1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Niepokój czy szczęście, czyli nowy partner

Niepokój czy szczęście, czyli nowy partner

123rf.com
123rf.com
Prowadząc życie singla, zaczynamy się powoli przyzwyczajać do bycia samemu, a nawet widzieć korzyści tej sytuacji. Często, kiedy już zaakceptujemy obecny stan, niespodziewanie na horyzoncie pojawia się nowa interesująca osoba. I robi się zamieszanie.

Zaczynamy się zastanawiać: w jakim kierunku rozwinie się znajomość, co nas w tej osobie kręci, oraz jak tym razem będzie w łóżku? Dysponując pewnym doświadczeniem w sferze seksualnej oraz świadomością własnego ciała,  oczekiwań i preferencji często - paradoksalnie - nie jesteśmy otwarci na to, co się będzie działo w rozpoczynającej się znajomości. Kiedy stawialiśmy pierwsze kroki w ars amandi, każdy dotyk czy pieszczotę odbieraliśmy jako świeże, niesamowite przeżycie. Z czasem  zauważamy, że pewne seksualne czynności są przyjemniejsze, a inne zupełnie nie do zaakceptowania. Utrwalenie wzorca zachowań erotycznych najbardziej przez nas pożądanych jest czymś naturalnym na drodze zdobywania doświadczeń w tej sferze. Jednak w obliczu wejścia w nową relację seksualną, dla niektórych osób może być to bardziej kłopotem niż ułatwieniem.

Myśl o zbliżeniu fizycznym z nowym partnerem może paraliżować i wtedy w nieskończoność odwlekamy ten moment. Wynika to m.in. z obawy przed oceną, porównaniem, rozczarowaniem, niepewnością co do wzajemnych oczekiwań,  a także z obawy przed bliskością i zaangażowaniem. Zupełnie odwrotna reakcja pojawia się u osób, na które nowość sytuacji działa podniecająco i z niecierpliwością czekają na fizyczną bliskość. Co ciekawe, zdarza się, że  właśnie niewiedza na temat partnera w roli kochanka jest stymulatorem do działania. Uruchamia wyobraźnię, jest polem do sprawdzenia innych pieszczot, daje możliwość zaprezentowania się w sypialni z zupełnie nowej strony, co może wpływać korzystnie na poczucie własnej wartości.

Bez wątpienia nowa znajomość budzi zarówno wiele pozytywnych emocji, jak i wywołuje  stres. Jak się w takim zamieszaniu odnaleźć? Dystansowanie się wynikające z obaw, jest o tyle korzystne, że lepiej  poznamy partnera, bo jesteśmy bardziej czujni i krytycznie nastawieni na jego zachowanie, co zwiększa szansę, że kolejny krok zrobimy dopiero wtedy, gdy poczujemy pewny grunt pod nogami. Minusy są takie, że przeciąganie relacji oparte na utrzymywaniu dystansu, może spowodować, że coraz trudniej będzie się zdecydować na kolejny ruch, np. rozpoczęcie współżycia. Nasze wszelkie lęki mogą się zacząć nasilać, zamiast niknąć, a druga strona może z czasem zacząć się wycofywać. Z kolei duża otwartość na nową relację jest pozytywną energią napędzającą związek, a także wpływa na podtrzymanie stanu euforii. Jednak czasami jej konsekwencją jest to, że wiele rzeczy potoczy się zbyt szybko w stosunku do tego, ile w rzeczywistości jesteśmy gotowi przyjąć na dany moment.

Jeśli pojawiają się różnego rodzaju obawy, pomocne może okazać się wprowadzanie tematu seksu do rozmów już podczas pierwszych spotkań. Często mówiąc o swoich lękach czy oczekiwaniach okazuje się, że druga strona czuje podobnie. Taka wymiana informacji z pewnością sprzyja wzajemnemu oswojeniu się, a także obniża niepokój związany z perspektywą uprawiania seksu z nową osobą. Warto podejść do tego na luzie, wplatać wątki seksualne do wielu rozmów, niż odbyć jedną zasadniczą rozmowę na ten temat.  Im częściej motyw seksu będzie się pojawiał w dialogu, tym łatwiej i z większą swobodą doprowadzimy do rozpoczęcia współżycia, pomimo wcześniejszych obaw. Ważne jest też, aby nie traktować seksu poważnie, jak zadania, żartujmy na jego temat, śmiejmy się z własnych błędów czy słabości w tej sferze.

Jeśli natomiast nie mamy obaw i  niecierpliwie czekamy na rozwój wypadków, czyli seks, również zachęcam do rozmowy z partnerem. Może się bowiem okazać, że nasza wyobraźnia na temat nowego kochanka trochę się zagalopowała, więc aby uniknąć rozczarowań pogadajmy o swoich oczekiwaniach.

Przegadanie tematu zarówno w przypadku obaw, jak i ogromnej chęci na seks, pełni jeszcze jedną istotną funkcję. Buduje bliskość i zaufanie między partnerami, co jest ważnym elementem wpływającym na jakość współżycia. Rozmawiając o seksie, poznamy partnera z nieco innej strony, niż rozmawiając o książkach, filmach czy pracy. A im więcej wiemy o drugiej osobie, tym czujemy się z nią pewniej i swobodniej. Często idealizacja partnera blokuje nas także w relacji seksualnej. Wiedząc o swoich wzajemnych obawach, słabościach czy tzw. grzechach młodości, zaczynamy czuć, że druga strona nas zrozumie, zaakceptuje, a nie będzie tylko oceniać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Sprośne słówka. Dlaczego warto świntuszyć – tłumaczy Kasia Miller

Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Mówienie o seksie jest niełatwe. Tym bardziej więc powinniśmy baraszkować słownie. W ten sposób bowiem oswajamy tę sferę, otwieramy się na seksualną energię. Dlaczego jeszcze warto świntuszyć? – tłumaczy Katarzyna Miller.

Przeczytam ci mój limeryk: Pewna figlarka z miasta Łodzi Udawała, że nie wie, o co chodzi Pewien pan jej powiedział Bowiem sporo już wiedział I teraz z tym panem chodzi.

Ale świntuszysz. Ładnie to tak?
A nieładnie? Układanie sprośnych limeryków to przecież świntuszenie najwyższych lotów. A ten jest delikatny. Mam mocniejsze. Jesteśmy pruderyjni i załgani. Nie uczymy młodzieży rozmawiania o seksie, a z drugiej strony wylewa się on z każdego filmu. I kiedy tylko bractwo się ze sobą spotka i nieco rozluźni, zaczyna się sprośne gadanie. Na imprezie, na konferencji, na babskich plotkach czy przy męskim piwie. Pod wpływem alkoholu – bo o to najłatwiej – albo zmęczenia, bo wtedy trochę odpuszcza kontrola. Albo, jak jest poważniejsza aura, zaczynają się zwierzenia. Ale to już wymaga dużego poczucia bezpieczeństwa i wzajemnego zaufania.

Zwykle ludzie boją się tak do końca otworzyć, więc przygadują nie wprost.
Na początek zawsze jest niekonkretnie i o innych. Żarty, zabawa, trochę sprośności. Tak, żeby się temperatura nieco podniosła. Nasza przyduszona zakazami seksualność tylko czeka, by ją wypuścić na wierzch. Cokolwiek by kultura robiła.

A że zwykle nie ośmielamy się posunąć za daleko, to sobie choć poopowiadamy sprośności?
To taki wentyl. Musimy bezpiecznie spuścić nieco napięcia, które się wiąże z tym trzymaniem i udawaniem. Więc niby z dystansem, niby to nie ja, można się pośmiać z innych, ale trochę tego zakazanego dreszczyku poczuć. Często na tym poprzestajemy. A czasami nie. Na przykład na imprezie znikamy z kimś w drugim pokoju.

Chcesz powiedzieć, że świntuszenie to też rodzaj gry wstępnej?
Może być też grą zamiast. Ale możemy się na tym nie zatrzymać. Bo takie gierki, nieprzyzwoite słówka, dwuznaczności sprawiają, że ludzie zaczynają inaczej się zachowywać. Zmienia się ich sposób mówienia, tembr głosu. Skóra się zaczerwienia, żywiej gestykulują. Może to być nieporadne, ale i prowokujące – to, jak się ciało rusza, kiedy mówimy o seksie. Oddech zaczyna być przyspieszony. To są objawy podniecenia.

Przy gadaniu o seksie?
Tak. Czemu pytasz? Nigdy nie gadałaś o seksie?

Do pewnego stopnia zawsze mnie to zawstydza.
Czyli do pewnego stopnia jesteś wciąż grzeczną dziewczynką? Myślę, że świntuszenie to jeden ze sposobów, by przestać wreszcie nią być. Bo tak długo, jak długo twoja głowa kontroluje te sprawy, czyli słuchasz swego wewnętrznego rodzica, który pilnuje zasad, twoje wewnętrzne dziecko się wstydzi. Nie chce słuchać albo nie mówi, a więc nie podnosi tego poziomu energii. W związku z tym ciało nie może tej energii poczuć.

Czyli rozmowy o seksie mogą być drogą do oswojenia się z seksem?
Też. Kiedy zaczynasz używać pewnych słów, oswajasz się z ich znaczeniem. Jeżeli np. boisz się pieniędzy, uważasz je za brudne, nie wiesz, jak je zarabiać. Dopóki tego nie zobaczysz, nie zaczniesz o tym mówić jasno i otwarcie, dopóki nie oswoisz się z myślą, że chcesz i możesz mieć pieniądze, dopóty one nie przyjdą. Tak samo z seksem. Jeśli się wstydzisz, niby słuchasz, ale nie odważasz się o tym mówić sama, a kiedy coś mocniejszego usłyszysz, to ojej, nie, no takie świństwa, oni są obrzydliwi, chamscy – to znaczy, że zamykasz sobie dostęp do tego poziomu energii. To jest właśnie kontrola. „Brzydkich słów nie mówię”. Zachęcam każdego, kto tak myśli, do zadania sobie pytania: Co by się stało, gdybym to jednak zrobił?

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz powiedziałam głośno słowo „kurwa”, wyzwoliło to we mnie olbrzymią energię. U mnie w domu to był szczyt wulgarności...
Przekroczyłaś ważny próg. Wielu kobietom przydałoby się podobne doświadczenie. Spotykam damy, które do trzydziestki czy czterdziestki docierają w stanie niemal nienaruszonym. Buźka w ciup, nóżki razem złożone, rączki na kołdrze. Może się nawet z kimś kiedyś przespała, ale żadnej z tego frajdy nie było, raczej rozczarowanie. Jednym z dobrych sposobów terapeutycznego otwierania, jeśli taka osoba oczywiście tego chce, będzie zabawa w powtarzanie różnych zakazanych wyrazów z lat dziecinnych. Małe dzieci często chodzą po domu i mówią: kupa, dupa, siki, gówno... I w ten sposób uczą się ważnych rzeczy. Jeśli oczywiście trafią na sensownych dorosłych, których to nie bulwersuje. W normalnym rozwojowym cyklu to jest konieczny punkt programu. Bo oswaja nie tylko ze słowami, ale też z tymi czynnościami czy rzeczami, które oznaczają. Z częściami ciała na przykład. Jeśli dziecko słyszy, że takie czy inne słowo jest zakazane, jednocześnie dostaje przekaz, że owa czynność czy część ciała jest „zakazana”, jakaś nieakceptowana, wstydliwa czy brudna. A więc to, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

Posłuchaj tego: Pewnemu panu ze Słomnik Sterczał ów narząd jak pomnik Wreszcie rzekła żona, nieco przerażona Wiesz co, Józiu, kup sobie odgromnik
„Limeryki plugawe”, z których pochodzi to cudo i które tu sobie dla inspiracji poczytujemy z przyjemnością, zostały tak zatytułowane przez ich autora Macieja Słomczyńskiego właśnie dlatego, że tak nazywają je niektórzy dorośli. A co w tym jest plugawego? Plugawe są jedynie te słowa, gesty czy czyny, za pomocą których chcemy kogoś pomniejszyć, pozbawić godności, wykorzystać jego słabości.

Czyli intencja może być plugawa, nie same słowa. Oczywiście. Kiedy człowiek chce się pobawić erotycznie, baraszkuje sobie słownie. Jak widać, robią to ludzie wysokiej kultury. I to jest piękny przejaw tego aspektu naszej duszy, który nie daje się zdominować. Przejaw pewnej wewnętrznej wolności, dystansu. Zabawa pozwala odetchnąć, zapomnieć na chwilę o tym, co mówią rząd, Kościół i rodzice. I nic się nie dzieje. Możemy być dalej porządnymi ludźmi. A więc: chcesz być bliżej czegoś, zacznij o tym mówić.

 
Wciąż pokutuje przekonanie, że świntuszenie to męska domena. A tymczasem u nas świntuszy nawet szacowna noblistka... Raz pewna dama w Lubomierzu Tarzała swego gacha w pierzu. „Czemu to czynisz?” – jęczał gach, A ona na to dictum: „Ach, zbyt goły jesteś, Kazimierzu...”
Dobrze, że podniosłaś ten temat. Bo to kolejny mit. Kobiety są świetne w świntuszeniu, często lepsze od panów, bardziej frymuśne... Wyzwalamy się, wracamy do siebie. Lubimy to robić po cichutku i w zaprzyjaźnionym gronie. Jak kółko gospodyń. Gospodynie wiejskie najbardziej świntuszyły. Przecież ludowe piosenki i przyśpiewki są prawie wyłącznie o seksie. Mocno nieprzyzwoite. I jakoś ludzie się nie gorszyli. A i dzieci słyszały.

Żenujące, nieprzyzwoite, brzydkie, świńskie, gorszące... Ależ te słowa mają ładunek. Stąd pewnie olbrzymia energia, która wiąże się z przekraczaniem tych granic w sobie. Tymczasem na ostatniej płycie Maria Peszek śpiewa: „I lubię ten smak, gdy w ustach mam słowo »fuck«”.
Nareszcie w przestrzeni medialnej, w masowym przekazie pojawiła się seksualność kobiety, nie z męskiej perspektywy, tylko tej realnej, z pazurem. To wartość.

A jeśli kogoś mówienie o „tych sprawach” zawstydza? Chyba nie ma sensu się zmuszać, udając, że nas to nie rusza?
Nie ma. Chodzi o to, żeby się zorientować, gdzie ja w tym wszystkim jestem. I tę granicę co milimetr przesuwać. Badać ją. Bawić się tym. Nie ma bez tego rozwoju.

To, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

A czy takie nazywanie po imieniu, często wulgarne, nie odziera tej sfery z tajemnicy, z romantyzmu? Przecież nie chodzi o wulgaryzmy na siłę czy przeklinanie. Tylko o nieuciekanie w fałszywy wstyd. Zależy zresztą, co mamy na myśli. Jeśli tajemnica oznacza niewiedzę i chowanie się za nią, to absolutnie nie jest to wskazana opcja, szczególnie gdy się chce mieć satysfakcjonujące życie seksualne. A romantyzm? Jeśli to ma być wspólne wąchanie kwiatków i śpiewanie serenad, to ma sens jedynie jako gra bardzo wstępna. Przecież seksualność to dzikość, zwierz w nas. Ci, którzy sobie z nim nie radzą, chcą go okiełznać za pomocą jakichś idealistycznych wizji. Zwykle osoby, które tak marzą o romantycznych zbliżeniach, po prostu boją się seksu, bo go nie znają, nie znają siebie i swoich ciał.

Nie jest wartością do starości zachować poziom rozwoju 14-latki. To nie sukces. To zatrzymanie się, zamieranie. Przyjemnym kierunkiem jest akceptacja siebie i innych – tego, co jest. A nie cały czas: ojej, pan dmuchnął i starł puszek mojej niewinności. Można powiedzieć, że nie dziewictwa oczekuje się po 40-letniej damie...

Również w sensie metaforycznym, prawda?
W każdym. Nie nieśmiałości i niewiedzy seksualnej spodziewamy się po dorosłym mężczyźnie. Możemy to nawet lubić u 20-latka, który nadrabia entuzjazmem. Chodzi o to, żeby tę seksualność oswajać. Między innymi znajdując dla niej odpowiednie słownictwo, co nie jest łatwe po polsku. Ale może być dla twórczych ludzi wcale nie takie trudne. I oswajać siebie.

Młodzi ludzie czują się zażenowani tym, że są podnieceni i wydani na ogląd. Lubią być z tymi uczuciami ukryci, bo się nie czują pewnie. Ale im człowiek starszy, tym większe ma prawo, a nawet obowiązek czuć się z tym pewniej. Ma prawo czuć się podniecony. To normalny stan. Nic tak nie podnieca jak cudze podniecenie. To jest energia i ona się udziela. Są oczywiście tacy, których podnieca pozorny chłód. Ale zważ: pozorny, nie prawdziwy. Tam, pod spodem, ma być wulkan podniecenia schowany pod płaszczykiem zasad. Które ona czy on dla niego łamie. Perwersja. Mężczyzny nie podnieca zimna ryba. Kobieta nie chce drewnianego słupa.

Uświadomiłaś mi, że okazanie podniecenia jest tabu.
Niestety jest. Mówienie o tym też. Mało tego, ludziom się wydaje, że okazywanie podniecenia to coś poniżającego, a już przeżywanie podniecenia niespełnionego jest groźne dla zdrowia. Niby dlaczego? Przecież to przeżycie jest boskie samo w sobie. Jaka to była ulga dla mnie, kiedy się zorientowałam, że nic się nie stanie, kiedy się podniecę i z tym zostanę. Bo po pierwsze, sama decyduję, czy coś z tym robię dalej, czy nie – mogę przecież sama pójść do pokoju obok, jeśli dojdę do wniosku, że tak chcę. Mogę też uznać, że sam fakt, że to przeżyłam, jest uroczy.

Taka miła zmiana stanu... Skoro tak uznaję, mogę o tym mówić bez poczucia tabu.
W jakiś sposób oswajamy się z tym językiem. W tej radości też leży siła seksu. Świntuszenie, masturbacja, dziecięcy erotyzm, fantazje, pozwalanie sobie na nie – to wszystko otwiera człowieka na tę sferę. To rodzaj treningu – czerpanie przyjemności z tej przestrzeni. Jestem mężczyzną, więc jestem seksualny. Jestem kobietą, więc jestem seksualna. Jestem żywa, więc jestem seksualna. Jeszcze żyję, więc jestem seksualna. Póki żyję.

  1. Seks

Erotyczna biografia. Czy kobiety w twojej rodzinie cieszyły się seksem?

Matki, babki, prababki - zostawiają po sobie również erotyczny spadek. Co przekazały tobie? (fot. iStock)
Matki, babki, prababki - zostawiają po sobie również erotyczny spadek. Co przekazały tobie? (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Seksualne CV człowieka nie zaczyna się wraz z utratą dziewictwa. Scenariusz twojej erotycznej biografii los zaczął pisać… kilka pokoleń wcześniej.

Wszyscy wiedzą, że na to, jak kształtuje się nasze podejście do seksu, wpływa wychowanie. Wszyscy wiedzą, że uczymy się przypisanych do płci ról, obserwując rodziców. Ale mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że naszą zdolność do pełnego przeżywania modelują doświadczenia... wcześniejszych pokoleń. Rodzice mieli rodziców, ich rodzice także – i kolejne generacje jak sztafetę przekazują sobie rozmaite wartości i przekonania. W tym całkiem sporo o seksie.

Zmowa milczenia

Milczenie. Skutecznie niweczy erotyczną tożsamość człowieka. W większości rodzin całe pokolenia milczą na temat seksu jak zaklęte. Ten obszar życia oficjalnie w nich nie istnieje.

– A ponieważ wiemy doskonale, że jednak istnieje, wyciągamy wniosek: jest ukryty, bo pewnie jest straszny, niedostępny, wstydliwy. Wychowani w zmowie milczenia wypieramy naszą seksualność. I przystępujemy do milczącego paktu: swoim dzieciom także przekazujemy nieme ostrzeżenie przed czymś, co jest tak okropne i wstydliwe, że nawet się o tym nie rozmawia – uważa Anna Gawkowska, psycholożka i psychoterapeutka.

Kiedy dojrzałe kobiety w końcu coś tam na temat seksu powiedzą, ich córki lub wnuczki reagują zgorszeniem i zażenowaniem. Utrwaliły już w sobie przekonanie, że uprawianie seksu to wstyd, nie chcą wyobrażać sobie kogoś bliskiego w takich sytuacjach.

Zmowa milczenia w polskich rodzinach trwała wieki. Profesor Zbigniew Izdebski, seksuolog i badacz życia seksualnego Polaków, uważa, że erotyczną historię Polski można podzielić na dwie epoki – przed Wisłocką i po niej. Autorka słynnej „Sztuki kochania” i kolejnych jej części jasno powiedziała kobietom, że mają prawo do przyjemności w sypialni; że seks jest naturalną częścią życia, że to nie wstyd mieć  ochotę i czerpać z tego radość. Spadła zasłona milczenia, choć książki Wisłockiej często lądowały na regałach w drugim rzędzie, ukryte za Mickiewiczem, Konopnicką czy Rodziewiczówną – autorami, którzy o seksie w swoich dziełach nie zająknęli się ani słowem.

Seks prababki

Jak to możliwe, że doświadczenia seksualne kobiet z kilku pokoleń wstecz mają dla nas znaczenie? One trwają w rodzinnych opowieściach i wędrują daleko.

Babcia Ireny, opowiadając o swoim życiu, powtarzała, że Wojtek (dziadek) ją zbałamucił. Była młoda i naiwna, nie wiedziała, o co chodzi, a Wojtek, obiecując jej miłość wiecznie szczęśliwą i dobre życie – zaciągnął ją do łóżka. A że zrobił jej ośmioro dzieci, kolejna część opowieści dotyczy porodów – że mało jej nie zabiły, że bardzo cierpiała. W dodatku czworo z jej dzieci nie przeżyło, więc męczyła się po to, by zaludniać okoliczny cmentarz. A Wojtek w końcu ją zostawił. Nie odszedł wprawdzie, a zginął na wojnie, efekt jednak ten sam – babcia została zdana na siebie.

– Tu już się zaczyna formować pewna historia, rodzinna transmisja, bo te opowieści słyszy mama Ireny, czyli następne pokolenie – podkreśla Gawkowska. – A ukryty między słowami przekaz brzmi: powstałaś z niechęcią, seks jest połączony z czymś niepożądanym; mężczyzna zmusza kobietę, zaciąga do łóżka. Kolejna informacja dla dziewczynek w rodzinie: poród, macierzyństwo to coś, co może skończyć się śmiercią, jest groźne. A że do poczęcia prowadzi seks, to czym jest? Przypinamy mu czarną łatkę: to coś, co niesie ból i strach.

Kobieta, która dostała taki przekaz, nie będzie czerpać z seksu przyjemności. Umocni wewnętrzne przekonanie, że seks jest zły i groźny. Nie wybierze sobie partnera, tylko poczeka, aż jakiś facet ją zdominuje – czyli oszuka i zwiedzie.

Tak też postąpiła matka Ireny: jako 17-latka pozwoliła się uwieść Tadeuszowi, ojcu Ireny. Kiedy powiedziała mu o ciąży, wprawdzie uznał dziecko, ale ślubu nie było.

Jakie nastawienie do seksu dziedziczysz po poprzednich pokoleniach? (fot.123rf) Jakie nastawienie do seksu dziedziczysz po poprzednich pokoleniach? (fot.123rf)

Matka Ireny, pochodząca z małego miasteczka, do końca życia nosiła etykietkę puszczalskiej, bo panna z dzieckiem nie mieściła się w standardach społecznych. Córce przekazała tym samym wiadomość: seks jest zły, niebezpieczny, może złamać ci życie, do niczego dobrego nie prowadzi.

Irena nie czuje się świetną kochanką. Seks uprawia rzadko i zawsze z poczuciem winy. Związała się z żonatym facetem. On nie odchodzi od żony, a Irena ma coraz mniejszą ochotę na seks. I nic z tym nie robi.

Noce Barbary i Bogumiła

Babcia Jadwigi wyszła za mąż za jednego z dwóch kandydatów. Czas pokazał, że wybrała źle. A przyjeżdżał do niej też Romek, który potem we wsi obok został agronomem. Gdyby wyszła za Romka, miałaby lepsze życie. Przekaz dla kolejnych pokoleń: to nie ten facet.

– Takiej sytuacji towarzyszy jak u Barbary Niechcic z „Nocy i dni” wieczna tęsknota za spełnieniem, imputująca, że nie możemy dostać tego, co chcemy, i cokolwiek w naszym związku dostaniemy, nie spełni naszych oczekiwań – rozszyfrowuje Anna Gawkowska.

Matka Jadwigi nigdy nie była z męża zadowolona – w ciągu trwającego 40 lat małżeństwa nie powiedziała o nim dobrego słowa. Jadwiga trafiła na terapię – nie mogła sobie ułożyć życia, gdyż wybierała samych nieudaczników… Terapeuta uświadomił jej schemat rodzinny, który nie pozwalał jej dostrzec zalet mężczyzny – także w sypialni, bo kochankowie na początku ją zaspokajali, z czasem przestawała czerpać satysfakcję i na tym polu.

20 proc. kobiet uważa, że ich obowiązkiem jest zaspokoić mężczyznę. Oddać się i pozwolić, by to jego libido wyznaczało rytm współżycia w związku. Przekonanie takie otrzymały w spadku – babcia od prababci dostała przekaz: małżeństwo to cierpienie, które trzeba znieść, a zaspokojenie potrzeb męża jest obowiązkiem żony, choćby mąż nie był dla niej dobry.

– Ten mit utrzymywał stałość związków – uważa psycholog. – Dawniej matki przed zamążpójściem odbywały z córkami rozmowę, uświadamiając je co do obowiązków małżeńskich, i uprzedzały, że to bywa nieprzyjemne, ale bez tego związek się rozpadnie. Mężczyzna, który ma seks w domu, nie pójdzie szukać gdzie indziej. Jeśli mu tego zabraknie, odejdzie.

Nie możesz mieć lepiej ode mnie

Dlaczego destrukcyjne skrypty wędrują przez pokolenia? Dlaczego nikt ich nie anuluje, nie obwoła niemądrymi? Bo karmią się rodzinną lojalnością. Matka Ireny nie mogła dać córce dobrej rady, tak samo jak nie dostała jej od własnej matki. Musiałyby przyznać, że same spaprały sobie życie. Gdyby powiedziały „uciekaj z tego związku, dziewczyno! Masz prawo do fajnego seksu i życia z innym facetem, bez przemocy, do bycia szczęśliwą”, zaprzeczyłyby temu, co same robiły przez 40 czy 50 lat. Dramat polega na tym, że córka, żeby uzasadnić życie swojej matki, musi zrobić to samo, co ona.

– Córki bardzo się boją ułożyć sobie życie lepiej niż matki. Zerwanie z toksycznym mężem to jednocześnie zerwanie z matką, z tradycją, wartościami, przekazami wewnątrzrodzinnymi – podkreśla Gawkowska.

Cała masa kobiet boi się być bardziej szczęśliwa od matek, bo mają poczucie, że się wtedy od nich bardzo oddalą.

– Taka paradoksalna lojalność córki wobec matki, w myśl której nie może ona mieć lepszego życia, jest dość częstym zjawiskiem – tłumaczy psycholożka. – Wiele osób, tworząc nowe związki, boryka się z nieumiejętnością – partnera czy swoją – zbudowania podstawowej więzi ze współmałżonkiem. Zatrzymują ich niewidzialne, lojalnościowe zobowiązania wobec rodziny. A to skutecznie pozbawia przyjemności z wchodzenia w relacje erotyczne z partnerem, nasyca seks poczuciem winy i wstydem.

Powiedz córce: seks jest fajny!

Czego brakuje w międzypokoleniowych przekazach? Elementarnej radości. Tej radości, dzięki której dziewczynka poczuje się szczęśliwa w kobiecej skórze i iskrę tej emocji przekaże dalej, swoim córkom. Na szczęście czas i zmiany obyczajowe zaczynają stare skrypty modyfikować i zmiękczać.

– Doświadczeniem zmieniającym postawy we wchodzeniu w różne relacje, również seksualne, może być fajna więź z partnerem, wsparcie ze strony przyjaciół, psychoterapia – wylicza Gawkowska. – Stare rodzinne schematy można przełamywać. Podstawowe narzędzie to świadomość. Pomaga odkryć, że nasz lęk czy niezadowolenie nie jest tak naprawdę nasze. Warto sobie uświadamiać mity. Zapytać, co ja wiem na temat kobiety, mężczyzny i miłości. Co jest MOJE, a co wynika z doświadczeń przodków?

  1. Psychologia

Mężczyzna, który nie pożegna przeszłości, nie zaangażuje się w nowy związek

Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. (Fot. Getty Images)
Człowiek, który nie pożegnał przeszłości, czuje smutek i żal. Jest mu bardzo trudno zaangażować się w nowy związek – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Duch poprzedniej żony krąży wokół nas – śmieje się Aneta. – Na ścianie wiszą namalowane przez nią obrazy, w ramkach jej zdjęcia… Najwyraźniej mężczyzna nie domknął w sobie tamtej relacji.

Gdy Aneta zwraca mu na to uwagę, odpowiada zniecierpliwiony, że nie pozbywa się obrazów, bo to przecież dzieła sztuki. A zdjęcia? Wspomnienia, przeszłość, nic więcej. Jednak kobieta jest zaniepokojona. Słusznie przeczuwa, że dopóki mężczyzna nie pożegna przeszłości, będzie mu trudno w pełni zaangażować się w nowy związek.

Co on czuje? Smutek, żal, jakiś rodzaj zagubienia. Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. Chociaż może im się wydawać, że dużo przeżyli, że teraz będą mądrzy. Mój klient zacytował Jerzego Kryszaka, który w ten sposób parodiował jednego z polityków: „Taki głupi, jak będę, to jeszcze nie byłem!”. Mężczyznom przydałby się taki krytycyzm wobec siebie.

Jak on może poznać, że nie domknął przeszłej miłosnej relacji? To są zaskakujące odkrycia. Niedawno pracowałem z mężczyzną, który przyszedł z problemem kontrolowania czasu. Prowadził firmę i zapominał o umówionych spotkaniach. Nawet gdy zapisywał je w kalendarzu, nie pamiętał, aby do niego zajrzeć, co narażało firmę na straty finansowe i utratę wizerunku. Gdy przyjrzeliśmy się temu bliżej, okazało się, że zapominanie zaczęło się, odkąd odeszła od niego żona. Problemy z kalendarzem były efektem ubocznym rozstania.

W jaki sposób? W dalszym ciągu intensywnie przeżywał żałobę po skończonym małżeństwie. Sprzedał mieszkanie, jednak zostawił mnóstwo pamiątek, zdjęcia z wakacji, prezenty, które dostali na ślubie i później od przyjaciół. I coraz częściej zapominał o umówionych spotkaniach. Zapytałem, w jaki sposób postrzega i przeżywa czas, a on natychmiast odpowiedział: "Jestem w pętli, kręcę się w kółko". Zapytałem, jak myśli, z czym to może być związane. "Z odejściem żony" – odpowiedział natychmiast. Kręcił się w kółko wokół starego, ponieważ bał się wejść w nowe. To przeniosło się na wszystkie sfery jego życia: tak bardzo bał się utraty, bólu, że kręcił się w kółko i niczego nie wybierał. Jego obecna partnerka skarżyła się, że nie jest prawdziwie zaangażowany w ich relację, że wkłada mało energii we wspólne działania, niechętnie cokolwiek planuje.

Ponieważ żyje w świecie, który już przeminął? Tak. Przypominał sobie wspaniałe chwile z byłą żoną, nie mógł pogodzić się z tym, że odeszła. Żałował wielu rzeczy, rozpamiętywał. "Przecież wszystko mogło potoczyć się inaczej". Trudno wówczas odczuwać radość, dawać swoją energię nowym przedsięwzięciom, pasjom. Gdy dochodzi do tego poczucie winy, jest jeszcze gorzej…

Mężczyźni są świadomi, że żyją w poczuciu winy? Zgłaszają się po pomoc, ponieważ przeżywają głęboki smutek, stany depresyjne. Z czasem ujawnia się poczucie winy. "Nie sprostałem"; "Nie byłem odpowiedzialny"; "Ona ma teraz nową rodzinę"; "Nie potrafiłem rozstać się z szacunkiem", "Po co ulegałem tak silnym emocjom, wszczynałem kłótnie, awantury"; "Nie chciałem, że to tak się zakończyło"; "Nie powiedziałem wszystkiego"; "Nie przeprosiłem"; "Nie podziękowałem". Jeszcze jeden element jest tu ważny. Wielu mężczyzn nie może wybaczyć sobie, że powielili los swoich rodziców, którzy się rozstali i narazili dzieci na cierpienie. "Tak chciałem tego uniknąć, obiecałem sobie, że moje dzieci będą miały inne życie". Nie mogą się z tym pogodzić. Nie mogą sobie darować. "Popełniłem te same błędy".

Poczucie winy niweczy nadzieje na przyszłość? Nie widać przyszłości. Zwracam wtedy uwagę, że samo rozpoznanie wzorca rodzinnego jest już powodem do satysfakcji. To jest odkrycie. Wiedzą już, w jaki sposób nie chcą żyć. Od tego momentu mają wybór. Mogą zdecydować, czego pragną. Mogą zacząć dokonywać innych wyborów niż do tej pory.

Co skłania mężczyznę do szukania pomocy? Najczęściej nowa kobieta. To ona naciska, żeby zajął się sobą. Mówi mu, co widzi, co ją niepokoi: "Jesteś zamknięty, nie angażujesz się". Albo: "Zbyt dużo uwagi poświęcasz byłej żonie".

Może jest po prostu zazdrosna? Ma powody do niepokoju. Nierzadko zdarza się, że była żona, mimo iż ułożyła sobie życie – ma partnera, dzieci z nim – bez litości wykorzystuje sytuację. "On ciągle czuje się winny, zobligowany, leci na każde jej zawołanie – relacjonują kobiety. – Ona nie liczy się z jego czasem, pracą, stanem zdrowia, dzwoni i żąda opieki, pomocy, ma oczekiwania, roszczenia". Mężczyzna uwija się, żeby sprostać; coś nadrabia, wyrównuje, rekompensuje. Te nowe kobiety bywają zniecierpliwione i nierzadko przypierają mężczyzn do muru: "Właściwie, w której relacji ty jesteś? Zdecyduj się! Może wróć do niej, skoro tak nie możecie bez siebie żyć!". On tłumaczy, wyjaśnia, że to szczególna okoliczność, że musi pojechać i pomóc. Kłopot w tym, że tych szczególnych sytuacji raczej przybywa, niż ubywa.

Spłaca dług z przeszłości; kiedyś zawiódł, teraz się stara. Może to dobrze? Chroniczne poczucie winy nigdy nie jest dobre, ponieważ obciąża i odcina od wewnętrznych zasobów. To jak wirus emocjonalny, który nie pozwala cieszyć się życiem. Gdy mężczyzna jest świadomy swojej odpowiedzialności za przeszłość, zamiast czuć się winny, dba teraz o nowy związek. Wszystko, czego nauczył się z poprzednich doświadczeń i przeżyć, owocuje w teraźniejszości i w przyszłości.

Czas i spokój leczą rany. Jeden mężczyzna mówił mi, że na kilka miesięcy odsunął się od aktywnego życia. Na pewno nie warto po rozstaniu rzucać się w wir nowych znajomości, romansów, bo to nie pomaga w żegnaniu przeszłości. Ale na przykład spokojne rozmowy na ten temat z życzliwymi ludźmi są jak najbardziej wskazane. Chodzi tutaj o proces uświadamiania sobie, jaki miałem wkład w to, co się stało, jakie wnioski chcę wyciągnąć, co pragnę zmienić, jak teraz żyć, na czym się oprzeć. To niezbędny etap zamykania przeszłości, dokonywania bilansu, sumowania zysków i strat. Dlatego jeśli mężczyzna wszedł już w nowy związek, dobrze, gdyby uczciwie postawił sprawę: "Na razie nie jestem gotowy w pełni się zaangażować". Wiele kobiet rozumie, że ten proces wymaga czasu, dlatego są gotowe poczekać.

W jaki sposób mężczyźni rozpoznają ten moment, gdy są już gotowi na nowy związek? Zaczynają spokojnie i serdecznie myśleć o byłych partnerkach. To dobry znak. Może się jednak zdarzyć tak, że mimo iż spędziliśmy sporo czasu na żegnaniu przeszłości, wracamy do trudnych emocji. Pamiętam mężczyznę, który poprosił o konsultację, ponieważ w nieoczekiwanym miejscu poczuł zapach ulubionych perfum żony i… popadł w rozpacz. Gdyby coś takiego się wydarzyło, warto sięgnąć po pomoc z zewnątrz. Inny mężczyzna mówił, że ciągle coś go trzyma. Pytam, czy przeczuwa, co to może być, a on nieoczekiwanie dla siebie mówi: "krawat!". Otóż ciągle nosił krawat, który kupiła mu była partnerka. Codziennie rano zawiązywał go pod szyją. Na nieświadomym poziomie czuł się przywiązany, spętany. "Przecież za każdym razem, gdy zawiązuję krawat, jestem jak na smyczy", przyznał. Lepiej więc uważać na zegarki, paski, szaliki od byłych!

Oddać, wyrzucić? Koniecznie! Spalić zdjęcia. Subiektywne odczucie jest wtedy takie, jakby zamykało się jakieś drzwi; coś bezpowrotnie odeszło, przeminęło. To nie znaczy, że trzeba palić wszystkie zdjęcia. Jedno, dwa można zostawić. Jednak ważne, żebyśmy, patrząc na nie, mieli neutralne skojarzenia. A więc zatrzymujemy zdjęcia z przyjęcia rodzinnego, z wyjazdu z grupą przyjaciół, bo wtedy uwaga jest przeniesiona na szerszy kontekst. Odradzałabym trzymanie zdjęć miłosnych: tylko my w objęciach na Lazurowym Wybrzeżu! Pamiątki po byłej partnerce wywołują wspomnienia, emocje, żal, ból, poczucie straty. Mężczyźni mówią: "Wszystko mi ją przypomina, tylko jej nie ma". Pozbywanie się rzeczy zdecydowanie ułatwia proces otwierania się na nowe życie.

Jakie miejsce zajmuje była partnerka w nowym życiu mężczyzny, gdy on już zamknął przeszłość? Nie idealizuje jej ani nie demonizuje. Pamięta, że kiedyś trzymał tę kobietę w ramionach, dlatego teraz może żywić dla niej ciepłe uczucia, dobrze jej życzyć. Jest świadomy tego, w jaki sposób związek, który się zakończył, wzbogacił jego życie. Robi wszystko, co w jego mocy, aby porozumieć się w kwestii podziału majątku u ewentualnej opieki nad dziećmi. Gdy naprawdę cieszy się z tego, że kobieta odnalazła szczęście z innym, jest wolny.

  1. Psychologia

Chcesz stworzyć dobry związek? Uporządkuj rodzinną przeszłość!

Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pierwszym warunkiem udanego związku nie jest miłość, lecz… porządek. Kiedy wyczyścisz wszystkie kąty, miłość będzie miała gdzie zamieszkać.

Odchodzisz z rodzinnego domu ,,na swoje”, z głową nabitą ideałami i postanowieniami. Obiecujesz sobie, że nigdy nie będziesz taka jak twoja matka albo że nie dasz się traktować jak ciotka. Kochasz, a miłość pokona wszystko. Jest gwarancją szczęścia… Nieprawda! Podstawową zasadą udanego związku jest określony porządek. Bowiem dobry związek jest jak idealnie posprzątany pokój. Wszystko i wszyscy mają swoje miejsce, a bilans relacji musi być dodatni. Dostajesz od partnera przynajmniej tyle samo, ile mu dajesz.

Tęsknota za idealną miłością

Kobieta spotyka mężczyznę swojego życia, wierzy, że to na pewno ten jeden jedyny, a ich miłość jest wyjątkowa. Stan zakochania zakłada im na oczy różowe okulary. Mijają lata. Pojawiają się pierwsze wątpliwości. Ona patrzy na partnera i zadaje sobie pytanie: „Jak mogłam być taka ślepa?”, „Gdyby mnie naprawdę kochał, dałby mi to, czego potrzebuję”. On czuje podobnie. Zaczyna się poszukiwanie winnego. Bywa, że jedno z nich z bezradności szuka pociechy poza związkiem. Rodzą się kłótnie, pojawia się widmo rozwodu. Symptomatyczne zdania: „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze”. Każde za wszelką cenę próbuje walczyć o swoje szczęście i prawo do miłości. Zamieniają się we wrogów.

Kto zawinił? Pierwotna tęsknota za idealną, bezwarunkową miłością. Taką, jaką dać mogą jedynie rodzice. Ale oni też nie są idealni, choć starają się z całych sił. Kochają dziecko, jak potrafią, ale pewnych rzeczy dać mu nie mogą, bo pewnie też nie dostali ich od swoich rodziców. Dlatego wyruszamy w świat z emocjonalnymi dziurami w sercach i to nie miłość, ale owe deficyty sprawiają, że z tysiąca innych ludzi wybieramy właśnie danego partnera czy partnerkę. Z wiarą, że otrzymamy to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Ale ten pociąg już odjechał. W dorosłym życiu możemy otrzymać wiele wspaniałych darów, ale tego, czego zabrakło w dzieciństwie, nie dostaniemy już nigdy. Jak sobie z tym poradzić? Przeprowadzić stosowne porządki.

Półka z rodzicami

Musisz uznać pierwszy i najważniejszy porządek miłości – więź z rodziną, z której pochodzisz. – Chodzi o przyjęcie rodziców, wewnętrzną zgodę na nich, takimi, jacy są, ze wszystkimi zaletami, ale także wadami – mówi Elżbieta Sanigórska, psycholog, psychoterapeutka. – To, kim jesteśmy, wynika w pewnym sensie  z tego, kim są nasi rodzice. Tego, że od nich pochodzimy, nie możemy się wyprzeć. Przyjęcie ich, uszanowanie i akceptacja nie tylko uwolnią od, czasami bolesnej, przeszłości, od wszystkich trudnych spraw, jakie przeżywaliśmy w relacji z nimi, ale też pozwolą zaakceptować siebie i partnera.

Jeśli w twoim związku coś się psuje, przyjrzyj się emocjom, które przeżywasz. Czy są adekwatne do tego, co się dzieje? Czy reagujesz jak osoba dorosła, czy może jak dziecko – nadmiernie intensywnie, nie panując nad emocjami? Lęki i obawy, które ujawniają się w relacji z partnerem, pretensje, oczekiwania, złość czy chęć zranienia go do żywego, to uczucia mające zwykle źródło w relacjach z rodzicami.

Ocalić miłość, to móc powiedzieć: „Szanuję ciebie jako mężczyznę”, „…a ja ciebie jako kobietę, ze wszystkim, co twoje”. Żeby tak się stało, musisz zaakceptować swoich rodziców, a tym samym siebie, swój los, swoje życie.

– Powiedzieć: „Kochana mamo/kochany tato, uznaję ciebie jako moją matkę/mojego ojca i biorę od ciebie życie, jakie mi dałaś/dałeś” – to pierwszy, najważniejszy krok na drodze do udanego związku – tłumaczy Elżbieta Sanigórka. – Musisz przeboleć, odżałować i rozstać się z tym wszystkim, co było trudne w twoich relacjach z rodzicami. A także dostrzec i uznać to, co twoi rodzice ci dali, to, że cię wychowali. Ten krok konfrontuje cię też z własną niedoskonałością. Pozwala zaakceptować w sobie zarówno jasne, jak i ciemne strony.

Inwestycja w prawdziwą relację

Jeśli już zaakceptowałaś swoich rodziców takimi, jacy są, masz teraz szansę na to, by zobaczyć partnera – również takim, jaki jest naprawdę. Nie patrzeć na niego przez pryzmat własnych dziecięcych potrzeb, tęsknot, deficytów. Zaakceptować jego słabości, denerwujące nawyki i przede wszystkim to, że nie może ci dać tego, czego nie ma, nie potrafi lub sam nie dostał. Jesteś w stanie podjąć decyzję, czy ty z tym człowiekiem naprawdę chcesz i możesz być. Co więcej: ustalić porządek w waszej rodzinie, zgodnie z którym relacja twoja i partnera jest najważniejsza, ważniejsza niż ta z rodzicami czy z waszymi dziećmi. Energia partnerów powinna być inwestowana przede wszystkim w związek. To daje siłę do budowania wspólnego życia, do bycia rodzicami, do znoszenia codziennych trudów i do czerpania z tego radości.

Jeśli nie będziecie inwestować w waszą relację partnerską, na przykład staniecie się bardziej rodzicami niż partnerami, spowoduje to zaburzenie równowagi. Ty będziesz żyć w poczuciu rozgoryczenia, że mąż nie zajmuje się dziećmi, on będzie zazdrosny o waszego syna, może zacznie odpowiadać na adorację koleżanki z pracy, a wasza więź się rozluźni. Z lęku przed utratą miłości wzajemne rozczarowania i urazy będziecie zamiatać pod dywan i kłócić się o drobiazgi: porozrzucane po domu skarpetki, okruszki na pościeli czy o to, kto ma wyrzucić śmieci. Być może wtedy zaczniesz snuć spiskową teorię o tym, że to teściowa miesza w waszym związku – nigdy cię nie lubiła i stale wtrąca się w wychowywanie dzieci.

Równanie rodzin

Czyja rodzina lepsza – moja czy twoja? To najczęstszy powód kłótni, zwłaszcza na początku związku. – Ty i twój partner pochodzicie z dwóch różnych światów – tłumaczy Elżbieta Sanigórska. – Tradycje w waszych rodzinach mogą być odmienne i to w każdej kwestii: potraw na wigilijnym stole, wychowywania dzieci, gospodarowania rodzinnym budżetem, spędzania czasu wolnego… I wojna o to, czyje lepsze, się rozkręca.

Co będziemy jeść w naszym domu w Wigilię: barszczyk czy grzybową? – odpowiedź na to pytanie, poszukanie kompromisu, a może stworzenie swojego własnego rytuału – to podstawa udanego związku, szansa na stworzenie autentycznego ,,my”. Walka o przeforsowanie zwyczajów rodziny, którą w sprawach domowych często wygrywa kobieta, niszczy wzajemny szacunek i zagraża więzi pomiędzy partnerami. Zamiast zastanawiać się, jak to pogodzić w taki sposób, by uszanować obydwie rodziny, zamiast dążyć do wspólnych rozwiązań – często szukamy pocieszenia u… mamy i taty.

– Radzenie się rodziców jest OK – mówi Elżbieta Sanigórska. – Jednak związkowi nie służy szukanie poparcia rodziców przeciwko partnerowi. Zatem wysłuchaj rady mamy, ale to ty i partner musicie się dogadać.

Ingerencja babć w wychowywanie wnuków, obowiązek cotygodniowych obiadków u teściowej, wakacje na działce u twoich rodziców? OK. Pod warunkiem, że ty i partner naprawdę tego chcecie, a nie stracie się zaspokoić oczekiwania rodziców. Wigilia przed kominkiem we własnym domu zamiast świątecznej gonitwy od rodziny do rodziny? Czemu nie, jeśli marzycie o tym obydwoje. Zdrowy rozsądek w spełnianiu rodzinnych zobowiązań to podstawa udanego związku. Szczere i wspólnie uzgodnione stanowisko w kwestii, czy i na ile włączamy rodziców w sprawy naszej rodziny, to kolejny punkt na liście spraw do załatwienia.

Rachunki krzywd

Dawanie i branie – kolejne prawo miłości, to baza, która podtrzymuje więź i warunkuje zadowolenie ze związku. – Im więcej dobrego dajemy sobie nawzajem, tym bardziej rośnie bliskość i przywiązanie – mówi Elżbieta Sanigórska. – Bilans zawsze powinien być dodatni – i ty, i partner musicie mieć poczucie, że dostajecie przynajmniej tyle, ile sami dajecie.

I nie chodzi wcale o spektakularne czyny czy drogie prezenty, ale o zwykłą codzienność: czas, uważność, domowe rytuały, czułe gesty i bliskość. W ramach wymiany mieści się także wyrównywanie krzywd, na przykład zdrady.

– Przed wybaczeniem musi nastąpić zadośćuczynienie – mówi psychoterapeutka. – Jeśli to ty czujesz się pokrzywdzona, partner musi uznać twoją krzywdę i wyrazić chęć jej naprawienia. Wtedy ty możesz zażądać czegoś, co będzie wystarczającym zadośćuczynieniem. Tylko wtedy, gdy krzywdy zostaną wyrównane, możecie zacząć odbudowywać związek.

Możesz zażyczyć sobie, żeby partner zrobił albo podarował ci coś, o czym zawsze marzyłaś: wspólny wyjazd, każdy weekend z tobą i dziećmi albo że ma chodzić teraz na wywiadówki i pomagać synowi w lekcjach, żeby ciebie odciążyć.

Wyrównanie krzywdy musi dotyczyć także emocjonalnej strony. Jeśli czujesz się zraniona na przykład jako żona, powiedz partnerowi: „Zraniłeś mnie, to teraz ja się będę starać mniej, a ty musisz starać się bardziej. Przez najbliższe sześć miesięcy nie będę robiła tego wszystkiego, co robiłam jako dobra żona. Od ciebie oczekuję, że będziesz….”. Trzeba powiedzieć to jasno, konkretnie, rzeczowo. I to osoba skrzywdzona ustala, jaka ma być kara, jakie zadośćuczynienie i jak długo to ma trwać. Winny nie może z tym dyskutować.

A kiedy wyznaczony czas minie, a ty poczujesz, że jesteś gotowa mu wybaczyć, oddzielcie przeszłość grubą kreską i nie wracajcie już do tego, co było raniące. Rozmawiajcie o tym, jaki ma być wasz związek, byście nadal chcieli w nim pozostać.

  1. Psychologia

Samotna mama i jej nowy facet

Dzieci tak jak kochają dziadka, wujka czy przyjaciółkę mamy, tak też mogą pokochać nowego partnera. (Fot. iStock)
Dzieci tak jak kochają dziadka, wujka czy przyjaciółkę mamy, tak też mogą pokochać nowego partnera. (Fot. iStock)
„Nie powinnam myśleć tylko o swoim szczęściu”, „Czuję się winna, że zostawiam córkę i idę na randkę”– to jedne z wielu argumentów na rzecz poświęcenia swojego życia wychowaniu dzieci. – Samotna mama też ma prawo do miłości. A jej dziecko do tego, by mieć jeszcze jedną osobę do kochania – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Znam dużo samotnych mam, mniej lub bardziej aktywnie poszukujących nowego partnera. Przyznam, że nie znam żadnego samotnego taty. Czy o czymś to może świadczyć?
Może o tym, że samotny mężczyzna z dzieckiem lub dziećmi rzadko jest długo sam.

A to dlaczego?
Dlatego, że mężczyźni sobie sami nie radzą i od razu chcą mieć kobietę, która zajmie się dziećmi i zdejmie z nich ten „straszny” ciężar. Natomiast kobiety samotnie wychowujące dziecko bardzo długo radzą sobie bez partnera. One w ogóle zwykle sobie radzą.

Może to się też brać z tego, że dziećmi i tak głównie zajmuje się kobieta, dlatego jeśli rodzice dziecka się rozstają, to zwykle wyprowadza się mężczyzna, a dzieci zostają przy matce. Niemniej jednak oboje wracają na matrymonialny rynek. Czy jest im trudniej niż singlom nie „z odzysku”? W końcu wszyscy samotni rodzice są po jakichś uczuciowych przejściach.
Zazwyczaj tak, choć znam kobiety, które świadomie zdecydowały się na samotne macierzyństwo, ponieważ, jak mówią, nie spotkały nikogo, kto by się im spodobał na tyle albo komu one by się spodobały wystarczająco, by założyć rodzinę. Ale rzeczywiście, masz rację, większość samotnych matek jest po przejściach, bo albo one się chciały rozstać, albo to partner od nich odszedł, albo po prostu umarł. Niestety, dość rzadko jest tak, że rozstali się w przyjaźni.

Czy to oznacza, że już na progu nadziei na nowy związek mają określone oczekiwania? Albo gorące postanowienia typu „już nigdy nie zwiążę się ze związkofobem”?
Myślę, że tak bywa, ale nie jest to regułą. Niektóre osoby wykorzystują swoje doświadczenie i wyciągają z niego wnioski, na szczęście, bo to oznacza, że się czegoś uczą. Ale niektóre nie. A jak na nowego partnera mamy zapatrują się dzieci? Im bardziej mama jest otwarta i szczera wobec dzieci, tym bardziej będzie dla nich naturalne, że nie chce być sama, i jak się pojawi jakiś facet, który się jej spodoba i który będzie dobrze rokował – to będą zadowolone. Niektóre dzieci chcą nawet same wydać mamusię za mąż. I aktywnie szukają: a to pan nauczyciel by się nadał, a to listonosz, a to sąsiad. Jest dużo miłych komedii romantycznych na ten temat. Często głównie małe dziewczynki chcą mieć tatę. I chcą mieć go głównie dla siebie, nie myślą, że to jest mężczyzna mamy.

A czy samotne mamy widzą w mężczyźnie najpierw ewentualnego partnera czy raczej ewentualnego ojca dla ich dzieci?
Głównie szukają faceta dla siebie, ale marzy im się także, by dał im wytchnienie w rodzicielstwie, nie tyle był ojcem dla ich dzieci, co pomógł, wsparł. Większość kobiet mówi, że niezwykle istotne w wyborze faceta jest to, jaki on będzie dla dzieci. Niektóre twierdzą nawet, że jak nie dogada się z ich dziećmi, to mowy nie ma, żeby dały mu szansę. Ale czasem, moim zdaniem, tylko tak mówią. Są kobiety, które nie potrafią żyć same i w tym wypadku myślą jednak o sobie. I mają do tego prawo! Ale kiedy facet jest niedobry, obojętny, zimny czy roszczeniowy w stosunku do dzieci, to rzeczywiście gehenna się w domu czasem robi, a nie daj Boże, jeszcze się dobiera do dorastającej córki.

No właśnie, kiedyś był to temat tabu, dziś coraz częściej jest poruszany przez literaturę i film. Za każdym razem pojawia się ten sam wątek: że zakochane matki są kompletnie obojętne na swoje córki, w ogóle na wszystko są obojętne.
Nie chronią córki, a jak się wyda, to są złe na nią, a nie na faceta. Ale to dotyczy emocjonalnie prymitywnych kobiet.

Takie matki często nie rozmawiają z córkami o tym, że się zakochały, że się z kimś spotykają i zwykle dają się dopiero nakryć, jak to się mówiło, in flagranti.
A to potrafi być wielkim szokiem dla córki. I jest to wobec niej ogromnie nieuczciwe. Warto być fair w stosunku do własnego dziecka, niezależnie od tego, ile ma lat. Najlepiej zacząć od tego, by powiedzieć, że chciałoby się kogoś poznać, zakochać, nie być samą. Oczywiście, nie ma co gadać o tym bez przerwy, tylko czasem wspomnieć. Potem można zasugerować, że jest taki pan, z którym się czasem spotykam, jeszcze później można przedstawić go dziecku, najlepiej gdzieś na zewnątrz, nie w domu. Potem ponownie, i jeszcze raz. Dziecko szybko się zorientuje, że coś jest na rzeczy. Wtedy można powiedzieć, że coraz bardziej tego pana lubię i jestem ciekawa, jak podoba się dziecku. I to jest bardzo ważny moment. Bo jeśli na przykład córka powie: „A ja sobie nie życzę, żebyś ty się z nim spotykała”, to trzeba od razu odpowiedzieć: „Bardzo cię przepraszam, ale to jest mój znajomy, nie twój”. Matki czasem ulegają: „Ale moje dziecko nie chce, żebym z kimś była”. Źle robią. Dzieci chcą rządzić w domu i chcą być najważniejsze wtedy, kiedy nie czują siły rodzica.

Często słyszę o takich sytuacjach, kiedy mama mówi dziecku, że idzie na spotkanie firmowe, bo wie, że mały wpadnie w szał, jak się dowie, że to randka.
To znaczy, że ona źle pokierowała całą sprawą. Tak jak powiedziałam, dziecko rządzi, gdy czuje, że mama jest słaba. Tyle tylko, że jedyna satysfakcja, jaką wtedy ma, to ta, że rządzi. Innej frajdy nie ma. Dziecko o wiele bardziej niż rządzić chce się czuć bezpieczne, mieć pewność, że rodzice wiedzą, co robić. Oczywiście, nie chodzi o to, by wprowadzić do domu jakiegoś tyrana, tylko by nie dać się terroryzować dzieciom. Ostatecznie można powstrzymać się trochę z tym, żeby wybranek się wprowadzał, na co faceci zwykle nalegają, bo chcą sobie ułożyć życie, a nie dlatego, że już chcieliby być tatusiem dla dzieci. Skąd kobieta ma wiedzieć, czy jest to dobry moment na wspólne zamieszkanie? Łatwo powiedzieć: „wyczuj to”, ale o to mniej więcej chodzi. O to, by wiedzieć, który facet jest na romans, a który na wspólne życie.

Samotne matki mówią, że ciężko spotkać faceta, który nie dość, że jest dobry na wspólne życie, to jeszcze jest w stanie pokochać je w komplecie z dzieckiem.
Pod tym względem może być im trochę trudniej na matrymonialnym rynku, bo dziecko to odpowiedzialność. Z drugiej strony może być cennym bonusem. Wiele związków zaczyna się od tego, że facet się zakumplował w jakiejś sytuacji z dzieckiem i dopiero potem poznał jego mamę i ta mama okazała się też bardzo fajna. Przeważnie jednak kiedy ludzie się ze sobą wiążą, to chcą mieć własne dzieci. Choć był taki moment w moim życiu, kiedy miałam straszną ochotę, by to facet wniósł dziecko do naszego związku, bo wiedziałam, że swojego mieć nie będę. Raz rzeczywiście tak się zdarzyło i bardzo się polubiłyśmy z tą dziewczynką. Tylko mój facet, a jej ojciec, sobie z tym nie radził. Mówił, że jak jest ze mną, to ma wyrzuty sumienia, że zostawia dziecko, jak jest z nią, to tęskni za mną, a jak jesteśmy wszyscy razem, to nie wie, jak się ma zachować. A myśmy obie wiedziały. Ale bez niego nie mogło się udać.

Poruszyłaś ważną kwestię, poczucia winy. Randkujący rodzice często czują się winni.
Ludziom bardzo trudno jest decydować o sobie. Ta umiejętność wiąże się bowiem z dojrzałością, samodzielnością, niezależnością, pozwoleniem sobie na bycie sobą, z zaufaniem do siebie. A te cechy budują się w nas już w dzieciństwie. Rodzice dają nam zbyt mało praw jako dzieciom, więc co w tym dziwnego, że odmawiamy sobie tylu rzeczy jako dorośli. Zwłaszcza kobiety wmawiają sobie, że są samolubne, bo pragną własnego szczęścia, a powinny pragnąć tylko szczęścia dzieci, tak jak ich mama, która całe życie się dla nich poświęcała. Takie myślenie nikomu nic dobrego nie przynosi, ale jest mocno wdrukowane w nasz naród. My w Polsce jesteśmy dość masochistyczni, musisz przyznać. Grzech i poczucie winy lubią rządzić.

Czy to prawda, że niektóre kobiety traktują dziecko jako argument, by zamknąć się na związek, na miłość? Wymówkę dla wyjścia z domu, do ludzi?
Prawda. Poza tym bardzo często kobiety mają dziecko po to, żeby kogoś mieć. Dziecko jest dowodem na to, że nigdy już nie będą same i że zawsze będą matką, czyli będą pełnić tę zaszczytną zwłaszcza w Polsce rolę. A dobrze by było, by z tego powodu nie miały poczucia ani jakiegoś ogromnego obowiązku, ani jakiejś specjalnej wyjątkowości. W końcu dużo kobiet jest matkami. A już najfajniej jest być dobrą matką, czyli ufać sobie, lubić swoje dziecko, traktować je jako odrębną istotę, a nie swoją własność.

Dużym problemem jest również taka sytuacja, kiedy to dzieci postrzegają rodziców jako swoją własność. Kiedy nie pozwalają starszym rodzicom żyć tak, jak oni chcą. Ja mam nawet wrażenie, że często to jest odwet. Dzieci się wtrącają dlatego, że rodzice się wtrącali. Na przykład mamusia wchodziła i przemeblowywała córce pokój, układała ubrania w szafie lub krytykowała jej miłości i przyjaźnie. No to jak córka jest już dorosła, a mamusia, dajmy na to, nie chce się leczyć albo właśnie kogoś poznała, to córka jej od razu powie, co ona by sobie wyobrażała, żeby było lepsze dla matki.

„Skoro mama mówiła, co jej się nie podoba, to ja teraz też mam prawo”?
Tak jest. Tyle tylko, że jeśli mieszkamy razem, to nasze zdanie w jakimś sensie jest istotne, ale jeśli już mieszkamy osobno, to niech mamusia i tatuś żyją sobie jak chcą. Już nie wspominam o ohydnych rzeczach typu pozbawianie rodziców mieszkania czy majątku. Ale mówienie: „Czego ci się zachciewa na starość?!” potrafi być równie obrzydliwe. Bardzo dużo dzieci reaguje na romans rodzica strasznie małomieszczańskim oburzeniem i to jest ewidentnie odbicie tego, że jako dzieciom nie wolno im było być istotami seksualnymi. U nas w Polsce rzadkie jest przyzwolenie na radość, na czerpanie przyjemności z życia. Pewne wytłumaczenie tego znajdziemy w naszej skomplikowanej i trudnej historii, ale też w klimacie, który na szczęście nam się ociepla.

Czy słusznie podejrzewam, że ten brak przyzwolenia dotyczy głównie relacji: matka–córka?
To w ogóle szczególny typ relacji, a jej szczególność objawia się tym, że kiedy córka jest zła na to, że mama randkuje, to zwykle dlatego, że mama wcześniej jej samej na to nie pozwalała. Dziewczyny mówią: „Nie mogę patrzeć, jak moja matka się do kogoś mizdrzy”. „A co ci to przeszkadza? Przecież ty też się mizdrzysz”. To bardzo nieszczęśliwe kobiety, ciągle pod presją zakazu.

Córka powinna w sobie przepracować tę urazę?
Tak, ale dobrze by było, gdyby wcześniej mamusia też w sobie pewne rzeczy przepracowała i nie była wobec niej taka opresyjna.

Kim powinien być nowy partner mamy dla dziecka?
Na pewno nie ojcem. Jest takie piękne określenie Berta Hellingera: „w imieniu rodzica”. Rodzic adopcyjny kocha dziecko właśnie w imieniu rodzica. Podobnie powinien się ustawić wobec niego nowy partner mamy. Kiedy wchodzi do nowej rodziny, niech najpierw rozejrzy się w tym, jakie normy panują w domu jego partnerki i jakie nastawienie ma dziecko, bo często ono ma żal do ojca o rozwód albo nadzieję, że rodzice się jeszcze zejdą – wtedy może być niemiłe. Trzeba więc powiedzieć: „Ja cię bardzo dobrze rozumiem, jestem dla ciebie intruzem. Nie chcę zajmować miejsca twojego taty. Poznajmy się i zobaczymy, co będzie dalej”. Dzieci często „sprawdzają” nowych parterów mamy, czy mają poczucie humoru, czy naprawdę im zależy, czy potrafią przełknąć czasem żabę… Ogromnie lubię cechy mężczyzn, które się uwydatniają przy dzieciach jako inne od cech mamy – dzieci to też strasznie lubią. Że z tym facetem można się posiłować, pobiegać, pobrudzić, rozpalić ognisko, złowić rybę, urządzić survival w lesie. Tym można ich do siebie bardzo przekonać.

Poza tym nowy partner dobitnie pokazuje, że mama też ma swoje życie i swoje potrzeby, w związku z tym dziecko też może mieć swój świat.
I może być osobne. Poza tym im więcej dzieci mają dorosłych ludzi do kochania, tym lepiej. Tak jak kochają dziadka, wujka czy przyjaciółkę mamy, tak też mogą pokochać nowego partnera. Choć nie muszą od razu wszyscy się kochać, ważne, by umieli się ze sobą dogadać.

Katarzyna Miller  
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło).