1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Dwadzieścia afrodyzjaków do zjedzenia

Dwadzieścia afrodyzjaków do zjedzenia

123rf.com
123rf.com
W trosce o swoje aktywne życie seksualne, powinniśmy świadomie wybierać jedzenie. Jeśli na serio myślimy o swojej witalności, warto wiedzieć jakie produkty żywnościowe wpływają pozytywnie na nasze libido. Oto lista 20 pewniaków.

1. Mleko Receptą na udane życie seksualne są pokarmy o wysokiej zawartości tłuszczu pochodzenia zwierzęcego, takie jak mleko, śmietana, masło. Margaryna i inne miksy tłuszczów roślinnych i zwierzęcych nie mają już takiej mocy, ponieważ nie wpływają tak znacząco na produkcję hormonów płciowych.

2. Ostrygi To od wieków znany afrodyzjak podobnie jak inne owoce morza. Są one bowiem bogate w cynk, który pomaga wytwarzać plemniki i zwiększa libido.

3. Szparagi Aktywizują popęd płciowy, jedzone często i systematycznie mogą sprawić, że w twojej sypialni będzie gorąco.

4. Wątroba Ma mnóstwo dobrze przyswajalnego cynku, niezbędnego do utrzymania optymalnego poziomu testosteronu - hormonu, który u obu płci odpowiada za libido.

5. Czerwone wino Badania naukowców z Uniwersytetu we Florencji wykazały, że kobiety, które piły dwie szklanki czerwonego wina dziennie, miały większe libido od tych, którzy wolały inne napoje alkoholowe lub abstynencję. Właśnie czerwone wino uwalnia zahamowania seksualne i wzmaga aktywność w łóżku.

6. Jajka Są symbolem płodności, na dodatek bogatym w witaminy B5 i B6, które odstresowują nas i wprowadzają w stan równowagi. Rozluźnieni jesteśmy bardziej otwarci na seksualne przygody.

7. Kawior To też jajka. Mają takie same właściwości jak kurze.

8. Banany Nie chodzi o to, że niektórym kojarzą się z penisem, tylko o to, że to bomba z ładunkiem potasu, magnezu i witaminy B - mieszanki, która zwiększa męskie libido.

9. Słodkie ziemniaki To nie tylko zdrowa alternatywa dla frytek, są bogate w witaminę A i beta-karoten, co utrzymuje kobiece narządy płciowe w dobrej kondycji. 10. Czekolada Jedzenie czekolady czyni nas szczęśliwymi, bo jest taka pyszna. Poza tym zawiera teobrominę, alkaloid działający relaksacyjnie. Wpływa także na wytwarzanie serotoniny, hormonu odpowiedzialnego na wewnętrzny luz.

11. Ziarna dyni Jedno z najbogatszych, naturalnych źródeł cynku, za sprawą którego podnosi się poziom testosteronu.

12. Gałka muszkatołowa Hinduski afrodyzjak, który pobudza komórki nerwowe i krążenie krwi, zwiększając popęd seksualny.

13. Nasiona słonecznika Za sprawą dobrego oleju, który zawierają wpływają na wytwarzanie hormonów płciowych i są dobroczynne dla libido.

14. Ryby Spróbuj makrelę, śledzia, pstrąga, sardynki albo tuńczyka długopłetwego – są bogate w kwasy tłuszczowe omega-3. Ten popularnie nazywany olej rybny pomaga w walce z obniżonym libido.

15. Orzeszki ziemne Bogate w cynk. Badania wykazały, że mężczyźni spożywający dużo orzeszków ziemnych mają zdrowsze, liczniejsze i bardziej ruchliwe plemniki. A z nimi wyższy poziom testosteronu.

16. Fasolka szparagowa Źródło fitoestrogenów - według Japończyków są one konieczne, aby cieszyć się życiem pełnym fascynującego seksu.

17. Wołowina 100 g pieczonej wołowiny zawiera 10 mg cynku, a wiadomo, że generuje on popęd płciowy.

18. Baranina Kolejne mięso bogate w cynk. Dlatego kuchnia Bliskiego Wschodu pobudza seksualnie.

19. Awokado Kojarzy się z kobiecymi kształtami. Pozytywnie wpływa na seksualną sferę życia dzięki zawartości witaminy B 6 i potasu.

20. Owsianka Niby niepozorna, a kipi aż od fitoestrogenów. Co planujesz zjeść na jutrzejsze śniadanie?

Przeczytaj też: "Przygotuj stół do ...seksu!"

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Przebudzenie księżniczki... kobieta do seksu musi dojrzeć

Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Kobieta do seksu musi się obudzić. Jak księżniczka w bajce: długo śpi, by kiedyś otworzyć oczy i sięgnąć po ten wspaniały owoc. Ale przebudzenie księżniczki w „ziemskiej” kobiecie wygląda trochę inaczej: tu nie wystarczy jeden pocałunek księcia. Przebudzenie to proces, który zaczyna się w chwili narodzin i trwa przez wiele lat.

Księżniczką jest właściwie każda kobieta, która księżniczką się czuje. Rozpoznać ją można na pierwszy rzut oka – po tym, jak jest ubrana, jak chodzi, mówi, skąd płynie jej głos. Czy powstaje w zaciśniętym gardle, czy płynie z uwolnionej przepony. Poznać ją można też po tym, jak wchodzi w kontakty z mężczyznami i jak na nich reaguje.

– Prawdziwa księżniczka nie stara się robić na mężczyźnie wrażenia, nie szuka w jego wzroku akceptacji, aprobaty, pożądania – mówi Katarzyna Gładkowska, psycholożka, trenerka i terapeutka. – Nie próbuje się prezentować, afiszować ze swą atrakcyjnością. Idzie przez życie pewnym krokiem, Nie musi się w niewolniczy sposób podobać innym, zwłaszcza mężczyznom. To nie jest najważniejszy aspekt jej istnienia. Seksualność jest tylko jej częścią, ale częścią oswojoną. Przebudzona księżniczka zintegrowała seksualność ze swoją osobowością, tożsamością.

I tylko taka kobieta potrafi naprawdę czerpać z seksu to, co w nim cenne: przyjemność, satysfakcję i prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Gdy rodzi się córka…

...przed rodzicami stoi trudne zadanie wychowania jej "na księżniczkę". Zwłaszcza przed ojcem: musi jej pokazać, że akceptuje jej płeć i nie jest rozczarowany brakiem syna, bo to ojciec właśnie buduje podstawy seksualnej tożsamości córki. Ważne, by szukał równowagi. Powinien np. raz iść z nią na zakupy i pozwolić jej wybrać sukienkę (także różową, jeśli chce), a innym razem zabrać małą na mecz (jeśli oboje mają ochotę). Chodzi o to, by dziewczynka czuła się akceptowana taka, jaka jest.

Dla matki trudny i wymagający wielkiej dojrzałości jest czas, kiedy jej kilkulatka wchodzi w okres tzw. kompleksu Elektry (to żeński odpowiednik kompleksu Edypa). Córka zakochuje się wtedy w tatusiu i marzy, że zostanie jego żoną. Czasem w myślach wręcz uśmierca mamę. Ważne, by matka w tym czasie nie odrzucała jej w żaden sposób. By tłumaczyła, na czym w rodzinie polega rola każdej z osób. Mówiła, że tata jest mężem mamy, ale kiedy mała dorośnie, spotka takiego mężczyznę jak tata i on będzie jej partnerem. Warto też, by tata to wzmacniał, mówiąc córce, że jest jego ukochaną księżniczką, w pełni akceptowaną, ale on wybrał na żonę jej mamę. Powinien też wyjaśnić jej, że przyszły mąż nie musi być taki sam jak tata, żeby córka nie utrwaliła sobie wizji „mam szukać tylko według wzoru ojca”.

Dziewczynka staje się kobietą

Księżniczka "otwiera oczy": to czas pierwszej miesiączki. Rodzice powinni świętować to, że dziewczynka staje się kobietą.

– To ważna chwila, może nawet najważniejsza – uważa Gładkowska. – Ojciec, przygotowany przez żonę, powinien pokazać córce, że ten moment niesie ze sobą coś pięknego. Powinien z córką rozmawiać, okazywać jej akceptację. Dzięki temu dziewczyna otworzy się na własną seksualność. Zacznie oswajać to, że jest kobietą, wspaniałą istotą, a nie tylko kimś różnym od mężczyzny. Będzie się uczyć, że płci nie trzeba akcentować. Dzięki temu nie będzie odbierać menstruacji jako czegoś wstydliwego, co trzeba wypierać, ukrywać. Zintegruje płeć i duszę.

Kolejny etap, okres dojrzewania, jest wielkim wyzwaniem dla ojca. Córkę zaczynają interesować chłopcy. Zmienia się jej ciało, rosną piersi, okrągleją biodra. Zaczyna podkreślać swą kobiecość. Burza hormonalna powoduje napięcie, wewnętrzny zamęt.

– Dojrzały ojciec wie, co z tym zrobić: akceptować i kochać dalej – mówi psycholog. – Rozmawia z nią. Daje jej poczucie bezpieczeństwa. Kiedy widzi, że dorastająca dziewczyna za bardzo się negliżuje, delikatnie zwraca jej na to uwagę. Tłumaczy, dlaczego nie powinna odkrywać wszystkiego ze swej rodzącej się kobiecości: by nie była narażona na to, że zostanie przez kogoś użyta. Jego córka wkroczy we wczesną dorosłość bez zrodzonego na tle seksualności poczucia winy.

Niedojrzały ojciec natomiast zaczyna się bać. Jego wyobrażenia, co zrobiłby z tą dziewczyną, gdyby mógł, przekładają się na podejrzenia, co robią z nią inni chłopcy. Czasem staje się wulgarny i opryskliwy.

Matka stara się oddalić moment, kiedy jej nastoletnia córka poczuje się atrakcyjna, pożądana. Robi to z troski, by ją uchronić przed złem tego świata: nadużyciami ze strony chłopców, niechcianą ciążą itp., ale także z lęku przed własną starością i przemijaniem. Dlatego gdy córka osiąga 16–17 lat, powinien nastąpić etap emocjonalnego oddzielania się od matki – inaczej podszyta rywalizacyjnym lękiem postawa może nadszarpnąć samopoczucie i wizerunek dziewczyny.

 

W ramionach księcia

Wzrastająca w pełnym miłości i akceptacji środowisku dziewczyna nie boi się odrzucenia, wchodzi więc w dobre związki z chłopcami. Dobre, czyli spokojne, przyjacielskie relacje oparte na uczuciach. Nie zostanie wykorzystana, bo nie myli pożądania młodego chłopaka ze swoją potrzebą miłości. I decyduje się na utratę dziewictwa mądrze. Inicjacja seksualna to moment, kiedy księżniczka czyni kolejny krok ku przebudzeniu.
– Wiele kobiet traci dziewictwo w nieodpowiednim momencie i z nieodpowiednich pobudek. Silna potrzeba bycia kochaną, moda lub chęć przynależności do pewnych środowisk sprawiają, że dziewictwo tracą dziewczyny, które nie są na to gotowe.
Są jeszcze inne kobiety, które czekają na noc poślubną. I oba przypadki nie są najszczęśliwsze pod względem przeżywania seksualności. Nie chodzi o to, by czekać w nieskończoność, traktując dziewictwo jak jedyną wartość. Kobieta jest nastawiona na to, by być kochaną, akceptowaną, żeby mężczyzna z nią rozmawiał, rozumiał, słuchał. Tracąc dziewictwo z partnerem, który jest czuły, emocjonalnie dojrzewa razem z nią i darzy ją uczuciem, czyni kolejny krok ku integracji swojej seksualności i osobowości, ku pełni. Nieważne, czy później będą razem. Nawet jeśli nie – wszystko zależy od tego, czemu ma służyć inicjacja, czy są między nimi uczucia, czy tylko chęć wykorzystania drugiej osoby.

– "Księżniczkę" ostatecznie budzi partner, z którym się zwiąże – mówi psycholog. – Kiedy ma 20 kilka lat, wchodzi w poważny związek i jeśli ma dużo szczęścia, będzie szczęśliwą kobietą do końca życia. Ale nie będzie to łatwe, bo na temat seksu młode kobiety i ich mężowie mają różne wyobrażenia. Gdy mężczyzna może mieć żonę przez 24 godziny na dobę i czuje się wolny od zakazów, zaczyna eksperymentować. Jest jurny, niecierpliwy i szybko biegnie do celu. A kobieta jest na to zupełnie niegotowa. Potrzebuje, by ją budzić powoli, krok po kroku.

Dochodzi do jednego z poważniejszych życiowych konfliktów między światem kobiet i mężczyzn. Ale "prawdziwa księżniczka" próbuje się dogadać z partnerem. Jeśli on zrozumie, że ona chce być kochana, przytulana, pragnie tego, by ktoś się o nią troszczył, i zadba o te jej potrzeby, kobieta da mu upragniony seks. Emocjonalnie spełniona kobieta uczyni to z radością, ponieważ dla kobiety seks i emocje łączą się ze sobą i nie może ich oddzielić. Jednak większość kobiet w związek czy małżeństwo wnosi zahamowania seksualne, wstyd, poczucie winy i potrzebuje wielkiej delikatności, czułości, cierpliwości i mądrości ze strony partnera, by móc zakończyć proces dojrzewania do seksu.

Już wiem, co TO jest

W wieku lat 35–45 "księżniczka" wreszcie w pełni się budzi: kobieta w tyk okresie na nowo odkrywa seks. Odkrywa, że jest wspaniały. Wreszcie uświadamia sobie, że można to robić nie dlatego, że mąż chce, ale ponieważ sama ma ochotę. Otwiera się na seks i zaczyna go smakować. Ta zmiana to efekt wieloletnich „ćwiczeń” w poznawaniu własnego ciała i sposobach osiągania przyjemności. Ale nie tylko.

– Kluczem do tej zmiany jest nasza dojrzałość – uważa psycholog. – Czujemy się bardziej osadzone w życiu zawodowym, mamy świadomość własnych kompetencji, także poza małżeństwem i seksem. Może już wychowałyśmy dzieci i całkiem nieźle nam to wyszło, więc czujemy się wartościowe, skuteczne i spełnione. Zdajemy sobie sprawę z tego, że ważny jest nie tylko nasz wygląd, ale także nasza osobowość. Widzimy, że mamy wpływ na własne życie. Rodzą się w nas nowe pasje, na które w końcu mamy czas. Zaczynamy szczerze rozmawiać, bo przestajemy się bać. Otwieramy się na przyjaźnie z innymi kobietami, bo już nie traktujemy siebie jak konkurencji, zaczynamy z nimi rozmawiać, przez co tworzymy swoiste grupy wsparcia, dzięki którym wciąż dojrzewamy. Zaczynamy nazywać to, co się z nami dzieje. To wszystko ma wielkie znaczenie, bo na seksualność kobiety wpływa dosłownie każda dziedzina życia.

Kobieta zaczyna też badać swoje ciało. Zdejmuje poczucie winy, w którym dorastała do tej pory, i zaczyna spontanicznie kontaktować się z fizycznością. Ciało w tym wieku się zmienia i odkrywa, że dotyk jest przyjemny. Wiele kobiet wraca wtedy do porzuconej masturbacji lub robi to po raz pierwszy. A mężczyźni są zachwyceni, gdy żona na ich oczach doprowadza się do orgazmu. Życie seksualne osiąga taki poziom, jakiego nie miało nigdy przedtem.

– "Księżniczka" przeszła bardzo długą drogę, by dotrzeć do punktu, w którym może partnerowi powiedzieć „czuję się w pełni dojrzała, mam świadomość własnych możliwości, ale jeszcze potrzebuję dostać coś od ciebie, by być dopełniona. Dzisiaj już wiem, co to jest” – tłumaczy psycholog.

– Naprawdę przebudzona kobieta rozumie, że jeśli czuje się żabą i myśli o sobie jako o żabie, żaden mężczyzna nie przemieni jej w księżniczkę za pomocą pocałunku, nie przemieni jej serca.
Na poziomie ciała doświadcza czegoś zupełnie nowego, ponieważ jej dusza wkroczyła na inny poziom rozwoju.

Może być tak, że kobieta obudzi się w pełni do seksu dopiero po czterdziestce. I, prawdę mówiąc, często tak właśnie jest. Bo prawdziwie przebudzona księżniczka mająca udane życie seksualne to kobieta, która naprawdę zintegrowała trzy najważniejsze płaszczyzny: seksualność, emocje i duchowość.

  1. Seks

Dlaczego mężczyzna oddziela seks od uczuć? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

Po seksie pozbawionym uczuć często pozostaje niesmak. (fot. iStock)
Po seksie pozbawionym uczuć często pozostaje niesmak. (fot. iStock)
Co wpływa na seksualność u mężczyzn? Jak pomóc mężczyźnie, który oddziela seks od uczuć? Co wspólnego ma z tym jego matka? I jakie znaczenie dla przyjemności w łóżku ma wielkość i kształt penisa – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak będziemy mówić: penis, fallus, członek?
Wymieńmy od razu całą gamę: wacek, koń, kutas, ptak, pała, drut, fiut, ch...j. Nazwotwórcza płodność odniesiona do męskich genitaliów przewyższa tę związaną z kobiecym kroczem. Ale też ile nazw, tyle problemów ujawnia się w trakcie psychoterapii psychogennych zaburzeń  potencji i płodności. Pierwsze pojawiają się już w łonie matki. Męski płód bywa zalany taką ilością kobiecych hormonów, że trudno mu stać się mężczyzną. Zwłaszcza gdy matka pochłania kurczaki i inne przemysłowo produkowane mięsa, naszpikowane hormonami. Naukowcy znajdują coraz liczniejsze dowody na to, że nadmiar żeńskich hormonów w środowisku może stanowić powód narastającego zjawiska braku jednego jądra i nieschodzenia jąder do moszny u męskich niemowląt. Wzrasta też u chłopców występowanie stulejki – zwężenia napletka uniemożliwiającego swobodne wysuwanie się żołędzi.

Chłopiec może więc mieć tylko kilka lat i już dwie traumy.
Często dochodzi do tego zawstydzanie wzwodu. Mali chłopcy tak mają, że jak jest im ciepło i bezpiecznie, to miewają wzwód. Zdarza się to męskim niemowlakom w trakcie karmienia piersią. Niestety, wiele niedoświadczonych matek reaguje na to nawet obrzydzeniem. Chłopiec może usłyszeć, że jest „małym świntuszkiem”, że „tak się nie robi”. Warto więc wiedzieć, że wzwód u chłopców przed fazą pokwitania nie ma nic wspólnego z seksem. Najlepiej tego nie zauważać. Uznać za wyraz zadowolenia i błogości. Ale nie koniec na tym. Zawstydzony, niepewny siebie, zagrożony utratą więzi z matką chłopiec może mieć trudności z kontrolą zwieraczy, pojawią się nocne moczenie i poczucie winy. Na domiar złego nierzadko towarzyszy temu odrzucenie przez rówieśników. Kolejny powód do wstydu – chłopiec dojrzewa i pojawiają się nocne polucje. Ten naturalny etap psychofizjologicznego rozwoju jest napiętnowany samą nazwą: zmaza nocna. Jak w tej sytuacji poradzić sobie ze sztywnymi od zaschniętej spermy spodniami od piżamy i prześcieradłem?

No i kolejny wstyd?!
Dlaczego akurat matka ma się pierwsza dowiedzieć o tym, że jej mały misio mógłby już zostać ojcem? Od reakcji matki i ojca wiele zależy w życiu przyszłego mężczyzny. Najlepiej byłoby z tego zrobić małą uroczystość inicjacji w męskość. Tym bardziej że nabywanie dojrzałości seksualnej przez chłopca bywa obarczone lękiem przed zmianą  relacji z matką („Przestałem być dla niej dzieckiem”) i byciem wypędzonym ze stada przez zazdrosnego ojca („Stałem się rywalem ojca”). Jeszcze większy lęk i poczucie winy związane z ojcem może powodować opiekuńcza odpowiedź matki na seksualne potrzeby dojrzewającego syna. Wszystko to razem może też zainstalować w psychice negatywny stosunek do własnej seksualności. A wtedy wyparta młodzieńcza seksualność staje się działającym znienacka demonem. Ciśnienie popędowe robi jednak swoje i chłopiec odkrywa autoerotyzm. Najbezpieczniejszy (w naszej kulturze) sposób redukowania seksualnego parcia, graniczący z obsesją.

Ale jakże kochać się z demonem?
Z demonem trzeba walczyć. To więc, co mogłoby być pomocne w asymilowaniu chłopięcej seksualności, czyli autoerotyzm, zamienia się w autoagresywny, samokarzący samogwałt. Gwałci on wtedy samego siebie, traktując wrażliwe – stworzone do miłosnego kontaktu z innymi – części ciała jak wroga. A wewnętrzny konflikt i sprzeczne uczucia nasilają się tylko, bo ów wróg dostarcza mu przyjemności i ulgi. Ten konflikt rozwiązuje jeszcze większym wyparciem: „To nie ja, to on/ona/szatan to ze mną robi wbrew mej woli”. W ten sposób hoduje demona, z którym podejmuje walkę. Tymczasem grzech/zło i cierpienie rodzą się tam, gdzie nie dociera promień uświadomienia, że żyjemy w sidłach samopotwierdzającej się przepowiedni zła. Ot, i cudowna seksualność zostaje odrzucona jako coś brudnego, nad czym nie ma kontroli. W ciele i psychice utrwala się konflikt: genitalia sobie, serce sobie.

Niektórzy artyści, tacy jak np. Andrzej Wróblewski, malują ludzi pokawałkowanych traumą. I chłopak, o którym mówimy, też jest nią pocięty – tu seksualność, a tu serce – nim pozna kobietę. Zgaduję, że pierwszy raz będzie trudny?
Bo jak ma kontaktować się z drugą płcią sprawnie seksualnie i w sposób ludzki? Tym bardziej że chłopak zaczyna przeżywać zadziwiające dla niego samego stany. Na widok – a nawet samo wyobrażenie – atrakcyjnej dziewczyny miotają nim gwałtowne fizjologiczne reakcje: ma wzwód, wali mu serce, miękną nogi, a czasami dochodzi do spontanicznego wytrysku. Doświadcza jednocześnie upokorzenia utraty kontroli nad sobą i paraliżującego zachwytu. Nie mając żadnej wiedzy ani wsparcia dorosłych, osamotniony i upokorzony ogromnym kosztem, stara się wyprzeć ze świadomości cały ten bałagan. Często zamienia go w agresję i pogardę wobec istot, które wzbudzają w nim tak trudne stany.

Ale bywa też, że próbuje seksu.
Nie ma innego wyjścia, ale robi to w stanie wewnętrznego konfliktu i często odurzając świadomość alkoholem albo dopalaczami, marnuje niepowtarzalną okazję przeżycia świadomej, podłączonej do serca inicjacji. Dlatego inicjacja bywa najczęściej szalona, chaotyczna, byle jaka – pozostawia niedosyt i niesmak. Tu znowu pojawia się samospełniająca się przepowiednia: „Skoro tak kiepsko się czuję, to z pewnością zrobiłem coś złego”. Dlatego tak często inicjacja seksualna jest dla obu stron porażką. Na ogół większą dla chłopców i mężczyzn niż dla dziewcząt. Bo skonfliktowana męska seksualność i związane z nią trzymanie rąk z dala od własnych genitaliów konserwuje ogromną nadwrażliwość całego układu. Wtedy wystarczy jeden dotyk dziewczęcej dłoni, by spowodować ejakulację.

Pojawia się ona często również u mężczyzny, gdy ten chce szybko zakończyć sytuację powodującą podświadome wyrzuty sumienia: „Skoro już robię coś złego/nieczystego, to niech to trwa jak najkrócej”. No i znów wstyd i upokorzenie, zwłaszcza gdy rozczarowana partnerka wykpi, pogardzi.

Oglądanie pornografii i autoseks nie pomagają?
Nie. Nie pomagają przygotować się do inicjacji, bo nasilają kompleksy i tworzą fałszywe wyobrażenie seksualnej relacji. Jak się ma czuć chłopiec ze swoim niezaprawionym w miłosnych bojach, przewrażliwionym siusiakiem, oglądając niesłychane egzemplarze męskiego przyrodzenia i ich niewyczerpaną wytrwałość? A w dodatku seksualna akcja owych zawodowców trwa kilkadziesiąt minut. Jak sprostać takim wzorcom?! Lecz najbardziej szkodliwym elementem pornograficznej edukacji jest wyzucie seksu z kontekstu emocjonalnej więzi pomiędzy partnerami. To dehumanizujący, degradujący wzorzec, który młodzież z braku innych uznaje za słuszny. Z drugiej strony – dla dorosłych, acz niedojrzałych mężczyzn pornografia staje się łatwą ucieczką od ryzyka i trudu, jakie niesie realna relacja z kobietą.

Zapytam: co złego w seksie dla seksu? Musi być miłość?
No dobrze, nie ustawiajmy poprzeczki tak wysoko. Ale nie uciekajmy też od prawdy, że seks w dojrzałej relacji miłosnej ma najwyższą jakość i głębię. A po seksie całkowicie pozbawionym uczuć i więzi pozostaje kac, niesmak, poczucie samotności i straty. To nasze serce – nadużyte, pozbawione głosu i prawa decyzji w sprawie tak ważnej jak seksualna bliskość – nie daje nam spokoju.

Do niedawna kobiety ograniczały wyniesioną z czasów uganiania się po dżunglach i sawannach męską skłonność do rozsiewania nasienia gdzie się da. Stały na straży wejścia do świątyni Afrodyty, w której serca, ciała i dusze partnerów w seksualnym akcie łączyły się w jedność. Żaden mężczyzna nie mógł tam wkroczyć z zamkniętym sercem i nieobecnym duchem. Chyba że prosił o ratunek gotów za to zapłacić. Ale dziś już kobiety same są skłonne rozsiewać swoje jajeczka, wysyłać je do ich banków.

Dzwoni do mnie 26-letni znajomy i mówi, że pierwszy raz w życiu nie miał wzwodu, bo się zakochał.
Powodem bywa nieświadomy lęk przed zaangażowaniem serca w relację seksualną z kobietą. To objaw psychicznego rozszczepienia. Powtórzmy: by móc podłączyć genitalia do serca, trzeba najpierw mieć te genitalia uświadomione i zasymilowane, uznać je za pełnowartościową część siebie. Wielu mężczyzn zmaga się z tym latami. Dlatego realizują swoją seksualność na seksportalach lub w seksklubach, będąc jednocześnie w białych miłosnych związkach, w których kiedyś poczęli dzieci, a potem zaprzestali aktywności seksualnej. Ich pojmowanie miłości jest takie, że tam, gdzie są dobre uczucia, nie może być seksu. Ale może być też więcej ukrytych powodów takiego stanu rzeczy. Np. kompleks Edypa nakazujący wierność mamie. Narcyzm nakazuje ciągłe potwierdzanie się w nowych, niezobowiązujących związkach. A przeniesiona z relacji z mamą bierna agresja kierowana jest na kobietę, która pokocha. Umysł, serce i seks to skomplikowana, wielowymiarowa rzeczywistość.

W jaki sposób kompleks Edypa powoduje rozszczepienia?
Chłopcy miewają fazy erotycznego zainteresowania matką: w wieku czterech, pięciu lat i pokwitania. Mama chłopca powinna łagodnie, ale stanowczo wyznaczać granice uwodzicielskim zachowaniom synka: nie cieszyć się jego adoracją ani jej nie prowokować. Nawet gdy synek jest malutki, nie całować go w usta, nie pozwalać całować się w usta, w szyję, a nawet we włosy. Nie mówiąc już o innych strefach erogennych. Dawać synkowi do zrozumienia, że są to obszary jej ciała zastrzeżone dla partnera. Inaczej synek sam będzie musiał stawić czoła tabu kazirodztwa i może podjąć nieświadomą decyzję: tam, gdzie miłość, nie ma miejsca na seks.

Ma teraz 40 lat, mama nie stawiała granic, co ma zrobić?
Podjąć terapię i sięgnąć do wczesnych relacji z mamą, przypomnieć sobie uczucia, jakie wówczas przeżywał, co wtedy nie mogło zostać uświadomione, bo było zbyt groźne. Czyli uświadomić i wybaczyć sobie dziecięce pragnienia i fantazje seksualne związane z matką. Zrozumieć, że to było jego naturalne prawo, że nie ma w tym żadnej jego winy. Zdać sobie sprawę, że to po stronie matki – a także ojca – leżała odpowiedzialność za to, by nie stwarzać sytuacji, która obiecywałaby jakiekolwiek spełnienie.

Nie karać i nie upokarzać. W końcu powinien pojąć, że to matka jako osoba dorosła zawiodła jego zaufanie i to ona zasługuje na jego gniew, a nie partnerka.

Ale jak się gniewać na matkę?
Żeby podłączyć genitalia do serca, trzeba umieć odbrązowić matkę i wyzłościć się na nią. Dopiero wtedy serce przestanie być zarezerwowane dla mamy i bezcielesnej miłości partnerki, a genitalia – dla pokątnie uprawianego grzesznego seksu.

Znakiem naszych czasów stał się oral, wielkie wejście fallusa w popkulturę odbywa się przez usta. Dlaczego?
Oralność uważa się za nie w pełni dojrzałą formę seksualności. Ta dojrzała zakłada zdolności i potrzeby rozrodcze i dążenie do penetracji. A ponieważ seksualność w naszej popkulturze stała się towarem, który ma dostarczać łatwej i szybkiej przyjemności, więc oralny seks pasuje jak ulał. Popularność seksu oralnego wiąże się z promocją hedonizmu, seksu konsumpcyjnego, łatwego i dostępnego – stąd zwrot „robić loda”. Ale seks oralny ma też dodatkowe, niebagatelne zalety dla mężczyzn. Zwalnia ich z odpowiedzialności za  doprowadzanie kobiety do orgazmu. To mężczyzna może poczuć się zaopiekowany i zadbany. Może oralne pieszczoty uznać za niby-seks, więc jeśli nawet mu się przydarzy gdzieś na boku, to nie podpada pod kategorię zdrady. Oczywiście, w seksie oralnym nie ma nic złego. Nawet wzmacnia więź, wzajemną cielesną akceptację. Pod warunkiem że gwarantuje wzajemność. Ale żal ograniczać seksualność wyłącznie do tego wymiaru.

Czy kształt członka mówi o psyche właściciela? Jak mężczyzna ma małego, to musi się postarać, by zaimponować kobietom, więc dużo osiąga? A ten z dużym bywa leniwy?
Nie znam wiarygodnej typologii. Dla dzieci jest „Wielka księga siusiaków”, która oswaja z tematem. Znam tylko ludową typologię: „balonik” i „kiełbasa”. Chodzi o to, że są mężczyźni, którzy bez erekcji mają narząd malutki, a w erekcji imponujący. To balonik. Są też takie penisy, które już w stanie spoczynku imponują długością, ale w erekcji na długości im nie przybywa. Pocieszające dla zakompleksionych dane mówią, jaka wielkość pozwala zaspokoić kobietę, i jest ona zaskakująco mała. Większe znaczenie ma obwód.

Mężczyźni myślą, że kobieca pochwa jest nieskończona. Tymczasem zbyt duży fallus bywa powodem bólu, nie ekstazy.
Są mężczyźni – i chyba jest ich więcej – którzy zawsze będą uważać, że mają za małego penisa. Niskie poczucie wartości sprawia, że nic im się w sobie nie podoba i autoagresywnie dewaluują siebie. Penisowi dostaje się najbardziej. Ale jeśli mężczyzna ma dobrą, realistyczną samoocenę, to się zwykle nie czepia rozmiarów genitaliów. Natomiast ciosem w samoocenę męską jest bezpłodność.

Wbrew pozorom więc mężczyzna nosi między nogami ogromny kłopot. W naszej kulturze Bóg i szatan od tysiącleci targują się o jego penisa. Walczy też o niego Kościół z państwem. Targ i konflikt trwa też między matką a żoną, między żoną a kochanką itd.

  1. Seks

Seksualność powinna cię wzmacniać! Do jej odkrywania wcale nie potrzebujesz partnera

Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks to silna energia. Twórcza, żywa, wiecznie młoda. Mimo to większość z nas nie ma do niej dostępu, wciąż jesteśmy pod wpływem kastrujących mitów na jej temat. Czy są aktualne? Czy seksualność to to samo, co seks i co sprawia, że mężczyźni boją się rozbudzonych kobiet – tłumaczy seksuolog dr Alicja Długołęcka.

Temat seksualności nie jest łatwy. Z jednej strony, mamy oczekiwania i parcie na sukces, czyli posiadanie tak zwanego udanego życia seksualnego, które się określa w liczbach odbytych stosunków i osiągniętych orgazmów…
…a z drugiej – rzeczywistość, którą widać m.in. na warsztatach o seksualności i w indywidualnych rozmowach, gdzie okazuje się, że do sukcesu daleko, a jeszcze dalej do prawdziwej satysfakcji w tej dziedzinie.

Ja to widzę w osobistym wymiarze. Symbolicznie chciałabym przeciąć połączenie z interpretacją mitu o stworzeniu świata, do której szerzenia Kościół się przyczynił: kobieta jest winna grzechu, ciało to siedlisko żądz, a seksualność jest złem. Uważałam, że mnie to już nie dotyczy, bo mam inne poglądy. Jednak kilka wydarzeń uświadomiło mi, że emocjonalnie reaguję według starego wzoru.
Często w dzieciństwie dostajemy przekaz, że cielesność i seks to coś wstydliwego, o czym się nie rozmawia, trzeba się z tym chować. Seksualność łączy się wtedy w jedno z lękiem, wstydem, poczuciem winy i silną ambiwalencją. Z tą mieszanką mamy potem prowadzić owo „udane życie”, do którego zachęcają media, dla odmiany epatujące sterylnym i wysnobowanym seksem. W związku z tym sporo dorosłych ludzi się w tym gubi i w efekcie traktuje seks płytko, jak siłownię lub teatr, albo instrumentalnie, bo coś im tam załatwia. Taki seks może oczywiście spełniać ważne funkcje, ale nieseksualne, np. rozładowywać emocjonalne napięcie lub podnosić poczucie własnej wartości.

Jak sprawić, że seksualność stanie się naszym zasobem, a nie czymś, co nas dodatkowo obciąża?
Próbować żyć z tym bardziej świadomie. Zdobyć się na odwagę i porzucić grę pozorów. I skoncentrować się na ciele. Zwykle, kiedy się zabieramy do jakiegoś tematu, zaczynamy od pracy intelektualnej, by to jakoś ogarnąć poznawczo. Zmieniamy postawy, postawy wpływają na emocje, a my liczymy, że nas to jakoś wyprostuje. A tu okazuje się, że to nie wystarcza. O tym pani właśnie mówiła, że myślenie sobie, a ciało sobie – ono reaguje po staremu. Napina się, zamyka i cierpi albo emituje ciepło, miłość i pożądanie w niekontrolowany sposób, tak że nic z tego nie rozumiemy, więc boimy się tego i to odrzucamy. Dlatego na warsztatach z seksualności, które prowadzę, koncentruję się zwykle na czterech obszarach: cielesności, stereotypach kulturowych, duchowości i relacjach. Ciekawe, choć właśnie uwarunkowane kulturowo, że kobiety rozmowy o stereotypach uważają za najmniej interesujące.

Dlaczego?
Bo koncentrują się na relacjach.

Seksualność kojarzy się im niemal wyłącznie z byciem z drugą osobą. Mityczny „on” włada całą tą sferą.
Celowo takie rozmowy ucinam. Bo tak naprawdę pozostałe obszary są istotniejsze, jeśli patrzymy na seksualność jako zasób. Kobiety czują niechęć, może lęk, by rozmawiać o seksualności w kontekście kulturowym, bo musiałyby wówczas się zmierzyć z własnymi ograniczającymi przekonaniami na ten temat. W obszarze duchowym kojarzy im się to z sekciarstwem. Czują przecież, że to jest jakaś siła, której się poddają w sposób nieświadomy, więc pojawia się w nich lęk. Gdy nie ma się kontaktu z własną seksualnością, ta sfera może się wydawać przerażająca.

Bo bywa, że wymyka się nam spod kontroli.
Poza tym jeszcze niedawno nie wolno nam było czuć pożądania. Podział na „święte” i „dziwki” bardzo nam miesza obraz. Więc wygodniej jest myśleć, że możemy być seksualnie otwarte tylko wtedy, kiedy coś nas otworzy, niemal wbrew naszej woli, na przykład: alkohol, wyjazd służbowy albo tajemniczy brunet. Jesteśmy nauczone, że to jest jakaś rzecz od nas samych niezależna. A najlepiej, żeby przyszedł facet – Pigmalion, który nas stworzy od początku. Jeśli coś nie zadziała, można zwalić na niego winę. To bardzo silny wzór, który zwalnia od odpowiedzialności za siebie. Pora w pewnym momencie dojrzeć i tę odpowiedzialność przejąć. Jeśli chcemy oswoić tę energię, musimy ją chcieć poznać.

Nie mamy do tego dostępu?
Nam się wydaje, że mamy. Przecież seks jest w naszym życiu jakoś tam obecny. Ale na warsztatach widać, że nie znamy swoich ciał, nawet anatomicznie, swoich reakcji, sposobów sprawiania sobie przyjemności, osiągania orgazmu, nie mamy pozytywnych nazw na antyczną waginę lub zinfantylizowaną cipkę. To o czym my tu mówimy? Deklaracje jedno, a rzeczywistość drugie. Interesujące jest to, że w miarę upływu lat zaczynamy zauważać fakt, że z tym seksem to chyba chodzi o coś więcej. Bo uprawianie seksu nie musi mieć wiele wspólnego z dostępem do własnej seksualności. Mam na myśli stan seksualnego otwarcia. To się często wcale nie dzieje w relacji. Po prostu otwiera się w nas przestrzeń pożądania, energii, z którą chcemy płynąć. Co ciekawe, takie doświadczenie przytrafia się częściej kobietom dojrzałym, które uwolniły się od swoich Pigmalionów z wyobraźni.

Chodzi o sytuację, kiedy spotykamy mężczyznę i on nagle na nas tak silnie działa, że mamy ochotę się totalnie w tym zatracić?
To nie on działa, tym razem my się świadomie otwieramy na kogoś. Ważne rozróżnienie: to nie jest zakochanie, w którym koncentrujemy się na marzeniach o tej osobie i na wizji przyszłości, tylko głębokie doświadczenie seksualne. Ponieważ, jak mówiłam, nie wolno nam było czuć pożądania, więc nadal mylimy ten stan z zakochaniem.

Przytrafiło mi się takie otwarcie i wszystko we mnie chciało zaklasyfikować je jak coś więcej niż tylko pożądanie.
No właśnie: tylko czy aż? Wciąż deprecjonujemy tę naszą seksualność. Miłość – coś wielkiego, a pożądanie – zwierzęca żądza, marna fizyczność. Szkoda, bo zarówno próby klasyfikowania tego doznania, jak i to, że natychmiast próbujemy jakoś je uciszyć, zaspokoić, sprawiają, że odbieramy sobie szansę na odkrywanie prawdziwej natury tego, co czujemy. Nie mam nic przeciwko zaspokajaniu pożądania. Ale często spieszymy się za bardzo i nie dajemy sobie szansy, by nieco przedłużyć samo odkrywanie. Rozsmakować się, rozgościć w tym, co czujemy: że nam się gotuje w dole brzucha, mamy poruszony obszar serca. Jeżeli nie kombinujemy, co z tym uczuciem zrobić, nie projektujemy go na żadnego „mężczyznę przyszłości” – wtedy mamy dostęp do czystej energii.

Usłyszałam to na warsztacie tantrycznym: żeby uwolnić seksualność, nie potrzeba drugiej osoby, wręcz przeciwnie. Prowadząca opowiedziała, że sama kiedyś świadomie postanowiła żyć w celibacie tak długo, aż poczuje, że już na tyle zna siebie  i umie się opiekować swoją energią seksualną, że może się nią dzielić z mężczyzną. A do tego czasu – zero seksu.
Brak stosunków seksualnych absolutnie nie oznacza, że w naszym życiu nie istnieje seks. A tym bardziej energia seksualna. Myślę, że aby naprawdę nauczyć się siebie w tej dziedzinie, potrzeba dłuższego czasu – nawet paru lat. To może być ten czas, kiedy akurat nie mamy partnera. Jednak trzeba się tym zająć, mówiąc krótko, poświęcić czas swojej seksualności, by nie usnęła, tylko wzrastała. A my marnujemy szansę, uważając, że jak jesteśmy bez partnera, to nic z tego. To właśnie dowód na splątanie, o którym mówiłam, że seksualność równa się relacja. Pewnego rodzaju osobność – zarówno w związku, jak i bez niego – to świetny moment, żeby się rozbudzić i poznać swoje reakcje. Nie szukać przypadkowych partnerów, byle się zaspokoić. Wprowadzę proste rozróżnienie, można – za przeproszeniem – rżnąć się, mieć seks i być w relacji. To zupełnie inne poziomy. Przypadkowe zaspokajanie seksualnego głodu to jest to pierwsze, czyli obniżanie poziomu lęku i zagłuszanie emocji w poczuciu bezsensu i desperacji. Zamiast tego warto uczyć się autoerotyzmu: przyjrzeć się sobie, swoim fantazjom, złapać jakiś kontakt z ciałem i mieć seks, czyli kontakt ze sobą. Żeby potem być w relacji. Wie pani, co jest sprawdzonym, świetnym wyzwalaczem energii seksualnej? Ćwiczenia fizyczne i kontakt z naturą. Ale również wszelkie warsztaty odkrywania swojej wewnętrznej mocy, warsztaty bębniarskie...

W moim przypadku to był taniec. Tańcząc, odkryłam, że nie musi być przy mnie nikogo, a moja seksualność aż kipi. Poczułam, że to mój zasób. I że mam do niej dostęp, jeśli chcę.
Dopiero w konsekwencji tego odkrycia przychodzą kolejne. Na przykład jak bardzo to obciąża mężczyzn, kiedy w ich ręce składamy odpowiedzialność za pobudzenie naszej energii seksualnej. Zrzucamy na nich odpowiedzialność za to, jak się czujemy i co czujemy. Bo najpierw jego zadaniem jest nas otworzyć, a następnie zaspokoić. Być mężczyzną w tej kulturze też nie jest łatwo. Nie jest to może poprawne politycznie, ale na pewnym poziomie świadomości seksualność jest po prostu darem. Możemy się nią cieszyć i nią kogoś obdarować. Każdy, kto miał choć przez chwilę dostęp do tej energii w jej czystej formie, czuje intuicyjnie jej potęgę i piękno. Dlatego sfera seksualności łączy się z sacrum. Bo to coś, czego nie ogarniamy, ale czujemy, że jest pełne i doskonałe.

To jest też niezwykły dar dla nas samych. Energia seksualna jest czymś więcej niż napędem do seksu. To napęd do życia.
Dlatego też orgazm tak nas przyciąga. Bo nie jest jedynie doznaniem fizycznym. Bywa przecież tak intensywny, że aż nieprzyjemny, trudny do zniesienia. Orgazm to przede wszystkim doznanie psychiczne, kontakt z czystą energią życiową, graniczne doświadczenie. Jest chwilą, w której nasz logiczny umysł traci kontrolę i doświadczamy życia bez poczucia tożsamości. Dlatego też jest kojarzony ze sferą duchową. W praktykach medytacyjnych chodzi przecież o osiągnięcie tego stanu – bez ego, rozpuszczenia się w czymś większym. Rzadko się o tym mówi, a przecież mamy to zawsze pod ręką. Możliwe, że jest to dostęp do miejsca, z którego przychodzimy jako noworodki i odchodzimy, umierając. W tym sensie obszar seksualności jest ekumeniczny. To samo duchowe doświadczenie niezależnie od wyznania, rasy czy kultury. Absolutnie uwalniające.

Na warsztacie tantry uczyliśmy się, jak samemu rozbudzać swoją energię seksualną. Ciekawe, że wcale nie było to związane z podnieceniem. Raczej z poczuciem ożywienia, otwarcia, ciepła. Robiliśmy ćwiczenia oddechowe, na przykład krążenie energią, podnoszenie jej do góry oddechem...
To ważne, bo często energia nie krąży w ogóle, tak jesteśmy spięte, sztywne ze zmęczenia. Cielesna zbroja nie jest najlepszym strojem do seksu. Trzeba się najpierw rozluźnić, pozwolić energii krążyć. Dopiero wtedy, jeśli zechcemy, eksperymentować ze światem erotyki. Cieszy mnie, że zaczęły się pojawiać sklepy z gadżetami dla kobiet. Wibrator to nie surogat męskiego członka, to narzędzie do poznawania swojego ciała i jego reakcji. Dodam, że penis to zupełnie coś innego, bo nie jest narzędziem do masturbacji, tylko ciałem osoby, z którą pragniemy być w relacji. Boleję nad tym, że wszystko, co się wiąże z autoerotyzmem, jest wciąż tak napiętnowane. Zwłaszcza w przypadku kobiet prawda wygląda tak, że ciało nie jest naszą własnością. Ciągle ktoś określa, co nam wolno czuć, co nie, gdzie się można dotykać i jak. Nasze ciało jest tylko nasze. Jakże ważne jest takie odkrycie dla kobiety! Spotkanie świadomych osób, które chcą razem być w relacji seksualnej, to wymiana darów kobiecości i męskości. Ale to rzadkość. Bo nie ma czegoś takiego jak seks tantryczny czy nawet dojrzały w weekend. Nie oszukujmy się.

Może więc nie warto się starać? Nie dam się wkręcić w odpowiedzi typu: warto, bo seksualność jest piękną dziedziną i ucząc się jej, odkryjemy swoją esencję, a nawet może zbliżymy się w ten sposób do Boga. Chociaż to wszystko może być prawdą. Ale ma swoją cenę. Każda zmiana jest ryzykiem. Może się zdarzyć, że gdy my zaczniemy się rozwijać seksualnie, partner się przestraszy i odejdzie. Albo nie będziemy mogły znaleźć partnera. Mężczyzna, który nie ma kontaktu z własną energią, nie będzie wiedział, co z taką kobietą robić. Dlatego kobiety, u których energia seksualna jest silna, często w naszej kulturze budzą lęk i bywają odrzucane. Porównuję te momenty, w których mamy lepszy dostęp do własnej seksualności, do rozpinania ciasnej koszuli z guzikami. To zapięcie nie zawsze jest złe – daje poczucie granic, trzymania się w ryzach, bezpieczeństwa. Kiedy jednak powoli rozpinamy tę koszulę, czujemy, że zaczynamy wreszcie oddychać pełną piersią. Ale to jest zawsze kwestia decyzji, czy możemy i chcemy sobie na to w danym momencie życia pozwolić.

dr Alicja Długołęcka:
edukatorka psychoseksualna, doradca  partnerski, propagatorka zdrowia seksualnego. Jest autorką i współautorką wielu książek z zakresu edukacji seksualnej dla młodzieży i dorosłych, m.in. „Jak się kochać?” (razem ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem).

  1. Styl Życia

Najpiękniejsze pisanki na Instagramie - zainspiruj się!

Fot. screen Instagram @amazonhome
Fot. screen Instagram @amazonhome

Kolorowe pisanki to nieodłączny element każdych świąt wielkanocnych. Technik ich  zdobienia jest wiele - można wykorzystać gotowy barwnik, użyć specjalnych naklejek, owinąć włóczką lub samemu złapać za farby lub flamastry i coś narysować. Jeśli brakuje wam pomysłów, z pomocą śpieszy Instagram, na którym znajdziecie mnóstwo inspiracji. Oto nasze propozycje:

 

  1. Zdrowie

Ile można jeść jajek – dziennie i tygodniowo? Rozmowa z profesorem Trziszką

</a> Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock)
Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
„Jem około 30 jaj tygodniowo” – mówi naczelny jajolog kraju prof. Tadeusz Trziszka. Nie ma w nich nic szkodliwego, pod skorupką skumulowane są wszystkie substancje niezbędne do stworzenia nowego życia. Są tu wszystkie aminokwasy potrzebne do budowy tkanek i komórek. Są białka i tłuszcze, a w tłuszczach fosfolipidy, które zawierają kwasy omega – 3. Są minerały i witaminy, zwłaszcza witaminy z grupy B, w tym B12.

„Jem około 30 jaj tygodniowo” – mówi naczelny jajolog kraju prof. Tadeusz Trziszka, technolog żywności i żywienia, nauczyciel akademicki, profesor nauk rolniczych. Nie ma w nich nic szkodliwego, pod skorupką skumulowane są wszystkie substancje niezbędne do stworzenia nowego życia. Ile jajek można jeść dziennie? Ile jajek tygodniowo nie wpłynie negatywnie na nasze zdrowie? Spróbujemy odpowiedzieć na te pytania z pomocą prof. Trziszki.

Są tu wszystkie aminokwasy potrzebne do budowy tkanek i komórek. Są białka i tłuszcze, a w tłuszczach fosfolipidy, które zawierają kwasy omega – 3. Są minerały i witaminy, zwłaszcza witaminy z grupy B, w tym B12.

Nawet sama skorupka jest dla nas cenna. Jej struktura wapniowa przypomina tę w kościach człowieka, dlatego skorupka jaja to najlepszy produkt w profilaktyce osteoporozy.

Jednak mimo tylu zalet jajo budzi kontrowersje. Już od lat 60. zaczęto mówić, że jaja, choć dobre, to jednak w nadmiarze szkodzą. I nadal wielu lekarzy przestrzega pacjentów, zwłaszcza tych starszych, przed nadmiernym spożyciem jaj, które może doprowadzić nawet do przedwczesnej śmierci. Ten nadmiar określono na ponad dwie sztuki tygodniowo dla dorosłego człowieka. Wszystko przez to, że jaja oskarżono o powodowanie osadzania się cholesterolu na ściankach naszych naczyń krwionośnych, co może skutkować nawet zawałem serca.

Skąd wziął się ten negatywny wizerunek jaj? Bo właśnie w latach 60. przemysł farmaceutyczny na dużą skalę zaczął produkcję leków antycholesterolowych. Rozpętano wówczas prawdziwą fobię antycholesterolową, gwałtownie poszukując w naszym menu winnych wzrostu poziomu cholesterolu w organizmie człowieka.

Jajka padły ofiarą tej nagonki.

Dziś naukowcy zdają sobie sprawę, że obwinianie jaj było niesłuszne, oficjalnie badacze amerykańscy wycofali się z tych oskarżeń. Jednak ta wiedza nie przedostała się do powszechnej świadomości ludzi. Nadal obawiamy się nadmiernego spożywania jaj, zastanawiając się, ile jajek dziennie możemy jeść bez uszczerbku na zdrowiu, a lekarze nadal ostrzegają przed jedzeniem więcej niż dwóch jaj tygodniowo.

Tymczasem, według prof. Trziszki, człowiek powinien jeść tyle jaj, na ile ma ochotę. Co więcej, im więcej jaj jemy, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo miażdżycy, gdyż w naczyniach krwionośnych odkłada się tylko cholesterol produkowany przez naszą wątrobę, nie ten zjadany z jajami, a im więcej dostarczamy naszemu organizmowi cholesterolu z pokarmem, tym mniej produkuje go nasza wątroba.

I wcale na starość nie należy jaj unikać. Wręcz przeciwnie. Z wiekiem zmniejsza się przyswajalność tego dobra, jakie jest w jaju, organizm więc musi dostać więcej jaj niż w młodości, by otrzymać właściwą dawkę fosfolipidów czy witamin.

Jedzmy więc jaja, zwłaszcza że przeciętny Polak spożywa ich dwa razy mniej niż Japończyk, Chińczyk czy mieszkaniec Izraela.

Najlepsze są jaja, w których białko jest lekko ścięte, bo w takiej postaci mniej uczula. Czyli na miękko albo sadzone. (fot. iStock) Najlepsze są jaja, w których białko jest lekko ścięte, bo w takiej postaci mniej uczula. Czyli na miękko albo sadzone. (fot. iStock)

Prof. Tadeusz Trziszka prawdopodobnie jest jedynym Polakiem, który zrobił doktorat i habilitację z jaj. Kieruje katedrą technologii Surowców Zwierzęcych na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Wymyślił i prowadzi projekt „Innowacyjne technologie produkcji biopreparatów na bazie nowej generacji jaj” (Ovocura), w którym prawie setka naukowców tworzy z jaj bioaktywne preparaty dla celów leczniczych i suplementy diety.

Co dobrego jest w jajach? Prof. Tadeusz Trziszka: Wszystko. W jaju nie ma rzeczy złych, szkodliwych. Jeśli weźmiemy zapłodnione jajo i położymy je pod kwokę lub do inkubatora, czyli dodamy mu tylko i wyłącznie energię cieplną, to po 21 dniach pojawi się nowe życie. Powstanie organizm, który będzie miał mózg, serce, układ krwionośny, nerwowy, organizm zdolny do poruszania się, rozmnażania, z systemem immunologicznym. To znaczy, że w jaju są wszystkie substancje potrzebne do utworzenia życia, coś boskiego. Nikt tym nie manipulował, a jest życie!

Z ziarna też wyrasta nowe zboże. Tego nie da się porównać. Owszem, rzucamy ziarno do ziemi i wyrasta np. zboże. Ale, by wyrosło, konieczna jest woda, mikroelementy, a przy jaju niczego nie potrzeba dodawać. Powstaje organizm z całym mechanizmem genetycznym, systemem immunologicznym, z całą sferą budowania tkanek organicznych. Nie ma drugiego takiego naturalnego produktu na świecie, wszystko jest skumulowane w jednym jaju.

A jednak przez lata ostrzegano przed nadmiernym spożyciem jaj, określając, ile jajek tygodniowo nie zaszkodzi naszemu zdrowiu, więc może wcale nie są samym dobrem jak pan twierdzi. To się zaczęło w latach 60. i rozwijało do lat 90. Za ten negatywny wizerunek jaj odpowiada przemysł farmaceutyczny, a także przemysł tłuszczów roślinnych, który obarczył m.in. jaja odpowiedzialnością za odkładanie się w naszych naczyniach krwionośnych cholesterolu. Rozpętano na świecie prawdziwą fobię przeciwko cholesterolowi, żeby sprzedawać jak największe ilości leków antycholesterolowych i margaryny.

Tymczasem cholesterol jest podstawowym czynnikiem życia, występuje we wszystkich tkankach naszego organizmu, bez niego nie ma życia.

Jajka budzą kontrowersje. Przez lata straszono nas szkodliwym cholesterolem i kazano ograniczać liczbę spożywanych jaj do dwóch tygodniowo. Tymczasem najnowsze badania obalają ten mit. (fot. iStock) Jajka budzą kontrowersje. Przez lata straszono nas szkodliwym cholesterolem i kazano ograniczać liczbę spożywanych jaj do dwóch tygodniowo. Tymczasem najnowsze badania obalają ten mit. (fot. iStock)

To po kolei. Czy jest nieprawdą, że nadmiar cholesterolu nam szkodzi, czy też może szkodzi, ale jaja nie mają z tym nic wspólnego? Cholesterol to kluczowa substancja niezbędna do życia. Gdyby wątroba zaprzestała jego codziennej produkcji, to nie moglibyśmy żyć. Każda komórka zawiera cholesterol, a mamy tych komórek miliardy. Jest konieczny do tworzenia hormonów płciowych, witaminy D, kwasów żółciowych. Natomiast w powszechnej świadomości ludzi utarło się, że cholesterol to coś złego, trzeba z nim walczyć, unikać wszystkiego, co może podnieść jego poziom w naszym organizmie.

Problem polega na czym innym – jego produkcja i dystrybucja musi być przez organizm kontrolowana. Kiedy następuje jakiś defekt organizmu, zaczynają się problemy. Cholesterol odkłada się w naczyniach krwionośnych i zaczyna zamykać ich światło, pojawiają się wywołane tym zawały.

A co z rolą jaj w tym procesie? Ich spożywanie powoduje to odkładanie się cholesterolu w naczyniach? Jest dokładnie odwrotnie. U człowieka, który je dużo jaj, na skutek tej konsumpcji mniej cholesterolu będzie się odkładało w naczyniach. Bo cholesterol, jaki dostarczamy organizmowi z żywnością, nigdy nam się nie odkłada w naczyniach, dzieje się tak wyłącznie z naszym własnym, tym produkowanym w wątrobie. I to wówczas, kiedy nasz organizm ma jakiś defekt metaboliczny.

Cholesterol jest czynnikiem ryzyka w rozwoju miażdżycy i choroby wieńcowej serca głównie u osób obciążonych genetycznie hipercholesterolemią. Organizm takich ludzi nie radzi sobie z nadprodukcją cholesterolu i odkłada go w naczyniach.

Czyli sekwencja zdarzeń wygląda tak: jeśli nasz organizm szwankuje z jakiegoś powodu, to w naczyniach odkłada się cholesterol, ale nie dlatego że jemy jaja. Tak? Dokładnie tak.

Zdrowy organizm nie dopuszcza do odkładania się cholesterolu w naczyniach, niezależnie od tego, ile go zjemy w produktach. Każdy z nas codziennie wytwarza ok. trzech gramów cholesterolu. Tyle to jest w piętnastu jajach. Więc na zdrowy rozum: jakie ma znaczenie, że zje pani codziennie jedno czy dwa jaja? Problem tkwi nie w konsumpcji żywności, tylko w naszym wewnętrznym metabolizmie, w tym, czy jesteśmy zdolni zagospodarować ten cholesterol czy nie.

Rozumiem, że jaja oskarżono o podnoszenie nam poziomu cholesterolu we krwi, bo trzeba było znaleźć winnego. Ale dlaczego świat medyczny nie mówi tego, co pan teraz? Mówi, tylko... No cóż, świat medyczny partycypuje w produkcji leków, więc nie jest zainteresowany mówieniem, że nie należy bać się cholesterolu. Ale leki są oczywiście potrzebne, bo wielu ludzi, którzy mają wysoki poziom cholesterolu, powinno go zażywać. Tyle tylko że niesłusznie oskarżono jaja. Na skutek tej antyjajowej kampanii w wielu krajach cywilizowanych w latach 70. i 80. bardzo spadło spożycie jaj.

Pamiętam, kiedy nagle zaczęto ostrzegać, by nie jeść więcej niż dwa jaja tygodniowo. Wielu moich znajomych skreśliło je wówczas z codziennego jadłospisu. Tak, podobnie było z masłem, które też oskarżono o przyczynianie się do podnoszenia poziomu cholesterolu. Ludzie dali się na te hasła nabrać, rezygnowali z jaj, a zamiast masła jedli margarynę. W latach 80. pracowałem na uniwersytecie w Niemczech i pamiętam, jak przekonujące były wówczas reklamy margaryny. Większość moich kolegów z uczelni zrezygnowała wtedy z masła. Wykorzystano powszechne przekonanie, że skoro w produktach zwierzęcych jest cholesterol, to trzeba jeść produkty roślinne, które go nie zawierają.

Gdy kupujemy jaja z wolnego wybiegu, a boimy się salmonelli, wystarczy jaja zanurzyć we wrzątku na 3 sekundy. (fot. iStock) Gdy kupujemy jaja z wolnego wybiegu, a boimy się salmonelli, wystarczy jaja zanurzyć we wrzątku na 3 sekundy. (fot. iStock)

Na jakiej podstawie mówi pan, że jaja nie szkodzą? Jeszcze niedawno usłyszałam w radiu wypowiedź jakiegoś dietetyka, że można jeść nawet do pięciu jaj tygodniowo. Nie można zalecać diety globalnej, gdyż każdy z nas jest inny. Być może ten dietetyk miał na myśli jakąś szczególną grupę alergików. W przeciwnym wypadku nie powinno się stosować nadzwyczajnych ograniczeń co do spożywania jaj.

A co mówi pana wiedza? Ile jajek tygodniowo, a ile jajek można jeść dziennie?

Nie ma ograniczenia, ile się chce, tyle można jeść – 30, 20 sztuk tygodniowo. Jest wiele badań światowych, które o tym mówią, tylko dziwnym trafem nie przedostają się do powszechnej świadomości. Wyniki tych badań publikowane są w czasopismach naukowych i pozostają na uniwersytetach.

Kiedy zje pani jajo, to w pierwszych 2-3 godzinach po konsumpcji mamy efekt lekkiego wzrostu poziomu cholesterolu we krwi. Potem, po 5-7 godzinach, spada i się wyrównuje. Nie ma znaczenia, czy zje pani jedno czy dziesięć jaj. Tak samo organizm reaguje na inne substancje, jakie mu dostarczamy, np. na alkohol – po spożyciu mamy go we krwi, a potem organizm go trawi i poziom alkoholu spada.

Jeśli ktoś ma tendencję do odkładania się cholesterolu, to on będzie się odkładał. Ale jedzenie jaj może tu tylko pomóc. U mojego kolegi poziom sięgał ok. 280 mg/dl, czyli był za wysoki. Zaproponowałem mu, by przez miesiąc jadł po 2-3 jaja dziennie. Z trudem to robił, ale dał radę. I w efekcie cholesterol już po miesiącu spadł mu do 200 – 210 mg/dl.

Cud? Nie, ponieważ organizm zaczął dostawać cholesterol z pokarmem, to zmniejszył jego produkcję w wątrobie. A tylko ten z wątroby może być szkodliwy, bo się odkłada w naczyniach. To jest znana prawidłowość – im więcej dostarczamy w pokarmie, w maśle, jajach, tym mniej wytwarza nasza wątroba. Zwłaszcza cholesterol z jaj jest związany z HDL, czyli jest to tzw. dobry cholesterol.

Jaki mechanizm sprawił, że pana koledze po zjedzeniu dużej liczby jaj zaczął spadać cholesterol? On dostarczał cholesterol z jajami, więc jego wątroba dostała sygnał, że ma produkować mniej własnego. A ponieważ ten z jaj się nie odkłada w naszym organizmie, to taki był wynik.

Ja niczego tu nie wymyśliłem, setki prac naukowych na ten temat napisano, ja mu tylko o tym powiedziałem.

Co to jest zły i dobry cholesterol? Cholesterol jest dostarczany do każdej komórki, ale sam nie może przepływać przez organizm. Mówiąc potocznie, potrzebuje do tego nośnika. Są takie dwa nośniki – HDL i LDL, zaczęto je rozróżniać dopiero w latach 80. Otóż tzw. zły cholesterol jest transportowany LDL-em i może się odkładać w komórkach. Natomiast HDL, czyli dobry, zbiera ze wszystkich komórek nadmiar cholesterolu i odwozi go do utylizacji w wątrobie. Jest nazywany dobrym, bo im więcej się go zbierze, tym mniej się odłoży w naczyniach i nie będzie nam ich zwężać.

Im więcej człowiek ma HDL, tym lepiej, bo rośnie szansa, że cholesterol nie będzie się odkładał w naczyniach. Dobrze, jeśli około jedną trzecią naszego cholesterolu stanowi ten dobry.

Chcecie leczyć jajami? Tak, chcemy wykorzystać jaja jako surowiec biomedyczny, do wytwarzania nowej generacji suplementów diety. Jesteśmy w stanie wyizolować z jaj te substancje, które mogą tworzyć życie, by je przenieść do żywności i wspomagać organizm człowieka.

Chcemy skoncentrować w pigułce cenne substancje, które zawiera jajo. Bo kto jest w stanie zjeść kilkanaście jaj dziennie? A pigułkę, która będzie zawierała taką dawkę z kilkunastu jaj, bez trudu połkniemy. Ten nasz projekt ma acronim „Ovocura”: ovo to jajo, a cura – kuracja. Pracujemy nad tym we Wrocławiu, zaangażowanych w projekt jest prawie stu naukowców, duża część z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Próbujemy wyizolować z jaj związki pomocne w zapobieganiu chorobom cywilizacyjnym np. mózgu, serca, nowotworom.

Leki z jaj to nowość? Tak. Do tej pory produkowano suplementy diety z produktów roślinnych. Jakoś nikt nie pomyślał, że można je wytwarzać z produktów pochodzenia zwierzęcego, np. jaj. Lansujemy to od kilku lat, mniej więcej dziesięciu. Z jaja można wytworzyć wspaniałe leki, wiele ośrodków naukowych na świecie ma ogromne osiągnięcia w tym zakresie. Mówiąc kolokwialnie, kurę można nauczyć produkowania konkretnych substancji niszczących drobnoustroje wywołujące np. wrzody dwunastnicy. Te wrzody powoduje bakteria, którą bardzo trudno zwalczyć. Jeśli poda się preparat tych bakterii kurze, to ona wyprodukuje przeciwciała i one przechodzą do żółtek jaj, które ta kura znosi. Z nich, w warunkach nowoczesnych technologii, wytwarzamy leki. Ja to mówię oczywiście w uproszczeniu, ale tak to działa.

Wszystko, co dała nam natura, ma nam służyć, jest dobre. Jajo to taki naturalny dar.

To co jest w jajku? Białko i żółtko to zupełnie różne sfery. Natura stworzyła jajo w ten sposób, że białko ma za zadanie chronić zarodek – dla przypomnienia, to taka plamka na żółtku. Dlatego białko jest bardzo agresywne wobec wszystkich obcych drobnoustrojów, musi za wszelką cenę chronić ten malutki zarodek, aby mógł się rozwijać w warunkach naturalnych.

Co jest w białku? Aż 88 procent to woda. A te pozostałe 12 procent stanowią niezbędne do budowy organizmu, do odbudowy wszystkich komórek i tkanek. Białko jaja jako produkt żywnościowy dostarcza do naszego organizmu niezbędne aminokwasy, a tym samym wpływa na odbudowę naszych komórek.

Upraszczając, kiedy zjemy treść jaja, trafi a ona do żołądka, a tam pepsyna, jeden z podstawowych enzymów trawiennych, rozkłada białka, tworzą się peptydy, które w dalszym trawieniu w jelitach rozkładają się do aminokwasów, organizm je pobiera i wbudowuje we własne tkanki. Oczywiście inne produkty żywnościowe pochodzenia roślinnego i zwierzęcego też są bogate w białka i w niezbędne aminokwasy, jednak najlepsze zbilansowanie wszystkich aminokwasów jest w jaju. Białko jaja zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia za międzynarodowy wzorzec składu aminokwasowego.

Białko zawiera substancje, które mogą być alergenne, dlatego lepiej nie spożywać jaj na surowo, wystarczy, by białko się ścięło. W procesie trawienia białka jaj mogą tworzyć się peptydy o właściwościach leczniczych, np. wpływające na regulację ciśnienia krwi czy o działaniu antyutleniającym. W samym białku jaja znajduje się wiele bioaktywnych substancji, które można wyizolować i wykorzystać jako suplementy diety lub leki. Do takich należy cystatyna, która ma właściwości antynowotworowe.

Podobno macie też coś na alzheimera? W ostatnim czasie pod kierunkiem prof. Polanowskiego została wyizolowana z żółtka substancja, którą nazwaliśmy Yolkiną. Prowadzimy nad nią intensywne badania. Być może substancja ta okaże się nowym lekiem na choroby otępienne mózgu, w tym na chorobę Alzheimera.

Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock) Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock)

A co z żółtkiem? To jest fenomen natury. W żółtku jest aż 50 procent suchej substancji, reszta to woda. Z tych 50 procent 32 to tłuszcze, 16 to białka, a 2 procent stanowią witaminy i związki mineralne.

W tych 32 procentach tłuszczów istotną część stanowią fosfolipidy, które są kluczowymi związkami niezbędnymi do życia, a główny fosfolipid to lecytyna. Jest ona potrzebna do sprawnego funkcjonowania mózgu i układu nerwowego.

Fosfolipidy są w każdej komórce, tak jak cholesterol. Mogą służyć do poprawy jakości życia i regeneracji tkanek. Są w nich zawarte kwasy omega-3. Jest ich relatywnie dużo, bo od 10 do 20 procent. Poza tym zmniejszają ryzyko odkładania się cholesterolu w naczyniach krwionośnych.

Straszy się ludzi cholesterolem w jajach, a nikt nie mówi, że w żółtku jest tylko 0,3 procent cholesterolu, za to aż 10 do 20 procent fosfolipidów, które zmniejszają odkładanie się cholesterolu.

Częścią lecytyny zawartej w jaju jest cholina, potrzebujemy jej do regeneracji wątroby. W aptekach możemy kupić różne produkty z choliną, które mają chronić naszą wątrobę, a dwa jaja dziennie pokrywają nasze całkowite zapotrzebowanie na tę substancję.

Czego nie ma w jaju? Jedynie witaminy C. Okazuje się, że nie jest potrzebna do stworzenia życia.

Ale są wszystkie witaminy z grupy B, zwłaszcza B12, której brak może się przyczyniać do wielu schorzeń neurodegeneracyjnych. Dzieci z rodzin wegańskich czy wegetariańskich, którym w okresie rozwoju zabrania się jedzenia jaj, mogą cierpieć np. na schizofrenię.

To ile jajek dziennie może, a może czy raczej powinno jeść dziecko, np. pięcioletnie? Tyle ile chce, bez ograniczeń. Znam takie, które zjadały po dziesięć jaj dziennie. Nie ma żadnych przeciwwskazań, chyba że dziecko jest podatne na alergię.

A czy można jeść jajka codziennie? Ile pan ich zjada?

Jem zawsze trzy jaja na śniadanie, a potem w ciągu dnia jeszcze w różnych potrawach. W sumie jem około trzydziestu jaj tygodniowo.

Jaki ma pan poziom cholesterolu? Pochodzę z rodziny o skłonnościach genetycznych do podwyższonego cholesterolu, u mnie utrzymuje się na poziomie około 200 mg/dl.

To nie jest wcale podwyższony poziom. Ale gdybym nie jadł tyle jaj, to bym miał prawie trzysta.

To pan tak uważa? Nie uważam, tylko wiem. Kiedyś przez dwa miesiące nie jadłem jaj i natychmiast cholesterol wzrósł do poziomu 280 mg/dl.

A skorupka jaja coś nam daje? Modne są teraz preparaty na bazie skorupek, sięgają po nie kobiety w okresie menopauzy. Mają chronić przed osteoporozą. Skorupa jest nieoceniona w profilaktyce osteoporozy. Problem tylko w tym, że trzeba ją najpierw w czymś rozpuścić, zmiękczyć np. kwasem cytrynowym i dobrze zmielić, bo trudno ją spożywać. Wtedy staje się lepiej przyswajalna. Skorupa jaja powstaje z kości długich kury, która wciągu nocy oddaje wapń z własnych kości długich i przekazuje go do skorupy.

Struktura wapniowa skorupy jest podobna do struktury wapniowej w kościach człowieka – dlatego taki wapń przyswaja się znacznie lepiej niż np. ten z kredy, której można zjeść bardzo dużo, a przyswoi się kilka procent. A ze skorupy przyswoi się co najmniej 75 procent wapnia.

Skorupki jaj to źródło najlepiej przyswajalnego wapnia. (fot. iStock) Skorupki jaj to źródło najlepiej przyswajalnego wapnia. (fot. iStock)

Możemy same w domu przygotować jakąś miksturę ze skorupek? Jest taki stary przepis naszych babć. Bierze się po jednej czwartej części jaj, cytryny, miodu i spirytusu. Umyte jaja zalewamy w całości musem cytrynowym wyciśniętym z cytryn – tak, by zostały zakryte. Zostawiamy je na 3-4 dni, aż skorupa zmięknie. Potem całość miksujemy, dodajemy miód, na końcu spirytus lub 70-procentowy alkohol. Mamy tu wapń w formie cytrynianów, a więc przyswajalny, a poza tym to taka bomba zdrowotna, idealna na jesień, kiedy przychodzi pora przeziębień. Pijemy kieliszek dziennie, chyba że ktoś ma większe zapotrzebowanie.

Te surowe jaja się tu nie psują? Spirytus i miód je konserwują. Ale samą skorupkę też można rozpuszczać cytryną i miksować.

Kolor skorupki ma wpływ na wartość odżywczą jaja? Nie, to jest związane z rasą kury. Kwestia genetyczna.

Czy jajo w jakiejś postaci, np. na miękko, jest zdrowsze dla człowieka niż na twardo? Ja preferuję jaja na miękko, bo są bardziej lekkostrawne i lubię takie. Najlepsze są jaja, w których białko zostało lekko ścięte, bo w takiej postaci nie jest zbyt alergenne. To może być na miękko, czy sadzone. Im bardziej ścięte białko, tym trudniejszą pracę muszą wykonać enzymy w naszym żołądku.

Natomiast żółtko nie powinno być ścięte, bo w nim są aktywne fosfolipidy i peptydy – im bardziej ścięte żółtko, tym więcej ich ulega denaturacji.

Ale trzeba się bać Salmonelli. Ptaki są rzeczywiście potencjalnym źródłem zakażenia pałeczkami Salmonella i Campylobacter, które żyją w ich przewodzie pokarmowym. Te mikroorganizmy kurom nie przeszkadzają. A człowiek może się przed nimi zabezpieczyć. Wystarczy, np. przed włożeniem do lodówki, zanurzyć jaja we wrzątku na około trzy sekundy. Wymienione bakterie giną już w 60 stopniach Celsjusza. Jeśli kupujemy jaja z chowu fermowego, to one są dość bezpieczne, zarażenie Salmonellą jest mało prawdopodobne. W systemie chowu fermowego jajo po zniesieniu przez kurę jest transportowane i przenoszone do segregacji w zautomatyzowanym systemie i trafia prosto do pojemników. Bakterie Salmonelli może przenosić człowiek, który dotyka jaj. Mogą one występować w środowisku naturalnym, dlatego jaja z wolnego wybiegu stanowią potencjalne ryzyko, ale ja bym tej sprawy nie demonizował.

Dziś możemy kupić w sklepie jaja z numerami od 0 do 3, czyli od pełnego ekologicznego chowu, kiedy kura chodzi swobodnie po dworze, po chów w klatkach. Które są najlepsze?

Przyznaję, że te z wolnego wybiegu są smaczniejsze. Ale zerówki przynoszą ryzyko Salmonelli. Jeśli je kupujemy, to, jak już wspomniałem, zaraz po przyniesieniu do domu warto zanurzać je na około trzy sekundy we wrzątku.

A jaja przepiórcze? Są godne uwagi, mają większy udział żółtka w jaju niż kurze, a więc dają nam więcej fosfolipidów. Problem w tym, że są bardzo małe i trudno się je obiera po ugotowaniu, z tego powodu nie mają dużego znaczenia na naszym rynku, jaja kurze je zdominowały.

Przepiórcze jaja to doskonały wybór dla alergików, którzy są uczuleni na jaja kurze. (fot. iStock) Przepiórcze jaja to doskonały wybór dla alergików, którzy są uczuleni na jaja kurze. (fot. iStock)

Jak długo jaja zachowują świeżość? Przy niskiej wilgotności powietrza jajo nigdy się nie zepsuje, ono wyschnie. Ale jeśli jest 80 procent wilgotności w powietrzu, to na skorupce osiądzie pleśń, i bakterie dostaną się do środka, białko zacznie się rozkładać i może nastąpić zepsucie.

Generalnie przyjmujemy, że jajo zaczyna się starzeć po trzech tygodniach od zniesienia go przez kurę. Przez 21 dni jest jajem świeżym.

Ale kiedy jajo staje się niebezpieczne? Kiedy zaatakują je drobnoustroje. W Chinach jaja marynuje się przez kilka tygodni w zalewie z soli, wapna i naparu czarnej herbaty. Albo zakopuje w ziemi na tydzień czy dłużej, gdzie są zakażane przez mikroorganizmy, które przedostają się do środka i jaja fermentują. I Chińczycy je jedzą z apetytem.

Jadł pan takie jaja? Próbowałem, ale nie szło mi dobrze. Już sam wygląd zniechęca, treść jest brunatna o konsystencji płynno-mazistej. Do tego fetor sfermentowanych jaj. Oni to jedzą na surowo, choć można i ugotować.

Kto je najwięcej jaj na świecie? Japończycy – 400 sztuk rocznie, czyli dwa razy tyle co my. Podobnie Izraelczycy i Chińczycy.

Mądre narody jedzą dużo. Dobrze pani powiedziała. Europa stała się ofiarą tej cholesterofobii, tu się je znacznie mniej jaj. Holendrzy spożywają nawet mniej od nas. Amerykanie, do których głównie należy przemysł farmaceutyczny i którzy przodowali w straszeniu cholesterolem z jaj, już się z tego wycofali. W 1998 r. na konferencji w Atlancie poświęconej jajom oficjalnie ogłosili, że można jeść dwie sztuki dziennie. To był nieprawdopodobny skok, bo wcześniej za dopuszczalne uważali spożycie dwóch jaj na tydzień.

Niedawno lekarz zakazał mojej znajomej jeść więcej niż dwa jaja tygodniowo, bo to źródło cholesterolu. Spotyka się pan z atakami ze strony środowisk lekarskich za swoje poglądy? Absolutnie nie. Doskonale współpracuje mi się z lekarzami, zwłaszcza z kadrą naukową. Dostaję dużo listów z kraju i z całego świata z pytaniami, podziękowaniami za przekazywanie wiedzy.

Nie dostałem ani jednego listu z krytyką. Nie ma zresztą do tego żadnych powodów. Ja tylko mówię prawdę opartą o wiedzę naukową. Jeśli ktoś ma inną wiedzę, to niech ją ogłosi. Myślę, że nikt dziś się nie odważy publicznie powiedzieć, że jaja szkodzą.

A ile jajek tygodniowo powinno się spożywać w późniejszych latach życia? Czy stary człowiek może jeść tyle jaj co młody? A dlaczego nie?! Nawet więcej. W miarę jak się starzejemy, coraz gorzej przyswajamy fosfolipidy, witaminy, więc trzeba więcej ich dostarczyć w pokarmie, by organizm dostał tyle, ile potrzebuje.

Więcej rzetelnych informacji o tym, co należy jeść znajdziecie w książce: