pleców mężczyzny i nie usłyszała: „Nie chcę o tym mówić”. Ten irytujący sposób dawania nogi mężczyźni nazywają „zamykaniem się w jaskini”. A poradniki usprawiedliwiają zamkniętego w sobie faceta tym, że robi coś naturalnego i ma do tego prawo.
Nie, to nie jest naturalne. Mężczyźni w ten sposób unikają trudnych czy przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji, uciekają przed problemami. Postępując tak, zrywają relacje i ich partnerki mogą czuć się zaniepokojone. Kobiety czasem też tak robią, różnica tkwi jednak w tym, dlaczego to robią. Mężczyźni zawsze mieli wyższą rangę społeczną i według nich do dziś nie muszą się wieloma sprawami zajmować. Od uczuć począwszy. Z drugiej strony  – jak pisze Terrence Real w „Jak mam do ciebie dotrzeć?” – chłopcy wcześniej odsunięci od intymnego kontaktu z matką i wychowywani jako ci, którzy mają sami sobie radzić, nie okazują uczuć. Już w wieku kilku lat są mniej niż dziewczynki ekspresyjni i skłonni do kontaktu. A co za tym idzie – w dorosłym życiu uznają, że wyjście z relacji jest bardziej męskie i właściwsze niż znoszenie uczuć, które odbierają jako zagrażające męskości.

Mężczyźni bronią więc opresyjnej wizji męskości, a kobiety gryzą palce, wierząc, że gdy oni „jaskiniują”, one muszą ogarnąć emocje? Czy istnieje skuteczny sposób na to, jak dotrzeć do faceta, który nie chce rozmawiać?
To zależy od tego, w jaki sposób mężczyzna oddala się z miejsca dyskusji czy kłótni. Nie zawsze jest to ucieczka. Zdarza się, że wychodzi właśnie dlatego, że chce zadbać o relacje. Mówi: „Przepraszam cię, kochanie, za sekundę powiem, zrobię coś złego i dlatego muszę wyjść, przebiec cztery razy dookoła domu, wrócę za 45 minut i będziemy dalej rozmawiać”. I to jest w porządku. On wie, że nie daje rady być w tej chwili tutaj z nią, i dla dobra relacji potrzebuje przerwy. To męskie zadbanie o sytuację, o siebie i o kobietę. Partner powiedział, po co idzie i kiedy wróci. A to zmienia sytuację, bo ona wie, na czym stoi. Mężczyźni chcą być użyteczni – dawać rozwiązania. A on je znalazł – wie, co zrobić, by nie wybuchnąć, i gdzie poszukać rozwiązania konfliktu. A jeśli po powrocie zacznie rozmowę na temat, który się zarysował, zanim odszedł, to zachowa się wręcz podręcznikowo.

To byłaby sytuacja idealna, ale najczęściej facet zamknięty w sobie nie wraca do tematu, bo uważa, że skoro on ochłonął, to kobieta pewnie też, więc już wszystko w porządku.
Pamiętam taką parę z terapii: ona była wściekła na męża, a on miły, delikatny. Więc gdy ona zaczynała tyradę, zmieszany mówił: „Przepraszam, ale muszę do toalety”, i wychodził. A ona dalej – do pustego krzesła. Po czym wracał: „Przepraszam, już jestem”, a wtedy ona zaczynała od początku. Więc on po chwili: „Przepraszam, ale muszę...”. Aż w końcu ja nie wytrzymałem i powiedziałem: „Stary, przestań wypuszczać dołem, zacznij górą”. Wtedy on pierwszy raz jej powiedział, czego chce. To był początek ich wspólnej pracy nad związkiem. Ciekawe i tajemnicze jest to, że w pary łączą nas nie tylko nasze marzenia, ale i ograniczenia. W psychologii procesu mówimy o progach, czyli granicach tożsamości. Dajmy na to: ona ma próg na słuchanie, a on na mówienie, co czuje i czego potrzebuje. Ona jest ekspresyjna, on unika konfliktu. Jest im ze sobą wygodnie, co wcale nie znaczy, że są blisko. Kiedy zaczną rozmawiać, przekraczać swoje progi, mają szansę pogłębić związek. Wychodząc poza sferę komfortu, odkryć coś nowego o sobie, że np. dobrze jest słuchać.

Rozumiem rozmawiać, ale czy gdy facet zamyka się w sobie, warto biec za nim do jaskini?  
Jeśli on chce się oddalić, niech idzie, ale nie jest wcale oczywiste, że zawsze trzeba szanować granice partnera i nie wpychać się za nim do jego świata. Bycie w relacji polega na tym właśnie, że niekiedy należy przekraczać granice. Pamiętając więc, że on może powiedzieć „nie”, idź za nim, jeśli czujesz, że to dobre dla waszego związku. Nie z lęku, że on odejdzie na dobre. Bo jeśli to lęk decyduje o tym, co robisz, to nie ty jesteś podmiotem swego życia. Ale jeśli czujesz, że to wam pomoże rozwiązać problem – idź. Na tym polega wnoszenie siebie do związku. A jeśli siebie do niego nie wnosisz, to cię w nim nie ma. To piękne, kiedy kobieta potrafi wejść do męskiej jaskini, bo to wymaga od niej przekroczenia egoizmu, poczucia żalu i krzywdy. Ważne tylko, by nie robiła niczego, co narusza jej godność, bo wtedy już nie mówimy o miłości. Jest taki świetny rysunek Michała Czyża, terapeuty. Są na nim dwa ludziki, które łączy jeden dymek: „Od dawna już się nie ranimy!”. Nie ranimy się, a więc nie jesteśmy w relacji, bo relacja polega na tym, żeby wnosić nie tylko te łatwe, ale i trudne uczucia, zostawiając partnerowi czy partnerce miejsce, żeby także mógł wnieść siebie, swoje reakcje, potrzeby. Warto żyć świadomie, rozmawiać: „Ja mam tak... A ty? Czego byś potrzebował?”. To podręcznikowe, w praktyce trudne, ale na tym polega komunikacja.

Jeśli dbamy o to, żeby nie przekraczać granic, nie ranić się, to też niewiele nas łączy?
Super, jeśli wszystko idzie gładko, ale w życiu – prędzej lub później – pojawiają się trudności. Jeżeli nie wnosimy siebie do relacji, to stajemy się osobnymi wyspami. Zaczyna się od tego, że sam ze sobą się nie komunikuję i marginalizuję te kawałki siebie, które mi nie pasują, są trudne czy bolesne. Tak długo, jak nie nauczę się dogadywać ze sobą i z tym, co mi pasuje i nie pasuje we mnie, prawdopodobnie nie uda mi się dobrze komunikować z drugim człowiekiem.

Mój przyjaciel mówi: „Jestem w doskonałej relacji z wieloma ludźmi, ale nie jestem z nimi blisko. Z żoną kłócimy się, ale życia sobie bez niej nie wyobrażam”.
Właśnie. Stan doskonałej harmonii i jedności jest możliwy tylko w niebie. Na Ziemi jesteśmy prawdziwi i różne rzeczy nas bolą. Możemy je wspólnie omawiać, bo jak się razem przechodzi przez to, co boli, to buduje się związek. Dbanie o status quo może spowodować, że związek nie będzie byciem razem. Znasz pewnie osoby, które zapytane o relacje odpowiadają: „Jest OK”, w bezosobowy sposób, ze smutkiem. Pod tym OK ukrywa się zniechęcenie, przygnębienie. Rezygnacja z czegoś, co jest dla mnie ważne, dobre. Może to radykalne podejście, ale moim zdaniem związek istnieje, kiedy jestem w nim obecny. Wnoszę siebie i robię miejsce dla drugiej osoby, bo jestem jej ciekawy. Ale nie marginalizuję swoich potrzeb, bo prędzej czy później złość wyjdzie na wierzch, choćby w publicznym upokarzaniu, wbijaniu szpili. Jeśli nie zdobędę się na odwagę, aby być sobą od początku, będę pokazywać tylko ten kawałek eksportowy, to nie mam szansy na zbudowanie bliskości. Może burzliwej, ale takiej, w której mam poczucie, że jestem sobą. Pewnie to nie dla każdego. Wielu ceni spokój i stabilizację. Rozumiem to i szanuję, ale nie polecam.

Zamknięty w sobie facet mówi: „Chcę być sam”, i wybiega, a ja za nim, do jego jaskini, żeby budować relację. Co mnie tam czeka?
Bywa, że jeśli mężczyzna się z czymś mierzy, z czymś sobie nie radzi, a kobieta będzie obok niego, to on poczuje, że nie jest z tym ciężarem sam. Wszyscy potrzebujemy wsparcia w trudnych chwilach. Mężczyzna często nie umie nazwać tego, czego chce, ale czasem chce, by kobieta go przytuliła. Gdzieś tam w środku potrzebuje tego samego co ona, czyli poczuć, że nie jest sam, kiedy się boryka z trudnościami. W tej potrzebie mogą się naprawdę spotkać. Jeśli więc kobieta pójdzie za mężczyzną i go obejmie, a on się nie odsunie, to znaczy, że zrobiła to, czego potrzebował. Pewna koncepcja mówi, że większość ludzi w dzieciństwie przeżywa zbyt wczesne odstawienie od matki, a to powoduje, że i mężczyźni, i kobiety jako ludzie dorośli są pełni pretensji do partnerów. Ale pracę należy zacząć od kobiet. Wyleczyć ich wczesnodziecięce porzucenie, nauczyć tego, by porzuciły pretensje i żądania. Wtedy one są w stanie kochać partnerów, a oni – dzięki tej miłości – mogą uzdrowić swoje wczesnodziecięce porzucenie.

Facet nie umie rozmawiać i znowu kobiety mają coś do roboty.
W tym, że kobieta, która kocha, może uzdrowić mężczyznę, jest coś kluczowego. Moc kobiety, a zwłaszcza matki, jest potężna. Brak lub niedostatek matczynej miłości ma daleko idące skutki. Widzę to i w mężczyznach, i w kobietach. Badania dowodzą, że ten deficyt uderza w chłopców bardziej. Na szczęście mamy dostęp do matczynej miłości nie tylko przez osobę, która była fizyczną matką, ale też przez choćby kontakt z energią Ziemi.

Wracając do twojego pytania, jeśli kobieta kocha i kieruje nią miłość i do siebie, i do swojego partnera, to będzie umiała odkryć to, co najlepsze dla obojga. Podobnie z mężczyzną, ale zwykle droga do tego miejsca miłości – i do siebie, i do partnerki – w przypadku mężczyzn jest trudniejsza do przebycia. Mężczyźni kulturowo są między dwoma progami. Jeden próg jest na wrażliwość. To ten system przekonań, że chłopaki nie płaczą. Drugi to próg na siłę, która utożsamiana jest z dominacją i przemocą. A to sprawia, że wielu mężczyzn wyrzeka się swojej sprawczości, wyrzekając się przemocy. Samo odzyskanie dostępu do wrażliwości nie wystarczy. Konieczne jest, by mężczyźni odzyskali dostęp do siły, która nie jest przemocą. Głęboki kontakt ze sobą jest im w tym niezbędny. Dopiero kiedy przejdą przez te progi, są zdolni do tego, by pokochać siebie.

Czyli gdy facet zamyka się w sobie, jaskinia to kontakt ze sobą?
Tak. Bycie w kontakcie ze sobą cały czas. Ale brakuje nam czasu na trawienie tego, co przeżywamy, taką liczbą bodźców jesteśmy codziennie bombardowani. Rządzą też nami: skuteczność, użyteczność, produktywność, więc nawet w wolnym czasie stawiamy sobie zadania: jeździmy na rowerze, medytujemy, zamiast poleżeć na trawie i popatrzeć w niebo. Nie umiemy robić „nic”, a więc nie spotykamy się ze sobą, czyli z najważniejszą osobą.

Co się dzieje, kiedy „nic” się dzieje?
Straszne rzeczy na początku, bo każde pięć minut bez planowania, co za chwilę zrobię, jest udręką. A „nic” jest bezcenne, bo w nim trawimy to, co przeżyliśmy. To sedno jaskini. Pewnego dnia siedziałem w domu i nic nie robiłem, więc mogłem zobaczyć, co się dzieje w mojej głowie. A tam leciał film, który obejrzałem poprzedniego dnia. Banalna historia o gliniarzach z Nowego Jorku. Scena po scenie. Był to akurat czas, kiedy zastanawiałem się nad granicami odpowiedzialności za uczucia innych. No i patrzyłem w okno i oglądałem w mojej głowie ten film... Gdy doszedłem do kluczowej sceny, zrozumiałem, że pada w niej odpowiedź na moje pytanie. Poprzedniego wieczoru tego nie złapałem. Był więc powód, dla którego to się działo, a ja byłem na tyle otwarty na to, co dzieje się w mojej głowie, żeby zauważyć to, co chciało do mnie dotrzeć. Gdybym zajął się czymś innym, przeoczyłbym tę odpowiedź.

Robienie „nic” może być też jałowym „zawieszeniem się”.
To co innego niż jaskinia. Czegoś jest w życiu za dużo i dlatego się wyłączasz. Potrzebujesz wsparcia, a nie samotności. Rozróżnić to nicnierobienie od jałowej pustki można po tym, jak się czujemy. Jeśli „nic” nas buduje, to znaczy, że jest dobre. Jeśli nie, problem jest gdzie indziej i nie ma co siedzieć samemu w ciszy. To wszystko jest też tajemnicze. Pamiętam jednego z uczestników moich warsztatów, który jak się zajęcia zaczynały, zasypiał, a budził się na przerwę. Po czym zasypiał, jak zaczynaliśmy pracę. I tak przez dwa lata. Zadziwiające, ale jego życie się zmieniało. Zasypianie to sygnał progu. Mówi: to, co się dzieje, to za dużo, ale jest mi to potrzebne, bo nie odchodzę, tylko wracam.

Zbigniew Miłuński, filozof i terapeuta psychologii procesu. Pracuje jako psychoterapeuta, trener, konsultant w zakresie rozwoju osobistego, komunikacji interpersonalnej, rozwiązywania konfliktów. Prowadzi autorskie warsztaty rozwoju osobistego, w tym warsztaty dla mężczyzn.

  1. Psychologia

Sposób na mężczyznę według Katarzyny Miller

Według Katarzyny Miller, aby łagodnie rozbroić mężczyznę, należy m.in. okazać mu czułość. (Fot. Getty Images)
Według Katarzyny Miller, aby łagodnie rozbroić mężczyznę, należy m.in. okazać mu czułość. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jakikolwiek byłby mężczyzna, zawsze chcemy od niego więcej otwartości i więcej uczuć. A więc rozmawiamy, pouczamy… Czy to dobry sposób? W czasach pornografii i równości płci nie doceniamy czułości. To, co kojarzy nam się z tradycyjną kobiecością, budzi obawy. Czy słusznie? – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Nasze babcie mówiły to samo co niektóre współczesne poradniki: jeśli pogłaszczesz mężczyznę po twarzy, po policzkach, to nawet najtwardszy macho zmieni się w łagodnego i czułego partnera.
Z babcinej mądrości warto korzystać. To, co nazywamy „trzymać twarz”, jest charakterystyczne dla tego, kto udaje, pilnuje, żeby nie wyrazić prawdziwych uczuć, a więc i dla współczesnego mężczyzny. Jak łagodnie rozbroić go z tej maski? Właśnie okazując zachwyt i czułość. Może to zrobić kobieta, która działa na tego mężczyznę zmysłowo, która przekaże mu pozytywne emocje. Ale takie rozbrajanie nie może wypływać tylko z zamysłu kobiety. Nic nie da, jeśli ona pogłaszcze go po twarzy, bo przeczytała, że to sposób na mężczyznę. To może się udać tylko wtedy, gdy ona naprawdę poczuje, że chce to zrobić. Jednocześnie w tym mężczyźnie musi być to coś, do czego ona chce ową czułością sięgnąć.

Co to jest to „coś”, co on może w sobie mieć?
Jego wrażliwość. Jakiś rodzaj zachwytu, zauroczenia, być może potrzeba bliskości, tkliwości. Są pod spodem i mogą ujawnić się, gdy nie będzie się pilnował. Ale jeśli ona zaczęłaby go głaskać w momencie, gdy on tę twarz musi trzymać albo gdy tego czegoś w sobie nie ma wcale, to on jej rączkę może ugryźć. Może też przed kobietą uciec, bo wie, że jeśli ona się do niego zbliży, to go pozbawi maski, a on się tego obawia. Mężczyzna, który jest w środku pusty lub za bardzo się boi ujawnienia słabości, ucieka przed kobiecą czułością w seks bez bliskości, który jest tylko redukcją napięcia.

Dlatego dla wielu czułość w relacji to tyle co zaproszenie do seksu.
Dotyk jest odczytywany jako zaproszenie do seksu, a czułość ludzi przestrasza. Ponieważ mają jej ciągle mało, nie wiedzą, że za nią strasznie tęsknią. Boją się jej, bo nie mają wypracowanych czułych reakcji, odruchów. Mężczyznom czułość kojarzy się ze słabością i nie wiedzą nawet, że marzą o tym, żeby się poddać czułości, bliskości, czyjejś opiece. Tymczasem czułość naprawdę czyni mężczyzn podległymi, uległymi… Okazanie czułości przez kobietę i przyjęcie jej przez mężczyznę to moment cudnej władzy, której ona nie powinna nadużywać, ale się nią cieszyć. Sama się też powinna roztkliwić, żeby z nim w tej czułości pobyć. Powiedzieć mu: „Ile ty się musisz nakontrolować, ja cię za to podziwiam. Ale teraz możesz sobie odsapnąć, możesz mi zawierzyć”. Bo mężczyźni potrzebują swojej kobiecie zawierzyć.

Zawierzyć? A nie zaimponować?
Imponować też, ale kobiety, które się dziwią, że okazanie mężczyźnie czułości może go rozbroić, i które myślą, że tak można go tylko podniecić, zapominają, że w mężczyznach są mali chłopcy, tak jak w nich – małe dziewczynki. I pieszczota, i tkliwe słowa to droga do nich. Tym chłopcem kobieta może się zachwycić. Najpierw niech go poobserwuje, rozpozna. Żeby on pomyślał: „Ona na mnie patrzy, chyba się mną interesuje. Ojej!”. I wtedy zaczyna się popisywać. Widziałaś, jak chłopiec się zachowuje, gdy okażesz mu zainteresowanie? Na przykład zerwie kwiatek, tak za główkę, ale dla ciebie. Albo coś ci narysuje. Nie wprost prosi: „patrz na mnie”. Podobnie zachowują się mężczyźni, gdy okażesz im zainteresowanie i czułość. Tacy się robią cisi, troszkę zmieszani. To urocze. Mnie dziwi, że kobiety tego nie doceniają, bo z takim mężczyzną można się i pobawić, i poganiać dookoła łóżka.

Czyli jednak przez czułość do seksu.
Najważniejsze jest to, że wszyscy potrzebujemy czułości. My potrzebujemy, żeby mężczyźni potrafili nas tak miękko dotykać, żeby od razu nas do łóżka nie ciągnęli. I gdyby tych pieszczot było więcej, nie niepokoiłoby nas to. Dawałoby nam to, czego potrzebujemy – wytchnienie. Mężczyźni także marzą o delikatnym dotyku, o bezpieczeństwie. O tym, co możemy nazwać ukojeniem wojownika. No bo dla mężczyzny, który gonił za bawołami, szukał niebezpieczeństwa, to kobieta była takim wypoczynkiem. Jej ciało pozwalało mu – po powrocie z polowania czy z wojny – znaleźć ukojenie. On taki twardy, żylasty zwalał się na to miękkie ciało i się w nie zapadał. Nadal mężczyzna marzy, żeby mógł się schować w kobiecie. Większa jest ta niezbędność kobiet dla mężczyzn niż mężczyzn dla kobiet.

Ale takich wojowników macho już nie ma.
I takich kobiet też. Kiedyś wszystko było czarno-białe. Ona była niewinna, słodka, ciepła i czekała, aż on do niej skądś przyjeżdżał. A dziś my same też chcemy gdzieś pędzić, a potem wracać i żeby ktoś na nas czekał. Ale kiedy pytam dziewczyny, czy będą też tych swoich czekających facetów utrzymywać, to się obrażają i mówią, że nie. No to czego my od mężczyzn chcemy? Wszystkiego naraz mieć się nie da.

Mężczyźni chcą się zmieniać, nadążać za naszymi oczekiwaniami. Ale czy kobieta może jakoś pomóc partnerowi w dotarciu do jego czułości?
Jak się mówi „pomóc”, to już jest terapia, a kobieta terapeutką być nie powinna, nie może i nie umie. Chyba, że jest niezwykle intuicyjna, że jest dobrą rozbrajaczką. Ale my dziś kształcimy się raczej na wojowniczki, a nie na rozbrajaczki. Rozbrajaczka to kobieta, która, choć facet się drze, pogłaszcze go i powie: „mój ty kochany, chyba jesteś zmęczony”. To jest rozbrajanie. Ona nie walczy: „Nie życzę sobie, żebyś tak do mnie mówił”, ale stwierdza: „Zrobię ci masaż. O, już ci lepiej?”. To kobieta, która nie odpowie mężczyźnie wet za wet, ale przyjmie to, co on powiedział czy zrobił. On jest inny, niż ona marzyła, ale to w nią nie uderza, bo inaczej stałaby się jego ofiarą. Rozbrajaczka nią nie jest. Ona się nie obwinia, że to przez nią on jest taki, bo ona nie jest dość sexy czy mądra. A więc jest to kobieta, która nie czuje się skrzywdzona, kiedy facet się irytuje czy jest nieczuły. Raczej zrobi sporo, żeby on był taki, jak ona chce.

A seks nie może pomóc obojgu znaleźć spokoju i porozumienia?
Jeśli kobieta zamiast czułości czy walki zaproponuje seks, kiedy on wściekły przychodzi do domu, to może się spodziewać seksu, który jest rozładowaniem napięcia czy złości. Jeśli ona tak lubi, to niech w to idzie. Ale jeśli pragnie dotrzeć do jego wrażliwości, to nie jest dobry sposób. Dopiero kiedy mężczyzna będzie już nastawiony na bycie z nią, a nie tylko na pozbycie się napięcia, warto pomyśleć o seksie. Kobieta otworzy mężczyznę, jeśli jest spokojna, czuła. Pokaże mu, że w tym domu jego marzenia o bezpieczeństwie się realizują.

My raczej mówimy, czego nie zrobił albo co zrobił źle.
Warto czasem powiedzieć mężczyźnie, że jest cudny, silny, że coś wspaniale mu wyszło. Mężczyźni są złaknieni miłych słów.

Lepiej, żebyśmy częściej bywały rozbrajaczkami?
Na pewno, ale my też chcemy, żeby ktoś nas rozbrajał. Zwłaszcza gdy wracamy zmęczone czy złe do domu. Wtedy byłoby bardzo dobrze, gdyby czekały na nas ciepłe ręce, masaż, kąpiel, świece zapachowe. Żadna kobieta ani żaden mężczyzna nie ma w sobie aż tylu wolnych mocy przerobowych, żeby zawsze być rozbrajaczką/rozbrajaczem. Ale dobrze, gdy oboje to potrafimy i czasem czujemy, że mamy taką ochotę.

Ale czy rozbrajaczką nie może być tylko kobieta tradycyjna?
To są te z nas, które nie chcą wylać tego, co dobre w tradycji wraz z nowoczesną kąpielą. Po co rezygnować z czegoś, co się dobrze sprawdza? One chcą mieć mężczyznę zadowolonego i same chcą być zadowolone. Nasze prababki mówiły: „dzieci, cicho, ojciec wraca”, i my to uznajemy za niesprawiedliwe. Ale rozbrajanie to na pewno milszy i mądrzejszy sposób niż robienie za faceta wszystkich prac domowych, a na to się nadal wiele z nas godzi. Tymczasem to nie ma sensu, mężczyźni tego też od nas nie oczekują.

Czy jednak kobieta nowoczesna może być rozbrajaczką?
Oczywiście. To piękny obrazek: kobieta z wyczuciem dotyka męskiej twarzy, głaszcze ją, zdejmuje z niej znużenie, złość. Pokazuje, że potrafi odwołać się w relacji z nim do jego wrażliwości. Jakakolwiek by ta wrażliwość była, to dzięki kobiecie on może ją ujawnić. Obraz tej kobiety, która jest pewna siebie i swojej wartości na tyle, by to zrobić, jest bardzo nowoczesny. Dzięki jej pewności on się już nie złości. Zaczyna czuć się bezpiecznie, bo jest akceptowany, bo poczuł się adorowany – a mężczyznom jest to potrzebne. Jeśli kobieta jest mądra, to wie, że nie tylko jej się adorowanie należy. Czuły gest może wiele zdziałać. Oczywiście, wobec faceta, który nie jest tyranem czy psychopatą. Może to być introwertyk, może pracoholik. Jeśli introwertyk, to da jej wiele, jeśli ona będzie go uważnie słuchać, a nie wiedzieć lepiej od niego.

Ojej! To wydaje mi się szczególnie trudne!
I to dla wielu kobiet. Ale właśnie introwertyka trzeba traktować czule, z uwagą i szacunkiem. Nie interpretować go, dać mu czas, żeby sam się dookreślił. Warto to zrobić, bo jak on już zaufa, okazuje się osobą wierną, oddaną i niezawodną.

Wiele kobiet uważa takich mężczyzn za miękkich i nie szanuje ich.
To zależy od klasy i mężczyzny, i kobiety. Nie każdy mężczyzna, który potrafi stać w drugiej linii, to tylko potakiwacz, ktoś bez charakteru. To może być po prostu mężczyzna, który nie jest wojownikiem, a nie każdy musi nim być. Nie jest „babą” tylko dlatego, że chce na przykład wychowywać dzieci. Może być wtedy mądrym i fajnym tatą. Znam takie pary, gdzie właśnie mężczyźni wychowali dzieci, a nie ich żony.

Czy mężczyzna o kobiecych cechach może mieć kłopoty z przyjmowaniem i okazywaniem czułości?
Może, jeśli czułość kojarzy mu się z zawłaszczeniem przez matkę. Wtedy będzie się jej bał. To są często mężczyźni wychowywani przez samotne matki albo matki, które miały złych partnerów i, niestety, za dużo chciały od swoich synów. Uzależniały swój dobrostan od ich zachowania. Jeśli ci nie byli grzeczni czy wystarczająco czuli wobec nich, były nieszczęśliwe albo złe. Po takich doświadczeniach mężczyźni boją się, że zostaną niewolnikiem kolejnej kobiety.

Warto o czułość zawalczyć? Czy ona wzbogaca nasz seks?
Czułość można dodać do wszystkiego. Jeśli ludzie chcą się spełniać w miłości i w seksie, to sobie tego nie wyobrażam bez czułości. Seks bez niej to władza, zawłaszczenie, uzależnienie. Na pewno nie serdeczność i bliskość. To nie znaczy, że wszystkie akty seksualne mają być czułe. Seks to też niepokój, odrobina agresji, inaczej grozi nam znużenie. Czułość na co dzień sprawia, że mogę sobie na więcej pozwolić, mam większe zaufanie do mężczyzny, do siebie też. Trudno jest pogodzić miłość z bezpieczeństwem. Miłość bywa niebezpieczna, oczekuje, wymaga, a czułość jest zgodą, zauważeniem naszej niezwykłości w absolutnej zwykłości. Więc jak bez niej kochać?

  1. Psychologia

W związku z narcyzem

On nieustająco domaga się dowodów miłości, ty wierzysz, że kiedy naprawdę go pokochasz, on odpłaci ci tym samym - tak wygląda związek z narcyzem. (Fot. iStock)
On nieustająco domaga się dowodów miłości, ty wierzysz, że kiedy naprawdę go pokochasz, on odpłaci ci tym samym - tak wygląda związek z narcyzem. (Fot. iStock)
W skrócie: kochasz go, a on… też kocha. Swoje odbicie w twoich oczach. Czy to w ogóle ma sens? On pozostanie taki, jaki jest, ale ty możesz się zmienić. I chyba powinnaś.

Owszem, narcyz początkowo wydaje się bardzo pociągający: zawsze w centrum uwagi, pewny siebie, dominujący, emanujący siłą, otoczony wianuszkiem kobiet, a na dodatek w oczach ma głód miłości. Ten głód budzi w niektórych kobietach pierwotny skrypt: ratowniczki, wybawicielki, opiekunki, dawczyni miłości. Obiecują sobie, że kiedy je wybierze, dadzą mu wszystko, czego pragnie. Będą dla niego matką, kochanką, boginią seksu, przyjaciółką. A on właściwie odczytuje ich intencję. To woda na młyn jego pragnień: bycia kochanym, podziwianym, docenianym, wychwalanym, rozpieszczanym, stawianym na piedestale. I tak uruchamia się prastary mit o Narcyzie, pięknym młodzieńcu, w którym kochały się wszystkie nimfy. Narcyz boleśnie zranił uczucia jednej z nich, za co bogowie surowo go ukarali. Sprawili, że zakochał się we własnym odbiciu w wodzie. Jednak za każdym razem, gdy wyciągał rękę, by go dotknąć, ono znikało i rozpływało się. Narcyz był zrozpaczony. Nie mógł oderwać wzroku od własnego odbicia i nie mógł przestać go kochać.

Jeśli więc odkryłaś, że jesteś w związku z narcyzem, to pewnie zdałaś też sobie sprawę z tego, że on nie kocha ciebie, a jedynie swoje odbicie w tobie. Tak naprawdę obydwoje tęsknicie za miłością, ale nie wierzycie, że na nią zasługujecie. On nieustająco domaga się jej dowodów, ty wierzysz, że kiedy naprawdę go pokochasz, on odpłaci ci tym samym… i tak bez końca. W tej grze nie ma zwycięzcy i pokonanego. Możecie wygrać obydwoje albo żyć dalej w poczuciu niezrozumienia, samotności i tęsknoty za wielkim uczuciem. Od czego zacząć? Oto kilka rzeczy, na których powinnaś się skupić.

Po pierwsze: on się nie zmieni

Każda pacjentka, która trafia do mnie z powodu problemów w związku, głęboko wierzy, że mam moc, która odmieni jej partnera. Z ogromnym smutkiem wysłuchuję opowieści o mężczyznach, którzy nieustannie domagają się zaspokojenia wszystkich swoich potrzeb, oczekują, że partnerka odgadnie ich oczekiwania, pragnienia i tęsknoty, będzie utrzymywać, wspierać, doradzać, rzucać świat do stóp. Kiedy pytam: „A co z tobą? Co ty dostajesz w waszym związku?”, słyszę opowieść o tym, jaki to on biedny, bo ma nadopiekuńczą matkę, albo że jest taki zdolny i wrażliwy, tylko świat ciągle go nie docenia, na dodatek ma nielojalnych przyjaciół i szefa tyrana. Potem dowiaduję się, że kolejny raz zapomniał o jej urodzinach, ale to przez to, że odnowiły się jego wrzody żołądka, a w ogóle to pewnie jej wina, bo pozwoliła mu objadać się fast foodami, a przy jego wrażliwym żołądku to przecież zabójstwo. Obiecał, że wyjadą na romantyczny weekend we dwoje, ale nie udało się, bo znowu źle zainwestował pieniądze i aktualnie jest bez grosza. Nie dotarł na jej firmowy bankiet, bo jego siostra miała stłuczkę i wezwała go, kiedy właśnie wychodził z domu. Drążę temat dalej: „Kiedy ostatnio on zainteresował się twoimi sprawami?” i słyszę: „Gdy kolejny raz zostałam w pracy po godzinach, zdenerwował się i powiedział, że jestem ciężką idiotką, bo pozwalam się tak wykorzystywać”, „Zawiózł mnie do lekarza, kiedy miałam kolkę nerkową, zostawił pod gabinetem i powiedział, żebym dała mu znać, jak wyjdę”, „Zadzwonił do mojej matki i wykrzyczał jej, żeby przestała się wtrącać do naszego życia”.

– A nie myślisz, że on to robi bardziej dla siebie niż dla ciebie? – dopytuję. Reakcja pacjentki na to pytanie jest ważną prognozą dla terapii.

Bo kobieta, która wiąże się z partnerem Narcyzem, robi to nie bez powodu. Choć z lubością opowiada całemu światu, jak on ją źle traktuje oraz ile energii, czasu, uwagi, pieniędzy i poświęcenia sama wkłada w to, by utrzymać ich związek, czerpie z tej relacji również zyski, bo gdyby tak nie było, dawno by się rozstali. Ona wprawdzie się stara, zabiega, ułatwia, podziwia, docenia, rozpieszcza, łata dziury w domowym budżecie, ale też karmi się cudzym współczuciem i podziwem, że daje radę.

Jedna z pacjentek z uśmiechem na ustach powiedziała, że w związku zajmuje miejsce… ostatnie po lodówce. Najpierw jest partner, jego syn z poprzedniego związku, jego matka, matka syna, praca, przyjaciele, pies, lodówka, potem długo, długo nic i dopiero ona. Opowiadając mi o tym, z uwagą patrzyła na moją reakcję. Kiedy powiedziałam: „To straszne, że pozwalasz się tak traktować, ale to twój wybór i tylko ty możesz to zmienić”, więcej się nie pojawiła. To może zabrzmieć okrutnie, ale jeśli związałaś się z Narcyzem i ciągle wierzysz, że ty albo ktoś może go zmienić, to znak, że macie przed sobą jeszcze parę lat życia w cierpieniu i poczuciu niezrozumienia. Jedyne bowiem, co możesz zmienić, to swoje podejście.

Po drugie: nie jesteś w stanie go nakarmić

Jeśli czytasz ten tekst, prawdopodobnie chcesz poznać przyczyny narcyzmu, oczekujesz opowieści o traumatycznym dzieciństwie, bolesnych doświadczeniach z byłymi partnerkami, a przede wszystkim – cennych rad, jak go zmienić. Wyobraź sobie, że mam czarodziejską różdżkę, za sprawą której przemieniam twojego Narcyza w mężczyznę troskliwego, opiekuńczego, empatycznego, kochającego. Co ty na to? Jak wyglądałby twój świat u boku takiego faceta?

Jedna z moich pacjentek, zapytana o poprzednie związki, powiedziała, że mężczyzna, z którym była w relacji przez cztery lata, gdy w restauracji kelner kładł na stole menu, pytał ją: „Kochanie, na co miałbym dziś ochotę?”. Odeszła od niego i związała się z człowiekiem silnym, decyzyjnym, pewnym siebie, brylującym w towarzystwie. Nowy partner w restauracji zamawia za nich obydwoje, nie pytając jej o zdanie, za to rachunek do zapłacenia podsuwa jej, bo u niego z pieniędzmi krucho, wiadomo – tak twórczych ludzi jak on w tym kraju się nie docenia.

Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie związek na zasadach partnerskich? Związek, w którym coś dajesz i coś dostajesz w zamian. Wspierasz, ale potrafisz także przyjąć wsparcie, więc je dostajesz. Kochasz, szanujesz i akceptujesz, ale takie samo prawo do miłości, szacunku i akceptacji przyznajesz samej sobie.

Nina W. Brown, autorka książki: „Kocham Narcyza. Jak żyć z zakochanym w sobie partnerem”, pisze, że doświadczeni terapeuci podczas spotkań z narcystycznymi pacjentami przeżywają podobne uczucia jak ich partnerzy. Na początku terapii pacjent (Narcyz) zwykle idealizuje terapeutę, następnie dostrzega jego niedoskonałości, a potem stopniowo dochodzi do wniosku, że zyski, jakie czerpie z terapii, są nikłe lub żadne. Sama nieraz, pracując z narcystycznym pacjentem, czułam bezsilność, poczucie odrzucenia, niemoc, gniew, dewaluację, znudzenie, zobojętnienie, czyli to wszystko, z czym partnerzy Narcyzów żyją na co dzień. Dlatego najważniejsze, co musisz zrozumieć, to że – choćbyś nie wiem jak bardzo się starała – nie jesteś w stanie nakarmić głodnego miłości Narcyza. Jego głód jest nie do zaspokojenia, a twoje zasoby miłości, niezasilane z zewnątrz, powoli się wyczerpują.

Po trzecie: sprawdź, w którym jesteś miejscu

Kiedy, zamiast zastanawiać się: „Dlaczego on mi to robi?”, „Jak go zmienić?”, zapytasz: „Dlaczego z nim jestem?”, to znak, że jesteś na dobrej drodze. Pod warunkiem że nie wpadniesz w kolejną pułapkę – obwiniania za niepowodzenia swojej przeszłości: toksycznych rodziców, despotycznych partnerów, szefów manipulantów itp. Jeśli masz odwagę skonfrontować się z faktem, że za wszystko, co ci się w życiu przydarza, jesteś odpowiedzialna ty sama, że nie są winni „oni”, że w ogóle nie ma sensu mówić o niczyjej winie – masz szansę wygrać tę grę o miłość.

Partnerka Narcyza jest jego odwrotnością: on chce dostać miłość, żeby pokochać samego siebie, ona – daje miłość, by on udowodnił jej, że ona również na nią zasługuje. Ale nie możecie dać sobie czegoś, czego sami nie macie. Wasza relacja to karmienie się deficytami, wzajemne rozdrapywanie bolesnych urazów z przeszłości, szukanie pomocy na zewnątrz, ale takiej, która wskaże winnego i ukarze go. Narcyz żąda: „Powiedz jej, że kocha mnie niewystarczająco”, ty błagasz: „Powiedz mu, żeby oddał mi choć mały ułamek miłości, którą mu oferuję”.

Spróbuj skoncentrować się na swoich obecnych relacjach. Pomyśl: czy inni ludzie są dla ciebie ważniejsi niż ty sama? Często czujesz się odpowiedzialna za emocje bliskich, cieszysz się ich sukcesami i przeżywasz ich porażki bardziej niż swoje? Każdą krytykę odbierasz osobiście, stawiasz zbyt wysoko poprzeczkę sobie i innym? Masz za sobą kilka nieudanych związków, z których wyszłaś z poczuciem winy i do dziś nie rozumiesz, dlaczego wam się nie udało? Boisz się odrzucenia i straty kolejnego związku, dlatego jesteś w stanie walczyć o niego, nawet kosztem siebie? Jeśli czujesz, że ten opis dotyczy ciebie, prawdopodobnie w życiu grasz rolę szarej myszki, a wokół ciebie jest mnóstwo ludzi, którzy wołają: „Ja! O mnie! Dla mnie! Dzięki mnie!”. Mam rację? Pewnie jesteś przekonana, że to wszystko przez twoje niskie poczucie własnej wartości. Załóżmy, że to prawda – i co teraz? Kto jest winny twojego niedoceniania siebie? Ktoś ci tego zabronił, nie nauczył?

Masz dwa wyjścia: możesz chodzić po świecie z tabliczką na piersi: „Mam niskie poczucie wartości” albo obudzić swoją moc. Właśnie moc, a nie siłę. Wybór należy do ciebie.