1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Zbigniew Hołdys - Kwiat Warszawy

Zbigniew Hołdys - Kwiat Warszawy

Czy ktoś taki jak Zbigniew Hołdys mógł mieć zwyczajne dzieciństwo? Oczywiście, że nie. Dlatego w jego wspomnieniach jest noszenie węgla, dozorca z siekierą i milicjanci z pałami. Jest też – jak w „Autobiografii” – Luksemburg, chata, szkło, jeśli podciągnąć pod to ostatnie pracę w Zakładzie Technologii Spirytusu, Piwa i Drożdży.

Mówi, że nie ma w domu żadnych zdjęć z dzieciństwa i młodości. Kilka lat temu ktoś podrzucił mu jakąś starą fotografię. 16-letni Zbigniew Hołdys z kolegą. Zdjęcie wisiało w przedpokoju, aż któregoś dnia zdmuchnął je wiatr i rozszarpał pies. Kolegę oszczędził. Z Hołdysa nic nie zostało.

– Jesteśmy zbudowani z przypadków. Z pozornie nieważnych zdarzeń, które wpływają potem na nasze życie. No na przykład: dziesięć lat temu spotkałem Lucjana Kydryńskiego. To było na krótko przed jego śmiercią. Wsiedliśmy razem do windy w jakimś hotelu. Dzień dobry, dzień dobry. Nie znałem go osobiście, nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy. Zebrałem się na odwagę: Muszę panu coś powiedzieć. Jako dzieciak regularnie słuchałem pańskiej audycji „Rewia piosenek”. I nigdy nie zapomnę, jak pan, który puszczał z reguły piosenki Édith Piaf czy Mireille Mathieu, powiedział: „a teraz puszczę nagranie z paryskiego teatru Olimpia, gdzie w zeszłym miesiącu pojawił się angielski zespół The Beatles”. Wtedy po raz pierwszy słyszałem ich grających na żywo i oszalałem. Nie wiem, czy bez tamtej audycji byłbym tym, kim jestem.

Co odpowiedział mi Lucjan Kydryński? Był speszony. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, że gdzieś tam jakiś gnojek słucha go i że mu się tak kotłuje w głowie. „Rewia piosenek” była nadawana w soboty o 19.15, słuchałem jej na radioodbiorniku Tatry, z magicznym okiem.

Na walizkach

Jako miejsce urodzenia mam wpisany Lublin. Ale urodziłem się na walizkach. Z Lublina z rodzicami wyjechaliśmy, jak miałem kilka miesięcy. Moja matka pochodziła z tamtych okolic, część jej rodziny mieszkała w Lublinie, jakoś tam mama poznała się z ojcem, który z kolei przyjechał chyba ze Lwowa. Jak mama była ze mną w ciąży, ojciec miał już załatwioną pracę w Warszawie.

Ochota

Pierwsze wspomnienia mam już z domu na Ochocie, na ulicy Kopińskiej. To była mała uliczka. Miałem trzy, cztery lata i oglądałem przez okna naszego mieszkania, jak śmieciarz podjeżdża konną furmanką, która na kołach miała opony. Pamiętam, jak jacyś robotnicy krzyczą: „Te! Pilnuj towaru, bo ci go wrony rozdziabią!”. Bo śmieci z kubłów wyrzucało się bezpośrednio na furmankę.

Tyfus

Od małego byłem chorowity. Wszystkie choroby mnie dopadały. Łącznie z tyfusem dziecięcym. Po tym jak lekarka zdiagnozowała u mnie tyfus, przyszło do nas do domu dwóch panów w płaszczach. Przyszli mnie zabrać, nie wiadomo gdzie. W tamtych czasach Służba Bezpieczeństwa zajmowała się wszystkim, wszystko wiedziała, także o chorobach. Matka wykazała się wielką desperacją. Powiedziała, że zabiorą mnie po jej trupie. No i zostałem w domu.

Siekierą przez okno

W roku 1958 zamieszkaliśmy na Woli, na ulicy Ogrodowej. Mieszkanie trafiło się nam w groteskowych okolicznościach. Mój ojciec, który był z zawodu ekonomistą, pracował w Ministerstwie Finansów. Jeden z jego znajomych z pracy mieszkał z żoną na tej Ogrodowej w wielkim stresie. Dozorca, straszny pijak, bez przerwy domagał się od nich pieniędzy na wódkę. Po którejś odmowie wrzucił im, na głodzie alkoholowym, siekierę przez okno. Żona tego znajomego doznała szoku, kiedy mąż wychodził z pracy, całymi dniami leżała pod parapetem, żeby nic ją nie trafiło. Koszmar. W końcu ten znajomy zgadał się z moim ojcem, że chce zamienić mieszkania. Myśmy nie mieli już z dozorcą aż takich przepraw. Choć nie zapomnę, jak poszedłem do niego zapłacić za mleko (bo wtedy dozorcy płaciło się, żeby mleczarz dostarczał butelki pod drzwi). Wchodzę, a on akurat przelewał denaturat przez kromkę, żeby się odbarwił i był zdatny do spożycia. Dozorca zmarł jakiś czas później – że się tak wyrażę – na posterunku. Z miotłą w ręku.
 

Podwórko

Szkoła była 100 metrów od naszego domu, można było przejść ten kawałek w kapciach. Chodziły do niej wszystkie dzieciaki z podwórka. Ludzie z kamienic na Ogrodowej byli twardzi. Konflikty rozwiązywało się szybko i konkretnie. Na porządku dziennym było, że ktoś komuś przywalił w mordę. Sam zaliczyłem parę ciosów.

Z drugiej strony to była prawdziwa wspólnota, sąsiedzi wpadali do siebie, podrzucali cukier, mąkę. Chodziło się do sąsiada na telewizję. Domy były w miarę nowe, pobudowane w latach 50., jak pobliski Muranów. Wiele mieszkań poprzydzielano wojskowym, którzy w czasie wojny w wieku 18 czy 20 lat zostawali majorami. Część z nich nigdy wcześniej nie mieszkała w mieście. Czasem słychać było kwiczenie z jakiegoś balkonu, bo ktoś tam hodował świnię. Były koguty, kurczaki, które gdakały. Taki klimat. 200 metrów od Hali Mirowskiej i kilometr od Pałacu Kultury.

Sportowiec

Dziesięciolatek już wie, czego chce. Ja chciałem być sportowcem. Dobrze skakałem w dal. Z rozbiegu kilkukrokowego potrafiłem skoczyć cztery metry. Wtedy ta dyscyplina była bardzo popularna, bo gwiazdą był Józef Schmidt, który zdobył dwukrotnie złote medale na olimpiadach. W Rzymie i w Tokio. Nie wiem, może zostałbym sportowcem…

Chociaż dzisiaj z perspektywy czasu myślę, że moje predyspozycje wcale nie gwarantowały mi kariery. Tak czy inaczej musiałem skończyć ze skakaniem z powodu kłopotów z sercem. W czasie zajęć sportowych kilka razy miałem nagle ponad 200 uderzeń serca na minutę. Człowiek się przewraca natychmiast na ziemię, to coś jak atak padaczki. Zdiagnozowano u mnie częstoskurcz napadowy. Wyczynowy sport odpadał. Śmieszne, że choroba jakoś nie przeszkodziła mi potem pić hektolitrów wódki i prowadzić życia, które mocno obciążało zdrowie.

Pocztówki dźwiękowe

Moja siostra miała niezłą kolekcję pocztówek dźwiękowych. To były takie zwykłe kartki pocztowe, z jakimś widoczkiem albo kwiatkiem. Na tym przezroczysta folia z tworzywa sztucznego z wytłoczonymi rowkami jak w normalnych analogowych płytach. Kiedy siostry nie było w domu, siadałem u niej w pokoju i sobie puszczałem. W Warszawie znajdowało się wtedy kilka punktów z pocztówkami. Na przykład w pawilonach na Marszałkowskiej, niedaleko Próżnej. Tam na miejscu była też wytwórnia kartek dźwiękowych. Można było nagrać na płytę życzenia imieninowe dla matki czy siostry. Stała taka maszyna, która rylcem tłoczyła piosenki i na tym twój głos. Nikt nie respektował prawa autorskiego. Przeboje zgrywane były z radia na magnetofon, a potem na płyty. A ponieważ czasem w trakcie audycji, na przykład takiego radia Luksemburg, znikała fala, to wszystko znikało i na płycie, a potem pojawiało się znowu. No ale wiedzieliśmy, jakie są światowe przeboje.

Jak zwinąć gitarę

Z moją siostrą wiąże się też inny, dość banalny incydent, który był dla mnie brzemienny w skutki. Miałem ze 12 lat. Idolem dziewczyn był wtedy Cliff Richard. Akurat do kin wchodził z nim film, który w Polsce miał tytuł „Chcemy się bawić”. Po angielsku „The Young Ones”. Piękna historia. Ponieważ radio BBC nadawało muzykę, której nie dało się słuchać, bohaterowie filmu, dzieciaki z dobrych domów, założyli własną piracką radiostację. W warzywniaku. Pojechałem na ten film z siostrą i jej koleżankami do nieistniejącego już dziś kina Śląsk na ulicy Żurawiej. Pojechaliśmy taksówką, która mogła wziąć czterech pasażerów, a ja byłem piąty. Musiałem leżeć na kolanach dziewczyn. I to już wprowadziło mnie w stan euforii. Potem było jeszcze lepiej. Na ekranie zobaczyłem "The Shadows" z Cliffem Richardem. Co prawda znałem nagrania Shadowsów, ale nigdy wcześniej nie widziałem gitar elektrycznych. Te ruchy, ta siła, jaką daje instrument. Po wyjściu z kina dostałem gorączki.

Jakiś czas potem, 150 metrów od mojego domu, w komisie zobaczyłem gitarę elektryczną. Czeską, ale jak dla mnie w kształcie identyczną jak ta z filmu. Jolana star. Czerwona z białymi plastikowymi ozdobami. Kosztowała trzy tysiące trzysta złotych. Cena z kosmosu. Średnia pensja wynosiła koło tysiąca, wódka kosztowała 30, wino 19 albo coś koło tego. Powiem szczerze: uznałem ją z automatu za własną i kombinowałem, jakby ją tu z tego sklepu zwinąć. Przychodziłem codziennie. W końcu ktoś z komisu się zorientował, że coś jest ze mną nie tak i mnie przepędził. Aż któregoś dnia przyszedłem pod witrynę i gitary już nie było. Miałem ochotę tego frajera, który mi ją zabrał, zabić. Sentyment pozostał. Całkiem niedawno dałem ogłoszenie, że jeśli ktoś ma jolanę star z 1962–63 roku, to chętnie kupię, bo nadal mi jej brakuje.

 

Kuba

Chcę podkreślić, że mimo mojego ówczesnego fioła na punkcie jolany star, w ogóle nie potrafiłem grać. Pierwsze poważniejsze próby podjąłem dzięki mojemu przyjacielowi Romkowi Czystawowi [Romuald Czystaw – przyp. red]. To z nim założyliśmy nasz pierwszy zespół Kwiaty Warszawy. Romek ciągnął mnie do domu kultury na Elektoralną. Na miejscu były instrumenty, mogliśmy na nich ćwiczyć. W liceum lubiłem też grać z innym moim przyjacielem Kubą Wajnbergiem. Najbliższą mi wtedy osobą. Kiedy u mnie nocował, nakrywaliśmy gitary kołdrami i ćwiczyliśmy po nocach. W moim domu był raczej luz, u Kuby nie. Jego rodzice byli bardzo wierzący i wymagający, jak nie chcieli, żeby ich Kuba rozumiał, mówili po hebrajsku.

Rok 1968 pozbawił nas złudzeń i odebrał mi przyjaciela. Kuba nie był wtedy jeszcze pełnoletni i nie mógł decydować o sobie. A jego rodzice zostali zmuszeni do wyjazdu z Polski. Postawiono im ultimatum: albo będziecie tu dalej tkwić bez pracy, bez mieszkania, odbierzemy wam wszystko i będziemy zatruwać życie, albo bierzcie dziesięć dolarów, bilet w jedną stronę i sp…...jcie. Tu was nie chcemy. Odprowadzałem Kubę na Dworzec Gdański. Na peronie nie mogli nas rozłączyć. Czy płakałem? No pewnie, nadal mi się chce, jak sobie to przypomnę. Spotkaliśmy się z Kubą dopiero po 30 latach w Nowym Jorku. Rozmawialiśmy z sobą tak, jakbyśmy nie widzieli się kilka dni.

Idziemy stąd

Niedługo przed maturą rzuciłem szkołę. Chodziłem do Liceum nr 17 imienia Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Wtedy ta szkoła cieszyła się prestiżem, bo to była pierwsza tzw. tysiąclatka w Warszawie. No wie pani, wielki plan Gomułki w rocznicę chrztu polskiego: tysiąc szkół na tysiąclecie. Moje odejście ze szkoły zbiegło się mniej więcej w czasie z wydarzeniami marcowymi i z decyzją rodziców Kuby. Gwoździem do trumny był jeden ze szkolnych apeli. To było krótko po tym, jak w czasie strajków studenckich poszedłem pod uniwersytet i mnie dorwali. Tak jak i jeszcze dwóch kolegów, niezależnie od siebie. Oczywiście, dyrekcja liceum natychmiast się o tym dowiedziała i na szkolnym apelu znienacka dyrektor kazał nam wystąpić z szeregu. Dyrektor zagrzmiał: „to są ci, co zhańbili nasz sztandar”.

Staliśmy na środku sali, a ja do kolegi: „idziemy stąd”. On: „no co ty?!”. Ja wyszedłem. Nie mogłem tego znieść i nie miało to nic wspólnego z polityką. Byłem za głupi wtedy na politykę. Po prostu szkoła straciła w moich oczach cały autorytet. Jeszcze trochę chodziłem na lekcje, a potem z dnia na dzień przestałem.

Medyk

W domu wojna. Dla matki to, że rzuciłem szkołę, było tym bardziej traumatyczne, że sama była nauczycielką. Rodzice się w dodatku rozwodzili. Robili mi awantury, ale ja już zdecydowałem i nie zamierzałem zmienić zdania. Szwendałem się z kolegami, aż któregoś dnia Romek Czystaw wziął mnie na koncert holenderskiej grupy bluesowej Cuby & The Blizzards. Ponieważ byłem niepełnoletni, musiałem mieć specjalne pismo od matki, żeby w ogóle mnie wpuścili. Tak trafiłem do kultowego klubu Medyk. I w tym Medyku w którymś momencie osiadłem na dobre. Przy jednym stoliku siedziała Maja Komorowska z Andrzejem Wajdą, na scenie stał Michał Urbaniak albo Zbyszek Namysłowski. Mówili mi: „weź no, przynieś nam tu kiełbasę, zapal świeczkę, poleć po piwo”. Obsługiwałem też reflektory, puszczałem podkład muzyczny do przedstawień teatralnych z magnetofonu. Byłem takim chłopcem na posyłki, ale strasznie dużo chłonąłem. I taki chłopak któregoś dnia chwyta gitarę. Wszyscy zdziwieni: „to ty umiesz zagrać?”.

Jak Jacek Kleyff zaczął któregoś dnia śpiewać jedną moją kompozycję „O tobie, jesieni i jeszcze innych rzeczach”, byłem wniebowzięty.

Karton wódki z Australii

Żeby zarobić na życie, imałem się różnych zajęć. Nosiłem węgiel na Dworcu Warszawa Wileńska. Miałem też epizod w Instytucie Przemysłu Fermentacyjnego – w Zakładzie Technologii Spirytusu, Piwa i Drożdży, przy ulicy Rakowieckiej. Sprzątałem, potem zajmowałem się badaniem drożdży. Laborant. Pamiętam, że raz przysłali karton wódki z Australii z prośbą o zbadanie, czy to nie podróbka. Dłużej pracowałem w Głównym Urzędzie Statystycznym (odszedłem wtedy od Maryli Rodowicz, chciałem się gdzieś zakotwiczyć). Siostra mi pomogła, choć była zdziwiona, że nie chcę grać. Któregoś dnia wezwał mnie kierownik i powiedział: „Widzę, jak się starasz, ale mam złe wieści. Nie masz wykształcenia, matury, cokolwiek byś zrobił fantastycznego, i tak nigdy nie awansujesz. Wypalisz się, stracisz lata i nic nie osiągniesz”. Jestem do dziś mu wdzięczny, mówił szczerze, nie wywyższał się. Chwilę później dostałem propozycję grania od Andrzeja Rybińskiego [z żoną Elizą i Hołdysem założyli zespół Andrzej i Eliza – przyp. red.]. Nie wahałem się. Wyściskałem na pożegnanie kierownika. Był rok 1971. Perfect powstał siedem lat później.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).