1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Daniel Olbrychski – Wygrany

Daniel Olbrychski – Wygrany

fot. Zosia Zijo i Jacek Pióro
fot. Zosia Zijo i Jacek Pióro
Od 50 lat nieustannie w podróży. Paryż, Moskwa, Nowy Jork... Daniel Olbrychski opowiada o swojej drodze przez filmy i przez życie – bogatsze, niż można by zamarzyć. Bo karta mu szła od początku. Teraz przygotowuje się do roli fotografa Roberta Kincaida w teatralnej adaptacji wielkiego kinowego hitu „Co się wydarzyło w Madison County” Clinta Eastwooda.

– Czy Eastwood mógłby być pana kumplem?

– Moglibyśmy się polubić. Mamy podobny gust kinowy. Lubię jego filmy, tak jak lubię grywać podobne role.

– A to prawda, że pana pierwszymi idolami byli aktorzy grający w westernach?

– Pierwszymi idolami mobilizującymi mnie do osiągnięcia czegoś w życiu byli polscy bokserzy. W 1953 roku jeszcze nie chodziłem do kina. Mieszkałem na wsi, kontakt ze światem miałem przez radio na słuchawki. Usłyszeć pięć razy hymn polski dzięki pięciokrotnym zwycięzcom, w tym czterokrotnie nad bokserami radzieckimi, parę miesięcy po śmierci Stalina, to było coś, co prostowało plecy. Chciałem być taki jak Leszek Drogosz, Henryk Kukier, Zenon Stefaniuk, Józek Kruża, Zygmunt Chychła. A potem, kiedy zamieszkałem w Warszawie, nie było telewizorów, więc nie miałem takich idoli masowej wyobraźni, ale po 1956 roku zaczęto pokazywać w kinach pierwsze amerykańskie westerny. Zobaczyłem „Indiańskiego wojownika”, główną rolę zagrał Kirk Douglas. Jeszcze nie wiedziałem, że to może być bliski mi człowiek. Zaraz potem obejrzałem „Ostatnią walkę Apacza” z Burtem Lancasterem, późniejszym moim partnerem w filmie „Przed sklepem jubilera”. To oni byli moimi pierwszymi aktorskimi idolami i obydwu dane mi było poznać.

– Jak przyjmował pan te wszystkie niespodzianki zawodowe, które w czasie pana kariery się przydarzały?

– Opowiadał mi legendarny trener bokserski Feliks Stamm, że wielki polski bokser Leszek Drogosz strasznie się bał pierwszej walki międzynarodowej. W Polsce nikt nie mógł go pokonać, ale on myślał, że z boksem jest jak z językiem, że gdzie indziej jest inny rodzaj boksu, więc czeka go niebezpieczeństwo. Kiedy wygrał, Stamm zapytał go w szatni: „No i jak, Leszku, jakie wrażenia?”. „Panie Felu, każdy jeden ma dwie obie ręce”. To znaczy, że z każdym można przegrać, ale każdego można pokonać. Wcześnie zrozumiałem, że nie muszę nic programować, bo wszystko może się zdarzyć. Skąd mogłem wiedzieć, że pójdę do szkoły teatralnej i raptem na pierwszym roku pojawi się tam Andrzej Wajda. Szukał aktorów do swojego filmu „Popioły” i zaangażował mnie do roli Rafała Olbromskiego, co natychmiast stawiało mnie o kilka długości przed całym moim pokoleniem. Przypadek, a może nie? Kto mógł przypuszczać, że postanowi zaangażować właściwie dzieci i że z dnia na dzień stanę się najpopularniejszym aktorem wśród 20-latków w Europie? I gdyby był to inny kraj, gdybyśmy mieli paszporty w kieszeni, a nie musieli prosić o każdy wyjazd urzędników będących właścicielami naszej wolności, naszych dusz i decyzji, pewnie moja kariera byłaby bardziej błyskotliwa. Nie narzekam. Hamlet tu, Kmicic tu, to były karty, które miałem. Zagrałem w 13 filmach Andrzeja Wajdy. Dostałem bardzo dużo. Zawsze starałem się udowodnić losowi, że zasłużyłem na to, co mi dał. Mając osiem lat, marzyłem o byciu sportowcem, kiedy skończyłem 16, marzyłem już o aktorstwie, ale do głowy mi nie przyszło, że tak dobrze karta mi będzie szła.

– W 1968 Andrzej Wajda nakręcił „Wszystko na sprzedaż”, w którym zagrał pan ważną rolę, zarejestrował tym filmem między innymi barwne lata 60., artystyczną bohemę. Byliście królami życia?

– Raczej królami z anegdot, którzy mieszkali w M-3, jak wszyscy. Pierwszy samochód kupiłem za pierwszy film zachodni, włoski „La pacifista” z Monicą Vitti. Wystarczyło na renówkę 10.

– Myślę o stosunku do rzeczywistości, o szaleństwie, jakie panowało... W tym filmie jest niezwykła scena, w której Elżbieta Czyżewska dosłownie zatraca się w tańcu, gubi się w nim. Jest też scena, w której nad ranem, po jakimś domowym party, wszyscy idą na karuzelę kompletnie pijani. Czyżewska uruchamia tę karuzelę i jej nie zatrzymuje.

– Ta bohema wzięła się z biedy. Nie mieliśmy własnych domów, więc siedzieliśmy razem w SPATiF-ie. Nie mieliśmy telefonów, więc tam czekaliśmy na propozycje. Żyliśmy biednie – goło, ale wesoło. Kilka pokoleń artystów piło w SPATiF-ie wódeczkę, nie za dużo, bo rano były zdjęcia albo próba. Nie piliśmy więcej niż lekarze czy nauczyciele. Żyliśmy barwnie, ale w dyscyplinie. Wtedy sztuka była dla nas ucieczką od smutnej rzeczywistości. Ubarwialiśmy ją, próbowaliśmy zmienić w myśl powiedzenia: być może sztuka świata nie zmienia na lepsze, ale biada artyście, który w to nie wierzy.

– Dzisiaj jest smutniej?

– Nieporównywalnie weselej. Po swoim pierwszym filmie w Cannes, „Popiołach”, wracałem do Polski z profesorem Aleksandrem Jackiewiczem, wielkim krytykiem filmowym i teatralnym. Przenocowaliśmy w Paryżu, w hoteliku przy Saint-Germain-des-Prés. Rano wyszliśmy na spacer. Oniemiałem. Mój wzrok był na wysokości wystaw sklepowych, gdzie było wszystko, o czym młody człowiek mógł marzyć. Profesor powiedział: „Teraz też tak patrzę na wystawy. Przed wojną podnosiłem wzrok i oglądałem zabytki. Na wystawach było to samo, co w Warszawie”. Nie można lekceważyć skoku materialnego. Powoduje, że patrzy się na coś innego.

– Czym było tamto „pierwsze Cannes”, które pan wspomniał?

– Wielkim świętem. Musiałem uszyć smoking u pana Balarego. Do tego miałem przyjemność wchodzić na festiwal w towarzystwie Andrzeja Wajdy, Beaty Tyszkiewicz, Poli Raksy. Schodziłem już poklepywany przez Glenna Forda, Kirka Douglasa, którego poznałem wcześniej, bo był w Warszawie z innego powodu, i zapytał o ostatni film Wajdy. Pokazano mu „Popioły”. Powiedział, że chce poznać tego młodego chłopca, który zagrał główną rolę. Szumiały kamery filmowe, błyskały flesze aparatów. „Popioły” otwierały festiwal. Ale już dwa, trzy lata później byłem na konkursie z „Krajobrazem po bitwie”. Kirk Douglas był w jury. Przegrałem z Marcello Mastroiannim jednym głosem, przyjąłem to jako coś naturalnego. Potem dowiedziałem się, że liczba głosów była cztery do czterech, przewodniczący jury powiedział, że Mastroianni ma dwa filmy i nie może nie dostać nagrody. Na festiwalu nie szukałem okazji, żeby przywitać się z Kirkiem, bo uznałem, że byłoby to niesportowe. Gala zamknięcia była w sobotę, a w niedzielę podjechałem do niego, do hotelu Majestic, żeby się pożegnać. Akurat udzielał wywiadu i nasz dialog zapisała dziennikarka „Los Angeles Times”: „O, co tu robisz?”. „Jestem z polską delegacją”. „Słuchaj, Jezu, czy był ten chłopak, który grał główną rolę w polskim filmie? Długo biłem się, żeby dostał nagrodę. Był fantastyczny, powiedz mu. Po co Mastroianniemu ta nagroda? I tak jest znany w świecie. A on by miał kopa”. „Ale to ja grałem”. „Jak to ty? Przecież cię znam dobrze, ty jesteś sportowiec. Tamten był chudy, w okularkach, przerażony. To byłeś ty?”

– We „Wszystko na sprzedaż” Andrzej Wajda, również poprzez pana rolę, mierzy się z legendą Zbigniewa Cybulskiego, z jego nieobecnością. Umiałby pan odpowiedzieć na pytanie: jak gasną legendy?

– Byłem świadkiem, jak bardzo Zbyszek przeżywał odwrócenie się od niego widowni, która dawała mu to odczuć na ulicach, w restauracjach. Ten bardzo kochany aktor nagle był wyszydzany. Pomiatano nim, lżono przy mnie, młodszym koledze. A kto mi zagwarantuje, że Zbyszek widział własny pogrzeb? I miliony ludzi, którzy płakali po nim w całym kraju? I setki tysięcy ludzi w Katowicach, które się zebrały, żeby go pożegnać? Gdy odszedł, dotarło do wszystkich: to ten, którego najbardziej kochaliśmy. „Ja plułem na niego? Nigdy w życiu” – powiedział taksówkarz, który mnie wiózł na pogrzeb.

– Pan czuł się kiedykolwiek wyszydzony?

– Na przykład gdy Jerzy Hoffman ogłosił, że mam zagrać Kmicica. Pan tego nie pamięta, ale można by wydać opasły tom plwocin, które na mnie wylała prasa polska i rozhuśtana przez nią publiczność. Grożono mi samosądem, jeśli odważę się to zagrać. A byłem najbardziej ukochanym aktorem polskim, wygrywałem plebiscyty, no ale rola Kmicica to już było za dużo.

– Pytając o to, jak gasną legendy, myślałem też o Elżbiecie Czyżewskiej, o której pisano „polska Marilyn Monroe”, z którą pan grał i z którą się pan przyjaźnił. 

– Cóż mogła? Może bardziej się przyłożyć do „jakiegoś” sukcesu za oceanem, ale nie byłby on na miarę jej talentu, oczekiwań wobec gwiazdy tego formatu. Kiedy przyjechała do Stanów, była już bardzo dorosła, do śmierci mówiła po angielsku z niesłychanie silnym polskim akcentem. Była skazana na drugorzędność na rynku amerykańskim, podobnie jak większość aktorów europejskich, ze mną włącznie.

– To pan niósł urnę z jej prochami na pogrzebie w Warszawie. Spontaniczna reakcja?

– W trakcie nabożeństwa zobaczyłem, że w tym kościele nie ma kompletu, jak to się mówi w języku aktorskim. Zobaczyłem, że człowiek w mundurku oficjalnego żałobnika bierze w białych rękawiczkach urnę kogoś tak bliskiego nam wszystkim, a szczególnie mnie, przecież grałem jej męża w „Małżeństwie z rozsądku”, naprawdę się przyjaźniliśmy do końca, a kiedy kręciłem w Ameryce film „Salt”, widywaliśmy się prawie codziennie. Krysia, moja żona, trąciła mnie i uznałem to za oczywiste, że będę niósł urnę. Ela leży w alejce tuż obok Tadeusza Łomnickiego. Trzeba by zadbać o piękną płytę na grób, bo jak dotąd jest to ziemna mogiłka, a już rok minął. Często przechodzę obok jej grobu, bo leży bardzo blisko moich rodziców.

– Czuł się pan odpowiedzialny za rodzinę, kiedy zaczynał pan karierę?

– Zawsze czułem się odpowiedzialny. Rodzice byli niezaradni. Ojciec nie umiał sobie nawet dowodu wyrobić, żeby mieć jakąś rentę. Usprawiedliwiał się, że nie wyrabia, bo system pojałtański jest nielegalny. Ale wynikało to raczej z jego wrodzonej gnuśności. A potem mówił: „no, teraz syn może mnie utrzymać, więc już nie muszę dowodu”. Mama miała skromną rentę i publikowała opowiadania dla dzieci, ale to nie wystarczało. Często nie było pieniędzy na opłacanie elektryczności, więc się uczyłem przy świeczkach. Chcieliśmy z bratem szybko stanąć na nogi, utrzymać dom. Kiedy zacząłem pracować w młodzieżowym studiu telewizyjnym u Andrzeja Konica, a miałem 16 lat, zacząłem solidnie dokładać do budżetu domowego, i to regularnie.

– Jak wyglądał dom rodzinny?

– To było czwarte piętro na Nowogrodzkiej 12, kiedyś rodzice mieli kuchnię i dwa pokoiki, a potem to już był kołchoz. Przez nasze mieszkanie przechodziły do kuchni cztery rodziny. Między rodzicami były nieustanne awantury. Matka była drobiazgowa, precyzyjna, nie wolno się było spóźnić, tłumaczyła, że ma to z okupacji, z godzin policyjnych. Kiedy ojciec się spóźniał, bała się, że wpadł w łapankę. Ojciec nie mógł się za radośnie uśmiechnąć do innej kobiety. Już miałby cichy wieczór. Umiała po kobiecemu być bardzo dokuczliwa. W końcu pod  pretekstem, że w Warszawie nie ma pracy i mieszkania, zabrała brata i mnie do Drohiczyna, gdzie było mieszkanie jej rodziców i gdzie zatrudniła się w liceum jako profesorka polonistyki i francuskiego. Dla nas to było sielskie, cudowne dzieciństwo, które matka przypłaciła jednak ciężką chorobą serca, bo pracowała za dużo, jeździła furmanką do liceów w Siemiatyczach, Ciechanowcu.

– Co działo się z ojcem?

– Próbował znaleźć pracę, ale to było niemożliwe bez dowodu osobistego. Czasem dawał mu zarobić przedwojenny kolega, redaktor naczelny „Expressu Wieczornego”, legendarny Rafał Praga, którego moi rodzice w czasie okupacji przez rok ukrywali u siebie na Nowogrodzkiej.

– Jak znosił pan relacje między rodzicami?

– Nie cierpiałem z powodu rozłąki rodziców. Na odległość szanowali się, mogli na siebie liczyć, byli ze sobą zaprzyjaźnieni. Pamiętam cudowne święta. Ojciec przyjeżdżał do nas. Często autobus nie dojeżdżał do Drohiczyna, bo śniegi zasypywały drogę, zdarzało się, że 20 kilometrów szedł, niosąc prezenty. A potem matka załatwiła sobie mieszkanie w Warszawie, na Saskiej Kępie, proponowała ojcu, ale upierał się, że „mu się należy mieszkać w centrum”, bo zawsze mieszkał na Nowogrodzkiej, a teraz już nie mógł, bo dom poszedł do remontu. Jednopokojowe mieszkanko na Hożej wynajęli mu rodzice mojej poprzedniej żony, mieszkał tam dziesięć lat i tam umarł. Mieszkał, jak chciał, bałaganił, w nocy czytał i pisał. Mama przez całe życie pisała do mnie listy. Śmiała się, że Słowacki pisał listy do matki, a w naszym wypadku to matka pisze do syna. Była pisarką, więc listy były barwne. Od kiedy miała telefon, dzwoniłem codziennie, gdziekolwiek bym był. Od jej siostry wiem, że co rano, kiedy jeszcze mogła chodzić, biegła do kiosku po gazetę – sprawdzała, czy nie ma informacji, że uległem wypadkowi. Było wiele filmów, w których nadstawiałem karku.

– Pan ma sprzeczności, które były w rodzicach?

– Dzisiaj byłem gotowy do wyjścia, ale zobaczyłem, że nie doczytałem ciekawego tekstu w gazecie, więc usiadłem doczytać. Krysia powiedziała: „jesteś taki jak ojciec, twoja mama opowiadała mi, że kiedy wychodzili, on zawsze coś w tym momencie znalazł do zajęcia”. W ojcu drażniła mnie niepunktualność, którą przekształciłem w zaletę. Na mnie w pracy nikt nie czeka.

– Co daje panu poczucie szczęścia?

– Najbanalniej, najgłębiej i najprościej jest zacytować Tołstoja: „największym szczęściem w życiu jest żyć”. Dodałbym też: umieć się cieszyć. Mam radość i apetyt na życie, odkąd pamiętam. Dzisiaj może nawet ta radość jest większa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).